Byłam w tym roku w kontynentalnej Grecji. W październiku. Z siostrą i jej częstą towarzyszką podróży, Beatą. Noclegi miałyśmy w sumie trzy: w Koryncie, Meteorach i Atenach.
Planerką i organizatorką całości była moja siostra, myśmy tylko za nią dreptały jak te kaczuszki ;). Ola też prowadziła nasz samochód wynajęty na lotnisku w Atenach – Peugeota bodajże 307, który miał mieć automatyczną skrzynię biegów, ale to akurat było kłamstwo. Znaczy skrzynia była półautomatyczna. Co było stresujące na podjazdach, bo zamiast przynajmniej stać w miejscu, to się potrafił toczyć do tyłu, a miejsca parkingowe bywały skromne.
Co do Koryntu, to zaczęło się od tego, że kilka miesięcy przed naszym wyjazdem oferta wynajętego dla nas lokum (całe szczęście, jeszcze nie opłaconego) zniknęła ze strony Bookingu, a na Googlach zaczęły się pojawiać opinie mówiące o overbookingu i odwołaniach dzień wcześniej. Do Oli dzień przed naszym wyjazdem przyszło potwierdzenie, że nocleg jest aktualny. Na miejscu okazało się, że wcale nie, nie pomożemy wam znaleźć nic innego i g*wno nam zrobisz (Booking nie jest pomocny w takich sytuacjach). Całe szczęście, był inny wolny hotel, po przeciwległej stronie dużego parkingu, minimalnie droższy, nieco chłodny, ale z boskim śniadaniem z pięknym widokiem.
Po drodze z Aten zaliczyłyśmy Kanał Koryncki, który na zdjęciach wygląda mniej efektownie, niż na żywo.
Kanał Koryncki
W same, duże ruiny starego Koryntu nie wchodziłyśmy („sam gruz” – zresztą było to stwierdzenie towarzyszące nam przez większość wycieczki 😉 ), tak samo na Akrokorynt, czyli twierdzę chyba wenecką nad miasteczkiem, ale podjechałyśmy tam sobie na zachód słońca i było pięknie.
Akrokorynt
Z Koryntu pojechałyśmy do Arachowy, czyli kurortu na górze Parnas.
Arachowa
Stamtąd jest rzut beretem do Delf, gdzie znalazłyśmy sobie kawiarnię z pięknym widokiem,
ale źle przeczytałyśmy informacje w Googlach i myślałyśmy, że nie zdążymy zwiedzić kompleksu świątyń. Później się okazało, że to tylko muzeum się wcześnie zamyka, na ruiny można było wejść. Ale jak się o tym dowiedziałyśmy, to już byłyśmy w Meteorach.
A tam kolejne piękne widoki 🙂
Meteory
Zaliczyłyśmy kilka klasztorów. Do większości prowadziły schody, tylko do jednego wchodziło się tylko po mostku. Był to zresztą jedyny dostępny klasztor damski i w sumie był najładniejszy. Wieczorem zaliczyłyśmy zachód słońca, ale ten w Koryncie był ładniejszy.
Z Meteorów musiałyśmy wrócić do Delf.
A tam znowu było dużo gruzu 😉
Świątynia Apolla w Delfach
Cały ten kompleks był niesamowity. Zbudowany na zboczu góry, nic dziwnego, że antyczni czuli tam obecność bogów.
Ostatnim punktem programu były Ateny.
Ateny najwyraźniej się albo kocha, albo nienawidzi. Mi się podobało, chociaż trzymałyśmy się głównie najbardziej turystycznej części miasta (Plaka, Akropol).
AkropolAkropol nocą
Generalnie co chwilę w mieście były jakieś oddzielone płotem ruiny. Ale polecam 🙂
Temperatury były umiarkowane. W ciągu dnia około 23 stopni, wieczorem robiło się już chłodno. Nie padało.
