Kategorie
Archiwalne Osobiste

Taki był ambitny plan…

Wczoraj nabrałam ochoty na spacer po Gdyni, co miałam zrealizować dziś. Po chwili wahania (przeczytałam o jakim zlocie rowerzystów i nie chciałam się wpakować w sam środek peletonu) jednak pojechałam z zeszytem z notatkami z izbowych wykładów w plecaku (we wtorek mam dwa zaliczenia), z niezbyt mocnym postanowieniem przycupnięcia gdzieś i poczytania przy mrożonej kawie.

Rowerzystów w centrum za dużo nie było, ale za to znalezienie miejsca parkingowego graniczyło z cudem. Jednak się udało i pomaszerowałam na Bulwar Nadmorski. Oczywiście fajnie mi się zrobiło, bo zapachniało morzem :). Na plaży tłum i gigantyczne kolejki do sklepików z lodami. Poszłam do Multikina i tamtejszego Coffee Heaven. Zanabyłam tamże miętową, mrożoną kawę, posiedziałam, posiorbałam, powdychałam trochę jodu i zapachu soli, nawet nie wyciągnęłam zeszytu z plecaka. Myślałam nawet o zamoczeniu nóg i posiedzeniu na plaży, ale to pierwsze mi przeszło, a tego drugiego i tak mi zabroniono, więc ostatecznie tylko przeszłam się na bosaka po niezbyt czystym i bardzo gorącym piasku.

Potem pojechałam do domciu. I fajnie mi. To nie pierwszy raz, kiedy to dziewięćdziesięcioletnie miasto z betonu i szkła poprawiło mi humor. Miasto z morza i marzeń :).

To będzie pierwszy rok, w którym nie mam przynajmniej dwóch miesięcy wakacji. Ale jakoś mnie to nie smuci.

Kategorie
Archiwalne Osobiste

Parkująco

Dobra, może i mam prawo jazdy od ponad czterech lat. Może i wyjeździłam już kilkanaście tysięcy kilometrów.

Ale nadal jestem z siebie dumna, jak zaparkuję prostopadle tyłem na ciasnym miejscu, nie ocierając się o nikogo.

😉

Kategorie
Archiwalne Osobiste

Kraków, Kraków, here I come!

Wstępnie podana w firmie data mojego wakacyjnego, długiego urlopu została równie wstępnie zaakceptowana. Tak samo wstępnie mam zapewnione lokum i ponownie początkowy plan finansowy.

W pierwszym tygodniu lipca jadę do Krakowa 🙂

I łojezu, ale się cieszę! 😀

Sama, z planem tylko i wyłącznie na włóczenie się i uśmiech przy wejściu na Rynek. I może piwo ze znajomymi, których nie widziałam kilka lat. Albo nowymi, jak ktoś będzie chciał mnie poznać. 8 dni beztroski w ukochanym mieście, w którym nie byłam już za długo.

Będzie fajnie! 🙂

Przy okazji, sprawdziłam sobie rozkład jazdy pociągów. Bezpośredni TLK odjeżdża z pobliskiej mi wiochy ok. 21:30, w Krakowie Głównym ląduje koło 11 dnia następnego. Jest oferta tanich kuszetek, poza tym mam zamiar skorzystać z 26-procentowej zniżki (takiej metrykalnej – fajna rzecz, legitki już nie ma, jeszcze się nie zarabia za dużych pieniędzy…). Ogólnie jazda stąd do Krakowa w tych warunkach będzie mnie kosztowała niecałe 80 zł, a i szlag mnie po drodze nie trafi przez 14 godzin jazdy, bo przynajmniej część w miarę wygodnie prześpię. 🙂

Ogólnie już się podniecam. 😉

Tak jeszcze na zakończenie notki nieurlopowa wiadomość z Top1000. W szoku będąc, pomyliłam się w dacie w nazwie pliku ;). Najlepszy wynik, jaki był do tej pory, przynajmniej tak mi się wydaje. W dodatku mamy miłe, rankingowe sasiedztwo ;). Tylko czemu lajków na FB tak mało? Może mnie nie stać na blogowe gadżety, jak Zucha, więc nagród dla „okrągłych” fanów nie będzie, ale tak smutno jakoś ;).

