Odezwa

Czasem mam ochotę wysłać odezwę do środowiska, więc zrobię to teraz:

Jak się koledzy/koleżanki wtryniają komuś do zaczętego leczenia kanałowego (z jakiegokolwiek powodu, np. po wizycie boli że ojej i pacjent ratuje się na pogotowiu stomatologicznym, do czego ma przecież pełne prawo) bądź coś zaczynają, a pacjent mówi, że dokończy toto u swojego dentysty, to w sumie miłym gestem byłoby napisanie na karteczce, jak się wtryniło/co się zrobiło. Lekarzowi prowadzącemu by to pomogło.

A przynajmniej mi.

Nie mówię, że wara ruszać zęby leczone regularnie przez kogoś innego, bo nie w tym rzecz. Ale takie minimum informacji? Bo pac nie wie, jak mu grzebano w zębie, co mu założono. Czasem powie, że ząb zatruty, a to np. tylko opatrunek leczniczy i wystarczy plombę założyć. A tak takie krótkie notki, np. „z. 12 – Metronidazol”, albo „z. 36: ZnOE” i byłoby jasne. Trzy słówka i już lepiej wiadomo, co dalej.

Owszem, info dla pacjenta i wpis w karcie, że takie info się wydało to zawsze kilka sekund dłużej, które trzeba poświęcić; nie ma też gwarancji, że pacjent karteczkę zachowa, że jej nie zgubi.

Jeśli pacjent leczy się w tej samej przychodni, w której (przynajmniej u nas tak jest) wszyscy lekarze mają dostęp do całej dokumentacji, więc nawet, jeśli pacjent zmienia lekarza, to w zależności od sumienności prowadzenia karty wszystko jest mniej-więcej jasne i karteczek pisać nie trzeba. Jest to odezwa głównie do lekarzy w pogotowiach stomatologicznych. Więc jeśli ktoś z Czytelników takowego zna, to proszę przekazać i ewentualnie rozważyć. :)

Podsumowanie Kącika Czytelniczego 2017

Wg mnie to był bardzo udany rok pod względem czytelniczym. Dużo książek (jak dla mnie), sporo bardzo dobrych, przeczytanych trochę nowości, było też parę powtórek z odkrywaniem na nowo. Trochę himalaizmu, sporo przygody, dużo literatury faktu, kilka klasyków. Zobaczymy, jak będzie w 2018 :)

