Bardzo przepraszam za brak nowych wpisów. Nie ma weny, są wyrzuty sumienia :(

Po więcej oznak życia zapraszam na Fejsbukowy fanpejdż blogaska.

Wieczory kawalerskie niebezpieczne dla zębów

Nie wiem, co panowie robią na wieczorach kawalerskich, że tak im się sypią przednie zęby. Najpierw przyszedł jeden pan z odkruszonymi fragmentami obu górnych jedynek. Wyglądało to tak, jakby przydzwonił tymi zębami w coś (zresztą nie był to pierwszy raz). Twierdził, że nie pamięta zdarzenia.

Potem przyszedł drugi pan, któremu spadła korona z wkładu koronowo-korzeniowego. Korona przepadła. Wykombinowałyśmy prowizorkę, „bo jutro wesele”.

Z innej beczki, była też pani w pierwszym trymestrze ciąży z in vitro (generalnie chuchanie i dmuchanie, przeciwwskazań do leczenia zachowawczego zębów nie ma, ale z usuwaniem już się zastanowiłam). W ustach „gruz”, boli, kilka zębów do usunięcia, spróchniałe korzenie i duże ubytki. Kto ją dopuścił do zabiegu z takim uzębieniem, nie mam pojęcia, bo ta tragedia w ustach się nie stała w ciągu tych kilkunastu tygodni od „zajścia”. Generalnie stan zębów ma wpływ na szanse donoszenia ciąży. Znaczy gruz w ustach te szanse zmniejsza.

Tak w ogóle to zostałam, że tak powiem, poproszona o notki „higieniczne”, czyli instruktaże higieny jamy ustnej, plus konsekwencje nieuprawiania owej higieny. Ta kobieta w ciąży wisi mi na głowie na tyle, że chcę to zrobić porządnie, łącznie z linkami do artykułów o wynikach badań związków stanu zębów ze zdrowiem ogólnym. Czytałam gdzieś, że choroba przyzębia w ciąży może być przyczyną mniejszej wagi urodzeniowej dziecka – i właśnie do artykułów tego rodzaju chciałabym wklejać linki. Najlepiej po polsku, więc jeśli ktoś z branży na coś takiego trafi, bardzo proszę dać mi znać na FB. :)

Kółko i krzyżyk

„Normalnie kółko i krzyżyk”, stwierdziła asystentka podczas przeglądu. „Zaraz wygram.”

Kółko, czyli oznaczenie ubytku próchnicowego na elektronicznym diagramie. Krzyżyk, czyli ząb do usunięcia. Dużo czerwonego na ekranie. Czerwonych kółek i krzyżyków.

A na fotelu pacjent z bólem. Wyraźnie zaniedbany, na własne życzenie. Niezainteresowany leczeniem. Tylko ząb do usunięcia.

Ząb poszedł. Próba nosowa ujemna. Zalecenia, gazik do przygryzienia, do widzenia.

Są pacjenci, co do których można się spodziewać tylko tego, że w gabinecie pojawi się dopiero przy następnym ataku bólu zębów. Proponowanie leczenia tego, co się da i usunięcia tego, co trzeba, zanim zacznie znowu boleć, po prostu nie ma sensu.

Porażka. Przeszła, otoczenia, w wyrabianiu dobrych nawyków, i moja, potencjalna. Czasami człowiek się po prostu poddaje w przedbiegach.

k. walczy z nosem

Lato, gdzieś w połowie lat 90-tych. Rodzinka k. wybrała się na wczasy. Śpią w jednym domku, córki na jednej kanapie, rodzice na drugiej.

Nad ranem Rodziciel rzuca w przestrzeń, że ktoś w nocy ciężko oddycha. k., lat około 10 (nie pamięta dokładnie), prawdopodobnie się rumieni.

