W Wigilię robota, w pierwsze święto do późna byłam poza domem, zatem wciąż siedząc w piżamce i mordując stronę
życzę Wam wszystkiego najlepszego 🙂
W Wigilię robota, w pierwsze święto do późna byłam poza domem, zatem wciąż siedząc w piżamce i mordując stronę
życzę Wam wszystkiego najlepszego 🙂
… zakończona powodzeniem, z rezultatami satysfakcjonującymi (bywałam niezadowolona z kupionych prezentów. Nie jestem pewna, co myśleli obdarowani). Zakupy empikowe odebrane, Poczta Polska i InPost też stanęły na wysokości zadania (PP dostarczyła przesyłki na IP na wtorek). Dzisiaj była tylko szybka przebieżka po W. w poszukiwaniu kilku ostatnich drobiazgów. Zarobił m.in. pan z Bluesa, również na mojej okołogwiazdkowej chęci nabywania sobie samej „prezentów”. Wzbogaciłam się mianowicie o legalne wydanie „The Wall” Floydów. Rodzicielowi dostaną się jakieś nowe/stare nutki z tego samego nurtu. W sklepie brzmiały fajnie, a zespół podobno mało znany. Myślę, że chęć pomocy Pana była zwiększona tym, że swoje zakupy zaczęłam od The Wall, a potem poprosiłam o poradę. W zeszłym roku wyszło mniej fajnie ;).
Kolęda u mnie na osiedlu zaczyna się już jutro i tak na dobrą sprawę nie widzę powodu, by ją przyjąć. Głównie ze względu na to, że nie jestem praktykująca.
Ale Święta obchodzę, ktoś zauważy.
A ja odpowiem, że w polskiej, bardzo katolickiej (nawet, jeśli nieszczerze) kulturze Boże Narodzenie przestało być wyłącznie świętem chrześcijańskim, zmieniło się w zjawisko kulturowe. Ot, taka okazja do spotkania się w rodzinnym gronie i ofiarowania prezentów. Niektórzy przeżywają to bardziej duchowo, ja byłam na Pasterce raz w życiu i potem to odchorowałam, bo stałam w przedsionku kościoła.
Jeszcze 4 dni robocze do przerwy świątecznej.
Trzeba zjeść śniadanie. Otwieram nowy woreczek z musli. Sypię sobie do miseczki i z szuflady biorę zacisk – nie taki chirurgiczny, tylko do torebek. Zamykam torebkę. Myślę o przydatności zacisku przy woreczkach do lodu. Dwie sekundy później prawie zamykam torebkę z musli w zamrażalniku.
Nie mogłam spać, wstałam o 4. Muszę zrobić zakupy, pomyślałam, że pojadę do Tesco, jedynego sklepu otwartego o tej porze. W sumie dobrze, że przed wyjazdem postanowiłam coś zjeść…
Dzień dobry wszystkim. Jeszcze 7 dni roboczych do przerwy świątecznej.
PS.: Prawie wywaliłam ten wpis przed publikacją, niechcący. W niedzielę po ciężkim tygodniu pracy powinno się spać do 10 (jestem skowronkiem, 10 rano dla mnie to późno).
PPS.: I zapomniałam, że w niedzielę rano na śniadanie jem jajecznicę. Poprawię się później, jak będę przytomniejsza…
PPPS.: Nadal nie pojechałam, jak widać… (6:30)
Jesteśmy jednym z zapewne nielicznych ZOZów (wiem, że z definicji taki twór już nie istnieje, ale chyba wszyscy wiedzą, o co chodzi) w Polsce, który pod koniec roku ma zapas punktów kontraktowych. Zatem zapierdzielamy i nie mamy czasu na nic. Ja to jeszcze, gorzej ma Pierwszy Szef, za którym aż się kurzy, tak zapitala. A w drugiej pracy cisza i spokój, większość pacjentów przychodzi, nie ma ciśnienia. Bo gabinet prywatny.
Łopatki do śniegu nadal nie mam. Nie szkodzi, śnieg chwilowo stopniał.
Rodzinie wrócono prąd w niedzielę po południu, po 44 godzinach. Cała piątka (rodzice i siostra z dwójką dzieci) zaliczyła przedtem wizytę u mnie celem wykąpania się i naładowania rozładowanych baterii. I obejrzenia TV. Ponieważ mój telefon miał kryzys, nie odebrał wysyłanych ostrzeżeń, więc nalot był „z bomby”. Wszyscy przeżyliśmy, ja się załapałam na darmowy obiad z knajpy, rodzice zobaczyli, jak mieszkam, kiedy nie mam motywacji do sprzątania.