Nadal kocham Grecję. Zresztą mam plan wrócić – w czerwcu znowu lecę na Kretę, tym razem do Chanii, ale mam plan stamtąd też kopsnąć się autobusem na jeden dzień do Rethymno. Biorąc pod uwagę, jak pewnej pani planerce podróży (nie mojej siostrze) idzie projektowanie mojego wyjazdu do Australii i Nowej Zelandii, jest to na ten moment jedyna pewna podróż zaplanowana na przyszły rok.
W Londynie byłam raz, na początku grudnia 2023 roku. To był wyjazd na jedną noc (od rana do wieczora następnego dnia), poświęcony na szybkie bieganie po głównych – i mniej głównych – atrakcjach. Pożałowałam czasu i kasy na Tower i Opactwo Westminsterskie. Obiecywałam sobie, że pojadę na początku 2026 roku (bo plany wyjazdowe na obecny rok już miałam i chciałam oszczędzać kasę), ale wypadła inna okazja wyjazdu do UK, to przyspieszyłam Londyn i pojechałam 28-31 marca.
Plan był dużo spokojniejszy. To, co odpuściłam poprzednio, i ponownie spokojny spacer po mieście. Tym razem dwie noce w dość drogim, a skromnym hotelu (jak się chce spać blisko Victoria Bus Station, to się płaci piniondze), robione 17-20 tysięcy kroków, kilka przejazdów metrem. Pogoda była rewelacyjna, parki były zielone (uwielbiam te liczne duże parki w Londynie), w Opactwie Westminsterskim (istnieje też Katedra Westminsterska, to jest zupełnie co innego i bodajże nawet innego wyznania) były tłumy, w Tower był świetny przewodnik, aczkolwiek mówiący z nienajłatwiejszym do zrozumienia akcentem.
Tower i Tower BridgeRozeta w Opactwie WestminsterskimSymboliczny grób Szekspira w Opactwie WestminsterskimPałac Buckingham
Jednym z ważnych punktów programu było zaliczenie angielskich ciastek, bo Anglicy mają zdecydowane opinie na temat swoich ciastek (naoglądałam się na YT Anglików dyskutujących o ciastkach), więc trzeba było spróbować custard creams i bourbons, które są właściwie podobne (ciasteczka przekładane kremem, tyle że jedne są śmietankowe, a drugie czekoladowe), oba bardzo dobre, i oba dodatkowo zyskują po zanurzeniu w herbacie. Tak po angielsku. (Hobnobs przywiozłam sobie do domu. Też pycha.)
Muzeum Historii NaturalnejRoyal Albert Memorial (pomnik męża królowej Wiktorii)
W niedzielę rano, 30 marca, na nóżkach podreptałam na dworzec autobusowy Victoria i po trzech godzinach znalazłam się w walijskim Cardiff. W którym o dziwo nie padało. Ponieważ pojechałam tam na event, a byłam za wcześnie, pochodziłam po dużym parku i tutejszym zamku, który okazał się całkiem duży (chociaż do zwiedzania jest raczej niewiele) i malowniczy.
Zamek w Cardiff
O 14 znalazłam się w Tramshed (chyba można to nazwać klubem), gdzie odbywał się event Twitch Community MeetUp.
No i tak. Powód mojego pojawienia się tam. Worst Premade Ever. Grupa przyjaciół z UK i Nowej Zelandii, grający w gry wieloosobowe, nadający te sesje na żywo na platformie Twitch (która patronowała temu eventowi), montujący śmieszne filmiki z tych sesji i wrzucający te filmiki na YouTube. Humor nie jest najwyższych lotów, często opiera się na dogryzaniu sobie nawzajem, ale nie pamiętam, ile razy bolał mnie przez nich brzuch ze śmiechu. Kocham ich od lipca 2024, kiedy to YT zasugerował mi ich filmy z grania w Valheim (próbowałam wtedy grać w tę grę i oglądałam dużo filmów na ten temat).
