Medal się należy

Środa wieczór. Z okazji świąt brak zajęć w szkole. Gardło zaczyna pobolewać. Siadam do kompa po pracy. Robi mi się zimno. W łóżku ląduję koło 19, opatulona kołderką i kocykiem. Kawka zbożowa na mleku + miód. Solidne dreszcze. Pomiar temperatury – pod pachą 35,5 stopnia (co mi się dość często zdarza), w jamie ustnej 37,3. Normalnie choruję jak mężczyzna, lekkie odchylenie od normy w stronę dowolną (sama już nie jestem pewna tych norm…), a ja umieram.

Pożaliłam się na Fejsie, że mną trzęsie. Jakiś czas temu złamałam swoją zasadę niezapraszania współpracowników (lekarzy, asysty) do znajomych. Asystentka K. (która jest jedynym wyjątkiem w tej zasadzie, jako chyba najmniej plotkująca z całej firmy ;) ), z którą miałam pracować dnia następnego, uczynnie wstawiła smutną buźkę. Oświadczyłam, że mam zamiar pójść w czwartek do pracy (start o 11:30, do 17:40). Chętnie bym sobie darowała, ale na pierwszy rzut był zapisany zatruty mleczak* dziecka sąsiadki, a kolejny wolny termin najwcześniej za trzy tygodnie. Trzeba spiąć poślady i dojść do siebie.

Po jako-takim umyciu się znowu trafiłam do łóżka pod kołderkę i kocyk. Telepie dalej. Gdzieś w środku nocy odchylenie od normy temperatury ciała odpuszcza i czuję się w miarę normalnie. W zamian zaczyna boleć głowa.

Rano apetytu brak. Korzystam z faktu posiadania płatków śniadaniowych, zakupionych właśnie na takie okazje (oraz na okazję pt. wymiana łuku/założenie łańcuszka = nie ma mowy o żuciu czegokolwiek przez 2-3 dni). Z wahaniem zbieram się do pracy, „najwyżej wrócę wcześniej”. Buteleczka z Apapem do torebki i jazda. Dwie tabletki wzięte przed podejściem do fotela. „Ojeeeej”, stwierdza ze współczuciem K., widząc te tabletki.

Mleczak wyleczony. Bierzemy następnych.

Dwóch ostatnich pacjentów się wypisuje. Oficjalny czas zakończenia pracy kurczy się z ok. 17:40 do 16:20. Nie mam nic przeciwko temu, pacjenci bólowi i tak mogą przychodzić do 14:30, mi nie płacą za godziny, więc zrobię, co muszę i jadę do domu.

K. w pewnym momencie oświadcza, że powinniśmy dostać medal za poświęcenie dla pracy. Ja z upływem czasu czuję się coraz lepiej, chociaż właściwie nie mam pojęcia, jak źle wyglądam.

Przyjętych 19 pacjentów, w tym jedna usunięta górna ósemka mimo braku RTG (mam obecnie wątpliwości przed usuwaniem górnych bocznych zębów po tym, jak mi się dwa razy w krótkim czasie zdarzyły tzw. puz-y – połączenia ustno-zatokowe. Dzięki wszelkim bóstwom za chirurgów stomatologicznych, gotowych przygarnąć takowe owieczki w ciągu kilku godzin**). Gardło boli coraz bardziej. Aż się cieszę na myśl o piątkowych zakupach z samego rana***.

Medal się należy za te wyleczone mleczaki, usunięte ósemki i narażanie pacjentów na zapalenie gardła. Podobno wirus jakiś krąży czy coś. Co złego to nie ja.

* tak, wiem, do zębów są przytwierdzeni pacjenci. Określanie przyczyny, z którą przyszli, jest jednak o tyle prostsze…
** puza trzeba odpowiednio zaszyć. A ja nie umieju, więc po puzie zazwyczaj jest dzwonienie po okolicznych chirurgach i wysłanie pacjenta z odpowiednią karteczką. Niniejszym macham rączką i kłaniam się z wdzięcznością do wszystkich chirurgów, którzy są gotowi wcisnąć ofiarę mojego powikłania pomiędzy swoich pacjentów.
*** polecam patent na małe kolejki przed świętami – pójść do marketu tuż po otwarciu. Niedaleko mam Auchan, w którym „hala” otwiera się o 8, a reszta sklepów o 9. Zakupy na „hali” przed 9 to niemal gwarancja krótkich kolejek (a potem można się przebiec po już otwartych sklepach dookoła). Tylko brokułów nie mieli. Jak to możliwe, że nie było brokułów.

Łamanie kości

Się wybrałam do pani Agnieszki, która regularnie nastawia moją siostrę. Się dowiedziałam, że mam jedną nogę krótszą (to chyba u nas rodzinne), i że tragedii nie ma i będę żyć.

Bioderka i barki miałam okręcone dookoła, szyję zresztą też, aż chrupnęło. Był wdech i wydech i wciskanie kręgosłupa w podłoże (też chrupało). Dzisiaj żyję i jest dobrze. Powtórka w czerwcu albo za pół roku.

