Kategorie
Osobiste

Madera

Madera, położona u północnych wybrzeży Afryki, jest dość “młodą” wyspą pochodzenia wulkanicznego, nazywana czasami Hawajami Europy. Jest bardzo górzysta, występuje tu kilkadziesiąt mikroklimatów. Woda pitna pochodzi z chmur, jest bardzo smaczna, bardzo miękka i jest jej pod dostatkiem, co jest bardzo ciekawe na wyspie położonej na środku oceanu.

Maderskie góry

Znana już Fenicjanom, została oficjalnie odkryta na początku XV wieku i bardzo szybko zasiedlona (nie było tu ludności pierwotnej).

Obecnie stanowi region autonomiczny Portugalii i jest peryferyjnym obszarem Unii Europejskiej: ma własny rząd i prezydenta, płaci się w euro, wyspa należy do strefy Schengen.

Główne lotnisko znajduje się niedaleko stolicy wyspy, Funchal; nazwane imieniem Cristiano Ronaldo (najsłynniejszy Maderczyk) ma opinię niebezpiecznego. Ostatni bardzo poważny wypadek miał miejsce w 1977 roku, kiedy to samolot linii TAP Portugal (jednej z najbezpieczniejszych na świecie), usiłujący wylądować w trudnych warunkach pogodowych stoczył się z bardzo krótkiego pasa (wtedy ok. 1600 metrów); zginęły wtedy 133 osoby. Obecnie lotnisko jest pełnowymiarowe, pas ma długość ponad 2700 metrów (część pasa jest podparta nad drogą na 180 filarach), ale ze względu na boczne wiatry i zmienne warunki pogodowe nadal jest bardzo trudne technicznie. Piloci lądujący tutaj muszą mieć specjalną licencję. Na YT można bardzo łatwo znaleźć filmiki ze spektakularnymi lądowaniami 🙂

Funchal

Lądowanie samolotu lini Enter Air, który poleciał z Warszawy 27 marca 2021 m.in. ze mną i moją siostrą (pomysłodawczynią całego wyjazdu) na pokładzie nie było spektakularne, chociaż odbyło się podczas burzy. Odprawa była właściwie niezauważalna, obie pokazałyśmy zaświadczenia pomocne podczas podróżowania w czasie epidemii (w moim przypadku potwierdzenie przyjęcia obu dawek szczepionki przeciwko Covid-19) i szybko zostałyśmy odwiezione do hotelu Florasol sieci Dorisol w Funchal.

I tu zaczęło się robić ciekawie 🙂

Ponieważ nie zdążyłyśmy zrobić zakupów na kolację, wybrałyśmy się do hotelowej restauracji. Kolacja była pełna emocji – nie dość, że zgodnie ubzdryngoliłyśmy się sangrią, to jeszcze z powodu nagromadzonej w suficie wody (ciągle padało) spadł spory kawał płyt gipsowo-kartonowych. Ogólnie zastanawiałyśmy się, czy nie popłyniemy. Gdzieś na wzgórzach trzasnął piorun i zniknął prąd na całej ulicy (dopiero następnego dnia przeczytałam, że właściwie pół wyspy nie miało prądu, a lokalni mieszkańcy zaczęli się obawiać powtórki z 20 lutego 2010 roku, kiedy to w lawinach błotnych zginęło kilkadziesiąt osób). Ogólnie noc była bardzo kiepsko przespana, spędzona na wsłuchiwaniu się w plusk i szum wody za oknem.

Park w Funchal

Następnego dnia, po śniadaniu zjedzonym w pokoju (do restauracji nie było wstępu, dostałyśmy kanapki, owoce, ciasto i sok – z racji braku prądu o kawie nie było mowy) poszłyśmy na zakupy do lokalnej Biedronki (Pingo Doce) i potem na spacer po Funchal. Wyszło słoneczko, temperatura była przyjemna (ok. 18 stopni), spokojnie przedreptałyśmy ok. 16 kilometrów, zjadłyśmy obiad na mieście.