  1. Bartłomiej Dobroch, Przemysław Wilczyński „Broad Peak. Niebo i Piekło” (zaczęte w 2016). Co doprowadziło do sukcesu i chwilę później do tragedii na Broad Peak w marcu 2013 roku? Autorzy prezentują głównych uczestników tamtych wydarzeń w kontekście całej historii polskiego himalaizmu, zwłaszcza zimowego.
  2. Patrick O’Brian „Kapitan” – zagrożony aresztowaniem z powodu długów Jack przyjmuje dowództwo na eksperymentalnym statku wojennym „Polychrest”. Oprócz niedogranej załogi i niesterowalnego statku, do listy problemów dochodzi kryzys w jego przyjaźni ze Stephenem. Z czasem docenia się to, jak często zmusza się czytelnika do szukania między wierszami. O’Brian nie bawi się w zbędne subtelności, to są w końcu książki przygodowe, ale smaczku lekturze dodają te wszystkie zawoalowane treści. Fajny jest łagodny humor i to, jak dwie skrajnie różne od siebie postaci (Jack jest prawdziwym wilkiem morskim, ale dość nieporadny na lądzie, Stephen natomiast jest nieuleczalnym szczurem lądowym, w swoich sprawach jednak niedoścignionym autorytetem) są w stanie wytrzymać ze sobą na ciasnym okręcie, na którym rządzi surowe prawo i ścisła etykieta.
  3. Marta Kisiel „Dożywocie” – napisana z dużą dozą humoru i ironii historia młodego pisarza, który od dalekiego krewnego dziedziczy dom na odludziu wraz z jego dożywotnimi mieszkańcami. Biorąc pod uwagę postać i charakter owych mieszkańców, szybko zdaje sobie sprawę, że to on jest dożywotnikiem… Serdecznie polecam wszystkim, którzy chcą się pośmiać, a którym nie przeszkadzają elementy fantasy. Spoko, to nie Władca Pierścieni, fantasy jest nasze, zwykłe, polskie, bez udziwnień, a z polotem.
  4. Jonathan Green „Morderstwo w Himalajach” – literatura faktu. W 2006 roku chińscy żołnierze otwierają ogień do grupy 75 Tybetańczyków, próbujących przedostać się do Indii przez przełęcz Nangpa La pod Czo Oju. Na oczach wspinaczy ginie jedna osoba. Życie w Tybecie pod chińską okupacją, mordercza droga do wolności, próby ujawnienia prawdy i konsekwencje dla wszystkich uczestników tych wydarzeń: uchodźców, wspinaczy, dziennikarzy… Poruszające.
  5. Bryan Jay „George Lucas. Gwiezdne wojny i reszta życia” – wolałabym biografię Stevena Spielberga, ale to też się fajnie czyta ;). Dla kinomanów i fanów Gwiezdnych Wojen.
  6. Andrzej Sapkowski „Ostatnie życzenie”. W świecie, w którym wciąż żyją elfy i krasnoludy, ale rządzą ludzie, po bocznych traktach wędruje wiedźmin Geralt – mutant stworzony do walki z potworami. Chociaż obdarzony nadludzkimi umiejętnościami, jest nadal bardzo ludzki: ma swój własny kodeks moralny, ironiczne poczucie humoru, czasami też popełnia błędy, które go srogo kosztują. Pierwszy zbiór opowiadań żywo, z humorem i licznymi nawiązaniami do folkloru wprowadza w świat Geralta z Rivii, rozpoczynając serię kultową dla fanów fantasy.
  7. Thomas Maier „Masters of sex” – Bill Masters, poważany ginekolog i chirurg, specjalista w leczeniu niepłodności. Virginia Johnson, sekretarka, nadrabiająca braki w wykształceniu otwartością na ludzi i pomysłowością. Razem w pruderyjnej Ameryce lat 60 i 70 rozpoczynają badania nad ludzką seksualnością, tworzą szybką terapię leczenia zaburzeń seksualnych, często ocierając się o granice przyzwoitości, ale urastając do miana gwiazd. Historia ich badań, działania ich kliniki, popularności i problemów prywatnych, a później długi zjazd w samotność i chorobę. Ciekawe, choć pod koniec męczące – albo to ja miałam ochotę poczytać wreszcie coś innego.
  8. Marta Kielczyk „# WPADKI” – z humorem o poprawności językowej. Aczkolwiek miałam wrażenie, że w pierwszych rozdziałach brakowało kilku przecinków. Z przecinkami jednak zawsze miałam problem, więc się nie czepiam.
  9. Andrzej Sapkowski „Miecz przeznaczenia” – nieco lżejsza od „Ostatniego życzenia”, trochę lepiej wprowadza nas w postaci. Geralt wyjaśnia swoje pochodzenie i ujawnia parę nowych cech charakteru, a jego związek z Yennefer można określić wyłącznie facebookowym „to skomplikowane”. Tym razem nasz znajomy nie ucieka przed śmiercią, ale przeznaczeniem – i chociaż w nie nie wierzy, uciec się nie udaje.
  10. Margot Lee Shetterly „Ukryte działania” – o czarnoskórych matematyczkach, zatrudnionych w NACA/NASA w okresie, w którym wciąż trwała segregacja rasowa. Przecieranie szlaków dla kolejnych, walka o równouprawnienie w życiu publicznym, otrzymywanych płacach i awansie zawodowym, ich wkład w program kosmiczny i dotarcie człowieka na Księżyc. Dla osoby żyjącej w kraju, w którym takiej segregacji nigdy nie było (jest tylko zwykła, chamska nietolerancja) jest to trudne do pomyślenia, dla kolorowych obywateli USA te panie były pionierkami.
  11. Jarosław Molenda „Zwiać za wszelką cenę” – o wielkich ucieczkach z PRL. Książka w sumie na wzrusz, chyba się trochę zawiodłam.
  12. Patrick O’Brian „HMS Surprise” – moja ulubiona część serii. Jack dostaje przydział na fregatę „Surprise”, na której sam uczył się marynarskiego fachu. Wraz ze Stephenem, angielskim posłem i resztą załogi płyną do Kampongu z misją dyplomatyczną. Po drodze zmagają się ze sztormami, francuskim admirałem, który już raz pokonał okręt dowodzony przez Jacka, i niespełnioną miłością Stephena.
  13. Dariusz Kortko, Marcin Pietraszewski „Kukuczka”. Czasem się tak uda, że jak czegoś nie ma na Legimi, to się to znajdzie po promocji w Lidlu. Pan Kortko znany z książki o Relidze (którą też zresztą kupiłam w Lidlu…), tym razem przybliża świat najbardziej znanego polskiego himalaisty. Bardzo, bardzo fajne, momentami śmieszne, często wzruszające, zawsze prawidłowo neutralne, jeśli chodzi o ocenę osoby i tym, czym się zajmowała. Nie umniejsza legendy Kukuczki, opisuje trudy nie tylko samych wypraw, ale też ich organizacji.
  14. Stephen Hawking „Jeszcze krótsza historia czasu”. Biorąc pod uwagę, że samo wspomnienie fizyki w szkole wywołuje u mnie traumę, nie wiem, co mnie podkusiło, żeby przeczytać dość trudną książkę o astrofizyce. Może to, że tu nie ma wzorów, ale są możliwie przystępnie (znaczy na tyle, na ile się dało) opisane najważniejsze teorie, według których może funkcjonować nasz wszechświat. Warto być chociaż świadom istnienia takich teorii, jak ogólna i szczególna teoria względności Einsteina, mechanika kwantowa i teoria strun, chociaż książka stara się je przybliżyć w sposób zrozumiały dla kogoś takiego, jak ja – osoby z pofizyczną traumą ;)
  15. Patrycja Bukalska „Krwawa Luna” – o budzącej postrach dyrektor Departamentu V Urzędu Bezpieczeństwa, słynącej z okrucieństwa podczas przesłuchań, która później podobno stała się gorliwą katoliczką… To jest bardziej rozprawienie się z legendą. Na pewno fajnie się czyta.
  16. Umberto Eco „Imię róży” – klasyk, trochę przeze mnie wymęczony. Młody mnich z zakonu Benedyktynów towarzyszy doświadczonemu Franciszkaninowi w podróży do opactwa w Italii. W opactwie mają się spotkać poselstwa cesarza i papieża, ale wcześniej rozpoczyna się seria zbrodni. Powieść współczesna, ale stylizowana na średniowieczną, więc są i rozwlekłe opisy, i jeszcze rozwleklejsze monologi. Ale Wilhelm z Baskerville na tyle przypomina Sherlocka Holmesa, że jak najbardziej trzeba przeczytać ;)
  17. Paweł Reszka „Mali bogowie” – o znieczulicy polskich lekarzy. Bałam się, że będzie wyłącznie o tym, jacy to wszyscy lekarze są źliii, pazerni i leniwi. Całe szczęście, oberwało się też systemowi, który dopuszcza maksymalne przepracowanie lekarzy w imię godnego życia. Lektura szybka, czasami wstrząsająca.
  18. Andrzej Sapkowski „Krew elfów” – pierwsza część Sagi. Ciri pod opieką Geralta najpierw przechodzi szkolenie wiedźmińskie w Kaer Morhen, a potem przenosi się do świątyni, gdzie pod okiem Yennefer uczy się panować nad swoimi – niemałymi – magicznymi mocami. Tymczasem w wielkim świecie szuka ją większość władców, by wykorzystać jej królewskie pochodzenie do własnych celów.
  19. Joanna Mielewczyk „Matka Polka Feministka” – historie przedstawione w felietonach radiowej Trójki. Różne spojrzenia na macierzyństwo i ojcostwo. Książka ciepła, dająca siłę i czasami też do myślenia.
  20. Terry Goodkind „Stone of tears” – Richard, Kahlan i Zedd rozdzielają się. Granica między światem żywych i umarłych zostaje osłabiona. Kawał dobrego fantasy, pełnego magii, zagadek, trudności i… krwi.