No więc stoję sobie w kolejce do wejścia do Tramshed, mam widok na punkt gastronomiczny za niskim płotkiem, a tam dwie z sześciu znanych mi już z internetów figur (podczas streamów pokazują swoje twarze, więc ich rozpoznałam). Rączki mi się zaczynają trząść jak jakiejś psychofance. Wchodzę do Tramshed. Siadam sobie przy stole w głównej sali, i znowu widzę znajome figury, tym razem cztery.
I sobie myślę, kurde. Albo podejdę, pogadam i strzelę sobie z nimi selfie, albo będę żałować. No to wstałam, podeszłam, poprosiłam o zdjęcie. Pogadaliśmy chwilę, nie mogli uwierzyć, że przyjechałam aż z Polski, żeby ich zobaczyć.
Nick, Alex (wyżej), Jake i Gabby z WPE. Siebie wycięłam 🙂
Poszłam do widzianego wcześniej punktu gastronomicznego. I tam znalazłam ostatnie dwie osoby, przez które przyjechałam. Też odważnie zagadałam, odebrałam kolejne „f*cking hell” na wieść, że przyjechałam z Polski, pogadałam, zrobiłam fotkę. Więcej mi nie było potrzebne do szczęścia. Później dołączył jeszcze Jake i dwie inne fanki, też sobie jeszcze pogadaliśmy.
Ellis i Cath z WorstPremadeEver
Ponieważ zrobiło się już na tyle późno, że mogłam zameldować się w hotelu (10 minut na nogach od Tramshed), wyszłam, zameldowałam się, rozpakowałam wypchany plecak, wypiłam kawkę. Ok. 17 wróciłam do Tramshed. Poszłam do baru, zamówiłam piwko. W barze widzę: siedzą ludzie z WPE. Czwórka z nich. Na mój widok Jake się szeroko uśmiechnął i zaprosił do stołu.
Ożeszkurnajapierdzielę.
Mi się takich rzeczy nie mówi, bo się wtedy zgadzam!
Wzięłam piwko i usiadłam z nimi. Z reprezentantami Nowej Zelandii (Nickiem i Gabby) pogadałam o planowanym wyjeździe do ich kraju. Ponieważ WPE niedługo mieli mieć swój występ (panel, rozmowa o prowadzeniu grupowego kanału na YT), po jakimś czasie poszli się przygotować (bądź nastawić psychicznie), ja zjadłam sobie frytki z foodtrucka (zamówiłam jako „fries”, a nie „chips”, za co bardzo tu teraz przepraszam, ale tak się dzieje, jak się kończy oficjalną naukę angielskiego 16 lat temu, a od tego czasu tylko internet. Mam nadzieję, że mój akcent był na tyle wyraźny, że zostało mi wybaczone 🙂 ), poszłam posłuchać paneli, w tym WPE. Przed 20 zrobiłam odwrót do hotelu. Troszeczkę żałuję, że nie poprosiłam o ostatnie zdjęcie, z całością składu za jednym zamachem. Ale trudno, mam w kawałkach i też jest fajnie :).
Tak czy siak, event był fajny, ludzie z WPE też byli fajni, i może kiedyś jeszcze raz pojadę ich zobaczyć przy jakiejś okazji (jeśli do tego czasu mi obsesja na ich punkcie nie przejdzie). Podobno w Tramshed byli jeszcze inni Polacy, ale nie miałam ochoty się socjalizować specjalnie. Miałam, co chciałam. A nawet więcej, bo w barze Jake tym zaproszeniem do wspólnego stołu absolutnie zrobił mi dzień. Ale on w ogóle bardzo przyjazny jest. I na kanale udaje dużo większego idiotę, niż jest w rzeczywistości ;).
