Kategorie
Rozrywka

Ryan, moja miłość

Powiem tak: do uzewnętrzniania się w temacie moich małych i większych szajb mam osobnego bloga, na portalu miniblogowym zwanym Tumblr. Adresu nie podam.

Chyba jedyną szajbą, do której się przyznaję tutaj całkowicie otwarcie, jest czytanie książek. Właściwie wszystkie przeczytane książki wrzucam w tej chwili do Kącika Czytelniczego. W porównaniu z osobami, które mają więcej czasu na czytanie, mój wynik jest skromny, ale i tak jestem z niego dumna, bo w czasach liceum, studiów i parę lat później czytałam bardzo mało, dopiero niedawno wróciłam do mojej ulubionej niegdyś rozrywki.

Jest druga szajba, do której chciałabym się w tej chwili przyznać. Ta szajba dotyczy pewnej osoby.

Zauważalnych Ryanów na świecie jest sporo. Panie podobno szaleją za Ryanem Goslingiem. Osobiście wolę Reynoldsa, też Kanadyjczyk. Ale tu chodzi o jeszcze innego Ryana.

Ryan o nazwisku Tedder.

Ryan Tedder jest Amerykaninem, ma w tej chwili 37 lat. Mierzy sześć stóp wzrostu (183 cm) i będzie się kłócił z każdym, kto twierdzi, że jest niższy. Jest piosenkarzem, kompozytorem i producentem muzycznym. Niektórzy mogą go kojarzyć jako głos zespołu OneRepublic (np. „Apologize„, choć jest to kawałek sprzed 10 lat). Inni mogą się zdziwić, że ma na swoim koncie prawie 200 napisanych i wyprodukowanych piosenek dla innych wykonawców. jak choćby „Halo” Beyonce, „Bleeding love” Leony Lewis, „Bonfire heart” Jamesa Blunta. Z tego powodu jest nazywany nieoficjalnym królem popu.

Skąd szajba?

Z całokształtu. Zdaję sobie sprawę, że zakochujemy się w czyjejś publicznej odsłonie. Co się dzieje za zamkniętymi drzwiami, tego nie wiemy, chociaż zazwyczaj zdarza się, że jakieś mniej lub bardziej mroczne tajemnice ujawniają się w jakiś sposób. Z Ryanem Tedderem jest ten problem, że jak śledzę jego muzykę i jego konta na portalach społecznościowych od kilku lat (a jest bardzo aktywny), tak do tej pory nic takiego nie wylazło. Wychodzi na to, że to jeden z pewnie bardzo nielicznych Idealnych.

Przede wszystkim talent. Spory procent lecących w Radiu Zet (którego słucham w pracy) piosenek to te, w których maczał palce (patrz wyżej). Przy okazji „Halo”:

Ale wrócił moją uwagę przez OneRepublic – mało kto się przecież zastanawia, kto napisał czy wyprodukował daną piosenkę, jeśli śpiewa ją ktoś inny. A pan Tedder przed mikrofonem też jak najbardziej daje radę, prezentując cztery oktawy głosu z rodzaju tenor liryczny.

Najbardziej mi się w tym głosie podoba to, jak… ciepły jest. Szczególnie w tej piosence:

Do głosu można dodać osobistą energię i okazjonalny „pazur”. Do tego fragmentu koncertu uwielbiam wracać, kiedy jestem nabuzowana z jakiegoś powodu. Głośne słuchanie energetycznej muzyki nieco spuszcza ze mnie emocje, a „Love runs out” to jeden z chyba dwóch kawałków, który ZAWSZE podgłaśniam, jak mi leci w radiu.

Poza tym prezentuje dość zdrowe podejście do życia i sympatyczne poczucie humoru.

Żonaty od dziesięciu lat, ma dwóch synów. Z tą samą żoną.

No i całkiem ciasteczkowy jest, miło się na niego patrzy.

W dodatku bardzo ludzki. 27 kwietnia umieścił na oficjalnym fanpejdżu swojego zespołu list otwarty, w którym przyznaje się do przebytego załamania nerwowego z powodu przemęczenia po trasie i nagrywaniu nowego albumu. W sumie wcale mu się nie dziwię, bo śledząc trasę po poprzednim albumie, dziwiłam się, że co chwilę lądują w innym miejscu. Źle, że to się na nim aż tak odbiło. Dobrze, że znalazł rozwiązanie i jego menadżer i wytwórnia były w stanie to zrozumieć.

