Taki przypadek

Przychodzi do przychodni potencjalny pacjent i chce się zapisać na wizytę. Rozmawia z asystentką.

Pyta o jakiegoś lekarza, dostaje informację, że ów już u nas nie pracuje. Stwierdza, że wszyscy uciekają ze swojego miejsca pracy, sugerując, że miejsce najwyraźniej jest do kitu. Pyta o lekarza, który wszystko u niego załatwi, łącznie z mostem. Słyszy nazwiska. Pyta o kogoś dobrego, co to wszystko zrobi porządnie, bo pytał po znajomych i wszyscy są niezadowoleni. Asystentka zapewnia, że grafik mamy pełny na kilka tygodni do przodu i ona złych opinii nie słyszała. To pan powtarza, że nie ma się u kogo leczyć, bo koleżanka leczyła się w gabinecie w sąsiedniej wsi i w końcu musiała się przenieść ze swoimi zębami do miasta (ja o tym gabinecie też słyszałam i się nie dziwię, że się przeniosła).

Ciężko całą rozmowę przytoczyć, ale wydźwięk był taki, że pan się zapisze na wizytę (termin za miesiąc, „ale ja nie mam pojęcia, co będę robił za miesiąc o tej porze, czy po tej wizycie na kolejną też będę musiał tak długo czekać?”), chociaż wszyscy znajomi dookoła niezadowoleni i podobno jesteśmy do kitu.

To po co żeś, chłopie, przyszedł do przychodni, która ma takie złe opinie?

Mi też na fotelu siadali wcześniej pacjenci, którzy na wejściu okazywali brak zaufania. Jak powierzam komuś swoje zdrowie, dobrze by było robić to jednak z większą nadzieją, że się z tego wyjdzie cało?

Łikęd

Po pierwsze, dzisiaj znowu byłam u pani Agnieszki. O homeopatii ani słowa, ale w nagrodę boli mnie tyłek (a konkretnie okolice kości ogonowej). Rozmasowany został. A raczej wmasowany w stół. Będą siniaki. Poza tym moje biodra są w stanie najwyraźniej strasznym. W karku też chrupało.

Po drugie, zaczynam się zastanawiać, po kiego nakupowałam gier na PS4, skoro w obsłudze pada jestem absolutnym beztalenciem. Ćwiczenie czyni mistrza, tak? Mam nadzieję. Zrobiłam podejście do Horizon Zero Dawn. Grafika boska, sprawne sterowanie na razie poza moim zasięgiem. Trzeci Wiesiek i Assassins’ Creed: Black Flag sobie jeszcze poleżą na półeczce.

Po trzecie, serdeczne pozdrowienia dla higienistów stomatologicznych-praktykantów, którym nieopatrznie zdradziłam adres tego bloga. Proszę go zachować dla siebie, a przynajmniej nie zdradzać mojej tożsamości. Miłej lektury. :)

Po czwarte, od poniedziałku K. i mój szef będą na urlopie i już się cieszę na samą myśl o najbliższych dwóch tygodniach. Jakoś przeżyjemy, ostatnie 6 sezonów urlopowych też przeżyliśmy. Ciekawe, czy reszta obsady się tak przejmuje, jak mnie nie ma tydzień czy dwa.

Po piąte, spóźnione, „Wonder Woman” jest filmem fajnym, ale nie jestem feministką na tyle, by piszczeć z zachwytu na sam fakt, że wyreżyserowała go kobieta. Pozostaję fanką seksistowskiego Marvela.

Poza tym szykuje się leniwy weekend. Dobrej pogody wszystkim życzę :).

Ryan, moja miłość

Powiem tak: do uzewnętrzniania się w temacie moich małych i większych szajb mam osobnego bloga, na portalu miniblogowym zwanym Tumblr. Adresu nie podam.