Tak w ogóle to chciałam o nich zrobić osobny wpis, ale bez przesady :). Generalnie to jest po prostu grupa przyjaciół, roczniki między 1990 a 1996. Chłopaki (poza Nickiem) są z Anglii. Ellis i Jake (najstarsi w ekipie) poznali się na studiach w Cardiff (obaj są inżynierami dźwięku). Ellis i Cath (reprezentantka Walii w tym towarzystwie) poznali się niedługo potem i zostali parą (obecnie są małżeństwem). Jake i Alex (najmłodszy wiekiem, obok Jake’a najstarszy stażem w WPE) poznali się przez internet. W 2016 roku Jake założył kanał WPE, żeby wrzucać swoje ćwiczenia montowania filmów, a materiał pochodził z sesji grania online ze znajomymi. Gabby jest Szkotką (jak się wkurza, to jej się szkocki akcent odpala 🙂 ), ale wychowywała się w Nowej Zelandii, gdzie przez wspólną znajomą poznała Jake’a, który też w dzieciństwie spędził tam kilka lat; obecnie są zaręczeni, ślub raczej niedługo. Nick jest przyjacielem Gabby ze studiów, przeniósł się do Londynu (jest żonaty z Angielką).
Generalnie cały ich urok bierze się z osobistych relacji. Razem śmieją się z różnic w swoich akcentach, z tego, że Jake ma najprawdopodobniej niezdiagnozowaną dysleksję, obie panie mają ADHD, a Alex czeka w kolejce NHS na diagnozę autyzmu. Na początku Ellis i Gabby udawali, że się nie cierpią, Ellis się łatwo wkurza (chociaż podobno to bardzo wyluzowany człowiek), a Alex rzuca tekstami, które po angielsku można określić jako „unhinged”. I to nie jest kanał dla dzieci :). Ciężko to wytłumaczyć, ale oni mnie naprawdę bawią. I online są bardzo fajnymi ludźmi, wspierającymi fundacje charytatywne (głównie Mind UK), czego raczej się nie spodziewamy po komediowych kanałach na YT.
Następnego dnia pobiegałam znowu po Cardiff, wróciłam busem do Londynu i stamtąd bez zbędnych przygód (typu dopłacanie za wypchany plecak na lotnisku…) wróciłam do domu.
Fotki z wyjazdów. Nie wszystkie, które mam, to taki przedsmak 🙂
Wszystkie organizowane bez udziału biura podróży.
Tydzień na Korfu w lipcu 2024 (z siostrą i siostrzenicami). Swoją drogą, jechałyśmy w tym terminie, bo w sierpniu młodzieży miało nie być w domu (inne wyjazdy). Generalnie nie polecam takich wyjazdów w środku lata, bo bywało 40 stopni. Woda w basenie w naszej miejscówce była niewiele chłodniejsza. Wrzesień jest chyba najbardziej optymalny (większa szansa na tanie bilety lotnicze, my miałyśmy gigantyczne szczęście, bo kupiłyśmy je zaraz po wystawieniu: we wrześniu poprzedniego roku 🙂 ), październik jest bardziej ryzykowny (większe ryzyko deszczu).
Korfu z góryPierwszy poranek w hoteluZatoka w kształcie sercaKlify na północy KorfuDanilia VillageZmęczony grecki kotekSouvlakiRuiny w Butryncie, Albania
City break w Uppsali (dosłownie jeden dzień: przylot rano do Sztokholmu, jazda autobusem do Uppsali, bieganie po mieście i okolicach, powrót wieczorem), we wrześniu 2024, również z siostrą i jej córkami.
KatedraGamla Uppsala – miasteczko i skansen niedaleko Uppsali
Kilka dni w Apulii w marcu 2024, tym razem tylko z siostrą. Była Matera, było Bari, było kilka innych miejsc, których nazw niestety już nie pamiętam. Była jazda Fiatem 500 po włoskich drogach (tylko w Bari było stresująco, bo to większe miasto. I nie ja prowadziłam 😉 ). Była świetna pogoda i dobra włoska pizza.
Matera nocąKatedra w MaterzeMateraPolignano a MareDomki trulli w Alberobello
Kolejne wyjazdy? Już w przyszłym roku. Kraków pod koniec lutego (2 dni, jadę na koncert), w sierpniu 6 dni na Podlasiu, w październiku Ateny i okolice z siostrą i jej koleżanką.