Dzisiaj zrobiłam duże zamówienie prezentowe w Internecie. Chyba trzy rzeczy mają do mnie dojść Pocztą Polską (jedna) lub InPostem (dwie). Trzymamy kciuki za pracowników tych dwóch zacnych firm, cobym mogła odebrać swoje paczki do 24 grudnia.
Reszta jest już albo kupiona (dwie sztuki), albo zamówiona w sklepie Empik.com z dostawą do salonu (nie pamiętam, ile, tak czy siak większość). Jedną rzecz zaplanowałam kupić analogowo, co się załatwi w przyszłym tygodniu. Tym samym polowanie na prezenty załatwiłam w ciągu góra godziny. Będzie więcej, jeśli się okaże, że 23 grudnia równie analogowo będę musiała upolować to wszystko, co szło pocztą. Squee.
Przyszedł?
Do mnie nie. Mikołaj nie przychodzi do mieszkających samotnie ;). Zjem sobie czekoladkę.
Znaczy tak właściwie to chyba przyszedł. Za oknem szaleje Ksawery, a do mnie zadzwoniono z poradni, do której się dzisiaj wybierałam, że lekarz boi się z domu wyjść (raczej nie dojechałby do pracy) i wizytę trzeba przełożyć na za tydzień. Co mnie w sumie cieszy, bo tym sposobem muszę dzisiaj wyjść tylko do pracy. Siedzę sobie w ciepłym mieszkanku, w piżamce w kotki, dopijam herbatkę, zaraz sobie łyknę Apap (łeb mnie trochę boli) i patrzę przez okno na poziomo „padający” śnieg.
I zaczęłam się zastanawiać, jaka dzisiaj będzie frekwencja pacjentów…
Macie tak, że zmęczenie wywołuje u Was wkurw? W środę wyszłam z pracy wkurzona ze zmęczenia. Wszystko mnie irytowało, szczególnie współuczestnicy ruchu drogowego, którzy jechali, jakby chcieli, a nie mogli. Miałam zaplanowaną na obiad zapiekankę ziemniaczaną, którą dopiero musiałabym sobie zrobić. Było po 14, a ja byłam głodna. Zrobienie zapiekanki zajęłoby mi około godziny. Rano wyciągnęłam mięso mielone z zamrażalnika, coś trzeba było z nim zrobić.
Stwierdziłam, że mam to gdzieś. Po drodze zrobiłam zakupy, weszłam do mieszkania, zamówiłam obiad w pizzerii, usmażyłam mięso z przyprawami i pomidorami z puszki, dałam mięsu wystygnąć, wsadziłam do pojemnika i z powrotem do zamrażalnika. A obiadek jak dojechał (po około pół godziny od zamówienia), to został podzielony na dwie porcje. Dzisiaj zjem drugą. Zapiekanka będzie jutro.
O.
Naprawdę muszę powymyślać nowe pilniczki…
Śnieg spadł.
Znaczy raczej śnieg z deszczem. Tak czy siak, zrobiło się bielej.
Wolny piątek piękne wykorzystałam na konsultację lekarską w temacie bolącej prawej rąsi. Rąsia zaczęła boleć w poprzednim tygodniu (12 albo 13), utrudniała mi noszenie cięższych rzeczy. Internetowo zdiagnozowano u mnie zespół cieśni nadgarstka. Szybko zaczynam, zawodowo pracuję od trzech lat. Postanowiłam w zeszły czwartek (po ponad tygodniu bólu rąsi), że pójdę do lekarza. Rąsia boleć przestała, i tak poszłam, dostałam kilka skierowań (wychodzi na to, że nie na to, co by się najbardziej przydało), wykorzystam je pewnie w przyszłym roku. Zwolnienie lekarskie też bym dostała, ale zgłoszę się po nie kiedy indziej 😉
Po konsultacji lekarskiej pojechałam wymienić koła z letnich na zimowe (dźwigając opony na stalowych felgach już-nie-bolącą ręką). Kolejki nie było wcale. Dzisiaj rano bardzo się z tego cieszyłam, bo wszystko było pokryte lodem. Tylko płyn do spryskiwaczy mi zamarzł. 10 godzin w pracy spędziłam zerkając czasem przez okno na szary świat i wielkie płaty śniegu lub też krople marznącego deszczu, w zależności od tego, co akurat padało. Okazało się przy okazji powrotu do domu, że właściwie w miejscowości mojej pierwszej pracy jest mikroklimat, bo 15 kilometrów dalej (w stronę morza) wcale nie jest aż tak biało.