Chyba jedyną szajbą, do której się przyznaję tutaj całkowicie otwarcie, jest czytanie książek. Właściwie wszystkie przeczytane książki wrzucam w tej chwili do Kącika Czytelniczego. W porównaniu z osobami, które mają więcej czasu na czytanie, mój wynik jest skromny, ale i tak jestem z niego dumna, bo w czasach liceum, studiów i parę lat później czytałam bardzo mało, dopiero niedawno wróciłam do mojej ulubionej niegdyś rozrywki.

Jest druga szajba, do której chciałabym się w tej chwili przyznać. Ta szajba dotyczy pewnej osoby.

Zauważalnych Ryanów na świecie jest sporo. Panie podobno szaleją za Ryanem Goslingiem. Osobiście wolę Reynoldsa, też Kanadyjczyk. Ale tu chodzi o jeszcze innego Ryana.

Ryan o nazwisku Tedder.

Ryan Tedder jest Amerykaninem, ma w tej chwili 37 lat. Mierzy sześć stóp wzrostu (183 cm) i będzie się kłócił z każdym, kto twierdzi, że jest niższy. Jest piosenkarzem, kompozytorem i producentem muzycznym. Niektórzy mogą go kojarzyć jako głos zespołu OneRepublic (np. „Apologize„, choć jest to kawałek sprzed 10 lat). Inni mogą się zdziwić, że ma na swoim koncie prawie 200 napisanych i wyprodukowanych piosenek dla innych wykonawców. jak choćby „Halo” Beyonce, „Bleeding love” Leony Lewis, „Bonfire heart” Jamesa Blunta. Z tego powodu jest nazywany nieoficjalnym królem popu.

Skąd szajba?

Z całokształtu. Zdaję sobie sprawę, że zakochujemy się w czyjejś publicznej odsłonie. Co się dzieje za zamkniętymi drzwiami, tego nie wiemy, chociaż zazwyczaj zdarza się, że jakieś mniej lub bardziej mroczne tajemnice ujawniają się w jakiś sposób. Z Ryanem Tedderem jest ten problem, że jak śledzę jego muzykę i jego konta na portalach społecznościowych od kilku lat (a jest bardzo aktywny), tak do tej pory nic takiego nie wylazło. Wychodzi na to, że to jeden z pewnie bardzo nielicznych Idealnych.

Przede wszystkim talent. Spory procent lecących w Radiu Zet (którego słucham w pracy) piosenek to te, w których maczał palce (patrz wyżej). Przy okazji „Halo”:

Ale wrócił moją uwagę przez OneRepublic – mało kto się przecież zastanawia, kto napisał czy wyprodukował daną piosenkę, jeśli śpiewa ją ktoś inny. A pan Tedder przed mikrofonem też jak najbardziej daje radę, prezentując cztery oktawy głosu z rodzaju tenor liryczny.

Najbardziej mi się w tym głosie podoba to, jak… ciepły jest. Szczególnie w tej piosence:

Do głosu można dodać osobistą energię i okazjonalny „pazur”. Do tego fragmentu koncertu uwielbiam wracać, kiedy jestem nabuzowana z jakiegoś powodu. Głośne słuchanie energetycznej muzyki nieco spuszcza ze mnie emocje, a „Love runs out” to jeden z chyba dwóch kawałków, który ZAWSZE podgłaśniam, jak mi leci w radiu.

Poza tym prezentuje dość zdrowe podejście do życia i sympatyczne poczucie humoru.

Żonaty od dziesięciu lat, ma dwóch synów. Z tą samą żoną.

No i całkiem ciasteczkowy jest, miło się na niego patrzy.

W dodatku bardzo ludzki. 27 kwietnia umieścił na oficjalnym fanpejdżu swojego zespołu list otwarty, w którym przyznaje się do przebytego załamania nerwowego z powodu przemęczenia po trasie i nagrywaniu nowego albumu. W sumie wcale mu się nie dziwię, bo śledząc trasę po poprzednim albumie, dziwiłam się, że co chwilę lądują w innym miejscu. Źle, że to się na nim aż tak odbiło. Dobrze, że znalazł rozwiązanie i jego menadżer i wytwórnia były w stanie to zrozumieć.