I tak sobie żyje z wiecznie przytkanym nosem. Dużo oddycha przez usta i obecnie zwala na to dość dziwny kształt jej górnego łuku zębowego. Musi myć twarz po każdym smyraniu przybrudzonego kota, rezydującego tymczasowo w pokoiku w piwnicy. Czasami ma mniejszy katar, czasami większy. Ma też awersję do kropli do nosa, bo jej Rodziciel używa ich od zawsze i podobno ma w przegrodzie nosowej wypaloną dziurę wielkości złotówki. Zwiększony katar nad ranem to skuteczna przypominajka, że trzeba zmienić pościel. Całymi latami ma jednak nadzieję, że to krzywa przegroda nosowa. W końcu w rodzinie jest dwóch „zatokowców”.

Jedna wizyta u laryngologa, pod koniec studiów, przynosi zaprzeczenie. Przegroda nosowa nie jest aż tak skrzywiona, żeby powodować takie problemy. Wydane wtedy skierowanie do alergologa traci ważność, niewykorzystane.

Drugie skierowanie do alergologa, wydane przy okazji wizyty u lekarza z innym problemem, też nie zostaje wykorzystane. Mijają jakieś 2 lata.

k. postanawia zostać krwiodawcą. Zawsze o tym marzyła – o tym poczuciu satysfakcji ze zrobienia czegoś dobrego dla ludzkości (jej codzienna praca też czasami jej to daje, ale k. popycha chęć nowości). Do tej pory spróbować się nie udało, bo albo była na lekach (dermatologicznych), albo w badaniu krwi wychodziła anemia. Może nie ma jakieś specjalnie rzadkiej grupy krwi, ale na stronie gdańskiego RCKiK jej 0 Rh+ świeci się na żółto albo czerwono, znaczy potrzebna. Kilka dni wcześniej robi ogólne badania krwi, które wychodzą bardzo dobrze. Którejś soboty stawia się zatem w centrum krwiodawstwa, wypełnia ankietę, wchodzi do gabinetu lekarskiego, gdzie spotyka lekarkę, z którą na studiach miała ćwiczenia na jakimś oddziale szpitalnym, tylko nie pamięta już, na jakim.

Tam wychodzi kwestia kataru. „To pewnie zatokowe!”. Niestety, krwi tego dnia nie oddaje, bo trzeba postawić jednoznaczną diagnozę.

Zebranie się do laryngologa trwa jednak kilka tygodni. W międzyczasie k. zaczyna łykać leki przeciwhistaminowe sprzedawane bez recepty, które, o zgrozo, pomagają. W końcu wybiera się na wizytę prywatną, bo jej się nie chce śmigać jeszcze do rodzinnego po skierowanie. Pan doktor oświadcza, że jej objawy są „na 200% alergiczne”. Tym samym kariera krwiodawcy poszła się bujać. Pociesza on jednak k., że w jej wieku jest jeszcze szansa na odczulanie.

Mając w perspektywie kolejnych kilkaset złotych wydanych na alergologa, k. postanawia skorzystać ze zwiększonej ilości wolnego czasu w pewnym czerwcowym tygodniu i załatwić to jednak przez NFZ. Ze zdumieniem odkrywa, że w przychodni, do której jakiś czas temu się zapisała, można się zapisać na wizytę u lekarza rodzinnego z dwudniowym wyprzedzeniem i na rano.

W dniu wyznaczonej wizyty okazuje się, że podana godzina jest jedynie umowna, ale i tak udaje się tego dnia otrzymać odpowiednie skierowania. Niestety, najbliższy wolny termin do alergologa jest na początek września.

W okresie oczekiwania na wizytę k. nadał łyka leki przeciwhistaminowe.

Odstawia je na dwa tygodnie przed wizytą u alergologa. Znowu ma gorszy katar.

Na początku września ląduje u alergologa. Krótka rozmowa, krótkie badanie („Laryngolog nie powiedział, że ma pani skrzywioną przegrodę?”), potem testy skórne.

13 alergenów, próba kontrolna, próba z histaminą. k. podejrzała w kasetce z opisem alergenów, że nr 10 to sierść kocia.

I tak siedziała kilka minut, patrząc, jak rośnie jej bąbel pod histaminą. I bąbel przy numerze 10. Dwa jedyne bąble.