Ogólnie Pomorze Gdańskie wita zimę. Pogoda wcale nie szokująca, wszak jest prawie grudzień, ale to nie znaczy, że trzeba się z niej cieszyć.
A brak pełnego weekendu od kilku tygodni zaczyna się na mnie negatywnie odbijać. Nie cierpię pracować w soboty, a wolny piątek nie zrobił większej różnicy.
Żadna tam impreza. Gość sztuk 1. Koleżanka ze szkoły na pogaduchy do mojego gniazdka chciała przyjechać.
Generalne porządki robię, jak coś mi przeszkadza. Odkurzam często (kurz i żwirek z kociej kuwety), ogarniam aneks kuchenny też. Ale reszta porządków jest czyniona w miarę potrzeby, co często oznacza, że na przykład pranie robię raz na 1-2 tygodnie, ale za to trzy pralki jedna po drugiej.
U mnie w domu rodzinnym zawsze było tak, że nawet, jeśli wizyta nie jest uroczysta, posprzątać trzeba. No to było mycie łazienki, ścieranie kurzu, mycie drzwi, luster. Umyłabym okna, ale pada, więc sobie darowałam.
Tak się jakoś ładniej zrobiło. Następne takie sprzątanie przed Bożym Narodzeniem ;).
I poczęstunek trzeba przygotować. Zawsze to oznacza, że żarcia będę miała za dużo, ale nic. Dwa kawałki ciasta kupione, w sumie nie pochwaliłam się swoimi paluszkami. Ładniejszy komplet kawowo-deserowy wyciągnięty, przygotowany na stole.
Spędziłyśmy na pogaduchach 3,5 godziny i fajnie było.
Rano byłam na zakupach. Potrzebuję kupić czubek na choinkę. Wiedziałam, że 2 listopada już się zaczną bombki na półkach sklepowych – i rzeczywiście. Ale czubka nie kupiłam, bo w sumie nie pamiętałam, w jakiej konkretnie kolorystyce mam resztę bombek. Sprawdzę i kupię.
Teraz tylko czekać na „Last Christmas” w radiu.
Podczas zakupów zdałam sobie sprawę, że mam jeszcze cały jeden dzień wolnego! Myślałam, żeby iść na „Piąta władza”, bo Juliana Assange (tego od WikiLeaks) gra mój ulubiony kosmita, ale podobno przedstawili go jako dupka, a ja dupków nie zdzierżę, więc chyba jednak nie pójdę. Poza tym film jako całość zbiera mocno średnie recenzje (wspomniany kosmita został przeze mnie dostrzeżony w roli innego dupka, ale tamten nadrabiał inteligencją i miał generalnie dużo lepsze recenzje. Nie wiem, jak jest z Assangem). Wpadnę więc do babci na cmentarz, sprawdzę nowe centrum handlowe, może uda mi się kupić czapkę, szalik i rękawiczki (najlepiej komplet) i sobie przeleniuchuję ten dodatkowy dzień.
Ostatnia wolna sobota w tym miesiącu, brr.
Zimno już. Chyba muszę zrobić ponurojesienny pilniczek…
Pisałam kiedyś o tym, że czasami podczas zakupów coś do mnie „woła” i często kończy się na tym, że to kupuję. Postanawiam, że mam na coś ochotę, idę do sklepu, dwie sekundy później mam w koszyku idealną rzecz. Najlepiej w ten sposób kupuje się buty.
Ostatnio postanowiłam, że na razie koniec z kolekcjonowaniem kaw smakowych (poszukiwania kawy orzechowej zakończyły się kupnem… syropu orzechowego i parzeniem zwykłej kawy), trzeba za to nabyć nową herbatkę. No to poszłam na stoisko z kawami i herbatami, spojrzałam na słoiki, zobaczyłam coś o nazwie „Jesienny wieczór”, powąchałam i kupiłam. Nie trwało to nawet pięć minut.
