Kategorie
Praca

Wieczory kawalerskie niebezpieczne dla zębów

Nie wiem, co panowie robią na wieczorach kawalerskich, że tak im się sypią przednie zęby. Najpierw przyszedł jeden pan z odkruszonymi fragmentami obu górnych jedynek. Wyglądało to tak, jakby przydzwonił tymi zębami w coś (zresztą nie był to pierwszy raz). Twierdził, że nie pamięta zdarzenia.

Potem przyszedł drugi pan, któremu spadła korona z wkładu koronowo-korzeniowego. Korona przepadła. Wykombinowałyśmy prowizorkę, „bo jutro wesele”.

Z innej beczki, była też pani w pierwszym trymestrze ciąży z in vitro (generalnie chuchanie i dmuchanie, przeciwwskazań do leczenia zachowawczego zębów nie ma, ale z usuwaniem już się zastanowiłam). W ustach „gruz”, boli, kilka zębów do usunięcia, spróchniałe korzenie i duże ubytki. Kto ją dopuścił do zabiegu z takim uzębieniem, nie mam pojęcia, bo ta tragedia w ustach się nie stała w ciągu tych kilkunastu tygodni od „zajścia”. Generalnie stan zębów ma wpływ na szanse donoszenia ciąży. Znaczy gruz w ustach te szanse zmniejsza.

Tak w ogóle to zostałam, że tak powiem, poproszona o notki „higieniczne”, czyli instruktaże higieny jamy ustnej, plus konsekwencje nieuprawiania owej higieny. Ta kobieta w ciąży wisi mi na głowie na tyle, że chcę to zrobić porządnie, łącznie z linkami do artykułów o wynikach badań związków stanu zębów ze zdrowiem ogólnym. Czytałam gdzieś, że choroba przyzębia w ciąży może być przyczyną mniejszej wagi urodzeniowej dziecka – i właśnie do artykułów tego rodzaju chciałabym wklejać linki. Najlepiej po polsku, więc jeśli ktoś z branży na coś takiego trafi, bardzo proszę dać mi znać na FB. 🙂

Kategorie
Praca

Kółko i krzyżyk

„Normalnie kółko i krzyżyk”, stwierdziła asystentka podczas przeglądu. „Zaraz wygram.”

Kółko, czyli oznaczenie ubytku próchnicowego na elektronicznym diagramie. Krzyżyk, czyli ząb do usunięcia. Dużo czerwonego na ekranie. Czerwonych kółek i krzyżyków.

A na fotelu pacjent z bólem. Wyraźnie zaniedbany, na własne życzenie. Niezainteresowany leczeniem. Tylko ząb do usunięcia.

Ząb poszedł. Próba nosowa ujemna. Zalecenia, gazik do przygryzienia, do widzenia.

Są pacjenci, co do których można się spodziewać tylko tego, że w gabinecie pojawi się dopiero przy następnym ataku bólu zębów. Proponowanie leczenia tego, co się da i usunięcia tego, co trzeba, zanim zacznie znowu boleć, po prostu nie ma sensu.

Porażka. Przeszła, otoczenia, w wyrabianiu dobrych nawyków, i moja, potencjalna. Czasami człowiek się po prostu poddaje w przedbiegach.

Kategorie
Osobiste

k. walczy z nosem

Lato, gdzieś w połowie lat 90-tych. Rodzinka k. wybrała się na wczasy. Śpią w jednym domku, córki na jednej kanapie, rodzice na drugiej.

Nad ranem Rodziciel rzuca w przestrzeń, że ktoś w nocy ciężko oddycha. k., lat około 10 (nie pamięta dokładnie), prawdopodobnie się rumieni.

I tak sobie żyje z wiecznie przytkanym nosem. Dużo oddycha przez usta i obecnie zwala na to dość dziwny kształt jej górnego łuku zębowego. Musi myć twarz po każdym smyraniu przybrudzonego kota, rezydującego tymczasowo w pokoiku w piwnicy. Czasami ma mniejszy katar, czasami większy. Ma też awersję do kropli do nosa, bo jej Rodziciel używa ich od zawsze i podobno ma w przegrodzie nosowej wypaloną dziurę wielkości złotówki. Zwiększony katar nad ranem to skuteczna przypominajka, że trzeba zmienić pościel. Całymi latami ma jednak nadzieję, że to krzywa przegroda nosowa. W końcu w rodzinie jest dwóch „zatokowców”.

