Skuteczność gróźb wobec kota

Mam na podłodze w pokoju rozłożone materiały do wspomnianej, dorywczej pracy. Materiały leżą na papierze pakowym, w którym do mnie przyjechały. Do pokoju wchodzi kot. Słyszę szelest papieru. Patrzę: kot wchodzi na materiały, a nie powinien.

Na moje zdecydowane „Kocie, zastrzelę cię!” rzeczony kot zszedł z materiałów, zrobił w tył zwrot i wyszedł wolnym krokiem. Niezastrzelony.

Podobnie, choć nieco szybciej, zareagował na długie syknięcie, którym powstrzymałam kolejną próbę zbadania, co też leży na tej podłodze i szeleści.

Koty są fajne… O ile słyszą. Tak-jakby-mój drugi futrzak jest głuchy. Żeby go powstrzymać, trzeba się bardziej zaangażować… Ale to nie czyni go niefajnym. Jest po prostu odrobinkę bardziej kłopotliwy w obsłudze. ;)

Szybki wpisik

Rezultat skojarzenia.

Mówi się, że kocia skórka jest świetna na reumatyzm czy bóle w kręgosłupie.

Jedno zastrzeżenie: w skórce nadal musi się znajdować żywy kot.

Howgh.

Przestaję się wyrabiać

Jednak pacjenci bywają złośliwi z tym swoim przychodzeniem ;). Grafik niestety już pełen i nie ma gdzie wcisnąć bólowych. A w grafiku sporo kanałów do leczenia. Ogólnie roboty po pachy.

Szkoda tylko, że po tym stażu moja protetyka i ortodoncja będą leżały tak samo, jak zaraz po studiach. Poważnie się zastanawiam, czy czegoś z tym nie zrobić. Na razie pozostanę przy swoich kanałówkach, zgorzelach, próchnicach i dłutowaniach, przy czym te ostatnie wychodzą mi średniawo. Znaczy zazwyczaj pacjent żegna się ze swoimi korzeniami tkwiącymi w dziąsłach, ale w czasie znacznie dłuższym od przewidzianego. Ale tak to jest, kiedy na zajęciach ciężkie przypadki robią za ciebie asystenci, zamiast podpowiadać i kontrolować przez cały zabieg.

Dziś usuwałam trzy zęby z tak pięknym zapaleniem przyzębia, że gdybym tylko na to patrzyła, to zrobiłoby mi się słabo. Poważnie. Znieczuliłam, złapałam i wyciągnęłam trzy bycze sztuki jeden po drugim. Nawet teraz, jak o tym myślę, robi mi się z letka niedobrze.

Od jutra popołudniowa praca dorywcza z klejem w roli głównej. Troszkę sobie zarobię dodatkowo.

Jak na złość

Miałam przyjmować prywatnie. Powitała mnie jednak pełna poczekalnia osób z bólem zębów (mamy obowiązek ich przyjąć). Pierwszy ponadprogramowy przypadek rozciągnął się poza wszelkie normy, a wszyscy zapisani pacjenci niestety przyszli (często się zdarza, że nie przychodzą i potem albo siedzę jak kołek w socjalnym, albo wychodzę wcześniej z pracy). W rezultacie dzień pracy przedłużył mi się o ponad godzinę, na koniec byłam kompletnie wymięta. Niby tylko 5 godzin. Zaczynam się bać, co będzie jutro, bo pacjenci uwielbiają przychodzić na popołudniówki.

W dodatku chyba coś mnie bierze. Gardło raczyło odpuścić (czasem sobie kaszlnę, ale na pewno jest lepiej), ale nie mam pojęcia, czy moje padnięcie i brak apetytu to po prostu jesień, czy coś się we mnie tli.

Już wnioskowałam u szefa o zmianę grafiku na bardziej ściśnięty, potem będę apelować o zakup nielateksowych rękawiczek. Moja prawa łapa jest w coraz gorszym stanie…

A tak poza tym w takie dni jak dziś mam ochotę wywalić z fotela osoby, które przychodzą z „bólem”. Oczywiście nie mogę i pozostaje mi się dalej uśmiechać i leczyć ów „ból”. Jednak praca w usługach czasami jest do kitu…

Jeszcze organizacyjnie

Proszę, aby nie traktować poważnie wszelkich wypisanych gróźb uszkodzenia ciała, dokonanego przy użyciu lub nie sprzętu stomatologicznego. NIE ROBIĘ kanałówek bez znieczulenia, przed rozpoczęciem opracowywania ubytku też pytam, czy pacjent sobie życzy znieczulenie. NIE BĘDĘ nikogo tłuc kątnicą bądź rączką od dźwigni prostej. Nigdy też nie czyniłam wyżej wspomnianych rzeczy. Groźbami bez pokrycia chcę po prostu położyć nacisk na moje zdanie na temat różnych zachowań. Nie jestem osobą śmiertelnie poważną i piszącą zawsze bezwzględnie serio, chociaż czasem mogę nie załapać jakiejś aluzji.