  21. Jennifer Worth „Zawołajcie położną” – o pracy świeckiej położnej, pracującej przy zakonie w Londynie w latach 50-tych XX wieku. Trudności, radości, smutki i dramaty życia w dzielnicy portowej, o której władze zdążyły już zapomnieć.
  22. Marcin Wicha „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” – sentymentalna opowieść o matce, wspominanej przez pryzmat posiadanych przez nią książek i innych szpargałów. Bardzo sympatyczne, momentami wzruszające. Dość lekkie.
  23. Anna Kamińska „Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz” – co kształtowało jedną z najlepszych himalaistek na świecie, jaka była podczas wypraw i co mogło doprowadzić do jej zaginięcia w 1992 roku. Ciekawe studium postaci.
  24. Jacek Hugo-Bader „Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak” – doświadczony reporter wprasza się na wyprawę, która wyrusza w czerwcu 2013 roku z zamiarem znalezienia i pochowania Tomka Kowalskiego i Macieja Berbeki, którzy w marcu tego samego roku zginęli w trakcie schodzenia ze zdobytego właśnie (pierwszy raz zimą) szczytu Broak Peak. Bardzo ciekawa książka, żywo napisana, przedstawiająca różne punkty widzenia na temat rozegranej pod szczytem tragedii, a wszystko piórem osoby, która poszła w te góry, ale himalaistą nie jest – więc raczej rzetelnie, a przy tym obiektywnie pisze o tym jednym z najmniej rozumianych sportów? hobby? Serdecznie polecam, to chyba najlepsza z tych kilku przeczytanych przeze mnie książek o tematyce himalaistycznej.
  25. Bralczyk, Miodek, Markowski w rozmowie z Jerzym Sosnowskim „Wszystko zależy od przyimka” – bardzo fajna, dowcipna, a przede wszystkim kształcąca rozmowa o poprawności językowej.
  26. Andrzej Sapkowski „Czas pogardy” – trwają przygotowania do wojny państw Północy z Nilfgaardem. Yennefer, Ciri, Geralt przybywają na wyspę Thanedd, na radę czarodziejów. Ta część jest moim zdaniem lepsza od poprzedniej – bardziej żywa, z większą ilością akcji; więcej zwrotów akcji, bardziej absorbująca.
  27. Aleksandra Marinina „Zabójca mimo woli” – ktoś mi polecał serię o Kamieńskiej. Przyznam szczerze, że chyba trafiłam na jakiś słabszy tom (wzięłam losowo), bo ani to mnie na kolana nie rzuciło, ani nawet specjalnie nie wiem, o czym było. Za dużo postaci i wątków, ciężko się to śledzi, a główna bohaterka jest wszystkowiedząca i na wzrusz.
  28. Erik Durschmied „Jak pogoda zmieniała losy wojen i świata” – historycznie-reportażowo. O tym, jak wielkie armie (Napoleona, Hitlera…) bywały pokonane przez nieprzyjazne warunki pogodowe i jak mógłby wyglądać nasz świat, gdyby wydarzenia potoczyły się inaczej.
  29. Andrzej Sapkowski „Chrzest ognia” – do Geralta w jego misji poszukiwania zaginionej Ciri dołącza łuczniczka z Brokilonu Milva, stary przyjaciel Jaskier, cyrulik z przeszłością Regis i nilfgaardzki żołnierz Cahir. Jest to powieść tym razem wybitnie przygodowa, z silnym akcentem lojalności, ojcowskiej miłości i bardzo cierpliwej przyjaźni.
  30. Remigiusz Mróz „Czarna Madonna” – dochodzi do tajemniczego zaginięcia samolotu z Warszawy do Izraela, na pokładzie którego znajduje się narzeczona Filipa – byłego księdza. Niedługo potem wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Filip jest opętany i zbliża się Sąd Ostateczny. Książka z pogranicza horroru, który u mnie koszmarów nie wywołał, chociaż – zwłaszcza na początku – uczucie niepokoju było na tyle silne, że zaczęłam się zastanawiać, czy dam radę to skończyć.
  31. J. Maarten Troost „Życie seksualne kanibali” – młody Amerykanin wyrusza do Kiribati (wyspiarskie państewko na Oceanie Spokojnym) z narzeczoną pracującą w fundacji rozwojowej. Razem zderzają się z rzeczywistością życia w raju, w którym panuje bród, smród i ubóstwo. Pełna humoru, ale też bardzo prawdziwa opowieść o życiu codziennym na tropikalnym atolu.
  32. Jerzy Stuhr „Ja kontra bas” – trochę utknęłam podczas czytania „Paragrafu 22”, widziałam tę książkę na zdjęciu u znajomej, więc ją przeczytałam w dwa dni. Znaczy to nie kryzys czytelniczy, tylko z książką problem (albo nastrój nie ten). A tu mamy wspomnienia dookoła granego od 30 lat przez p. Jerzego monodramu „Kontrabasista”. Plus trochę poglądów.
  33. Adam Rutherford „Krótka historia wszystkich ludzi, którzy kiedykolwiek żyli” – byłam sceptyczna co do tej książki, a niesłusznie. Genetyk pisze o naszym pochodzeniu, historii, możliwej przyszłości ludzkiego gatunku i o tym, co można odczytać w DNA. Bardzo fajnie i całkiem lekko, chociaż to książka naukowa.
  34. Joseph Heller „Paragraf 22”– o świrach w armii USA podczas II WŚ. Przewrotna, ironiczna, śmieszna, ale też gorzka i absurdalna. Kultowa. Ciężka. Uwielbiana przez wielu. Mnie zmęczyła. Must-read tak czy siak.
  35. Marta Kisiel „Siła niższa” – kontynuacja „Dożywocia”, tak samo fajna, lekka i pozwalająca odpocząć :)
  36. Andrzej Sapkowski „Wieża jaskółki” – intrygi ciąg dalszy. Książka bardzo skoncentrowana na Ciri i jednocześnie pierwsze (z podobno dwóch) solidne źródło dla… trzeciej gry „Wiedźmin” :). To chyba w środku tej książki przerwałam czytanie poprzednim razem – w momencie, w którym Geralt traci medalion (bo jak to tak, wiedźmin bez medalionu???). Tym razem doczytałam do końca i sagę na pewno już dokończę.
  37. David Grann „Zaginione miasto Z” – reporter zaczyna poszukiwania odkrywcy i badacza Amazonii zaginionego w dżungli w 1925 roku. Czytało się bardzo fajnie (fajność przerywana opisami aktów kanibalizmu ;) ), ale mam wrażenie, że takie trochę pobieżne to było.
  38. Mariusz Urbanek „Makuszyński. O jednym takim, któremu ukradziono słońce” – bardzo fajnie napisana biografia autora mojej ulubionej książki z lat szkolnych ;). Od początków twórczości w gimnazjum, przez złote lata w 20-leciu międzywojennym do zapomnienia i biedy tuż po IIWŚ. A na koniec się wzruszyłam. Warto.
  39. Andrzej Sapkowski „Pani jeziora” – Ciri wpada w ręce Ludu Olch, Geralt i jego ciekawa kompania próbuje ją znaleźć, zaś Yennefer jest więziona przez czarodzieja, który chce wykorzystać magię Ciri do własnych celów. A w tle nadal trwa wojna. Dla fanów gier jest to absolutna lektura obowiązkowa – znacząco ułatwia zrozumienie wielu wątków, bo CDPRed czerpało z niej garściami.  Sapkowski dalej się bawi chronologią, poza tym parę razy zaliczyłam szczękopad i zwilgotnienie oczek.
  40. Henryk Sienkiewicz „Ogniem i mieczem”. Kochliwi rycerze, piękne niewiasty, wierni przyjaciele, honor, gorąca krew kozacka, a wszystko otoczone wojną domową. Z czytania w nastolęctwie zostało mi wrażenie, że to dość ciężka lektura. Błąd! Czytało się super. Klasyka powieści przygodowej :)
  41. Magdalena Grzebałkowska „Beksińscy. Portret podwójny” – Zdzisław Beksiński – pochodzący z Sanoka genialny malarz, który zaczynał od rzeźb i rysunków, a skończył na grafice komputerowej, wycofany, znerwicowany, często zadziwiająco wręcz naiwny. Tomasz Beksiński – pokrzywdzony niedoborem miłości ojcowskiej, ufiksowany na śmierci, genialny tłumacz i dziennikarz muzyczny. Gdzieś w tle kręci się Zofia Beksińska, cicha gospodyni, kochana przez męża, wykańczana przez syna. Książka świetna, często śmieszna, a jeszcze częściej smutna – aż chce się pojechać znowu w Bieszczady i obejrzeć sanocką wystawę jeszcze raz.
  42. Henryk Sienkiewicz „Potop” – Andrzej Kmicic, młody litewski żołnierz i hulaka otrzymuje w spadku od przyjaciela rodziny wioskę i rękę wnuczki, Aleksandry. Młodzi bardzo przypadają sobie do gustu, ale na drodze do szczęścia staje im rozbójnicza zuchwałość rycerza i wojna ze Szwedami. Pohańbiony, zdesperowany Kmicic zmienia nazwisko na Babinicz i rusza na ratunek królowi polskiemu. Od dawna twierdziłam, że to moja ulubiona książka, co zostało mi z czasów namiętnego pochłaniania książek przygodowych. Ponowna lektura po kilkunastu latach pozwoliła odkryć na nowo wartkość narracji i dowcip. Bo chociaż za główne źródło humoru u Sienkiewicza jest uważany Zagłoba, to Andrzej Kmicic, choć początkowo naiwny i z prostym podejściem do życia, okazuje się szalenie inteligentny i w tej inteligencji również niezmiernie dowcipny (np. zatargi z panem Zamoyskim). I jakoś tak się lubi tego rozbójnika, trzyma się za niego kciuki, się wzrusza i niepokoi za każdym razem, gdy obrywa po łbie.