Z późniejszej wizyty u lekarza wychodzi z receptą, przykazem wyeliminowania alergenów i mokrymi oczami. Wsiadłszy do samochodu oświadcza płaczliwie, że „ku*wa, przecież się ich nie pozbędę”. Receptę postanawia wykupić dopiero następnego dnia, jak nie będzie zaryczana. Plany wzięcia na wiosnę trzeciego kota stają teraz pod znakiem zapytania.

Po powrocie do domu żali się znajomym na FB i szuka mniej alergizujących ras. Wymarzony Ragdoll odpada. Na tapetę wchodzi kot syberyjski (też ładny).

Może, kiedyś.

Dyskusja z kociarzami poprawia jej humor.

Uczulające Mrówka (ciemna sierść) i Kisiel (samiec) mogą się czuć bezpiecznie.

Z kariery krwiodawcy zdecydowanie nici.

Wakacje w krajach Beneluksu-bez-Luks.

31.07.2015 – około 20:30 wesoły, niewidzialny Nissan z czterema kobietami (w tym dwiema wybitnie niepełnoletnimi, w tym jedna z chorobą lokomocyjną) na pokładzie, całkiem luźno zapakowanym bagażnikiem (można było spokojnie patrzeć przez lusterko wsteczne) i pełnymi oboma bakami rusza w 1100-kilometrową podróż na Zachód. Prowadzi k.

1.08.2015 – około 1 w nocy wesoły Nissan, z bakiem na LPG świeżo uzupełnionym polską strawą, przekracza granicę polsko-niemiecką.
Później – każde tankowanie LPG przy niemieckiej autostradzie wiąże się z depozytem w wysokości 50 euro za przejściówkę między polskim wlewem a niemieckim pistoletem, i ryzykiem konfrontacji z nieprzyjemną obsługą, która na pytania zadane po angielsku odpowiada po niemiecku i nie chce pomóc, jak dystrybutor nie działa.
No dobra, to była tylko jedna taka stacja.
Około 2 w nocy niepełnoletnie wybudzają się ze snu. Matka niepełnoletnich dostaje szału, kiedy chce się wyspać przed przejęciem kierownicy (cały czas prowadzi k. i zachwyca się łatwością jazdy po niemieckiej autostradzie mimo okazjonalnych robót drogowych), a młodsza niepełnoletnia ze słuchawkami na uszach głośno komentuje oglądaną na tablecie bajkę.
Około 10 – wesoły Nissan przybywa na przedmieścia holenderskiego Eindhoven. OB obu niepełnoletnich kobiet raczy wszystkie przybyłe kawą, ciastkami i łóżkiem na godzinę. Kto chce, ten korzysta ;).
Około 13 – obie pełnoletnie opuszczają Eindhoven, kierując się w stronę Utrechtu, który jakąś godzinę później zaczynają zwiedzać, pozostawiwszy samochód na Park+Ride (jedno z fajniejszych rozwiązań, a w każdym mieście było inne – tutaj płaciło się 5-6 euro i się miało bilet na komunikację miejską dla wszystkich pasażerów samochodu. Za bilet służył bilecik parkingowy). Obiad w greckiej knajpie niedaleko coffeeshopu. ;)

Około 18 – MS i k. przybywają do pierwszego lokum ich wycieczki. Spotykają tam właśnie wyprowadzającą się polską lokatorkę i przemiłych gospodarzy.

2.08.2015 – po słabo przespanej nocy k. i MS ruszają na wycieczkę. Na pierwszy ogień Kinderdijk, czyli symboliczny dla Holandii skansen z wiatrakami, które wcale nie służyły do mielenia mąki, tylko do odwadniania gruntu.


Później ruszają do Delft. k. się zachwyca. Kupują porcelanowe pamiątki i spożywają obiad w sieciówce z bajglami.

Delft

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @thekfile

Około 17 lądują w Goudzie. Wszystkie sklepy z serami są pozamykane, więc tylko szybko robią zakupy w Albercie, cykają kilka zdjęć i wracają do lokum.