W zeszłym roku wpadło mi do głowy, żeby pojechać do Australii i Nowej Zelandii. Oczywiście na kilka tygodni i po zebraniu solidnej kasy. Zerknęłam na oferty biur podróży i trochę szczęka mi opadła na ofertę bodajże 19 dni szalonej objazdówki ze wszystkimi sztandarowymi atrakcjami za ok. 35 tysięcy złotych. Zrobiłam wielkie NOPE, ale pomysł został zasiany i zapuścił korzenie. Ja często coś wymyślam, ale zazwyczaj mi przechodzi po kilku dniach. Tu przejść nie chciało.
W rozmowach ze znajomymi, o których wiedziałam, że spędzili kilka tygodni na Antypodach, wyszło, że można za mniej-więcej tę samą lub nawet mniejszą kasę zwiedzać dwukrotnie dłużej, jeśli się to załatwi po swojemu, nie z biura.
Kilka miesięcy później mam ustalony cel finansowy, zapisanych parę stron w zakładkach przeglądarki i wstępny termin: 5 tygodni wczesną jesienią (na naszej półkuli) 2026 roku. Poza skromnym riserczem i zaglądaniem z ciekawości od czasu do czasu na SkyScanner nie zrobiłam nic więcej. Lwia część moich oszczędności jest do przyszłego roku niedostępna, więc za konkretne działania zabiorę się dopiero wtedy, gdy te pieniądze odzyskam.
W pracy już wiedzą. Rodzina też wie. Wiem, kogo pytać o porady. Wiem też, z kim mam szansę się spotkać po raz pierwszy na żywo, jak już tam dolecę po 25-35 godzinach podróży.
Tak, boję się pająków. Nie panicznie, ale generalnie unikam. To jest problem na jesień 2026.
Jedzie ktoś ze mną? Kamper w Nowej Zelandii wyszedłby taniej 😉
Jakieś dwa tygodnie temu wymyśliłam, że przydałoby się zmienić nawyki żywieniowe. Niestety od kilku lat namiętniej niż wcześniej jem słodycze i chipsy, co się przekształciło w oponkę w miejscu, w którym kiedyś miałam talię (którą w sobie lubiłam). Spojrzałam pewnego wieczora w duże lustro, które robi za drzwi do szafy w korytarzu, i powiedziałam sobie, że czas się o siebie zatroszczyć.
Swoją drogą, podejście z troską, a nie złością, to jeden z rezultatów trzech lat terapii.
Na spacery zaczęłam zabierać zakurzone już w szafie kijki do nordic walkingu. Chleb pszenny zamieniłam na pełnoziarnisty. Jem więcej owoców, warzyw i orzechów; poprzednich grzeszków na ten moment nie jem wcale – ostatnia paczka chrupek i ostatnia tabliczka czekolady leżą nietknięte. Dzielnie omijam te trzy regały ze słodyczami w Lidlu. Zamieniam obiady smażone na pieczone lub gotowane. Jeśli chcę zjeść coś słodkiego (ciasto w pracy…), to jem razem z obiadem, a nie dwie godziny później, i jeden kawałek, a nie dwa. Nawet piwa mniej piję (chociaż nigdy nie piłam dużo, max 1-2 puszki/butelki tygodniowo, zazwyczaj wcale), a jeśli już, to sięgam raczej po bezalkoholowe z edycji Hydrate albo Fit (hasztag wpisniesponsorowany).
Nie mam zamiaru się mordować i głodzić. Nie chcę przechodzić na specjalną dietę, bo nie o to mi chodzi i wiem, że skończyłoby się to porażką. Chcę pozbyć się pokusy opędzlowania pół tabliczki czekolady albo pół paczki chrupek do wieczornego oglądania YouTube’a. Jeśli przy okazji schudnę, to super. Jeśli nie – cóż, przynajmniej próbowałam, a gorzej nie będzie.
I tak sobie myślę czasami. I różne rzeczy wychodzą…
Jedno miasto, jedna noc (lub dwie), tani bilet na samolot w Wizzair albo Ryanair, dowód osobisty, czasami paszport, i można na szybko liznąć obcej kultury i nowych widoków.
