[Pewnego niedzielnego wieczoru przeglądałam szkice wpisów na bloga. Ten został napisany w styczniu 2018 roku, czyli 3 koty i 1 związek temu. Ponieważ jest fajny i nie mówi o podróżach, a ja mam wewnętrzną potrzebę publikowania chociaż jednej notki na miesiąc, to go wklejam.]
Generalnie odkrycia w tym nie ma. Ł. po jakimś czasie mieszkania ze mną nauczył się brać wieczorny prysznic wcześniej ode mnie ;). Między wyprowadzką z domu rodzinnego a wprowadzeniem się Ł. korzystałam z łazienki ile mi się tylko chciało. Drzwi były uchylone, koty łaziły, ja się guzdrałam nawet godzinę i było git.
Kiedy nie jestem sama w mieszkaniu (znaczy drugi dwunóg też jest), to drzwi do łazienki zamykam, jak ją zajmuję. Czasami jak po mojej stronie za długo jest cicho, rozlega się skrobanie do drzwi, Kisielowy miauk i rudo-biała łapka sięga przez otwory wentylacyjne u dołu drzwi. Jak się na niego huknie albo zamaszyście otworzy drzwi, to zwiewa i jest spokój. Znaczy sprawdza, czy żyję.
Wczoraj sytuacja się powtórzyła. Cisza w łazience, Kisiel sprawdzał, czy wszystko w porządku, Ł. na niego syknął, Kisiel odpuścił.
Zbierałam się wreszcie do wyjścia, kiedy sytuacja się powtórzyła. Tym razem Kisiel miauczał jakoś tak bardziej natarczywie. Ł. na głos się zastanawiał, o co mu chodziło. Wyszłam z łazienki, a kot, miaucząc, biegał nieco ogłupiały po mieszkaniu, jakby czegoś szukał, po czym… popędził prosto do kuwety, która stoi pod umywalką w łazience.
Normalnie zajęłam mu łazienkę i chłopak musiał wstrzymywać.
Grunt, że wytrzymał.
Więc nie, to, że nie mamy dzieci (tfuuu!) nie znaczy, że kolejka do łazienki może liczyć max 1 osobę. Też weźcie to pod uwagę, wchodząc tam na dłużej 😉

[PS.: W tej chwili kuwety są dwie, nawet przy jednym kocie. Druga stoi w pokoju, który jest zawsze otwarty 🙂 ]