Gouda #nocheese Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @thekfile

3.08.2015 – po kolejnej, źle przespanej nocy (kury w ogródku drące dzioby o szóstej rano) siostry ruszają do Amsterdamu. Tam system Park+Ride był dużo bardziej skomplikowany, ale po kilkukrotnym powtórzeniu zasad udało się to ogarnąć. Ujawnia swoją wartość posiadanie dwóch nawigacji GPS ;). Siostry najpierw korzystają z wycieczki po kanałach, podczas której miła pani kapitan pokazuje obklejonym plastrem palcem punkty właśnie omawiane z nagrania w trzech językach. Po wycieczce snują się po mieście, spożywając między innymi frytki z sosem z orzeszków ziemnych (najwyraźniej bardziej przypadają do gustu k. niż MS) i frykadele w wersji Special (z cebulą, zgodnie z rekomendacją gospodyni lokum, która dodatkowo stwierdziła, że nie chcemy wiedzieć, z czego to jest zrobione. Taka polska parówka).

k. psuje się komputer.

4.08.2015 – siostry mają zamiar wyjechać koło 10, ale los płata im małego figla i budzą się dopiero o 9:30 (MS myślała, że budzik był nastawiony, k. myślała, że MS nastawiła budzik…). Tym samym ruszają dopiero koło 11, po pożegnaniu z gospodynią. Celują w Antwerpię. Przy próbie znalezienia parkingu w Antwerpii okazuje się, że Belgowie to chamscy kierowcy. Siostrom jakoś udaje się wylądować na tanim parkingu po niewłaściwej stronie rzeki. Wysiadają z samochodu. Kierują się w stronę dobrze widocznej wieży katedry. Dochodzą do rzeki. Rozglądają się. Mostów niet, a nawigacja pokazuje, że mają się przedostać przez rzekę. MS dostrzega budynek, do którego co chwilę ktoś wchodzi. Okazuje się, że to wejście do tunelu. Wchodzą do windy. Za nimi na rowerze wjeżdża sympatyczny chłopaczek i ładnie wyjaśnia, że to nie jest straszne (jak stwierdziła MS), tylko jest trochę chłodno. Tłumaczy, jak dostać się na starówkę. Siostry pokonują prawie 600-metrowy tunel, zachwycone starymi schodami ruchomymi. W drodze na starówkę raczą się frytkami – k. wzięła z klasycznym majonezem (taki sobie), MS zaryzykowała sos ogórkowy (OBRZYDLIWY). Zwiedzają starówkę, katedrę, dochodzą do pięknego dworca głównego. k. intryguje wszechobecny motyw dłoni na czekoladkach. Dopiero później doczytuje źródłową legendę (z motywami odcinania dłoni jakiemuś potworowi). Co jest niepokojące, mimo licznych prób nie udaje im się zalogować do żadnej sieci WiFi. Mimo zmęczenia decydują się na dotarcie piechotą na parking – celem ponownego przejścia tunelu :).

  Antwerpia #belgia   Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @thekfile

W ich belgijskim lokum, niedaleko Brukseli, stawiają się po 19. Poznają swojego dość specyficznego, ale pomocnego i życzliwego gospodarza. Tam do WiFi już udaje się zalogować.

5.08.2015 – plan dnia – Bruksela! Tam ruszają pociągiem, bo mają zamiar się upić ;). W planie wycieczki kilka kościołów, Parlament Europejski, obiad na starówce i piwo w barze Delirium Tremens (rekordzista Guinnessa w zakresie ilości oferowanych rodzajów piw – ponad 2000!). k. jeszcze na trzeźwo  zakochuje się w Brukseli. Mimo spożycia czterech piw na łeb udaje im się dotrzeć do mieszkania.

Dużo złota na rynku w #bruksela   Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @thekfile


6.08.2015 – trzeźwe już siostry ruszają na północny zachód Belgii. Najpierw lądują w Brugii. Kręcą się po uroczym, starym mieście z kanałami i zacisznymi parkami, k. stwierdza, że mogłaby tu mieszkać.