Moja ukochana starsza siostra lubi to. I czasem mnie wyciągnie w świat.
Heraklion – czerwiec 2023
Jak wspomniałam we wpisie o Pizie, pewnego dnia mój poziom frustracji na bardzo niewłoską pogodę sięgnął takiej wartości, że na wariata postanowiłam dołączyć do mojej siostry na jej dwudniowy wypad na Kretę. W planie było plażowanie i żarcie. Plan został wykonany.
Tani hotel w samym centrum miasta (El Greco), tanie i pyszne lody, niezawodna grecka kuchnia (w restauracji Siga Siga, wciśniętej między kamienice – oboziujakietobyłodobre), autobus na plażę, który może zabierze pasażerów, a może nie, a nuż pojedzie kolejny za 15 minut, chociaż w rozkładzie jest za godzinę – warto wtedy patrzeć na tubylców :); widok na lądujące i startujące samoloty z plaży, radosne kalimera! na ulicach, ciepło i słońce… Bardzo to wszystko greckie 🙂
(był moment, kiedy siostra bała się powiedzieć mi, że ma być wietrznie. Wszak na Kretę leciałam po pogodę.)
Już kiedyś pisałam, że lubię Grecję. W tym roku lecimy na Korfu.
HeraklionSmażu smażu
(nie kąpałam się, bo morze nie było najcieplejsze, poza tym wiało i były fale, a ja nie lubię. Smażing był wystarczający.)
Bergen – wrzesień 2023
– Są tanie bilety do Bergen – stwierdziła siostra. – Możemy lecieć – odpowiedziałam. – Cholera, narażasz mnie na wydatki…
No to poleciałyśmy na jeden dzień na północ. Ogólnie zabawne, że do niebędącej członkiem UE Norwegii można polecieć na dowód osobisty.
Norweskie fiordy, urokliwe drewniane domki, hotdog z kiełbasą z mięsa renifera i sosem borówkowym… Spokojne zejście z punktu widokowego szlakiem turystycznym przez las ze strumykami… Miałyśmy ogromne szczęście do pogody, bo było cudnie. Chłodno, ale cudnie.
Nocleg był mniej urokliwy, ale było cicho, ciepło i blisko centrum miasta.
Marzy nam się szybki wyjazd na dużo dalszą północ i zobaczenie zorzy polarnej. Może kiedyś.
BergenBergen z góry
Londyn – grudzień 2023
Tym razem leciałam sama, chociaż znowu z inspiracji siostry (która znalazła mi nocleg w dość charakterystycznym hotelu 🙂 ). Jakoś tak latem wyrobiłam sobie paszport z myślą o rozszerzeniu możliwości podróżniczych. Po drodze trafiły się względnie tanie bilety lotnicze (chyba 160 zł w obie strony)… i poleciałam.
(tak w ogóle to o wyjeździe do Londynu myślałam już ponad 10 lat temu, kiedy pojęcie city break było mi jeszcze obce)
Ryanair przetransportował mnie z Gdańska na Stansted, stamtąd pociągiem dojechałam do Liverpool Station, stamtąd metrem na śniadanie do Speedy’s… A dalej już poszło. Życie na krawędzi, bo nie miałam ani gotówki, ani powerbanka 🙂 (wszędzie można płacić kartą, a telefon wytrzymał).
Trzeba mieć przejściówkę do gniazdka! Na Allegro uniwersalne chodzą za 20-40 zł; albo dedykowane do UK na lotnisku za chyba 50 albo 80 zł. Pozostałe opisywane przeze mnie kraje używają gniazdek takich, jak w Polsce. Włoskie są trochę inne, ale też się da żyć bez prześciówki.
Było angielskie śniadanieParlamentTrafalgar SquareLondon EyeTower Bridge
To nie wszystkie zaliczone atrakcje, bo byłam też w Muzeum Zrabowanych Pamiątek (British Museum) i Katedrze Św. Pawła. Do Westmisterskiej nie wchodziłam, chociaż zdjęcie Parlamentu zrobiłam z ławeczki stojącej właściwie na tyłach tej katedry. Nie widziałam też Buckingham Palace, bo nie dotarłam tak daleko. Mam powód, żeby tam wrócić ;).