Co tam u mnie?

  1. uwielbiam swój samochód. Często jak podchodzę do niego na parkingu, stwierdzam, że jest cholerne ładne. Potem wsiadam, włączam podgrzewanie fotela, przełączam skrzynię w tryb Drive i jadę. W trasie włączam tempomat i spuszczam nogę z gazu, kierownicę trzymam jedną ręką, w drugą czasem łapię herbatkę albo hot doga kupionego na stacji. Podczas konferencji, jak stoi na parkingu wypełnionym Mercedesami, BMW i Audi bogatszych kolegów po fachu, też mi nie robi wstydu.
    Mojemu tacie też się podoba, chociaż ostatnio przeprosił się ze swoją Hondą UFO (Civic 8 generacji). ;)
  2. przez rok zdążyłam przejść gry „Wiedźmin” (dwa razy) i „Wiedźmin 3” (podstawkę, dodatki jeszcze czekają). Drugiej gry nie mam na czym odpalić ;) (może za rok się szarpnę na nowego lapcia, tym razem takiego z kartą graficzną, chociaż właściwie bardzo lubię swój obecny sprzęt). Jestem teraz wierną członkinią fandomu, moja przygoda z wesołą gromadką dowodzoną przez zawodowego zabójcę potworów nie jest zakończona. Tylko książki muszę dokończyć, ostatnio zaczęłam „Sezon burz”, ale chwilowo ją odłożyłam na lepsze czasy.
    A Geralt w trzecim „Wiedźminie” to ciacho. Jacek Rozenek karmi moje uwielbienie dla męskich głosów (chociaż jako Geralt mówi niższym i bardziej chrapliwym głosem od swojego naturalnego).
  3. zawodowo bez zmian. „Dorabiam” w szkole dla higienistek stomatologicznych, niestety moje lenistwo coraz mniej się widzi w tej karierze.
  4. książki też nadal czytam. Podsumowanie Kącika Czytelniczego będzie tradycyjnie po przeczytaniu pierwszej książki w nowym roku.
  5. nadal noszę aparat ortodontyczny, jestem na finiszu (jeszcze jakieś dwa miesiące). Próbujemy ustawić w szeregu moją nieco wystającą do przodu prawą górną jedynkę. W rezultacie z położenia, którego nieprawidłowości nie było widać od frontu, zrobiła mi się diastema (niecały milimetr) i wyraźne wysunięcie do przodu (niecały milimetr) lewej jedynki. Się w przyszłym tygodniu dowiem, czy mam panikować, czy się po prostu nie uśmiechać szeroko przez najbliższy miesiąc (diastemę jeszcze bym przeżyła, ale ten jeden ząb wysunięty do przodu mnie znacznie bardziej mierzi. A tak nie lubię myśli, że ktoś mi przy siekaczach będzie grzebał).
    Od kilku miesięcy noszę też „wyciągi” między górnym a dolnym łukiem zębowym (gumki łączące zamki na górze i na dole), co żartobliwie nazywam kagańcem. Miałam cichą nadzieję, że dzięki temu schudnę, niestety, przyjmowane na drugie śniadanie jogurty pitne zawierają tyle cukru, że waga ani mi drgnęła (gumki oczywiście ściągam do jedzenia i zakładam później nowe, ale nie chce mi się tego robić za często, więc drugie śniadanie w pracy jest zwykle płynne).
  6. opcja „Tego dnia” na Facebooku jest świetnym narzędziem do uświadomienia sobie własnego ekshibicjonizmu. Czasami czytam, co zamieściłam 4-6 lat wcześniej i sobie myślę, „kogo to krówa obchodziło???”. Chociaż pewnie nadal tak jest, że jak zobaczę za kilka lat obecne wpisy, będę myśleć to samo.
  7. i przestroga zdrowotna: jeśli zdrowa, względnie trzeźwa osoba podczas rozmowy nagle zacznie bełkotać i dostanie niedowładu połowy twarzy, to nie sprawdzajcie objawów udaru w internecie, tylko od razu wzywajcie karetkę, nawet, jak się owej osobie chwilowo poprawi.

Zepsuli mi samochód

(zanim go kupiłam)

W zeszłą sobotę zrobiliśmy sobie z Tatą wyprawę moim autkiem pod Poznań celem obejrzenia paru samochodów (oba marki Toyota model Auris, automatyczna skrzynia biegów + kilka innych niezbędnych bajerów), wyszukanych w pocie czoła na otomoto. Dojechaliśmy do autohandlu i z dwóch samochodów do obejrzenia zrobił się jeden, bo drugi, wbrew treści ogłoszenia, nie miał tempomatu, a po latach jeżdżenia autem z tempomatem braku tempomatu nie uznaję w swoim aucie.