Brugia #brugge #belgium #hellopretty #moglabymtammieszkac #icouldlivethere   Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @thekfile

Z Brugii ruszają do Gandawy (czyli Gent, czyta się tak, jakby ktoś chciał sobie odchrząknąć: HHent), gdzie trafiają do najwolniejszego McDonald’s ever, przez co później biegiem muszą obskakiwać atrakcje turystyczne, m.in. wieżę widokową. Kupują pamiątki – piwa i czekoladki. MS woli Gandawę, k. nie zmienia zdania co do Brugii (chociaż emigrować nie ma zamiaru).

Gandawa #gent #belgium #hellopretty Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika @thekfile

7.08.2015 – około 9 wyprowadzka z lokum. Około 9:30 siostry lądują pod Atomium, a raczej pod kompleksem rozrywkowym, którego Atomium jest częścią. Model powiększonego 165 mld razy kryształu żelaza robi wrażenie, tak samo panorama w najwyżej kuli konstrukcji. Wystawa wewnątrz już mniej. Z Atomium przechodzą do Mini Europy, gdzie nie udaje im się znaleźć Polski.
Stamtąd jadą znowu do Eindhoven. OB podrzuca siostry pod Primarka. k. wychodzi z akcesoriami, MS odbija sobie za zostawioną w Holandii piżamę.
Około 19 – spakowane cztery baby ruszają w stronę Polski. Prowadzi MS.

8.08.2015 – k. w drodze się nie wysypia, więc po czterech godzinach za kierownicą ponownie zmienia ją MS. W domu lądują koło ósmej rano.

W rozmowach zgodnie stwierdzają, że Belgia podoba im się bardziej od Holandii.

Ogólnie pierwotny plan wycieczki został nieco zmodyfikowany (miało być 10 miejsc, było 11, w tym jedno zmienione – zamiast do Dordrechtu pojechałyśmy do Kinderdijk, nadprogramowe było Atomium).

k. najchętniej do Polski przywiozłaby holenderską sieć autostrad – szerokich, świetnie utrzymanych, darmowych i zapewniających szybki i bezpieczny dojazd do właściwie każdej miejscowości.

Z tankowaniem gazu większych problemów nie było, na większości stacji mieli przejściówki. W Holandii i Belgii nie trzeba było dawać depozytu (z czego zapewne wynikł fakt, że jedna stacja została z owej przejściówki po chamsku okradziona). Ceny LPG mniej-więcej takie, jak w Polsce. W Niemczech droższy.

Obie bazy wypadowe (noclegi) zostały wynajęte przez airbnb, który to portal serdecznie polecam.

Matka dentystka

Jakiś czas temu wpadłam w szał wyrabiania sobie nowych okularów. Przez kilka lat nosiłam jedną parę i postanowiłam zaopatrzyć się w trzy kolejne, każda w innym kolorze oprawek, w tym jedna przeznaczona wyłącznie do noszenia w pracy. Stare okulary nadal nadawały się do noszenia, moja wada wzroku od kilku dobrych lat utrzymuje się na tym samym poziomie. Chciałam po prostu mieć bryle na zmianę :).

Dwie pary, w tym wspomnianą „roboczą”, zrobiłam u optyka w mieście. Badanie wzroku u okulisty potwierdziło stopień wady. Ciągle jednak brakowało mi do szczęścia tej trzeciej pary, w innym kolorze. Przeglądałam większe salony optyczne, ale albo nic mi się nie podobało, albo było strasznie drogie.

W końcu przypomniałam sobie, że optyk znajduje się też w ośrodku zdrowia, bardzo blisko mojej pierwszej pracy.

Wybrałam się tam podczas jakiejś przerwy. Razem z panią wybrałyśmy oprawki. Doszło do wypisywania papierka zamówienia. Podałam swoje nazwisko.

– Czy pani mama nie jest przypadkiem dentystką? – spytała pani.
– Nie, jest terapeutką – odparłam zgodnie z prawdą.
– Bo tu w okolicy jest dentystka o podobnym nazwisku.

Wzruszyłam ramionami. Moje nazwisko jest dość specyficzne; sprawdzałam na jakiejś – nie wiem, na ile wiarygodnej – stronie, że dzielę je i jego nieco zruszczony wariant z około 550 osobami w kraju. Może w gabinecie we wsi obok pracuje któraś z tych 550 osób? Tak czy siak, kilka dni później odebrałam swoje nowe bryle.