Tak więc, szalony talent. Ciacho. Udane życie rodzinne. Sympatyczny. Wierzący (chrześcijanin, dla niektórych to ważne, dla mnie niekoniecznie, ale też jakoś o nim świadczy). Nie pali, ekscesów po alkoholu nie uprawia, o romansach nie słychać, ćpać chyba też nie ćpał. Inteligentny. W dodatku panuje nad tłumem – na koncertach publika należy do niego, ma z nią świetny kontakt. A że się przyznaje, że jest nadaktywny? Nic nowego. Umie tę energię spożytkować, co widać na koncertach. Nie mam też 13 lat, żeby rozpaczać, że żonaty i dzieciaty.

Po prostu nie widzę absolutnie żadnego powodu, dla którego musiałabym go choć trochę mniej lubić. Jednego aktora znielubiłam, jak wylądował w więzieniu po kolejnym złapaniu na prowadzeniu po pijaku. Tedder takich numerów nie odstawia. No nie ma wad, po prostu.

Więc tak sobie na niego patrzę, śledzę jego konta na Twitterze, Instagramie i FB, słucham jego piosenek w kółko i czekam na daty koncertów OneRepublic w Europie.

Taka moja szajba.

Poświąteczny zapitolnik

Dzisiaj rano miałam przemożną ochotę znalezienia sobie wymówki, żeby nie pójść do pracy. W planie ponad 10 godzin w przychodni (jakieś 8,5 przy fotelu), która była zamknięta od piątku włącznie.

Wymówka by się znalazła. Jak chociaż prawdopodobnie rozkwitające zapalenie gardła, do rodzinnego można by pójść. Potem sobie przypomniałam, że rano będę jedynym pracującym lekarzem. To się wzięłam i pojechałam do pracy.

8 zapisanych pacjentów, całe szczęście właściwie same zachowawcze. Przyjętych pacjentów dodatkowych: 10.

W czasie zmieściłam się głównie dzięki temu, że pacjentów mam zapisanych co 40 minut. W tej chwili mało który zajmuje tyle czasu, nawet z wizytą pośrednią w leczeniu kanałowym trzonowca mieszczę się w pół godziny. Leczenie zachowawcze zajmuje mi jeszcze mniej czasu – to, co się nadrobi z tych 40 minut, zostaje na pacjentów z bólem. W rezultacie tych 18 pacjentów przyjęłam w 4 godziny 40 minut.

Oczywiście były pretensje do asystentki. Że czemu czekają tyle czasu. Bo się lekarz nie rozdwoi. Ale to mała dziewczynka. Dziewczynka się bawiła przez godzinkę czekania, potem się okazało, że jej wypełnienie z mleczaka wypadło i wcale nie była cierpiąca. Dlaczego ja muszę czekać, skoro płacę. Bo jest pan dodatkowo, poza tym NFZ twierdzi, że nie jest pan ubezpieczony. Jak nie jestem, mam ubezpieczenie w Niemczech. To się proszę w Niemczech leczyć, a nie za każdym razem mieć pretensje do systemu, na który nie mamy wpływu.

Medal się należy. ;)

Dzisiaj też zbliżyła się do końca historia mojego zepsutego czytnika. W sobotę wysłałam do supportu Legimi mejla z wieścią, że racji braku wieści co do mojej rękojmi od ponad 14 dni kalendarzowych od zgłoszenia, Kodeks Cywilny (wrzuciłam nawet odpowiedni artykuł – prawne ściągi w sieci to dobra rzecz ;) ) każe taką rękojmię uznać za rozpatrzoną. Dzisiaj rano otrzymałam odpowiedź przepraszającą za zwłokę i informującą, że wyślą nowy czytnik. Tylko kolor będzie inny, bo mogłam dostać biały od razu (czyli za dwa dni) albo szary najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu. Mi tam już w sumie wsio. Byle działał. Przynajmniej będę pewna, że tego starego mi nie odeślą ;).