Drugie auto, nieco droższe od odrzuconego pierwszego, zostało obejrzane (tempomat stwierdzono), odprowadzone do stacji diagnostycznej i ostatecznie zaklepane. W tygodniu załatwiałam wszelkie formalności – kredyt mi przyznano, trzeba było jeszcze te cztery kółka zarejestrować i zaocznie ubezpieczyć. W międzyczasie kupiłam bilety na pociąg. Oprócz mnie i Taty zabierała się z nami moja Mama i Ł.

No to wczoraj pojechaliśmy samochód odebrać. Pobudka po trzeciej nad ranem, u celu byliśmy po 11. Wprawdzie było już właściwie po ptokach, ale Tata postanowił sprawdzić wszelkie bajery, które auto podobno ma, plus alarm.

No i po sprawdzeniu alarmu zrobił się problem. Auto ma odpalanie bezkluczykowe, znaczy musi być brelok w zasięgu anten, ale silnik uruchamia się guzikiem. I to uruchamianie guzikiem nie działało.

Pięciu facetów się kręciło dookoła. Tata miał minę nietęgą (w końcu to on ten alarm sprawdzał), panowie z autohandlu wpadali w coraz większą panikę (umowa jeszcze niepodpisana). Szukali, patrzyli, dzwonili po znajomych. („Słuchaj, pamiętasz Toyotę Auris, taka brązowa, beżowa, zresztą ch*j wie, co to za kolor…” – dzisiaj rano stwierdziliśmy, że jest koloru cappuccino. Na pewno będzie mniej widać, że brudna.) W końcu przyjechał jakiś młody gostek i zrobił to, co trzeba było zrobić już dawno.

Zajrzał do instrukcji (700 stron z okładem).

Auto chodzi.

(Swoją drogą mam coraz większe wątpliwości, że zepsuło się po sprawdzaniu działania alarmu. Prawdopodobnie ktoś coś później wcisnął nie tak, bo generalnie przestawienie tego na tryb jak sprzed sprawdzania było dziecinnie proste i można to zrobić nawet przypadkiem.)

Polecono nam auto oblać po dojechaniu do domu.

Większość trasy powrotnej (prawie 400 km, 6 godzin) prowadziłam ja, dzień wcześniej przejechawszy się autem Mamy z automatyczną skrzynią biegów. Mama pocieszyła mnie, że podczas próby poszło mi bardzo sprawnie, chociaż w trasie często miałam myśl, że przy wolnej jeździe trzeba zredukować bieg, ale ogólnie lewa noga – bezużyteczna w aucie z automatem – była używana z przyzwyczajenia tylko do wciskania hamulca przy odpalaniu silnika (przy skrzyni ręcznej przy uruchamianiu wciska się przecież sprzęgło).

Tata stwierdził, że jak będę je sprzedawać za 2 lata, to on zaklepuje (to duży komplement). Ja na to, że kredyt mam na 4 lata. „No to za cztery.”

Auriska ma kopa. 200 kg cięższa od Nissana, ma też 22 konie więcej. Jest nieco niższa i ma twardsze zawieszenie, ma też, niestety, nieco mniej miejsca – zwłaszcza na tylnej kanapie. Ale ja z pasażerami na tylnej kanapie jeżdżę bardzo rzadko, poza tym zmieściliśmy się w czwórkę (a liliputami nie jesteśmy). Poza tym jest wyładowana elektroniką i bajerami, których pewnie nie będę nawet używać ;).

Wysadzono mnie i Ł. pod moim mieszkaniem, Tata pojechał dalej Aurisem. Z Ł. poszliśmy zabrać rzeczy na przebranie, pojechaliśmy Nissanem do rodziców. Tam do 23 było oblewanie auta – kolejka na wszystkie cztery koła, potem automat, tempomat i czujniki parkowania. Kulturalnie wcięci poszliśmy spać.

Dzisiaj rano było dalsze poznawanie bajerów, przy okazji okazało się, że nie działają światła do jazdy dziennej, nie dostałam jednej instrukcji i otrzymałam w spadku po poprzednich właścicielach płytę Roda Stewarta. Ogólnie stwierdziłam, że dopóki nie ogarnę wszystkich bajerów, pewnie sporo rzeczy będzie mnie w tym aucie wkurzać.

Na razie stoi u rodziców. Regularnie jeździć zacznę dopiero w poniedziałek po południu.

A Nissan zostanie odpicowany i, mam nadzieję, rozsądnie sprzedany, bo to w sumie fajne auto jest.

Urlop letni 2017

Urlop zaczęłam obmyśliwać już w styczniu-lutym. Padł pomysł na Bieszczady. Wstępny termin: przełom lipca i sierpnia.

Potem przyszło zaproszenie na ślub znajomych, który miał się odbyć 1 lipca. Para młoda mieszka w Warszawie, więc po otrzymaniu wstępnego zawiadomienia myślałam, że ślub będzie tam. Kiedy zaproszenie właściwe przyszło pocztą, okazało się, że całość będzie w ogólnie pojętych okolicach Zawiercia, znaczy w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Ponieważ stwierdziłam, że dwa razy w ciągu miesiąca na południe Polski tłuc się nie będę, połączyliśmy jedno z drugim – przyspieszyłam urlop. Całe szczęście nie miałam jeszcze zarezerwowanego noclegu.

Ruszyliśmy moim autem w piątek, 30 czerwca. Ja wyjechałam koło 14, Ł. dołączył do mnie w Gdańsku ok. 15:20. Pokonując korki na obwodnicy 3miasta i jedno ślimaczenie się autostradą (na której po drodze skończył mi się LPG, ale przecież mam jeszcze cały bak benzyny, prawda?), ok. 23 nieomal widzieliśmy szyld hotelu, gdzie mieliśmy spędzić weselny weekend.

No cóż. Auto w pewnym momencie po prostu straciło moc i zgasło. Po odpaleniu ujechało kilka kilometrów (całe szczęście wjechaliśmy w oświetlony teren zabudowany), po czym umarło i nie chciało ożyć.

O tym, gdzie dokładnie byliśmy, wiedziałam z ekranu nawigacji GPS.

Oczywiście musiałam się pożalić na Fejsie (uczyniłam to jakoś w trakcie szukania pomocy, kiedy czekaliśmy na czyjś telefon).