Poza angielskim śniadaniem (które zapycha) było też fish & chips, bo bez tego nie miałam po co wracać do domu.
Lot powrotny był bardzo opóźniony, ale warunki pogodowe były złe i ogólnie to był cud, że w ogóle doleciałam.
A po powrocie z tej podróży zauważyłam, że mój stary kot pije bardzo dużo wody; kilka dni później została u niej zdiagnozowana cukrzyca, która wiąże się z podawaniem insuliny dwa razy dziennie… więc na razie koniec z takimi szybkimi wyjazdami. Już wystarczy, że na marzec i lipiec mam zaplanowane dwie dłuższe podróże.
Nieco ponad miesiąc do dwóch tygodni niepłatnego urlopu (jedna z wielu „zalet” posiadania działalności gospodarczej: za urlop nikt Ci nie zapłaci), który to urlop spędzę jakieś 65 km od domu. Pociągiem taką odległość (tylko w drugą stronę i zależy, jakim pociągiem) pokonuje się jakąś godzinę. Na Facebooku co chwilę ktoś wkleja zdjęcia z zagranicznych wojaży. Największa odległość, jaką do tej pory pokonałam w życiu jednorazowo, to ok. 1100 km – do Budapesztu, gdzie spędziłam jakieś półtora tygodnia kolonii – w podstawówce. Ostatnia moja daleka podróż to Kraków w poprzednie wakacje. Wrześniową Łódź wolałabym puścić w niepamięć, poza tym to nie był wyjazd turystyczny. Ogólnie trzymam się własnego podwórka.
I to mnie czasem wku*wia.
Jestem w tej chwili w najlepszym momencie życia: jeszcze żem młoda, zarabiam całkiem nieźle (jako dowód mam to, że co chwilę się chwalę, jakiż to nowy sprzęcik elektroniczny sobie kupiłam – na swoje usprawiedliwienie mam to, że z miesięcznej pensji nie byłoby mnie na to stać. Jestem dusigroszem dobrym w oszczędzaniu), nie mam dzieci, męża i kredytu na mieszkanie (jeszcze), mój samochód się tfutfu nie psuje i nie żłopie benzyny tyle, żeby się zbierało na płacz. Ogólnie nic, tylko ciułać po kilkaset złotych miesięcznie i po kilku miesiącach wyskoczyć gdzieś na tydzień.
Problem w tym, że w mojej rodzinie podróżować się zaczyna po zdecydowanym ustabilizowaniu sytuacji życiowej. Czytaj: rodzice po raz pierwszy pojechali w daleką podróż (do Hiszpanii) jakieś 3 lata temu. Matula była na emeryturze, ja powoli kończyłam studia, rodzeństwo żyło już swoim życiem.
Moi znajomi wyskakują na weekendy majowe do Grecji, Turcji czy znajomych w Finlandii. Ja bym chciała zobaczyć Baker i North Gover Street i tzw. Korniszona w Londynie. Chociaż najbardziej to bym chciała zwiedzić Nowy Jork (choć oglądanie „CSI: NY” na jakiś czas wyleczyło mnie z tego marzenia 😉 ). Moje siedzenie we własnym podwórku – kurde, urlop spędzę w tym samym województwie, a nie mieszkam przecież w mazowieckim! – na widok kolejnych zdjęć z Paryża czy Barcelony wywołuje u mnie niegroźną zazdrość i frustrację. Chciałabym móc zwyczajnie zmienić klimat i sama przywieźć kilka fajnych zdjęć z jakiegoś dobrze znanego miejsca niekoniecznie w Polsce.
Biorąc jednak pod uwagę, że własne mieszkanie i gabinet znajdują się dość wysoko na mojej liście priorytetów, na weekend do Londynu wyskoczę sobie w wieku może 40 lat. Jak dobrze pójdzie.