W weekend moje autko znowu powędruje do mechanika. Autko generalnie fajne, miło mi się nim jeździ od tych trzech lat i 40 000 kilometrów, ale najwyraźniej silnik nie lubi LPG. Kafelek pewnie trzaśnie. Już się cieszę.

Medal się należy

Środa wieczór. Z okazji świąt brak zajęć w szkole. Gardło zaczyna pobolewać. Siadam do kompa po pracy. Robi mi się zimno. W łóżku ląduję koło 19, opatulona kołderką i kocykiem. Kawka zbożowa na mleku + miód. Solidne dreszcze. Pomiar temperatury – pod pachą 35,5 stopnia (co mi się dość często zdarza), w jamie ustnej 37,3. Normalnie choruję jak mężczyzna, lekkie odchylenie od normy w stronę dowolną (sama już nie jestem pewna tych norm…), a ja umieram.

Pożaliłam się na Fejsie, że mną trzęsie. Jakiś czas temu złamałam swoją zasadę niezapraszania współpracowników (lekarzy, asysty) do znajomych. Asystentka K. (która jest jedynym wyjątkiem w tej zasadzie, jako chyba najmniej plotkująca z całej firmy ;) ), z którą miałam pracować dnia następnego, uczynnie wstawiła smutną buźkę. Oświadczyłam, że mam zamiar pójść w czwartek do pracy (start o 11:30, do 17:40). Chętnie bym sobie darowała, ale na pierwszy rzut był zapisany zatruty mleczak* dziecka sąsiadki, a kolejny wolny termin najwcześniej za trzy tygodnie. Trzeba spiąć poślady i dojść do siebie.

Po jako-takim umyciu się znowu trafiłam do łóżka pod kołderkę i kocyk. Telepie dalej. Gdzieś w środku nocy odchylenie od normy temperatury ciała odpuszcza i czuję się w miarę normalnie. W zamian zaczyna boleć głowa.

Rano apetytu brak. Korzystam z faktu posiadania płatków śniadaniowych, zakupionych właśnie na takie okazje (oraz na okazję pt. wymiana łuku/założenie łańcuszka = nie ma mowy o żuciu czegokolwiek przez 2-3 dni). Z wahaniem zbieram się do pracy, „najwyżej wrócę wcześniej”. Buteleczka z Apapem do torebki i jazda. Dwie tabletki wzięte przed podejściem do fotela. „Ojeeeej”, stwierdza ze współczuciem K., widząc te tabletki.

Mleczak wyleczony. Bierzemy następnych.

Dwóch ostatnich pacjentów się wypisuje. Oficjalny czas zakończenia pracy kurczy się z ok. 17:40 do 16:20. Nie mam nic przeciwko temu, pacjenci bólowi i tak mogą przychodzić do 14:30, mi nie płacą za godziny, więc zrobię, co muszę i jadę do domu.

K. w pewnym momencie oświadcza, że powinniśmy dostać medal za poświęcenie dla pracy. Ja z upływem czasu czuję się coraz lepiej, chociaż właściwie nie mam pojęcia, jak źle wyglądam.

Przyjętych 19 pacjentów, w tym jedna usunięta górna ósemka mimo braku RTG (mam obecnie wątpliwości przed usuwaniem górnych bocznych zębów po tym, jak mi się dwa razy w krótkim czasie zdarzyły tzw. puz-y – połączenia ustno-zatokowe. Dzięki wszelkim bóstwom za chirurgów stomatologicznych, gotowych przygarnąć takowe owieczki w ciągu kilku godzin**). Gardło boli coraz bardziej. Aż się cieszę na myśl o piątkowych zakupach z samego rana***.

Medal się należy za te wyleczone mleczaki, usunięte ósemki i narażanie pacjentów na zapalenie gardła. Podobno wirus jakiś krąży czy coś. Co złego to nie ja.