Jedne z wielu malowanych drzwi na Rua de Santa Maria w Funchal

W poniedziałek odbyła się pierwsza zorganizowana wycieczka wraz z lokalnym biurem, Dragon Tree Travel, prowadzonym przez Polaka, Juliusza zwanego Julkiem. Wycieczki (były w sumie trzy) odbywały się trzema samochodami terenowymi Land Rover; gadaninę Julka można było słychać we wszystkich trzech za pomocą specjalnego systemu nagłaśniającego.

Półwysep św. Wawrzyńca

Ogólnie z Julkiem przejechałyśmy naprawdę spory kawał wyspy: górzyste centrum, północ z basenami lawowymi w Porto Moniz, lasy wawrzynowe, stary las laurowy Fanal, Półwysep św. Wawrzyńca, przeszłyśmy się wzdłuż lewady – jednego z kanałów, które rozprowadzają wodę skraplającą się na północy po całej wyspie… Ogólnie wycieczki Julka to chyba punkt obowiązkowy dla pierwszorazowych turystów na Maderze 🙂

Baseny lawowe w Porto Moniz
Las Fanal – akurat nie było mgły, a szkoda…
Lewada

Same też trochę pozwiedzałyśmy; największe wrażenie zrobił na mnie ogród tropikalny na wzgórzu Monte w Funchal – można tam spędzić cały dzień.

Monte

Ponieważ wtedy jeszcze nie zaczął się sezon turystyczny, trochę atrakcji nas ominęło, np. przejazd kolejką linową z Funchal na Monte i później zjazd saniami. Obie atrakcje ruszyły w maju.

Madera jest regionem ogólnie dość biednym – ze względu na izolację dużo ludzi choruje na depresję i alkoholizm (szpitale psychiatryczne i leczenia alkoholizmu razem wzięte mają więcej łóżek niż szpital ogólny), zarobki też nie są wysokie. W Funchal, gdzie mieszkałyśmy, spokojnie można dostać wszystko, co jest potrzebne, płatności kartą to norma, bardzo łatwo można się dogadać po angielsku.

Mały Książę z uliczki z malowanymi drzwiami w Funchal

Wiele dróg jest bardzo trudnych dla niewprawionych kierowców: drogi są wąskie, występują duże nachylenia terenu. Drogi szybkiego ruchu zaczęły powstawać dopiero w latach 90 XX wieku, zjazd z głównych traktów dostarcza sporo adrenaliny. W nagrodę kultura jazdy jest – na pierwszy rzut oka – bardzo wysoka. Pieszym ustępuje się pierwszeństwa na pasach, nikt nie trąbi po złości ;).

Nie jest to miejsce na plażowanie; plaż piaszczystych jest bardzo mało. Jest to natomiast raj dla osób lubiących wędrówki po szlakach turystycznych, bo widoki naprawdę zapierają dech w piersiach.

Wybrzeże

Co do lokalnej kuchni, warto spróbować espady (lokalna rybka głębinowa, podawana często z bananem), estepady (kawałki wołowiny pieczone na grillu; z powodu hodowli krów “na wolnym wybiegu” mięso jest bardzo delikatne) i bolo do caco (chlebek czosnkowy). Z lokalnych trunków alkoholowych można wymienić ponchę (najlepsza robiona na świeżo: biały rum z sokiem pomarańczowym i cytrynowym w równych proporcjach plus miód do smaku; w sklepach można dostać gotową ponchę, ale to nie to samo, chociaż kopie przyjemnie) i lokalne wino madera (wino wzmacniane).

Espada
Krówka z wolnego wybiegu 😉 („Nie mówić przy nich słowa estepada, bo zamieniają się w kozice górskie” – Julek)

Ogólnie był to bardzo udany wyjazd w niekonwencjonalne miejsce 🙂

(PS.: Restauracja hotelowa została ogarnięta w ciągu chyba 4 dni – pod koniec naszego pobytu nie było śladu po powodzi. Tamte opady należały zresztą do rekordowych w historii wyspy. Nie skończyły się tragicznie głównie dzięki temu, że padało głównie na wybrzeżu, a nie wysoko w górach, ale i tak podtopionych zostało kilka parkingów podziemnych.)

Kategorie
Osobiste Praca

Znak życia

Żyję.

Od początku czerwca mam nowego kota. Ma na imię Rysiek i przed chwilą wyglądał tak:

Syf na biureczku i koteczek

A chwilę później tak:

Nie powinno go tam być

Przywiozłam go z Olsztyna, jak miał 8 tygodni. Podobno to półkrwi Syberyjczyk. Fakt, ogon mu się robi coraz bardziej puchaty. Najpuchatszy z całego kota.

I stałe zęby mu rosną.

Rozrabia jak na kocie dziecko przystało (głównie biega po mieszkaniu i próbuje pobić kolejne rekordy wysokości. Pogryzł nam też jeden kabel od głośnika) i urodą nadrabia to swoje rozrabianie.

Poza tym byłam już na urlopie. W Bułgarii, w kurorcie Słoneczny Brzeg, 7,5 km od Nesebyru. Na wycieczkach były m.in. takie widoki:

Ogólnie miejsce fajne na totalne lenistwo, bo koło Słonecznego Brzegu nie ma nic ciekawego, poza samym Nesebyrem, który jest urokliwy, bardzo zabytkowy i pełen straganów. Większość czasu spędziliśmy nad hotelowym basenem, opalając się i pijąc drinki. W rezultacie tego drinkowania niemal totalnie straciłam ochotę na alkohol. Od powrotu chlapnęłam sobie kieliszek różanej nalewki, której reszta ostatecznie dostała się siostrze mojej jedynej, i kieliszek Krupniku Słony Karmel (siostra ma na mnie zły wpływ). Nie, żebym wcześniej piła dużo i regularnie, ale nawet piwka na koniec gorącego dnia się nie chciało.

Widoki powyżej to z wycieczki fakultatywnej do Bałcziku (piękne ogrody Marii, królowej rumuńskiej) i na półwysep Kaliakra (gdzie było zrobione powyższe zdjęcie). Bułgaria jest krajem z bardzo długą i ciekawą historią, ale jeśli ktoś chce mieć tanie wakacje, to Słoneczny Brzeg odpada, bo jak na kurort przystało jest drożej niż w Polsce.

Widok na pałacyk królowej Marii

Dla mnie dodatkową rozrywką był lot samolotem (leciałam pierwszy raz), który głównie utwierdził mnie w przekonaniu, że zwierzęciem jestem wybitnie lądowym. Widoki w drodze powrotnej mieliśmy wprawdzie fajne

Ujście Wisły, Mierzeja Wiślana

ale jakieś to dla mnie wszystko za kruche jest.

Wiem, jeden rzut oka na flightradar24.com i widać, jaki jest ruch w powietrzu i jak rzadko cokolwiek się dzieje, ale mimo wszystko. Jak coś się dzieje, to z przytupem.

I tak w przyszłym roku lecimy do Grecji, na Zante, albowiem moja siostra jedyna ma na mnie zły wpływ. Rodzice chcą mnie namawiać na Korfu na następny rok, ale ja już myślę o Chorwacji albo Hiszpanii. Czy innej Portugalii. Zobaczymy.

Ogólnie po dwóch tygodniach pracy po urlopie dochodzę do wniosku, że potrzebny mi kolejny wyjazd. Najlepiej do SPA. I nawet wiem, którego.

Albo jest to potrzeba zrobienia czegoś ze swoim życiem, najchętniej zawodowym. Jakieś podniesienie kwalifikacji czy coś, bo ostatnio kolega ze studiów się do mnie odezwał z propozycją pracy, na cztery ręce, mikroskop, a ja pomyślałam, że ja nie ta liga, ja prosty wiejski dentysta jestem. Trochę stoję w miejscu. Mam chrapkę na jedno szkolenie z protetyki na początku grudnia, ale, kurna, jakoś mnie nosi. Kopsnąć się gdzieś w sobotę, posłuchać czegoś pożytecznego, ciastek zjeść i darmowej kawy się napić.

W szkole już nie pracuję. Raz do mnie zadzwonili, tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego, nie mogłam odebrać, nie oddzwoniłam, od tamtej pory cisza. Chyba wreszcie muszę definitywnie zamknąć tamten rozdział.

Kategorie
Osobiste

Urlop letni 2017

Urlop zaczęłam obmyśliwać już w styczniu-lutym. Padł pomysł na Bieszczady. Wstępny termin: przełom lipca i sierpnia.

Potem przyszło zaproszenie na ślub znajomych, który miał się odbyć 1 lipca. Para młoda mieszka w Warszawie, więc po otrzymaniu wstępnego zawiadomienia myślałam, że ślub będzie tam. Kiedy zaproszenie właściwe przyszło pocztą, okazało się, że całość będzie w ogólnie pojętych okolicach Zawiercia, znaczy w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Ponieważ stwierdziłam, że dwa razy w ciągu miesiąca na południe Polski tłuc się nie będę, połączyliśmy jedno z drugim – przyspieszyłam urlop. Całe szczęście nie miałam jeszcze zarezerwowanego noclegu.

Ruszyliśmy moim autem w piątek, 30 czerwca. Ja wyjechałam koło 14, Ł. dołączył do mnie w Gdańsku ok. 15:20. Pokonując korki na obwodnicy 3miasta i jedno ślimaczenie się autostradą (na której po drodze skończył mi się LPG, ale przecież mam jeszcze cały bak benzyny, prawda?), ok. 23 nieomal widzieliśmy szyld hotelu, gdzie mieliśmy spędzić weselny weekend.

No cóż. Auto w pewnym momencie po prostu straciło moc i zgasło. Po odpaleniu ujechało kilka kilometrów (całe szczęście wjechaliśmy w oświetlony teren zabudowany), po czym umarło i nie chciało ożyć.

O tym, gdzie dokładnie byliśmy, wiedziałam z ekranu nawigacji GPS.

Oczywiście musiałam się pożalić na Fejsie (uczyniłam to jakoś w trakcie szukania pomocy, kiedy czekaliśmy na czyjś telefon).

Mam ubezpieczenie z Assistance. Próbowałam się dodzwonić do okolicznych pomocy drogowych (wszyscy zajęci) i ubezpieczyciela. Do tego drugiego udało mi się za trzecim razem i po kilkunastu minutach czekania na połączenie. Przyjęto zgłoszenie, przy czym nasze perspektywy nie wyglądały dobrze: mogli nas zawieźć w tylko jedno miejsce (np. na parking warsztatu albo do hotelu: w drugie musielibyśmy sobie sami organizować dojazd). Po kilku minutach oddzwonił pan z pomocy drogowej ze Szczekocin, bo to on miał umowę z moim ubezpieczycielem na pomoc w ramach Assistance.

I w tym momencie bardzo panu dziękuję, bo zostaliśmy potraktowani naprawdę po ludzku i profesjonalnie. Przyjechał z lawetą jakiś jego znajomy, zaufany mechanik. Zaciągnął moje autko na lawetę. ODWIÓZŁ NAS I NASZE RZECZY DO HOTELU. Po czym zabrał samochód do warsztatu z zapowiedzią, że będzie o ósmej rano dzwonił z wynikami diagnostyki.

W łóżkach znaleźliśmy się ok. 1 w nocy.

Pan mechanik zadzwonił, zgodnie z obietnicą:

Kilka godzin później odezwał się również pan ze Szczekocin. Oczywiście trzeba było o tym napisać na fejsiku 😉

Po dalszej weryfikacji wyszło, że poszły prawdopodobnie wtryskiwacze. Pan ze Szczekocin przywiózł moje auto na lawecie, poinstruował mnie, jak je odpalić od razu na LPG w trybie awaryjnym (zazwyczaj po uruchomieniu silnika samochód chwilę chodzi na benzynie, po czym przełącza się na gaz), stwierdził, że dopóki jest ciepło, to można tak jeździć, trzeba tylko pilnować, żeby nie zabrakło LPG. Bardzo pomógł nam fakt, że nocleg mieliśmy w hotelu nad stacją benzynową, więc auto jeszcze na lawecie zostało zatankowane prawie pod korek.

Lokalsi nas nie oskubali.

1 lipca o 14 wyruszyliśmy na wesele wraz z niewielką grupą członków tzw. Bocznicy, czyli dziś już niestety nieistniejącej grupy dyskusyjnej, której członkami byłam m.in. ja, Ł. (dzięki tej grupie się poznaliśmy) i Pan Młody.

Sam ślub i wesele… Pogoda średnio dopisała. Co miało znaczenie, jako że ceremonia ślubna miała miejsce na świeżym powietrzu, ale chowaliśmy się pod parasolami i drzewami i nikt chyba specjalnie nie zmókł.

Sanktuarium Matki Bożej Skałkowej

Potem zawieziono nas do innego hotelu, a tam… były tańce i hulanki, i góra pysznego jedzenia, i przejażdżka wozem drabiniastym (dla wielu traumatyczne przeżycie, wsiadało się trzeźwym, wysiadało zachrypniętym i pijanym 😉 ), moje prawie-szpilki okazały się całkiem wygodne i nie zdzierżyłam dopiero wchodzenia po schodach w naszym miejscu noclegowym, kiedy ok. 3 w nocy tam zlądowaliśmy.

W niedzielę 2 lipca ruszyliśmy w Bieszczady. Dojechaliśmy koło 17. Było deszczowo i mgliście. Zameldowaliśmy się w naszej bazie (Gościniec Horb w Strzebowiskach).

3 lipca ruszyliśmy zwiedzać. Na pierwszy ogień poszła Solina (Zalew Soliński; chcieliśmy zwiedzić elektrownię, ale w poniedziałki nie ma zwiedzania i bosko, że jest o tym gdziekolwiek napisane) i Lesko (miasteczko i kirkut).

Zalew Soliński

Kirkut w Lesku

4 lipca kopsnęliśmy się nieco dalej, bo do Sanoka. W Sanoku znajduje się największy skansen w Europie.

Rynek galicyjski w skansenie

Stworzyliśmy grupę wycieczkową z przypadkowo poznanymi przy kasie ludźmi i ruszyliśmy na ponad 2 godziny wędrówki z fajną przewodniczką. Ogólnie w tym skansenie można spędzić cały dzień, od przyszłego roku ułatwi to karczma, która się otworzy na terenie, a nie przed bramą. Polecam serdecznie. Ze skansenu ruszyliśmy do zamku, gdzie obejrzeliśmy m.in. największe zbiory twórczości Beksińskiego. Nie dało się wszystkiego obejrzeć (zabrakło sił i czasu), ale ogólnie z jego dzieł: fotografii, grafik czy najlepiej znanych obrazów wyziera niepokój i depresja, której podobno nie miał, ale „zaprzeczenie to silny mechanizm obronny”.

Ostatni obraz Beksińskiego

5 lipca to była trasa objazdowa. Zaliczyliśmy Wodospad Ostrowskich, Chmielowe Kaskady, próbowaliśmy zobaczyć żubry (ale się schowały), zrobiliśmy piwne zakupy w browarze Ursa Maior i serowe u Greka mieszkającego w Wańkowej, i w końcu udało się wejść do wnętrza Zapory Solińskiej.

Wodospad Ostrowskich

Chmielowe Kaskady

Odwrotne graffiti na ścianie zapory w Solinie

Widoczek z trasy

(Odwrotne graffiti to takie wymyte z brudu na ścianie myjką ciśnieniową)

Do domu wróciliśmy z lekka wypruci. Wieczorem zaczęłam się nudzić i uruchomiłam niedawno skończonego pierwszego „Wiedźmina” (grę). Pierwsze przejście trwało u mnie pół roku. Drugie, zaczęte na tych wakacjach, skończyłam już w domu, po 3,5 tygodnia. Drugiego „Wiedźmina” mój laptop nie jest w stanie normalnie pociągnąć (bo zamieniłam dwa rdzenie procesora i kartę graficzną na 12 GB RAM i 250 GB dysku SSD), co mnie zasmuciło jeszcze przed urlopem.

6 lipca postanowiliśmy odpocząć i nic nie robić, ale ok. 13 w pensjonacie wyłączyli nam internet, więc trzeba było wyjść z domu ;). Poszliśmy na nóżkach na obiad do pobliskiej knajpy, po drodze zadzwoniłam do kuzyna mojej mamy, który wedle wszelkich danych posiada w okolicy pensjonat. Okazało się, że ów pensjonat znajduje się w sąsiedniej wsi. Umówiliśmy się na wieczór. Tam sprowokowano naszą ambicję: jak to tak, jesteśmy w górach, a na żaden szczyt nie chcemy wejść? Na Połoninę Wetlińską ludzie wchodzą w klapkach! No to się wyklarowały plany na ostatni dzień naszego pobytu.

7 lipca, piątek. Planowana wyprawa wysokogórska (całe 1223 m n.p.m., podejście od 872 m). Na wyposażeniu aparat fotograficzny, kilka małych butelek wody i kije do nordic walkingu. Weszliśmy.

Widok ze szczytu Połoniny Wetlińskiej

Było ciężko. Może to nie było zimowe wejście na K2, ale a) bez kijów ani rusz. Dzień wcześniej wywaliłam się idąc po asfalcie, na kijach przynajmniej moja zaburzona równowaga dawała sobie radę; b) na szlaku spod Przełęczy Wyżnej nie radzę iść w klapkach, bo jest kamieniście na sporym odcinku; c) moja czasem ujawniająca się skłonność do spadków glukozy nakazuje brać coś słodkiego ze sobą na szlak. W drodze w dół poczułam się dziwnie, według Ł. zbladłam. Uratowała mnie Pepsi kupiona na szczycie, w schronisku. Poza tym d) czasy podane na oznakowaniu szlaków są mniej-więcej zgodne z tempem chodu osób bez kondycji (czyli naszym); e) widoczki są bombowe; f) miałam na sobie m.in. koszulkę z długimi rękawami, które w drodze podwinęłam. Ani się obejrzałam, a zrobiła mi się opalenizna do połowy przedramienia.

Do lokum dotarliśmy żywi i raczej usatysfakcjonowani. Od morderczych zakwasów uratowały nas tabletki Asparginu, wzięte przed i po wyprawie. W rezultacie następnego dnia oboje byliśmy sztywnawi, ale byliśmy w stanie normalnie się poruszać (w sensie bez bólu).

8 lipca ok. 10 opuściliśmy nasze śliczne, przyjazne lokum. Do Piotrkowa Trybunalskiego jechaliśmy drogami gminnymi i powiatowymi, pod Piotrkowem (dokładnie w połowie drogi) mieliśmy wjechać na autostradę. Zrobiliśmy chwilę przerwy na stacji benzynowej. Po wyjeździe ze stacji, na nieco dziurawym odcinku, coś mi zaczęło niepokojąco stukać w jednym kole. Zjechaliśmy. Obejrzeliśmy wszystkie koła dookoła, myśląc, że złapałam kapcia. Ostrożnie ruszyliśmy dalej, było cicho. Już na autostradzie sytuacja się powtórzyła. Znowu zjazd. Jedno koło gorące. Szukam w sieci informacji, co to może być. Pierwsza diagnoza: poszło łożysko. Ale co zrobimy 400 km od domu? Nic. Ruszyliśmy powolutku i ostrożnie, mimo chęci znalezienia się w domu jechałam spokojne 100 km/h. Była cisza. Na następnym postoju na stacji stwierdziliśmy, że owo koło jest nieco cieplejsze od pozostałych, ale chyba możemy się bardziej rozpędzić. Ruszyliśmy dalej. Znowu stuka. Nici z rozpędzania, dalej suniemy 100 km/h (najbardziej waliło w przedziale 60-80 km/h, potem cichło, ale generalnie cały czas był słyszalny szum). W domu znaleźliśmy się o 23. Ł. po przejściu przez próg mieszkania ucałował podłogę.

W niedzielę jechaliśmy do moich rodziców, więc po drodze zostawiłam auto u mechanika. Dnia następnego dowiedziałam się, że poza pompą paliwową poszły klocki hamulcowe i jakieś prowadnice w owym rozgrzewającym się kole. Ogólnie mieliśmy szczęście, że się w ogóle doturlaliśmy do domu.

Wypróbowane miejsca, gdzie dają jeść za opłatą:

Restauracja „Niedźwiadek”, Ustrzyki Dolne, Dworcowa 5. Miejscówka polecona przez Krytykę Kulinarną (specjalnie tam jechaliśmy przez tę rekomendację). Jedzenie (rożki baranie dla Ł., gołąbki po bieszczadzku z kaszą i sosem borowikowym dla mnie) bardzo smaczne, tylko moje, no cóż, chłodnawe. Ale w sosie rzeczywiście były grzyby, nażarliśmy się pod korek.

Restauracja „Stary Kredens”, Sanok, pl. św. Michała 4. Tu, jak dla mnie, dużo większe wow. Dania bardziej wymyślne i skromniejsze ilościowo, ale wystarczające, żeby się najeść.

Bar „Na tarasie”, Solina. Ot, bar w drodze na koronę zapory od strony miejscowości Solina. Karta dań wybitnie uniwersalna i barowa, ale żarcie było zjadliwe, ciepłe i w dużych ilościach.

Karczma „Brzeziniak”, Przysłup. Restauracja najbliżej naszego pensjonatu (15 minut piechotką po nieczynnych torach kolejki wąskotorowej – właśnie wracając z niej inną trasą wywaliłam się na asfalcie, ale cóż, ta zupa grzybowa była naprawdę dobra 😉 ), porcje wielkie, w „normalnych” cenach (20-35 zł za danie główne), pyszne.

Przy okazji bardzo, bardzo polecam Pensjonat Horb i dziękuję Czytelniczce za polecenie :). Położony na końcu wsi, w nocy tylko żaby grały, widoki z tarasu przepiękne, śniadania super (oprócz pieczywa, wędliny, sera i warzywnych dodatków zawsze dostawaliśmy coś ciepłego, do tego można sobie wziąć płatki czy jogurt, plus oczywiście kawa i herbata), pokoje wygodne i wyposażone we wszystko, co jest potrzebne (ręczniki w łazience, suszarka do włosów, lodówka, telewizor 😉 ).

Widok z tarasu Horba

Widok na pensjonat (to białe)

Może kiedyś tam wrócimy, bo jeszcze kolejkę wąskotorową trzeba zaliczyć, do Przemyśla pojechać, Polańczyk zwiedzić albo na jakowąś wycieczkę stamtąd wyruszyć…

Kategorie
Osobiste

Praskie wakacje

Uwaga, notka jest długa. Warto przed lekturą przygotować przekąski i znaleźć w sieci plan Pragi, na przykład taki. Nocia była pisana w większości na bieżąco podczas wyjazdu, po powrocie wyedytowana.