PS/EDIT: Tak, Piotr, pamiętam, w drodze powrotnej pewnie wysiądę na Centralnym i zostanę w Stolycy przez jakieś 3 dni. Rodzeństwo prezentu na urodziny najwyżej nie dostanie ;)))

Kategorie
Archiwalne Osobiste

O ileż prościej…

Swoje autko parkuję na ogrodzonej działce, pod domem. Dom posiada garaż, który nie pełni tytularnej funkcji od dobrych kilku lat, ale prowadzi do niego zjazd. Brama, znajdująca się naprzeciwko zjazdu, jest od niego nieco szersza i oddalona o kilka metrów, więc udaje się ominąć ów zjazd i stanąć obok. Co też czynię, by zaparkować. Ogólnie podczas parkowania (wykonywanego tyłem) trzeba zwracać uwagę, by nie otrzeć się o bramę z jednej strony samochodu i nie zawisnąć na zjeździe z drugiej.

Prawo jazdy mam od ponad 4 lat, do października zeszłego roku jeździłam (i parkowałam) sporadycznie, od tamtego czasu wyjeździłam już jakieś 12 tysięcy kilometrów, jeżdżąc przynajmniej 5 dni w tygodniu, wyrabiając ponad 100 km tygodniowo.

Jednym z zadań na egzaminie praktycznym na prawo jazdy jest jazda po łuku do przodu i tyłu. Na kursie uczono mnie tej sztuki metodą „jak zobaczysz ten słupek na tej wysokości okna, przekręcasz kierownicę jeden raz w prawo”. W rezultacie pierwsze podejście do egzaminu oblałam. Przed drugim zmieniłam instruktora, który mnie nauczył przy wszystkich manewrach na wstecznym patrzeć w lusterka, kontrolować sytuację, MYŚLEĆ i dostosowywać wykonywane manewry do bieżącej sytuacji i pozycji samochodu względem przeszkody.

No i tak przy każdym łukowym parkowaniu myślę sobie o tych lusterkach i wysiadam z samochodu ze stwierdzeniem, że o ileż prościej się wykonuje ten manewr, jeśli się w nie patrzy. Kiedyś ledwo byłam w stanie stanąć autkiem na swoim miejscu, teraz poprawki zdarzają mi się bardzo rzadko.

LUDZIE! PATRZCIE W LUSTERKA!!! 😉

Kategorie
Archiwalne Osobiste

Idealnie…

34 metry kwadratowe, rynek wtórny, parter, 2 pokoje, urządzona kuchnia (z „półwyspem”! Marzy mi się taki!), lokalizacja dużego osiedla na dalekim końcu świata (pod lasem, jest bezpośrednie połączenie autobudowe z resztą miasta, gdyby samochód mi padł), 165 tysięcy złotych.

32 metry, parter, ogródek, aneks kuchenny, od dewelopera, dziwny układ (mieszkanie podłużne), po prostym pomnożeniu 32*3750 zł, które proponują, wychodzi ok. 130 tys. zł.

Ostatnio znowu na FB miałam dyskusję na temat wyższości kupowania mieszkania na kredyt nad jego wynajmowaniem. Osobnik po drugiej stronie optuje za tym drugim. Ja to traktuję jako wyjście awaryjne, na początek, jeśli banki nie będą chciały dać mi kredytu mieszkaniowego. Moje Rodzeństwo też najpierw wynajmowało sobie lokum, dopiero po jakimś czasie nabyło je (chociaż inne, co zrozumiałe) na kredyt.

Chciałabym już za rok choć wstępnie się cieszyć.

Fiksacji mieszkaniowej ciąg dalszy. 🙂

Kategorie
Archiwalne Osobiste

Służba zdrowia

Duomox się skończył. Rodzice wrócili z wyjazdu i zgodnie orzekli (choć niepotrzebnie, bo sama na to wcześniej wpadłam), że mam się zgłosić do lekarza. Kaszelek mam doprawdy bardzo… nie malowniczy, bo suchy, ale dźwięczny (o! Ładne określenie) i wybitnie wkurzający. No to rano telefon do firmy, czy jest szansa na otrzymanie jeszcze dziś dowodu ubezpieczenia. Jest. Rodziciel z samego rana zarejestrował mnie do lekarza, wizyta wypadła na po 11 (a ja do pracy na 12). No nic. Kurs do pracy, odebranie „legitymacji”, poinformowanie asystentek, że przynajmniej dwóch pierwszych pacjentów należałoby odwołać.

Do gabinetu lekarskiego (moją lekarz rodzinną jest matka kolegi z licealnej klasy, który po przejściach znalazł się w końcu na medycynie i jest obecnie na IV roku, jak się dowiedziałam) weszłam nawet punktualnie. Pani doktor poznała mnie po nazwisku (moja mama też do niej chodzi). Była zaskoczona, że już pracuję („Ale to zleciało”). Zostałam wysłuchana (wywiad), osłuchana (stetoskopem), obejrzana (gardziełko), otrzymałam receptę i zwolnienie na tydzień (które ma się nijak do mojej konieczności wyjazdu do Gdańska w poniedziałek i ale przynajmniej nie wykaszlę sobie płuc przy leczeniu kolejnej zgorzeli miazgi). Na koniec pani doktor wpisała u góry mojej karty „Sł. zdrowia” i przy podkreślaniu tego podwójną linią stwierdziła „Witamy w naszych szeregach”.