* tak, wiem, do zębów są przytwierdzeni pacjenci. Określanie przyczyny, z którą przyszli, jest jednak o tyle prostsze…
** puza trzeba odpowiednio zaszyć. A ja nie umieju, więc po puzie zazwyczaj jest dzwonienie po okolicznych chirurgach i wysłanie pacjenta z odpowiednią karteczką. Niniejszym macham rączką i kłaniam się z wdzięcznością do wszystkich chirurgów, którzy są gotowi wcisnąć ofiarę mojego powikłania pomiędzy swoich pacjentów.
*** polecam patent na małe kolejki przed świętami – pójść do marketu tuż po otwarciu. Niedaleko mam Auchan, w którym „hala” otwiera się o 8, a reszta sklepów o 9. Zakupy na „hali” przed 9 to niemal gwarancja krótkich kolejek (a potem można się przebiec po już otwartych sklepach dookoła). Tylko brokułów nie mieli. Jak to możliwe, że nie było brokułów.

Łamanie kości

Się wybrałam do pani Agnieszki, która regularnie nastawia moją siostrę. Się dowiedziałam, że mam jedną nogę krótszą (to chyba u nas rodzinne), i że tragedii nie ma i będę żyć.

Bioderka i barki miałam okręcone dookoła, szyję zresztą też, aż chrupnęło. Był wdech i wydech i wciskanie kręgosłupa w podłoże (też chrupało). Dzisiaj żyję i jest dobrze. Powtórka w czerwcu albo za pół roku.

Jednym pani Agnieszka zaplusowała znacznie. Mianowicie stwierdziła, że wystarczy, jak będę ćwiczyć raz w tygodniu ;). Tzw. kije (nordic), basen albo joga. Na basen zbieram się od sierpnia (od kiedy mam wolne piątki. Nie byłam ani razu, nie licząc weekendu w SPA). Kije wezmę w Bieszczady, po okolicy zacznę chodzić, jak się zrobi cieplej. Kupiłam książkę do jogi i sobie poczytałam. Informacje o odnowie duchowej potraktowałam wybiórczo (tak jak rewelacje, że kogoś z ciężkich objawów alergii wyprowadził homeopata – jako osoba ze skrótem lek. w dyplomie jestem zobowiązana na stosowania udowodnionych medycznie technik leczenia), ale jeśli spokojne, nieobciążające ćwiczenia mają mi poprawić kręgosłup i do tego jeszcze odchudzić, to się może zmobilizuję na te pół godzinki dziennie przez zaśnięciem. Albo chociaż trzy razy w tygodniu. Podobno wytwarzanie nowego nawyku trwa średnio około dwóch tygodni.

Zobaczymy. Kciuków nie trzymajcie, bo znając mnie, szanse powodzenia są nikłe.

PS. Co do homeopatii, ktoś z moich znajomych niedawno wrzucił linka do ulotki leku homeopatycznego. Cytuję, „Homeopatyczny produkt leczniczy bez wskazań leczniczych.” i „Ten sam lek można stosować w leczeniu różnych chorób, a jego wskazania terapeutyczne są bardzo szerokie, dlatego też do leku nie dołącza się ulotki informacyjnej i nie umieszcza się na opakowaniu informacji dotyczących sposobu dawkowania.” Powtarzam, „bez wskazań leczniczych” i „nie dołącza się ulotki informacyjnej i nie umieszcza się na opakowaniu informacji dotyczących sposobu dawkowania”.

Nicnierobienie

Mój tygodniowy urlop na nicnierobienie dobiega niniejszym końca. Pierwsze cztery (a właściwie 5, bo razem z niedzielą) minęły mi na właśnie nicnierobieniu z przerwami na podstawowe sprzątanie i zakupy. A nicnierobienie w moim wypadku to przesiadywanie w Internecie, na łóżku z książką albo granie w „Wiedźmina”.

Weekend od piątku do dziś był wyjazdowy. Jakoś udało mi się przekonać Ł. do wypadu do mojego ulubionego hotelu ze SPA. Poprzedni nasz pobyt w hotelu był związany z moją konferencją, lokalizacja była średnio przyjazna (posiłki wieczorem były wydawane za każdym razem w innym miejscu, poza tym Ł. się najzwyczajniej w świecie wynudził jak mops), więc nasz wypad do Andersa w Starych Jabłonkach był okupiony ryzykiem, że padnie „nigdy więcej!” i później jeździć będę sama albo wcale. Oba wyjścia niefajne, bo ja Andersa bardzo lubię, a jeździć w pojedynkę, jak się jest w związku, też tak trochę nie bardzo.