Mam ubezpieczenie z Assistance. Próbowałam się dodzwonić do okolicznych pomocy drogowych (wszyscy zajęci) i ubezpieczyciela. Do tego drugiego udało mi się za trzecim razem i po kilkunastu minutach czekania na połączenie. Przyjęto zgłoszenie, przy czym nasze perspektywy nie wyglądały dobrze: mogli nas zawieźć w tylko jedno miejsce (np. na parking warsztatu albo do hotelu: w drugie musielibyśmy sobie sami organizować dojazd). Po kilku minutach oddzwonił pan z pomocy drogowej ze Szczekocin, bo to on miał umowę z moim ubezpieczycielem na pomoc w ramach Assistance.

I w tym momencie bardzo panu dziękuję, bo zostaliśmy potraktowani naprawdę po ludzku i profesjonalnie. Przyjechał z lawetą jakiś jego znajomy, zaufany mechanik. Zaciągnął moje autko na lawetę. ODWIÓZŁ NAS I NASZE RZECZY DO HOTELU. Po czym zabrał samochód do warsztatu z zapowiedzią, że będzie o ósmej rano dzwonił z wynikami diagnostyki.

W łóżkach znaleźliśmy się ok. 1 w nocy.

Pan mechanik zadzwonił, zgodnie z obietnicą:

Kilka godzin później odezwał się również pan ze Szczekocin. Oczywiście trzeba było o tym napisać na fejsiku ;)

Po dalszej weryfikacji wyszło, że poszły prawdopodobnie wtryskiwacze. Pan ze Szczekocin przywiózł moje auto na lawecie, poinstruował mnie, jak je odpalić od razu na LPG w trybie awaryjnym (zazwyczaj po uruchomieniu silnika samochód chwilę chodzi na benzynie, po czym przełącza się na gaz), stwierdził, że dopóki jest ciepło, to można tak jeździć, trzeba tylko pilnować, żeby nie zabrakło LPG. Bardzo pomógł nam fakt, że nocleg mieliśmy w hotelu nad stacją benzynową, więc auto jeszcze na lawecie zostało zatankowane prawie pod korek.

Lokalsi nas nie oskubali.

1 lipca o 14 wyruszyliśmy na wesele wraz z niewielką grupą członków tzw. Bocznicy, czyli dziś już niestety nieistniejącej grupy dyskusyjnej, której członkami byłam m.in. ja, Ł. (dzięki tej grupie się poznaliśmy) i Pan Młody.

Sam ślub i wesele… Pogoda średnio dopisała. Co miało znaczenie, jako że ceremonia ślubna miała miejsce na świeżym powietrzu, ale chowaliśmy się pod parasolami i drzewami i nikt chyba specjalnie nie zmókł.

Sanktuarium Matki Bożej Skałkowej

Potem zawieziono nas do innego hotelu, a tam… były tańce i hulanki, i góra pysznego jedzenia, i przejażdżka wozem drabiniastym (dla wielu traumatyczne przeżycie, wsiadało się trzeźwym, wysiadało zachrypniętym i pijanym ;) ), moje prawie-szpilki okazały się całkiem wygodne i nie zdzierżyłam dopiero wchodzenia po schodach w naszym miejscu noclegowym, kiedy ok. 3 w nocy tam zlądowaliśmy.

W niedzielę 2 lipca ruszyliśmy w Bieszczady. Dojechaliśmy koło 17. Było deszczowo i mgliście. Zameldowaliśmy się w naszej bazie (Gościniec Horb w Strzebowiskach).

3 lipca ruszyliśmy zwiedzać. Na pierwszy ogień poszła Solina (Zalew Soliński; chcieliśmy zwiedzić elektrownię, ale w poniedziałki nie ma zwiedzania i bosko, że jest o tym gdziekolwiek napisane) i Lesko (miasteczko i kirkut).

Zalew Soliński

Kirkut w Lesku

4 lipca kopsnęliśmy się nieco dalej, bo do Sanoka. W Sanoku znajduje się największy skansen w Europie.

Rynek galicyjski w skansenie

Stworzyliśmy grupę wycieczkową z przypadkowo poznanymi przy kasie ludźmi i ruszyliśmy na ponad 2 godziny wędrówki z fajną przewodniczką. Ogólnie w tym skansenie można spędzić cały dzień, od przyszłego roku ułatwi to karczma, która się otworzy na terenie, a nie przed bramą. Polecam serdecznie. Ze skansenu ruszyliśmy do zamku, gdzie obejrzeliśmy m.in. największe zbiory twórczości Beksińskiego. Nie dało się wszystkiego obejrzeć (zabrakło sił i czasu), ale ogólnie z jego dzieł: fotografii, grafik czy najlepiej znanych obrazów wyziera niepokój i depresja, której podobno nie miał, ale „zaprzeczenie to silny mechanizm obronny”.

Ostatni obraz Beksińskiego

5 lipca to była trasa objazdowa. Zaliczyliśmy Wodospad Ostrowskich, Chmielowe Kaskady, próbowaliśmy zobaczyć żubry (ale się schowały), zrobiliśmy piwne zakupy w browarze Ursa Maior i serowe u Greka mieszkającego w Wańkowej, i w końcu udało się wejść do wnętrza Zapory Solińskiej.

Wodospad Ostrowskich

Chmielowe Kaskady

Odwrotne graffiti na ścianie zapory w Solinie

Widoczek z trasy

(Odwrotne graffiti to takie wymyte z brudu na ścianie myjką ciśnieniową)

Do domu wróciliśmy z lekka wypruci. Wieczorem zaczęłam się nudzić i uruchomiłam niedawno skończonego pierwszego „Wiedźmina” (grę). Pierwsze przejście trwało u mnie pół roku. Drugie, zaczęte na tych wakacjach, skończyłam już w domu, po 3,5 tygodnia. Drugiego „Wiedźmina” mój laptop nie jest w stanie normalnie pociągnąć (bo zamieniłam dwa rdzenie procesora i kartę graficzną na 12 GB RAM i 250 GB dysku SSD), co mnie zasmuciło jeszcze przed urlopem.

6 lipca postanowiliśmy odpocząć i nic nie robić, ale ok. 13 w pensjonacie wyłączyli nam internet, więc trzeba było wyjść z domu ;). Poszliśmy na nóżkach na obiad do pobliskiej knajpy, po drodze zadzwoniłam do kuzyna mojej mamy, który wedle wszelkich danych posiada w okolicy pensjonat. Okazało się, że ów pensjonat znajduje się w sąsiedniej wsi. Umówiliśmy się na wieczór. Tam sprowokowano naszą ambicję: jak to tak, jesteśmy w górach, a na żaden szczyt nie chcemy wejść? Na Połoninę Wetlińską ludzie wchodzą w klapkach! No to się wyklarowały plany na ostatni dzień naszego pobytu.

7 lipca, piątek. Planowana wyprawa wysokogórska (całe 1223 m n.p.m., podejście od 872 m). Na wyposażeniu aparat fotograficzny, kilka małych butelek wody i kije do nordic walkingu. Weszliśmy.