No. To proszę się nie bać. Ja nie z tych sadystów-dentystów.

[tylko z trochę innych ;)]

Dzieciowe tajemnice

Jeden dzieć się niecierpliwi, żeby usiąść na fotelu, co wizytę coś mi przynosi, daje się znieczulić bez piszczenia, jak w zębie kłuje przy robieniu, to podniesie rękę, na zakończenie wizyty podziękuje i uśmiechnie się. Mój ulubiony, mały pacjent. Lat 5.

Inny dzieć przy znieczulaniu płacze, ale buzię nadal trzyma otwartą, daje sobie zrobić to, co trzeba. Lat 4.

Kolejny przy pierwszej nieprzyjemności stawia opór i trzeba pertraktować. Na siłę robić nie będę. Ten jeden mnie chyba zdecydowanie znielubił. Lat 9, upośledzenie umysłowe, ale kontakt mimo to pełen.

Inny pojękuje przy zakładaniu wypełnienia. Pojękiwać nie miał czemu, plombowanie nie boli. Nie chciał kolorowego wypełnienia, dostał białe. Pyta co chwilę, czy już. Buziol mimo pojękiwania cały czas otwarty. Druga wizyta u dentysty ever. Lat 4.

Inny podobno nic sobie nie daje zrobić. Siada na kolanach dziadka przy każdej wizycie. U mnie spokojnie dał sobie zrobić to, co trzeba. Jeszcze obiecał, że jednak będzie myć zęby. Lat 3.

Na dzieciaki u dentysty nie ma reguły. Chyba wystarczy szczerość i cierpliwość, żeby maluch wytrzymał wizytę i nie znienawidził lekarza. I ważny jest też wpływ opiekunów, żeby nie wywołali nieprzyjemnych skojarzeń z leczeniem zębów. Jeśli babcia, zastrachana bardziej od dziecka, które pierwszy raz siada na fotel, mówi, że „pani doktor tylko obejrzy”, to niżej podpisana pani doktor nie ma wyboru, może tylko obejrzeć, powiedzieć, co jest nie tak i zaprosić na następny raz z zastrzeżeniem, żeby nie mówić więcej takich rzeczy i nie wywoływać u dziecka myśli, że „skoro babcia taka przejęta, to najwyraźniej jest czego się bać”.

Za teksty rodzica „nic się nie bój, nie będzie bolało” dentysta uzyskuje automatycznie prawo do zatłuczenia kątnicą (albo rączką od dźwigni prostej, wygląda masywnie) rzeczonego opiekuna. Nie, proszę państwa, tak się nie mówi. Mówi się, że dziecko idzie do doktora od zębów, który zęby obejrzy, może będzie musiał je wyczyścić taką specjalną maszynką, która wygląda trochę jak szczoteczka elektryczna, i potem zakleić odpowiednią „plasteliną”. Jeśli dzieć wejdzie do gabinetu bez strachu, to jest większa szansa, że i bez strachu wyjdzie. Bo dentysta z podejściem do dzieciów wszystko ładnie wytłumaczy i dziecia nie wymęczy.

Tak to wygląda w teorii. A w praktyce, jak to było widać na początku tej notki, każdy dzieć jest inny i dentysta musi się do niego dostosować.

No chyba, że maluch już w poczekalni przed wizytą wpada w histerię. Wtedy zaczynają się poważne schody.

Z drugiej strony, co ja mogę wiedzieć?

Przebimbana niedziela

Wczoraj miałam seans filmowy z kumplem, którego (kumpla) nie powinnam mieć, bo takie kumplowanie się jest niemożliwe (notka niżej), na dziś nastawiałam się na nadrobienie choć trochę seriali odłożonych przed sesją dyplomową. Zwłaszcza takiego, który śledziłam latami całymi z zapartym tchem, a który w tym roku uległ ostatecznie cancelowi (po ośmiu emocjonujących, ale coraz słabszych jakościowo sezonach). No powinnam usiąść i obejrzeć, a siedzę i nie oglądam. Żrę czekoladę Milka zamiast obiadu, słucham i wyję Evanescence do monitora, czytam stare opowiadania na podstawie jakże inteligentnego filmu („Iron man”), nie wiem, po co przechodzę znowu przez Morfeuszowe „Szpitalne życie” i nie robię tego, co w gruncie rzeczy powinnam.

Choć właściwie nic nie powinnam. Może poza czytaniem podręcznika z dziecięcej.

Matula na wyjeździe zadzwoniła, żeby zaklepać sobie wizytę u mnie, bo jej się ząb ukruszył. Jak znam życie, to z racji leczenia rodzicielki coś spieprzę dokumentnie i jednak wróci ona na fotel do naszego dotychczasowego dentysty.