Jedna wizyta u laryngologa, pod koniec studiów, przynosi zaprzeczenie. Przegroda nosowa nie jest aż tak skrzywiona, żeby powodować takie problemy. Wydane wtedy skierowanie do alergologa traci ważność, niewykorzystane.

Drugie skierowanie do alergologa, wydane przy okazji wizyty u lekarza z innym problemem, też nie zostaje wykorzystane. Mijają jakieś 2 lata.

k. postanawia zostać krwiodawcą. Zawsze o tym marzyła – o tym poczuciu satysfakcji ze zrobienia czegoś dobrego dla ludzkości (jej codzienna praca też czasami jej to daje, ale k. popycha chęć nowości). Do tej pory spróbować się nie udało, bo albo była na lekach (dermatologicznych), albo w badaniu krwi wychodziła anemia. Może nie ma jakieś specjalnie rzadkiej grupy krwi, ale na stronie gdańskiego RCKiK jej 0 Rh+ świeci się na żółto albo czerwono, znaczy potrzebna. Kilka dni wcześniej robi ogólne badania krwi, które wychodzą bardzo dobrze. Którejś soboty stawia się zatem w centrum krwiodawstwa, wypełnia ankietę, wchodzi do gabinetu lekarskiego, gdzie spotyka lekarkę, z którą na studiach miała ćwiczenia na jakimś oddziale szpitalnym, tylko nie pamięta już, na jakim.

Tam wychodzi kwestia kataru. „To pewnie zatokowe!”. Niestety, krwi tego dnia nie oddaje, bo trzeba postawić jednoznaczną diagnozę.

Zebranie się do laryngologa trwa jednak kilka tygodni. W międzyczasie k. zaczyna łykać leki przeciwhistaminowe sprzedawane bez recepty, które, o zgrozo, pomagają. W końcu wybiera się na wizytę prywatną, bo jej się nie chce śmigać jeszcze do rodzinnego po skierowanie. Pan doktor oświadcza, że jej objawy są „na 200% alergiczne”. Tym samym kariera krwiodawcy poszła się bujać. Pociesza on jednak k., że w jej wieku jest jeszcze szansa na odczulanie.

Mając w perspektywie kolejnych kilkaset złotych wydanych na alergologa, k. postanawia skorzystać ze zwiększonej ilości wolnego czasu w pewnym czerwcowym tygodniu i załatwić to jednak przez NFZ. Ze zdumieniem odkrywa, że w przychodni, do której jakiś czas temu się zapisała, można się zapisać na wizytę u lekarza rodzinnego z dwudniowym wyprzedzeniem i na rano.

W dniu wyznaczonej wizyty okazuje się, że podana godzina jest jedynie umowna, ale i tak udaje się tego dnia otrzymać odpowiednie skierowania. Niestety, najbliższy wolny termin do alergologa jest na początek września.

W okresie oczekiwania na wizytę k. nadał łyka leki przeciwhistaminowe.

Odstawia je na dwa tygodnie przed wizytą u alergologa. Znowu ma gorszy katar.

Na początku września ląduje u alergologa. Krótka rozmowa, krótkie badanie („Laryngolog nie powiedział, że ma pani skrzywioną przegrodę?”), potem testy skórne.

13 alergenów, próba kontrolna, próba z histaminą. k. podejrzała w kasetce z opisem alergenów, że nr 10 to sierść kocia.

I tak siedziała kilka minut, patrząc, jak rośnie jej bąbel pod histaminą. I bąbel przy numerze 10. Dwa jedyne bąble.

Z późniejszej wizyty u lekarza wychodzi z receptą, przykazem wyeliminowania alergenów i mokrymi oczami. Wsiadłszy do samochodu oświadcza płaczliwie, że „ku*wa, przecież się ich nie pozbędę”. Receptę postanawia wykupić dopiero następnego dnia, jak nie będzie zaryczana. Plany wzięcia na wiosnę trzeciego kota stają teraz pod znakiem zapytania.

Po powrocie do domu żali się znajomym na FB i szuka mniej alergizujących ras. Wymarzony Ragdoll odpada. Na tapetę wchodzi kot syberyjski (też ładny).

Może, kiedyś.

Dyskusja z kociarzami poprawia jej humor.

Uczulające Mrówka (ciemna sierść) i Kisiel (samiec) mogą się czuć bezpiecznie.

Z kariery krwiodawcy zdecydowanie nici.