Bryle po kilku dniach musiały jednak powędrować do reklamacji. Nie miałam przy sobie papierów do reklamacji, więc umówiłyśmy się, że przyniosę je następnego dnia. Później poszłam na zakupy, wracając do pracy zobaczyłam panią z optyka, rozmawiającą z jednym z moich pacjentów. Skinęliśmy sobie z nim głowami.

Następnego dnia, zgodnie z umową, dostarczyłam okulary i dokumenty. Pani widząc mnie, zaczęła się śmiać.

– Wie pani, ja wczoraj pół dnia się z siebie śmiałam. Jak przyszła pani tutaj pierwszy raz, pytałam, czy pani mama jest dentystką. „Nieee, terapeutką”. Ludzie mówią, że tutaj taka pracuje. Wczoraj rozmawiam z kolegą, on nagle mówi, że o, idzie jego dentystka. „Która?” „No ta”. Jak się człowieka na oczy nie widziało… Dam znać, jak coś będzie wiadomo z tymi okularami. Daleko przecież nie mam.

PS.: W okularach musiały zostać wymienione szkła. W owej feralnej parze miałam ustalony za mały rozstaw źrenic, co powodowało, że oczy bardzo szybko się męczyły (5 mm w porównaniu z innymi szkłami ma znaczenie!).
PPS.: Swoją drogą, wyszło na to, że optyka to bardzo „subiektywna” dziedzina. Wszystko zależy od pomiaru.
PPPS.: A pewien sieciowy optyk w mojej najstarszej parze bryli podobno dodał mi ćwierć dioptrii w jednym szkle. Tak mówił pan, który się zajmował moją reklamacją. Co ciekawe, jak wyrabiałam dwie pierwsze zapasowe pary, pani doktor potwierdziła te dioptrie, które pamiętałam (bez ćwierci dodatku). Mówiłam, że subiektywne?
PPPPS.: Zdjęć okularów i swojego nazwiska nie ujawnię. Szkiełek widocznych w moim avatarze przy komentarzach nie noszę od kilku lat, zostały podeptane (psipadkiem) ;)

Dwa tygodnie do urlopu

Przedurlopowe miejsca w grafiku w pierwszej pracy powoli się kończą. W drugiej pracy spieszymy się z protezami – trzech pacjentów postanowiło na lato zaopatrzyć się w trzecie ząbki, a tu najpierw technik idzie na urlop, potem ja idę na urlop i czasu jakoś tak zaczyna brakować. Ogarniemy.

Siostra tworzy plan wycieczki, ja się cieszę na urodzinowe frytki z majonezem w Brukseli.

I patrzę na tę swoją graciarnię, próbuję sobie przypomnieć, na który sprzęt skończyła się gwarancja, żeby można było z czystym sumieniem kartony powywalać. Mam dwa tygodnie urlopu, wyjazd będzie w drugim tygodniu, więc przez pierwsze 7 dni będzie opróżnianie balkonu z folii i połamanych doniczek; i graciarni z kartonów po starym sprzęcie, śmieci posegregowanych (głównie opakowań plastikowych i tekturowych) i książek, których nigdy już raczej nie przeczytam. Te ostatnie powędrują do jakiejś biblioteki. Albo na olx.pl. Mam zamiar zrobić tu burdel celem późniejszego posprzątania. Będzie się działo.

11 dni roboczych do urlopu. Będzie dobrze.

Jak wkurzyć dentystę?

Czy wchodząc do zakładu usługowego celem skorzystania z oferty zawsze na początku podajemy w wątpliwość umiejętności pracowników w wykonywaniu oferowanych usług?

Znaczy na głos, otwarcie i prosto w oczy pracownika, z którego usług będziemy korzystać?