Podeszłam do tego metodycznie. Mianowicie jakieś 15 minut drogi od Andersa leży Gietrzwałd i Karczma Warmińska. W Karczmie kiedyś już byłam, opinie mają bardzo dobre. Więc  najpierw pojechaliśmy na obiad. I to był bardzo dobry pomysł, bo żarcia było dużo, było pyszne (czernina spełniła oczekiwania Ł., choć ja osobiście nie mam nawet odwagi spróbować), podane szybko i przez miłą obsługę. Więc udało się trochę przykryć wątpliwości ;).

A Anders jak Anders – ładne pokoje, wygodne łóżko, basen i sauna w cenie noclegu, posiłki w formie szwedzkiego stołu (pierogi z rybą na kolację w piątek rozwiały chyba resztę wątpliwości). Na sobotę miałam zaplanowane zabiegi w SPA, do tego dokupiliśmy godzinkę na torze do bowlingu, była też zaplanowana bardziej romantyczna kolacja. Po śniadaniu poszliśmy też na basen. Rezultatem naszych sobotnich aktywności jest to, że dzisiaj ja się ledwo ruszam, a Ł. też jest nieco zesztywniały.

Ogólnie ten wyjazd minął nam pod znakiem pysznego żarcia. Trzeba się przeprosić wreszcie ze sprzętem do fitnessu i pożegnać słodycze.

Wnioski z soboty: w bowling jestem niezmiennie beznadziejna; nie wiedziałam, ile tracę, nie korzystając wcześniej z sauny; jak już zabierać laptopa i dysk przenośny, dobrze zabrać jeszcze kabel HDMI, bo hotelowe telewizory nie trawią plików .mkv.

Najważniejszy wniosek padł jednak przed powrotem do domu: następnym razem, jak tam pojedziemy, to na dzień dłużej. Byłam w ciężkim szoku, jak to usłyszałam ;).

Recepcjonistka nie patrzyła dziwnie.

Pogoda była do kitu, nawet nie było kiedy pójść na spacer.

I zaklepałam nam miejscówkę na urlop letni. Bardzo dziękuję „dentystce z Lublina”, która pod poprzednią notką podrzuciła namiary – z jednego z nich skorzystaliśmy :). Urlop jednak odbędzie się w pierwszej połowie lipca. Przynajmniej taką mamy nadzieję, bo zadatek na lokum wpłacony, tylko szefostwo jeszcze o naszych planach nie wie.

Kolejne lenistwo za półtora miesiąca. Majóweczka :)

Tydzień dla zdrowia i urody

Przyszły tydzień mam wolny. Wszyscy dookoła mi zazdroszczą, jakby nie można było pójść do szefostwa i albo wykorzystać należne dni wolne (to dla szczęściarzy na umowie o pracę), albo pogodzić się ze zmniejszonym przychodem i pozwolić sobie na lenistwo i rozrywki (opcja dla pozostałych pracowników). Czasem trzeba. Moje plecy wołają o pomoc*.

No to w poniedziałek jadę do ortodontki. Ząbek, który miał się od ostatniej wizyty obrócić, się nie obrócił, a miejsce w łuku jest – tyle że trzy zęby dalej. Zobaczymy, co z tego będzie. Na razie wiem tyle, że z pudrowego różu ligaturek przejdę na jadowity fiolet. A co. Zabroni mi ktoś?

Potem planuję pojechać kupić sobie nowy stanik, o. Miałam to zrobić w Dzień Kobiet, ale pracowałam wtedy od 8 do 20, więc mi się nie chciało.