Właśnie mi się mój nabytek parzy w otrzymanym niegdyś w prezencie kubeczku z sitkiem i pokrywką. Posłodzony miodem. Będzie pysznie.
Z jakiej okazji? Z żadnej. Czy dla drobnych przyjemności muszą być okazje? Jest ponuro i jesiennie, łeb mi umiarkowanie napitala, wróciłam z wizyty kontrolnej u onkologa, w poniedziałek zakładam kasę fiskalną – trzeba jakoś poczuć się lepiej.
To w sumie mi się też podoba w mieszkaniu poza domem rodzinnym. Mieszkam sama, mogę sobie dogadzać. Nikt nie pyta, a po co. A chodź do nas, zrobisz coś innego. Nie, chcę sama. To moja chwila i tak mi z tym dobrze. Trochę melancholijnie…
Od dwóch tygodni jestem znowu singlem. Tak wyszło. Nie udało się. Dalej się przyjaźnimy. Ale kto wie? Może ten „Jesienny wieczór” ma mi pomóc nie tylko na jesienny mrok?
Wracając z Olsztyna zaczepiłam o szpital, w którym miałam zabieg. Poszłam na oddział. W sekretariacie dali mi do ręki trzy wyniki i kazali złapać jakiegoś lekarza, żeby mi je zinterpretował i powiedział, co dalej. Interpretacja nie była mi potrzebna, ale instrukcje już tak. No to poszłam i złapałam.
Chirurg zerknął na wydruki, stwierdził, że zostało wycięte wszystko, co trzeba, co jakiś czas kontrola USG i, cytat, „Jest pani zdrowa, wyleczona” i gest pt. krzyżyk na drogę.
Tylko teraz muszę się postarać, żeby moja cudna, trzycentymetrowa blizna zrobiła się nieco mniej widoczna…
No i mam ten o dziwo płatny urlop. I tak sobie siedzę, nic nie robię, a jak coś robię, to wydaję ciężką kasę. I to wydawanie kasy później odchorowuję – wczoraj byłam w IKEA, dzisiaj żyję na jednym bananie, kawałku czekolady, połowie kanapki, jednej brzoskwini i szklance soku pomarańczowego. Próba wypicia herbaty rano (nie miałam ochoty jeść) skończyła się na barwnym zakomunikowaniu przez ową herbatę pół godziny po spożyciu, że ona wychodzi. No i wyszła. A mnie tylko łeb napitala.
Wczoraj, jak jeszcze byłam w pełni sił, stwierdziłam, że, kurna, pojechałabym gdzieś sobie. Wyfrunąć z gniazdka na dwa dni z powodów innych niż szpital. Pomyślałam chwilkę i stwierdziłam, że może pojechałabym do Poznania? W sumie byłam tam ze 2-3 razy, ale czemu nie zrobić powtórki? Tylko znaleźć odpowiednie połączenie PKP i lokum.
Odpowiednie połączenie, czytaj, na miejscu koło 12 i tanio.
Nie ma. Jest albo na miejscu przed południem i pieruńsko drogo, albo kilka przesiadek. Nie lubię. Poznań odpada.
W Szczecinie mam znajomych, ale Szczecin jest brzydki (byłam raz). Do Krakowa za daleko. We Wrocławiu byłam dwa razy, wspomnienia mam całkiem miłe (mój pierwszy koncert Archive!), ale wolałabym do Krakowa. W Warszawie byłam kilka razy. Do Lublina też za daleko.
To może Olsztyn?
200 kilometrów, można zajechać autkiem. Nigdy tam nie byłam. Miasto podobno bardzo ładne, niedaleko można zaliczyć też kilka atrakcji. Znalazłam pokoje do wynajęcia. Zadzwoniłam w jedno miejsce, pani poradziła, żebym zadzwoniła później, bo może się coś zwolni. To zadzwoniłam w drugie, niestety droższe, ale sprawdzone i zaklepałam sobie wstępnie pokój. Ale w to pierwsze też zadzwonię.
MM stwierdził, że nie ma kasy, ale fakt, ma dość poważne wydatki zaplanowane, a ja z tym wyjazdem wyskoczyłam dość nagle i bez wcześniejszego ostrzeżenia. Pojadę sama.
No to jadę do Olsztyna. We wracam w czwartek.
Taka jestem spontaniczna. 😉