Tak więc, szalony talent. Ciacho. Udane życie rodzinne. Sympatyczny. Wierzący (chrześcijanin, dla niektórych to ważne, dla mnie niekoniecznie, ale też jakoś o nim świadczy). Nie pali, ekscesów po alkoholu nie uprawia, o romansach nie słychać, ćpać chyba też nie ćpał. Inteligentny. W dodatku panuje nad tłumem – na koncertach publika należy do niego, ma z nią świetny kontakt. A że się przyznaje, że jest nadaktywny? Nic nowego. Umie tę energię spożytkować, co widać na koncertach. Nie mam też 13 lat, żeby rozpaczać, że żonaty i dzieciaty.

Po prostu nie widzę absolutnie żadnego powodu, dla którego musiałabym go choć trochę mniej lubić. Jednego aktora znielubiłam, jak wylądował w więzieniu po kolejnym złapaniu na prowadzeniu po pijaku. Tedder takich numerów nie odstawia. No nie ma wad, po prostu.

Więc tak sobie na niego patrzę, śledzę jego konta na Twitterze, Instagramie i FB, słucham jego piosenek w kółko i czekam na daty koncertów OneRepublic w Europie.

Taka moja szajba.

Kategorie
Osobiste Praca

Poświąteczny zapitolnik

Dzisiaj rano miałam przemożną ochotę znalezienia sobie wymówki, żeby nie pójść do pracy. W planie ponad 10 godzin w przychodni (jakieś 8,5 przy fotelu), która była zamknięta od piątku włącznie.

Wymówka by się znalazła. Jak chociaż prawdopodobnie rozkwitające zapalenie gardła, do rodzinnego można by pójść. Potem sobie przypomniałam, że rano będę jedynym pracującym lekarzem. To się wzięłam i pojechałam do pracy.

8 zapisanych pacjentów, całe szczęście właściwie same zachowawcze. Przyjętych pacjentów dodatkowych: 10.

W czasie zmieściłam się głównie dzięki temu, że pacjentów mam zapisanych co 40 minut. W tej chwili mało który zajmuje tyle czasu, nawet z wizytą pośrednią w leczeniu kanałowym trzonowca mieszczę się w pół godziny. Leczenie zachowawcze zajmuje mi jeszcze mniej czasu – to, co się nadrobi z tych 40 minut, zostaje na pacjentów z bólem. W rezultacie tych 18 pacjentów przyjęłam w 4 godziny 40 minut.

Oczywiście były pretensje do asystentki. Że czemu czekają tyle czasu. Bo się lekarz nie rozdwoi. Ale to mała dziewczynka. Dziewczynka się bawiła przez godzinkę czekania, potem się okazało, że jej wypełnienie z mleczaka wypadło i wcale nie była cierpiąca. Dlaczego ja muszę czekać, skoro płacę. Bo jest pan dodatkowo, poza tym NFZ twierdzi, że nie jest pan ubezpieczony. Jak nie jestem, mam ubezpieczenie w Niemczech. To się proszę w Niemczech leczyć, a nie za każdym razem mieć pretensje do systemu, na który nie mamy wpływu.

Medal się należy. 😉

Dzisiaj też zbliżyła się do końca historia mojego zepsutego czytnika. W sobotę wysłałam do supportu Legimi mejla z wieścią, że racji braku wieści co do mojej rękojmi od ponad 14 dni kalendarzowych od zgłoszenia, Kodeks Cywilny (wrzuciłam nawet odpowiedni artykuł – prawne ściągi w sieci to dobra rzecz 😉 ) każe taką rękojmię uznać za rozpatrzoną. Dzisiaj rano otrzymałam odpowiedź przepraszającą za zwłokę i informującą, że wyślą nowy czytnik. Tylko kolor będzie inny, bo mogłam dostać biały od razu (czyli za dwa dni) albo szary najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu. Mi tam już w sumie wsio. Byle działał. Przynajmniej będę pewna, że tego starego mi nie odeślą ;).

W weekend moje autko znowu powędruje do mechanika. Autko generalnie fajne, miło mi się nim jeździ od tych trzech lat i 40 000 kilometrów, ale najwyraźniej silnik nie lubi LPG. Kafelek pewnie trzaśnie. Już się cieszę.