Widok ze szczytu Połoniny Wetlińskiej

Było ciężko. Może to nie było zimowe wejście na K2, ale a) bez kijów ani rusz. Dzień wcześniej wywaliłam się idąc po asfalcie, na kijach przynajmniej moja zaburzona równowaga dawała sobie radę; b) na szlaku spod Przełęczy Wyżnej nie radzę iść w klapkach, bo jest kamieniście na sporym odcinku; c) moja czasem ujawniająca się skłonność do spadków glukozy nakazuje brać coś słodkiego ze sobą na szlak. W drodze w dół poczułam się dziwnie, według Ł. zbladłam. Uratowała mnie Pepsi kupiona na szczycie, w schronisku. Poza tym d) czasy podane na oznakowaniu szlaków są mniej-więcej zgodne z tempem chodu osób bez kondycji (czyli naszym); e) widoczki są bombowe; f) miałam na sobie m.in. koszulkę z długimi rękawami, które w drodze podwinęłam. Ani się obejrzałam, a zrobiła mi się opalenizna do połowy przedramienia.

Do lokum dotarliśmy żywi i raczej usatysfakcjonowani. Od morderczych zakwasów uratowały nas tabletki Asparginu, wzięte przed i po wyprawie. W rezultacie następnego dnia oboje byliśmy sztywnawi, ale byliśmy w stanie normalnie się poruszać (w sensie bez bólu).

8 lipca ok. 10 opuściliśmy nasze śliczne, przyjazne lokum. Do Piotrkowa Trybunalskiego jechaliśmy drogami gminnymi i powiatowymi, pod Piotrkowem (dokładnie w połowie drogi) mieliśmy wjechać na autostradę. Zrobiliśmy chwilę przerwy na stacji benzynowej. Po wyjeździe ze stacji, na nieco dziurawym odcinku, coś mi zaczęło niepokojąco stukać w jednym kole. Zjechaliśmy. Obejrzeliśmy wszystkie koła dookoła, myśląc, że złapałam kapcia. Ostrożnie ruszyliśmy dalej, było cicho. Już na autostradzie sytuacja się powtórzyła. Znowu zjazd. Jedno koło gorące. Szukam w sieci informacji, co to może być. Pierwsza diagnoza: poszło łożysko. Ale co zrobimy 400 km od domu? Nic. Ruszyliśmy powolutku i ostrożnie, mimo chęci znalezienia się w domu jechałam spokojne 100 km/h. Była cisza. Na następnym postoju na stacji stwierdziliśmy, że owo koło jest nieco cieplejsze od pozostałych, ale chyba możemy się bardziej rozpędzić. Ruszyliśmy dalej. Znowu stuka. Nici z rozpędzania, dalej suniemy 100 km/h (najbardziej waliło w przedziale 60-80 km/h, potem cichło, ale generalnie cały czas był słyszalny szum). W domu znaleźliśmy się o 23. Ł. po przejściu przez próg mieszkania ucałował podłogę.

W niedzielę jechaliśmy do moich rodziców, więc po drodze zostawiłam auto u mechanika. Dnia następnego dowiedziałam się, że poza pompą paliwową poszły klocki hamulcowe i jakieś prowadnice w owym rozgrzewającym się kole. Ogólnie mieliśmy szczęście, że się w ogóle doturlaliśmy do domu.

Wypróbowane miejsca, gdzie dają jeść za opłatą:

Restauracja „Niedźwiadek”, Ustrzyki Dolne, Dworcowa 5. Miejscówka polecona przez Krytykę Kulinarną (specjalnie tam jechaliśmy przez tę rekomendację). Jedzenie (rożki baranie dla Ł., gołąbki po bieszczadzku z kaszą i sosem borowikowym dla mnie) bardzo smaczne, tylko moje, no cóż, chłodnawe. Ale w sosie rzeczywiście były grzyby, nażarliśmy się pod korek.

Restauracja „Stary Kredens”, Sanok, pl. św. Michała 4. Tu, jak dla mnie, dużo większe wow. Dania bardziej wymyślne i skromniejsze ilościowo, ale wystarczające, żeby się najeść.

Bar „Na tarasie”, Solina. Ot, bar w drodze na koronę zapory od strony miejscowości Solina. Karta dań wybitnie uniwersalna i barowa, ale żarcie było zjadliwe, ciepłe i w dużych ilościach.

Karczma „Brzeziniak”, Przysłup. Restauracja najbliżej naszego pensjonatu (15 minut piechotką po nieczynnych torach kolejki wąskotorowej – właśnie wracając z niej inną trasą wywaliłam się na asfalcie, ale cóż, ta zupa grzybowa była naprawdę dobra ;) ), porcje wielkie, w „normalnych” cenach (20-35 zł za danie główne), pyszne.

Przy okazji bardzo, bardzo polecam Pensjonat Horb i dziękuję Czytelniczce za polecenie :). Położony na końcu wsi, w nocy tylko żaby grały, widoki z tarasu przepiękne, śniadania super (oprócz pieczywa, wędliny, sera i warzywnych dodatków zawsze dostawaliśmy coś ciepłego, do tego można sobie wziąć płatki czy jogurt, plus oczywiście kawa i herbata), pokoje wygodne i wyposażone we wszystko, co jest potrzebne (ręczniki w łazience, suszarka do włosów, lodówka, telewizor ;) ).

Widok z tarasu Horba

Widok na pensjonat (to białe)

Może kiedyś tam wrócimy, bo jeszcze kolejkę wąskotorową trzeba zaliczyć, do Przemyśla pojechać, Polańczyk zwiedzić albo na jakowąś wycieczkę stamtąd wyruszyć…

Dialog rodzinny

Siedzimy przy komputerach, Mrówka usadziła mi się na kolanach i zagaduje.

Ł: Cicho.
M: Mru.
Ł: Cicho!
M: Mrru.
Ł: CICHO!
M: … Mrr.
k., tarmosząc Mrówkę: Jakby to miało zadziałać. Ona zawsze musi mieć ostatnie słowo.
M: … Mru.

Kryzys frekwencyjny

Przychodnia zamknięta 12-15 sierpnia. Przychodzimy do pracy 16. Ja mam dzień „prywatny”, pacjentów z bólem nie przyjmuję, chociaż na pierwszej zmianie część pacjentów na NFZ, ale to tacy wpisani na ładne oczy albo wiadomo, że na nich nie zarobię, bo np. wizyta pośrednia w leczeniu kanałowym i punktów z tego nie będzie. Mam trzy inne dni na zarabianie z funduszu na pacjentach legalnie wpisanych z listy oczekujących.