Wtorek będzie leniwy, planów brak. Może lokum ogarnę. Książkę poczytam, kryzys mam. W „Wiedźmina” pogram, golem na bagnach czeka na pokonanie ;) (wtajemniczeni będą pewnie pamiętać, o co chodzi).

Środa to będzie przedsmak weekendu. Najpierw na 10 kosmetyczka. Potem na 13 fryzjer. A później zakupy. I na koniec kino.

Czwartek znowu leniwie. Może uda mi się znaleźć jakieś lokum na urlop letni, na razie celujemy w Bieszczady. Warunek: przystępna cena, dobra baza wypadowa (w sensie w promieniu 100 km jest co obejrzeć/gdzie pochodzić), wygodne łóżko, swobodny dostęp do wyposażonej kuchni, ładna łazienka. Jako bonus dostęp do internetu ;). Jeśli ktoś zna jakieś przystępne lokacje**, proszę dać znać ;).

A w piątek do SPA :). Do niedzieli :). Trochę się śmieję, bo moi rodzice byli w tym samym hotelu w ten weekend. Ciekawe, czy recepcjonist(k)a będzie się na mnie dziwnie patrzeć, jako że nazwisko mam dość charakterystyczne ;).

A od kolejnego poniedziałku dalej praca. Do maja, długa majówka będzie :>. Urlop letni na przełomie lipca i sierpnia. Jednak takie odpuszczenie sobie jest mi potrzebne raz na 3-4 miesiące.

Tak jeszcze a’propo zdrowia, wstęp miałam w piątek. Byłam na cytologii. Dla osób, które nigdy nie miały, a mogą mieć (ja przez długi czas nie mogłam, chodziłam tylko na USG) – badanie nie boli, trwa dosłownie minutkę, a warto.

* Łamanie kości u tej samej pani, co regularnie nastawia moją siostrę, jest zaplanowane na 27 marca. Pewnie się podzielę wrażeniami, bo podczas rozmowy telefonicznej padło stwierdzenie, że „robi się lordoza kręgosłupa szyjnego, trzeba to najpierw nastawić”. Na moje pytanie, czy będę w stanie pracować dzień później, usłyszałam „a ma pani wybór?”. Stay tuned ;)

** BTW, lokacje. Widać, że się zabrałam za gry komputerowe…

Zagadka stomatologiczna

Co ciekawego widać na poniższym zdjęciu?

Aparat stały

Poproszono mnie o instrukcję „z czym to się je”. Ponieważ ortodontą nie jestem i poza pobieżnym określeniem wady zgryzu ortodoncji nie tykam, mogę napisać tylko o własnych doświadczeniach z aparatem stałym, który, jak wiadomo, mam założony od końca września (2016 roku).

Leczenie mam aparatem ligaturowym na zasadzie łuku prostego, zamki zwykłe, metalowe (mogą być zamki przezroczyste, ale podobno są kruche).

Jak to wygląda na zębach? Tak, jak pewnie wszyscy kojarzą. Metalowe zamki, drucik biegnący między nimi i kolorowe gumki trzymające drucik w zamkach.

 (zęby nie moje, obrazek z Google)

Przed założeniem aparatu należy doprowadzić ząbki do porządku. Wyleczyć wszystkie ubytki, ściągnąć kamień i osad.

Diagnostyka wady zgryzu to przede wszystkim modele diagnostyczne (wykonywane na podstawie wycisku) i zdjęcia RTG – pantomograficzne i cefalometryczne.

Samo zakładanie aparatu polega na przyklejeniu zamka do powierzchni zęba odpowiednim „klejem”, zazwyczaj jest to po prostu biały, światłoutwardzalny materiał typu flow. W zamkach są rowki, w których umieszcza się łuk (czyli ten drut, wygięty fabrycznie w kształt idealnego łuku zębowego) i zakłada ligaturki, czyli wspomniane gumki. Łuk jest sprężysty, wygięty między zamkami dąży do kształtu pierwotnego – właśnie to „dążenie”, przełożone na zamki, powoduje przestawianie zębów.