Niniejszym czeka mnie kilka – tym razem legalnych – dni opierniczania się.

Kategorie
Archiwalne Osobiste

Internetowe znajomości

Wszyscy dookoła trąbią, jakie to spotkania z ludźmi poznanymi przez sieć są niebezpieczne. Owszem, dla małych dzieci mogą być groźne (przysłowiowy – czy właściwie reklamowy – Wojtek), ale dla osób nieco starszych, obdarzonych choć drobną dozą rozsądku, mogą być początkiem wielu fajnych znajomości, nawet przyjaźni. Czy małżeństw.

Swoje doświadczenia na tym polu zaczęłam zbierać dość wcześnie, ale powoli: miałam 16 lat, pierwsze spotkanie z małą grupką ludzi z grupy dyskusyjnej (której członkiem byłabym do dziś, gdyby nasz prywatny serwer nie padł i chciał się podnieść) odbyło się na dobrze mi znanym terenie, w biały dzień, w towarzystwie były panie, w tym jedna nauczycielka. Spotkanie zostało poprzedzone kilkoma miesiącami pokojowej wymiany poglądów i zacieśniania sieciowych więzi. Samo wydarzenie: spacer i pogaduchy przy piwie (oni) i soczku pomarańczowym (ja – byłam najmłodsza w tym towarzystwie i zresztą nadal jestem) któregoś słonecznego dnia weekendu majowego w 2003 roku odbyło się bez groźnych incydentów, ogólnie było fajnie. Przez lata uczestniczyłam w kilkunastu podobnych spotkaniach tej grupy, w większym lub mniejszym gronie, tworząc czasem całkiem bliskie relacje. Zresztą nie tylko ja. W ramach grupy poznało się wiele dzisiejszych małżeństw, z moim Rodzeństwem i jego TŻ włącznie.

Ale Grupa to nie jedyne źródło znajomości internetowych. Trzy razy uczestniczyłam w zlotach członków fanowskiego forum internetowego. Zloty były mało liczebne, znajomości tam zawiązane niestety nie utrzymały się, ale to zawsze coś. Zwłaszcza, że lubię się rządzić, więc bywałam dość ważną siłą sprawczą i przewodnikiem – nawet na terenach, na których nie występowałam wcześniej ;). Dajcie mi plan miasta i pomysł, gdzie pójść, to ja wam to zorganizuję ;).

Kolejne źródło (dość oczywiste) to portale randkowe, ale w tej chwili mało znaczące, jako że zawiesiłam swoją działalność na tym polu.

Ten – powoli właśnie mijający – weekend był swego rodzaju debiutem. Pierwszy raz spotkałam osobiście kogoś, kogo poznałam przez… bloga.

W sensie napisałam notkę. Ktoś przez Google ją znalazł. Poczytał bloga, spodobało się. Napisał mi emaila. Ja na tego emaila odpisałam. Tak wywiązała się dłuższa korespondencja. Dodanie do znajomych na FB, komentowanie wpisów, w końcu plany urlopowe, w których, jak się okazało, byłam głównym czynnikiem mobilizującym. Przyjazd Kogoś na Pomorze, trzy dni śmigania po okolicy, mimo wiatru i wciąż trwającej, choć niezbyt intensywnej choroby (dzisiaj rano praktycznie nie byłam w stanie mówić). Ogólnie fajnie spędzony czas, bardzo kusząca alternatywa dla siedzenia cały czas przed kompem ;).

W takich spotkaniach z ludźmi z sieci trzeba pamiętać o ostrożności. Na pierwsze spotkanie wybrać znajomy teren, nie wsiadać od razu do czyjegoś samochodu, najpierw wybadać sytuację i nie dać się zaprowadzić w miejsce, z którego nie wiadomo, jak ewentualnie uciec. I to w sumie wszystko. Reszta to zabawa i jako taką – przynajmniej na początku, w zależności od tego, jak i czy w ogóle sytuacja się rozwinie – trzeba to traktować.

Dzięki, Piotr 🙂

Kategorie
Archiwalne Osobiste

Dodatnie strony chorowania

Można leżeć w wyrze cały dzień i nikt nie robi jawnych wyrzutów ;).