Z pierwotnie wpisanych na rano 7 pacjentów robi się 5. Asystentka zapycha dziury. Potem potwierdza 6 pacjentów na wybitnie prywatną popołudniówkę.

Z 6 paców robi się 3. Po licznych przetasowaniach zostaje 5. Jestem leniwa, mogę skończyć wcześniej.

Dzisiaj nie lepiej. Popołudniówka na NFZ. Wpisanych jakichś 12 pacjentów, praktycznie samo leczenie zachowawcze (nawet nie endo) początek pracy przed 12. O 11 wypisuje się 2. i 3. w kolejności, później dwóch innych ze środka i z końca. Asystentka walczy. Zostają dwie dziury w grafiku. Przychodzą pacjenci z bólem, więc w sumie siedzimy bezczynnie tylko wtedy, gdy się szybciej wyrobię, więc na czytniku podczytuję sobie horrorowate coś Mroza (polecam Kącik Czytelniczy ;) ). Pod koniec liczę już pacjentów do końca pracy (w sumie usiadło 17 osób), chociaż właściwie do domu mi się nie spieszy, bo mam wizytę u ortodonty. Kiedyś w czwartki był zapitolnik, bo rano nikt nie przyjmował albo przyjmował mało pacjentów, więc wszyscy dodatkowi szli do mnie, na popołudnie. Od dłuższego czasu rano pracuje dwóch „szybkich” lekarzy, więc na moją zmianę przychodzą niedobitki. No i się nudzimy.

Od września kończymy z dyżurami w sobotę, nie będziemy już do nich zobowiązani kontraktem z NFZ. Absolutnie ostatnią sobotę biorę akurat ja, śmieję się, że trzeba będzie piwo bezalkoholowe albo szampana Piccolo kupić i oblać to z asystą. Niby tylko jedna sobota w miesiącu (średnio 4 soboty w miesiącu do podziału między 4 lekarzy i 4 asystentki), a ciąży.

Z innych wieści:

Od jakichś 2-3 tygodni gram w „Wiedźmin3: Dziki Gon”. Idzie mi średnio. Zajęcia będę miała na jakiś rok, biorąc pod uwagę moje tempo, refleks i niezdolność sprawnej obsługi pada (i to, jak często w moich rękach Geralt ginie – po trzeciej śmierci w ciągu 20 minut zaczynają mi się trząść ręce i sobie odpuszczam dalsze pocinanie). Świat jest cholernie rozległy i brutalny, widoczki boskie, Jacek Rozenek jako głos Geralta jest niezastąpiony, uwielbiam Płotkę. Sapkowskiego zresztą też powoli przerabiam.

Poza tym brak pracujących sobót bardzo mi pomoże w dużych zakupach, albowiem ponieważ we wrześniu chcę wymienić samochód. Jak mój Tata się zabierze za szukanie, może się okazać, że będę miała w tym roku drugą wycieczkę w Bieszczady (znalazł boską, białą Hondę Jazz pod Lublinem. Nie było kiedy pojechać i Boska Honda przepadła). A dlaczego chcę wymieniać? Tego się dowiecie, jak wreszcie zdjęcia z wakacji ogarnę i nocię z urlopu wrzucę. Tym razem automatyczna skrzynia biegów to priorytet. Zaczniem szukać za 2 tygodnie. I pewnie się pochwalę.

Zakupy

Poniedziałek. Wczesne popołudnie. Lidl. k. staje grzecznie w kolejce. Przed nią pani po 60-tce w towarzystwie chłopięcia z nadwagą, lat około 8.

Kasjerka kasuje. Ponieważ w testach osobowości, które k. kiedyś namiętnie rozwiązywała, wyszło jej, że ma charakter oceniający, zgodnie ze swoją osobowością patrzy sobie na to, co osobniki przed nią kupują.

Do ręki chłopięcia trafia paczka Mamby czy innego Maoam. Zaraz potem lizak Chupa Chups.

Po chwili babcia chłopięcia wręcza mu papierowy woreczek z ciemnymi ciastkami.

A na koniec puszkę 7Up.

Miałam ledwo powstrzymywaną ochotę zapytać, czy do dentysty chodzą regularnie, czy tylko wtedy, gdy boli? A może wcale, skoro mleczaki i tak wypadają?

Uroki sezonu przedurlopowego

Przedpołudniem ostatniego dnia pracy przed urlopem, na 7 pacjentów, 6 jest zapisanych z leczeniem kanałowym. Jeden mleczak, chyba 2 wypełnienia kanałów, reszta pierwsza wizyta po dewitalizacji/wstępnym oczyszczeniu.

Już raz było podobnie. Ciekawe, czy nam narzędzi starczy.

Dobrze, że po południu tylko jeden „kanał”, może dożyję…

(Ł. wczoraj wieczorem zaczął snuć plany. Wyjeżdżamy w piątek po południu, odbieram go z pracy.
Ł.: To w piątek wychodzę z domu i jest duża szansa, że nie wrócę. Pakujemy się, rzucamy wszystko w pi*du i jedziemy w Bieszczady.)

Taki przypadek

Przychodzi do przychodni potencjalny pacjent i chce się zapisać na wizytę. Rozmawia z asystentką.

Pyta o jakiegoś lekarza, dostaje informację, że ów już u nas nie pracuje. Stwierdza, że wszyscy uciekają ze swojego miejsca pracy, sugerując, że miejsce najwyraźniej jest do kitu. Pyta o lekarza, który wszystko u niego załatwi, łącznie z mostem. Słyszy nazwiska. Pyta o kogoś dobrego, co to wszystko zrobi porządnie, bo pytał po znajomych i wszyscy są niezadowoleni. Asystentka zapewnia, że grafik mamy pełny na kilka tygodni do przodu i ona złych opinii nie słyszała. To pan powtarza, że nie ma się u kogo leczyć, bo koleżanka leczyła się w gabinecie w sąsiedniej wsi i w końcu musiała się przenieść ze swoimi zębami do miasta (ja o tym gabinecie też słyszałam i się nie dziwię, że się przeniosła).

Ciężko całą rozmowę przytoczyć, ale wydźwięk był taki, że pan się zapisze na wizytę (termin za miesiąc, „ale ja nie mam pojęcia, co będę robił za miesiąc o tej porze, czy po tej wizycie na kolejną też będę musiał tak długo czekać?”), chociaż wszyscy znajomi dookoła niezadowoleni i podobno jesteśmy do kitu.

To po co żeś, chłopie, przyszedł do przychodni, która ma takie złe opinie?

Mi też na fotelu siadali wcześniej pacjenci, którzy na wejściu okazywali brak zaufania. Jak powierzam komuś swoje zdrowie, dobrze by było robić to jednak z większą nadzieją, że się z tego wyjdzie cało?