Łuki mają różne rozmiary, mogą być okrągłe, kwadratowe lub prostokątne w przekroju, są też zrobione z różnych metali (stal nierdzewna, stop niklowo-tytanowy).

Koszt założenia aparatu w zależności od gabinetu i rodzaju aparatu waha się zazwyczaj między 1200-2000 zł za jeden łuk zębowy. Do tego trzeba doliczyć koszty wizyt kontrolnych (co miesiąc) i aparatów retencyjnych, które utrzymują efekt leczenia po ściągnięciu łuków. Moje leczenie (głównie stłoczenia, zwężenie łuków zębowych) zostało przewidziane na 1,5 roku czynnego leczenia + 1,5 roku retencji.

Ważna kwestia nr 1: czy boli?
Odpowiedź: Jak dla mnie da się przeżyć. Nie miałam do tej pory potrzeby korzystania z leków przeciwbólowych. Zęby na początku leczenia i po zmianie łuku na grubszy są nieco tkliwe i troszeczkę się ruszają. Wypaść nie wypadną, są wszak zszynowane ;)

Ważna kwestia nr 2: co z jedzeniem?
Odpowiedź: Bezpośrednio po założeniu aparatu ma się wyraźny problem z gryzieniem twardych rzeczy, ale to się po kilku dniach normuje. Jedzenie kanapki z użyciem noża i widelca rozwiązuje problem. Odradzano mi jedzenie orzechów – sprawdziłam, że daję radę ;). Pizzę zjem. Piętki od chleba nie próbowałam, bo dobra jest tylko taka świeżo upieczona, twarda i ciepła, a już pisałam, jak to jest z odgryzaniem twardych rzeczy. Jak jadłam chleb z twardą skórką, to tę skórkę musiałam odkrajać. Z gryzieniem bułek jest słabo. Ogólnie odgryzanie rzeczy bardziej wymagających jest utrudnione, ale jem prawie normalnie. Przeżuwam normalnie, chociaż czasem mi się zapętla nieco łuk w jednym miejscu, ale to wymaga tylko przepchnięcia drutu przez rurkę na szóstce, co jestem w stanie zrobić sama w domu.
Przy okazji jedzenia: cytrusy, szpinak i szczypiorek najchętniej zostają między łukiem a zębami :)

Ważna kwestia nr 3: co z utrzymywaniem higieny jamy ustnej?
Odpowiedź: To jest absolutna podstawa. Odwapnienia na powierzchni zębów są wskazaniem do ściągnięcia aparatu! Należy się przygotować na zakup szczoteczki elektrycznej (od 40 zł), szczoteczek międzyzębowych (ok. 8 zł), nici dentystycznych typu SuperFloss (12 zł) i irygatora (od 130 zł, jest za to mniej upierdliwy w użytkowaniu w porównaniu z nićmi, chociaż używać go należy nad wanną albo kabiną prysznicową, bo chlapie). Wzrośnie zużycie płynu do płukania jamy ustnej, szczoteczki też się będą szybciej zużywać. Myć zęby należy po każdym posiłku.
Na pewno szybko osadzi się osad po kawie czy herbacie.

Ważna kwestia nr 4: kiedy widać efekty?
Odpowiedź: Ja pierwsze zmiany dostrzegłam po… 2 dniach po założeniu aparatu. Mianowicie 5 szpar zrobionych wiertłem między górnymi przednimi zębami w celu uzyskania miejsca skumulowały się w 2 szersze szpary. W tej chwili (po 3 miesiącach noszenia) wyraźnie widzę, że mój trapezoidalny dolny łuk zębowy wyraźnie się zaokrąglił, zęby sieczne dolne nie są tak bardzo stłoczone (chociaż sam stripping, czyli robienie szpar, już znacząco zmniejszył wrażenie stłoczenia). Moja ortodontka po każdej zmianie łuku robi zdjęcia i porównuje z obrazem z poprzedniej wizyty.

Ważna kwestia nr 5: czy warto?
Odpowiedź: A to każdy musi sobie sam przemyśleć po konsultacji z ortodontą.

Pomogłam? :)