Kategorie
Osobiste

Wspomnienie z Grecji

Byłam w tym roku w kontynentalnej Grecji. W październiku. Z siostrą i jej częstą towarzyszką podróży, Beatą. Noclegi miałyśmy w sumie trzy: w Koryncie, Meteorach i Atenach.

Planerką i organizatorką całości była moja siostra, myśmy tylko za nią dreptały jak te kaczuszki ;). Ola też prowadziła nasz samochód wynajęty na lotnisku w Atenach – Peugeota bodajże 307, który miał mieć automatyczną skrzynię biegów, ale to akurat było kłamstwo. Znaczy skrzynia była półautomatyczna. Co było stresujące na podjazdach, bo zamiast przynajmniej stać w miejscu, to się potrafił toczyć do tyłu, a miejsca parkingowe bywały skromne.

Co do Koryntu, to zaczęło się od tego, że kilka miesięcy przed naszym wyjazdem oferta wynajętego dla nas lokum (całe szczęście, jeszcze nie opłaconego) zniknęła ze strony Bookingu, a na Googlach zaczęły się pojawiać opinie mówiące o overbookingu i odwołaniach dzień wcześniej. Do Oli dzień przed naszym wyjazdem przyszło potwierdzenie, że nocleg jest aktualny. Na miejscu okazało się, że wcale nie, nie pomożemy wam znaleźć nic innego i g*wno nam zrobisz (Booking nie jest pomocny w takich sytuacjach). Całe szczęście, był inny wolny hotel, po przeciwległej stronie dużego parkingu, minimalnie droższy, nieco chłodny, ale z boskim śniadaniem z pięknym widokiem.

Po drodze z Aten zaliczyłyśmy Kanał Koryncki, który na zdjęciach wygląda mniej efektownie, niż na żywo.

Kanał Koryncki

W same, duże ruiny starego Koryntu nie wchodziłyśmy („sam gruz” – zresztą było to stwierdzenie towarzyszące nam przez większość wycieczki 😉 ), tak samo na Akrokorynt, czyli twierdzę chyba wenecką nad miasteczkiem, ale podjechałyśmy tam sobie na zachód słońca i było pięknie.

Akrokorynt

Z Koryntu pojechałyśmy do Arachowy, czyli kurortu na górze Parnas.

Arachowa

Stamtąd jest rzut beretem do Delf, gdzie znalazłyśmy sobie kawiarnię z pięknym widokiem,

ale źle przeczytałyśmy informacje w Googlach i myślałyśmy, że nie zdążymy zwiedzić kompleksu świątyń. Później się okazało, że to tylko muzeum się wcześnie zamyka, na ruiny można było wejść. Ale jak się o tym dowiedziałyśmy, to już byłyśmy w Meteorach.

A tam kolejne piękne widoki 🙂

Meteory

Zaliczyłyśmy kilka klasztorów. Do większości prowadziły schody, tylko do jednego wchodziło się tylko po mostku. Był to zresztą jedyny dostępny klasztor damski i w sumie był najładniejszy. Wieczorem zaliczyłyśmy zachód słońca, ale ten w Koryncie był ładniejszy.

Z Meteorów musiałyśmy wrócić do Delf.

A tam znowu było dużo gruzu 😉

Świątynia Apolla w Delfach

Cały ten kompleks był niesamowity. Zbudowany na zboczu góry, nic dziwnego, że antyczni czuli tam obecność bogów.

Ostatnim punktem programu były Ateny.

Ateny najwyraźniej się albo kocha, albo nienawidzi. Mi się podobało, chociaż trzymałyśmy się głównie najbardziej turystycznej części miasta (Plaka, Akropol).

Akropol
Akropol nocą

Generalnie co chwilę w mieście były jakieś oddzielone płotem ruiny. Ale polecam 🙂

Temperatury były umiarkowane. W ciągu dnia około 23 stopni, wieczorem robiło się już chłodno. Nie padało.

Nadal kocham Grecję. Zresztą mam plan wrócić – w czerwcu znowu lecę na Kretę, tym razem do Chanii, ale mam plan stamtąd też kopsnąć się autobusem na jeden dzień do Rethymno. Biorąc pod uwagę, jak pewnej pani planerce podróży (nie mojej siostrze) idzie projektowanie mojego wyjazdu do Australii i Nowej Zelandii, jest to na ten moment jedyna pewna podróż zaplanowana na przyszły rok.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *