Kategorie
Rozrywka

Camilla Läckberg – „Niemiecki bękart”

niemiecki-bekart-b-iext21572669

 

Przed wyjazdem naiwnie myślałam, że w Pradze znajdę czas na czytanie. W drodze do nie sprzyjały okoliczności (noc i późniejsze zmęczenie z niewyspania), potem codziennie wracałam ze zwiedzania tak zmęczona, że miałam siły tylko na Facebooka… Za tę książkę wzięłam się dopiero ostatniego wieczoru pobytu i w autobusie.

Przeczytałam całość. W dwóch rzutach. Mi się to nie zdarza, chyba, że lektura jest wyjątkowo lekka.

Albo wyjątkowo wciągająca.

Tu się chyba zdarzyła ta druga sytuacja.

W piątej części serii kryminałów ponownie spotykamy te same postaci. Pisarkę Erikę, która tym razem znajduje na strychu domu jej rodziców stary, niemiecki medal i próbuje rozwikłać zagadkę jego pochodzenia; Patricka – uzależnionego od swojej pracy policjanta na urlopie ojcowskim, męża Eriki i ojca ich dziecka; grupkę śledczych z lokalnego posterunku i stały krąg znajomych oraz rodziny. Schemat budowy akcji ten sam. Trochę rozwoju charakteru. I kluczowe szczegóły śledztwa ujawnione dopiero na sam koniec, z satysfakcjonującym i dość zaskakującym (choć bez większego szoku, jak zwykle) rozwiązaniem.

Dlaczego zatem piszę o tej książce całą notkę, zamiast, jak „Kamieniarza”, potraktować ją krótkim opisem w Kąciku Czytelniczym?

Bo mnie zaskakująco wciągnęła. Po otwarciu ani się obejrzałam, byłam w połowie.

Ale dlaczego?

Sama nie wiem. To prawdopodobnie ostatnia książka Läckberg, jaką czytam – autorka wyrobiła sobie schemat, czego ja nie lubię – dlatego pożegnałam się z niegdyś ukochanym Frederickiem Forsythem (chociaż do „Negocjatora” nadal lubię wracać), nie skończyłam też nigdy serii o Harrym Potterze. Jej powieści są podobne do siebie. I może z czasem niektóre postaci doświadczają trochę rozwinięcia charakteru, robią się z irytujących akceptowalne, ale na inne reaguje się obojętnie, a po jakimś czasie od odłożenia książki nie pamięta się, o czym była i się rozważa oddanie tomiszcza w dobre ręce, bo blokuje miejsce na półce. Z „Niemieckim bękartem” będzie pewnie podobnie, ale z trzech powieści p. Camilli, które przeczytałam, ta, zgodnie zresztą z rekomendacją na okładce, była chyba najlepsza.

Po raz kolejny lekka lektura. Fanom polecam. Wahającym się może niekoniecznie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.