Z mniej dostrzegalnych zalet to możliwość zrzucenia z siebie kilku kilogramów. Od poniedziałku nie jadłam obiadu, wczoraj ciągnęłam na chlebie z jajkiem, cieście i kiełbasce wieczorem. Nie będę w siebie ładować jedzenia, jeśli nie mam na nie ochoty. Dziś zaczęłam bardziej obiecująco, od serka wiejskiego z miodem. Ale wcześniej weszłam na wagę i zauważyłam, że zeszło ze mnie jakoś tak 3,5-4 kilo. Pewnie szybko przynajmniej część z nich do mnie wróci, jak znowu zacznę normalnie jeść. A jestem dziewczynką typu „waga jeszcze w normie”, co nie zmienia faktu, że każdy utracony kilogram mnie cieszy (choć nie robię nic, by się częściej cieszyć 😉 ).

Głowa prawie nie boli, gardło dalej daje czadu, ale do pracy dziś pojadę. Duomox w dalszym ciągu pożerany, oczywiście, choć go wyjątkowo nie lubię.

Kategorie
Archiwalne Osobiste

Stało się #2

Zadzwoniłam do przychodni i poinformowałam, że nie stawię się dziś w pracy.

Znalazłam jakiś zachomikowany Duomox i zaczęłam nim kurować moje obolałe gardło. Ciekawe, czy zadziała to też na równie obolały łeb i trochę mniej obolały kark i plecy. Temperaturę mam w końcu wzorcową (wczorajsze wahania: od 37,1 tuż przed wyjściem do pracy do 36,3 wieczorem, plus dzisiaj 36,66). Powinnam pojechać do lekarza, ale nie mam przy sobie mojej legitymacji ubezpieczeniowej, więc zwolnienia i tak bym nie dostała… Pozostaje mi liczyć na łaskę szefa.

Wyrzuty sumienia zostały uśpione bardzo racjonalnym argumentem, jakoby chory dentysta może źle oddziaływać na stan zdrowia jego pacjentów. Wprawdzie możliwość zarażenia jest większa w drugą stronę, ale ciężko się na przykład usuwa zęby, kiedy we łbie zaczyna pulsować przy każdej poważniejszej zmianie pozycji. To ja już zostanę w łóżeczku, dzięki wielkie.

Tak z innej beczki, zostałam nazwana młodzieżą. Przez osobę około trzydziestki. Rozumiem, że mogę być lekko niedorozwinięta społecznie, ale bez przesady.
Dzięki wielkie #2.

k.,
24 lata, 8 miesięcy i ileśtam dni ;P.

Kategorie
Archiwalne Osobiste

Chorowanie jest gópie

Do końca liceum z chorowaniem nie było problemu. No, może pod koniec klasy maturalnej, ale ogólnie czułeś się źle -> zostawałeś w domu -> ktoś pisał usprawiedliwienie nieobecności i było OK. Na studiach bywa różnie. Na moim kierunku nieobecność to był grzech straszny, wszystkie opuszczone zajęcia trzeba było odrobić, zazwyczaj też konieczne było zwolnienie lekarskie. Pół biedy, jak absencja trwała np. dwa dni na początku tygodnia i potem można było odrobić zajęcia w innych grupach. Potem robił się większy problem: w teorii, bo, całe szczęście, nie miałam negatywnych przygód. Ale wszystkie dziewczyny, które zaszły w ciążę, nie było ich np. miesiąc, ale nie wzięły dziekanki, studia skończyły. Więc chyba się dało jakoś dogadać.

W pracy jest już nieco gorzej. Biorąc pod uwagę mój przerób pacjentów, ewentualna nieobecność trochę rozwala dzień. Jeszcze do głosu dochodzi moje dobre serduszko i poczucie obowiązku.

Wczorajszej nocy praktycznie nie przespałam. Było mi zimno. Poczułam się lepiej dopiero po założeniu grubych skarpet na stopy i przykryciu kołdry kocem i szlafrokiem. Kompletnie nie miałam apetytu. Pół dnia przespałam, drugie pół siedziałam na tyłku i właściwie nie robiłam nic poza oglądaniem serialu. Po zmierzeniu temperatury wyszło 37,7o. Jestem ciekawa, jak będę się czuć jutro: zaczyna mi lecieć z nosa, pokasłuję sobie i nadal nie chce mi się jeść. Przy ostatnim „szybkim choróbsku” czułam się beznadziejnie właściwie tylko cztery godziny i następnego dnia pojechałam do pracy…

Ogólnie chorowanie jest do kitu :/