Kategorie
Osobiste Praca

Medal się należy

Środa wieczór. Z okazji świąt brak zajęć w szkole. Gardło zaczyna pobolewać. Siadam do kompa po pracy. Robi mi się zimno. W łóżku ląduję koło 19, opatulona kołderką i kocykiem. Kawka zbożowa na mleku + miód. Solidne dreszcze. Pomiar temperatury – pod pachą 35,5 stopnia (co mi się dość często zdarza), w jamie ustnej 37,3. Normalnie choruję jak mężczyzna, lekkie odchylenie od normy w stronę dowolną (sama już nie jestem pewna tych norm…), a ja umieram.

Pożaliłam się na Fejsie, że mną trzęsie. Jakiś czas temu złamałam swoją zasadę niezapraszania współpracowników (lekarzy, asysty) do znajomych. Asystentka K. (która jest jedynym wyjątkiem w tej zasadzie, jako chyba najmniej plotkująca z całej firmy 😉 ), z którą miałam pracować dnia następnego, uczynnie wstawiła smutną buźkę. Oświadczyłam, że mam zamiar pójść w czwartek do pracy (start o 11:30, do 17:40). Chętnie bym sobie darowała, ale na pierwszy rzut był zapisany zatruty mleczak* dziecka sąsiadki, a kolejny wolny termin najwcześniej za trzy tygodnie. Trzeba spiąć poślady i dojść do siebie.

Po jako-takim umyciu się znowu trafiłam do łóżka pod kołderkę i kocyk. Telepie dalej. Gdzieś w środku nocy odchylenie od normy temperatury ciała odpuszcza i czuję się w miarę normalnie. W zamian zaczyna boleć głowa.

Rano apetytu brak. Korzystam z faktu posiadania płatków śniadaniowych, zakupionych właśnie na takie okazje (oraz na okazję pt. wymiana łuku/założenie łańcuszka = nie ma mowy o żuciu czegokolwiek przez 2-3 dni). Z wahaniem zbieram się do pracy, „najwyżej wrócę wcześniej”. Buteleczka z Apapem do torebki i jazda. Dwie tabletki wzięte przed podejściem do fotela. „Ojeeeej”, stwierdza ze współczuciem K., widząc te tabletki.

Mleczak wyleczony. Bierzemy następnych.

Dwóch ostatnich pacjentów się wypisuje. Oficjalny czas zakończenia pracy kurczy się z ok. 17:40 do 16:20. Nie mam nic przeciwko temu, pacjenci bólowi i tak mogą przychodzić do 14:30, mi nie płacą za godziny, więc zrobię, co muszę i jadę do domu.

K. w pewnym momencie oświadcza, że powinniśmy dostać medal za poświęcenie dla pracy. Ja z upływem czasu czuję się coraz lepiej, chociaż właściwie nie mam pojęcia, jak źle wyglądam.

Przyjętych 19 pacjentów, w tym jedna usunięta górna ósemka mimo braku RTG (mam obecnie wątpliwości przed usuwaniem górnych bocznych zębów po tym, jak mi się dwa razy w krótkim czasie zdarzyły tzw. puz-y – połączenia ustno-zatokowe. Dzięki wszelkim bóstwom za chirurgów stomatologicznych, gotowych przygarnąć takowe owieczki w ciągu kilku godzin**). Gardło boli coraz bardziej. Aż się cieszę na myśl o piątkowych zakupach z samego rana***.

Medal się należy za te wyleczone mleczaki, usunięte ósemki i narażanie pacjentów na zapalenie gardła. Podobno wirus jakiś krąży czy coś. Co złego to nie ja.

* tak, wiem, do zębów są przytwierdzeni pacjenci. Określanie przyczyny, z którą przyszli, jest jednak o tyle prostsze…
** puza trzeba odpowiednio zaszyć. A ja nie umieju, więc po puzie zazwyczaj jest dzwonienie po okolicznych chirurgach i wysłanie pacjenta z odpowiednią karteczką. Niniejszym macham rączką i kłaniam się z wdzięcznością do wszystkich chirurgów, którzy są gotowi wcisnąć ofiarę mojego powikłania pomiędzy swoich pacjentów.
*** polecam patent na małe kolejki przed świętami – pójść do marketu tuż po otwarciu. Niedaleko mam Auchan, w którym „hala” otwiera się o 8, a reszta sklepów o 9. Zakupy na „hali” przed 9 to niemal gwarancja krótkich kolejek (a potem można się przebiec po już otwartych sklepach dookoła). Tylko brokułów nie mieli. Jak to możliwe, że nie było brokułów.