Jutro odbieram swój uszyty przez krawcową szary garniturek. Będę chodzić ładnie obrana, w butach na obcasach. Osoby, które mogą mnie znać osobiście, pewnie właśnie wytrzeszczają gały. Nie wiem, co działa na styl ubierania. Dlaczego już nie wychodzę z domu w fabrycznie wytartych i ćwiczeniowo w jednym miejscu odbarwionych podchlorynem dżinsach, stare bluzy z polaru służą mi też tylko do ogrzania się w chłodne popołudnia, a do pracy wolę ubrać coś bardziej oficjalnego? Czy to wiek, czy jakieś takie poczucie, że osoba z moim wykształceniem i funkcją społeczną powinna jednak okazywać sobie samej większy szacunek? W sumie dobrze się z tą zmianą czuję, więc pewnie przychodzi naturalnie.

Tyle że przez nią spora kasa od babci niniejszym się powolutku rozpływa, a ja przestaję uważać mój plan oszczędnościowy za możliwy do wypełnienia.
Znaczy dorosłe życie odsłania swoją mroczną twarz.

Wniosek związkowy

Przyjaźń damsko-męska jest możliwa.

Sama w takiej relacji się znajduję.

Warunek: żadna ze stron nie może być zainteresowana drugą pod względem „romantycznym”.

Dziecięco-endodontycznie

Wczoraj
prawie udało mi się spóźnić do pracy (pierwsze w tym roku skrobanie szyb samochodu, oderwany guzik od płaszcza…), a skoro się nie spóźniłam, to posadzono mi na fotel dwa dzieciaki (osobno, jedno po drugim ;) ), zapowiadając przy okazji, że wcześniej niespecjalnie dawały sobie coś zrobić. Jedno płakało, drugie ukąsiło inną dentystkę.

No więc ja podczas „czyszczenia ząbka” nawijam o gryzących w zęby robalach, które trzeba wygonić, a którym się to czasem nie podoba, dlatego zaczynają dokuczać. Oba dzieciaki przesiedziały swoje 15 minut bez gryzienia i płakania. Albo nie kojarzą dentysty jako takiego ze źródłem wszelkiego zła (mnie widziały po raz pierwszy), albo jestem genialna ;).

Tylko czemu czwórki i piątki mleczne w takiej rozsypce… :(

Dziecięcej na studiach nie lubiłam ze względu na nieprzewidywalność zachowań pacjentów. Dreszcz po mnie przechodzi na myśl, że miałabym jakiegoś malucha leczyć na siłę. Z drugiej strony najczęściej miałam takie właśnie, grzeczne dzieciaki, niejednokrotnie mielące ozorem w okolicach wiertła na turbinie (toto się kręci z prędkością 300 000 obrotów na minutę, potrafi zrobić krzywdę), ale jednak dające sobie coś zrobić. Bywa jednak tak, że niektórzy dorośli mają szczególny talent w wywoływaniu dentofobii. A takim to kanałówka bez znieczulenia, od razu.

Dzisiaj
Na chyba 6 czy 7 przyjętych pacjentów tylko jeden miał zwykłą, średnią próchnicę. Reszta wymagała albo ekstrakcji, albo endo. W tym dwie zgorzele. Ale bez mlaskania, bo ropsko było skromne.
Proszę państwa, grzebanie ludziom w gębach nie jest wcale takim złym i odrzucającym elementem pracy dentysty. Pracuje się w rękawiczkach, więc ręce pozostają suche. To zapaszek zgnilizny, któremu uległa miazga, jest gorszy. Charakterystyczny, ostry, niezapomniany zapach, którego obecność zmienia procedurę ze zwykłego endo (znaczy ekstyrpacji – usunięcia z komory zęba – miazgi, po której grzebie się trochę w zębie i na tej samej albo na następnej wizycie wypełnia na stałe) do czasem ciągnącego się w czasie „antyseptycznego leczenia kanałowego” (podręcznikowo trwającego minimum trzy miesiące z powodu wkładki antybakteryjnej, którą się na taki czas umieszcza w kanałach).
Pracuję stażowo prawie dwa tygodnie i niemal przysłowiowy pacjent z „rzeźnią” w ustach jeszcze do mnie nie trafił. Ale to pewnie dlatego, że a) tacy pacjenci nie chodzą do dentysty, b) jak już pójdą, to do chirurga. Albo c) trafił, ale nie zrobił na mnie wrażenia. Ogólnie pewien poziom znieczulicy jest w tym zawodzie niezbędny.

Z satysfakcją pozdrawiam
k.

Howgh.

Przedpracowo

Założyłam sobie konto na chomikuj.pl. Przyszedł do mnie email „Witamy Chomika k.!”

Momentalnie nabrałam ochoty na powrót do gryzoniowej przeszłości. Miałam już myszki i chomiki (te drugie nie do końca fajne), mogłabym mieć szczurka.

Jest tylko jedno duże ale.

Właściwie dwa. Futrzaste, ogoniaste, miauczące dwa „ale”.

Moje koty miałyby takie kino, że gryzonia aż żal.

Więc ze szczurka chyba nici.

Poza tym, cała moja październikowa wypłata się rozejdzie, więc nie mam kasy.

Świetny i uniwersalny argument przeciwko robieniu takich niepotrzebnych rzeczy :).