Ja tak nie robię. Jak wchodzę do zakładu, który wybrałam, liczę na to, że zostanę obsłużona odpowiednio do moich oczekiwań. Że osoby, które będą się zajmować moim problemem, ów problem rozwiążą tak, żeby się nie powtórzył. Jeśli na wstępie pracownik dostrzeże przeszkodę w wykonaniu usługi i mnie o niej poinformuje, przyjmę to do wiadomości. Przychodzę ze swoją sprawą do kogoś, kto w teorii (i zapewne praktyce) umie ją rozwiązać lepiej ode mnie. Nie wiem przy tym, jak ów ktoś jest do tego zadania przygotowany. Po prostu: zajmuje się tym, więc liczę na to, że to umie.

Zdarza mi się, że siada u mnie na fotelu pacjent, który głośno wyraża swój sceptycyzm co do moich umiejętności, chociaż siada u mnie pierwszy raz. Owszem, może i zdarzyło się, że jakaś plomba wypadła. Ząb się połamał. Mogło się tak zdarzyć. Wypełnienie było założone na powierzchni stycznej, a nie ma zęba obok. Ząb był leczony kanałowo, a nie został później wzmocniony. Ale jakoś nie mam ochoty wysłuchiwać o tym, jak to dentyści popsuli zęby, usuwali zdrowe. Pełne wątpliwości „zobaczymy, jak pani się uda…”, usłyszane przed zabraniem się za ubytek wyłącza u mnie chęć do rozmowy. Wyleczę tego zęba najlepiej, jak potrafię, skasuję, wydam resztę, pożegnam się. Jeśli pan zgrzyta zębami albo ich nie myje, to nie moja wina, jeśli to panu wypadnie. „A czemu tak drogo?” Bo zgodnie z cennikiem. Jeśli czegoś nie umiem, to tego po prostu nie robię, ale pracują tu inni lekarze, którzy mogą to zrobić.

Nie wiem, czy tylko ja tak mam. Generalnie jestem osobą przyjazną. Ale jeśli ktoś nie chce na te pół godziny zaufać, że przez pięć lat studiów i później pięć lat pracy nauczyłam się leczyć próchnicę, niech przynajmniej zamknie buzię na kłódkę. Wszyscy będą szczęśliwsi.

Smutna prawda

Dentysta nie jest najulubieńszą osobą w społeczeństwie.

Przynajmniej nie w naszym, w dużym stopniu cierpiącym na syndrom dentystki z podstawówki, co to rwała mleczaki bez znieczulenia, krzyczała i wyciągała dzieci z lekcji celem dokonywania tortur.

Tak mi się dzisiaj pomyślało, kiedy załatwiałam sprawę w banku. Sprawa się nieco przedłużała, ale wszystkich zainteresowanych moją osobą informowałam z uśmiechem, że mam czas. Najpierw obsługiwała mnie miła pani, potem przejął mnie na chwilę miły pan o równie miłym głosie. Coś tam wpisywał do systemu i celem zabicia ciszy zapytał mnie, czym się zajmuję.

– Jestem dentystką – odparłam nieśmiało, wiedząc, jaka będzie reakcja.
– Jak miiiiło… – usłyszałam w odpowiedzi. Nie patrzyłam panu w oczy, więc nie wiem, czy próbował przestać pokazywać zęby w uśmiechu (nie wiem, jakie miał zęby). Jak w końcu na niego zerknęłam, wyglądał na nieco przestraszonego, mimo mojego wcześniejszego spokojnego podejścia do ich problemów technicznych. Więc to nie mnie się bał. Tylko zawodu, jaki uprawiam.

Więc, niestety, studenci stomatologii. Pacjenci mogą was lubić, możecie być mili, możecie nie komentować uzębienia osób spotykanych na ulicy, możecie w miarę cierpliwie odpowiadać na wszelkie pytania („a bo ja mam taką sprawę…”), ale tak czy siak Syndrom Dentystki z Podstawówki was prędzej czy później dopadnie. I niewiele będziecie w stanie na to poradzić.

Jak przestraszyć dentystę?

Scenka rodzajowa:

Lekarz [ogląda uzębienie pacjenta z bólem, wcześniej skonsultowawszy się z treścią historii choroby]: Noo, w tym zębie w listopadzie było zaczęte leczenie kanałowe…

Pacjent: No tak, ale nie bolało… A teraz krew mi się z dziąsła puściła, okładałem to denaturatem…

Lekarz: o_O