Jednym pani Agnieszka zaplusowała znacznie. Mianowicie stwierdziła, że wystarczy, jak będę ćwiczyć raz w tygodniu ;). Tzw. kije (nordic), basen albo joga. Na basen zbieram się od sierpnia (od kiedy mam wolne piątki. Nie byłam ani razu, nie licząc weekendu w SPA). Kije wezmę w Bieszczady, po okolicy zacznę chodzić, jak się zrobi cieplej. Kupiłam książkę do jogi i sobie poczytałam. Informacje o odnowie duchowej potraktowałam wybiórczo (tak jak rewelacje, że kogoś z ciężkich objawów alergii wyprowadził homeopata – jako osoba ze skrótem lek. w dyplomie jestem zobowiązana na stosowania udowodnionych medycznie technik leczenia), ale jeśli spokojne, nieobciążające ćwiczenia mają mi poprawić kręgosłup i do tego jeszcze odchudzić, to się może zmobilizuję na te pół godzinki dziennie przez zaśnięciem. Albo chociaż trzy razy w tygodniu. Podobno wytwarzanie nowego nawyku trwa średnio około dwóch tygodni.

Zobaczymy. Kciuków nie trzymajcie, bo znając mnie, szanse powodzenia są nikłe.

PS. Co do homeopatii, ktoś z moich znajomych niedawno wrzucił linka do ulotki leku homeopatycznego. Cytuję, „Homeopatyczny produkt leczniczy bez wskazań leczniczych.” i „Ten sam lek można stosować w leczeniu różnych chorób, a jego wskazania terapeutyczne są bardzo szerokie, dlatego też do leku nie dołącza się ulotki informacyjnej i nie umieszcza się na opakowaniu informacji dotyczących sposobu dawkowania.” Powtarzam, „bez wskazań leczniczych” i „nie dołącza się ulotki informacyjnej i nie umieszcza się na opakowaniu informacji dotyczących sposobu dawkowania”.

Nicnierobienie

Mój tygodniowy urlop na nicnierobienie dobiega niniejszym końca. Pierwsze cztery (a właściwie 5, bo razem z niedzielą) minęły mi na właśnie nicnierobieniu z przerwami na podstawowe sprzątanie i zakupy. A nicnierobienie w moim wypadku to przesiadywanie w Internecie, na łóżku z książką albo granie w „Wiedźmina”.

Weekend od piątku do dziś był wyjazdowy. Jakoś udało mi się przekonać Ł. do wypadu do mojego ulubionego hotelu ze SPA. Poprzedni nasz pobyt w hotelu był związany z moją konferencją, lokalizacja była średnio przyjazna (posiłki wieczorem były wydawane za każdym razem w innym miejscu, poza tym Ł. się najzwyczajniej w świecie wynudził jak mops), więc nasz wypad do Andersa w Starych Jabłonkach był okupiony ryzykiem, że padnie „nigdy więcej!” i później jeździć będę sama albo wcale. Oba wyjścia niefajne, bo ja Andersa bardzo lubię, a jeździć w pojedynkę, jak się jest w związku, też tak trochę nie bardzo.

Podeszłam do tego metodycznie. Mianowicie jakieś 15 minut drogi od Andersa leży Gietrzwałd i Karczma Warmińska. W Karczmie kiedyś już byłam, opinie mają bardzo dobre. Więc  najpierw pojechaliśmy na obiad. I to był bardzo dobry pomysł, bo żarcia było dużo, było pyszne (czernina spełniła oczekiwania Ł., choć ja osobiście nie mam nawet odwagi spróbować), podane szybko i przez miłą obsługę. Więc udało się trochę przykryć wątpliwości ;).

A Anders jak Anders – ładne pokoje, wygodne łóżko, basen i sauna w cenie noclegu, posiłki w formie szwedzkiego stołu (pierogi z rybą na kolację w piątek rozwiały chyba resztę wątpliwości). Na sobotę miałam zaplanowane zabiegi w SPA, do tego dokupiliśmy godzinkę na torze do bowlingu, była też zaplanowana bardziej romantyczna kolacja. Po śniadaniu poszliśmy też na basen. Rezultatem naszych sobotnich aktywności jest to, że dzisiaj ja się ledwo ruszam, a Ł. też jest nieco zesztywniały.

Ogólnie ten wyjazd minął nam pod znakiem pysznego żarcia. Trzeba się przeprosić wreszcie ze sprzętem do fitnessu i pożegnać słodycze.

Wnioski z soboty: w bowling jestem niezmiennie beznadziejna; nie wiedziałam, ile tracę, nie korzystając wcześniej z sauny; jak już zabierać laptopa i dysk przenośny, dobrze zabrać jeszcze kabel HDMI, bo hotelowe telewizory nie trawią plików .mkv.

Najważniejszy wniosek padł jednak przed powrotem do domu: następnym razem, jak tam pojedziemy, to na dzień dłużej. Byłam w ciężkim szoku, jak to usłyszałam ;).

Recepcjonistka nie patrzyła dziwnie.

Pogoda była do kitu, nawet nie było kiedy pójść na spacer.

I zaklepałam nam miejscówkę na urlop letni. Bardzo dziękuję „dentystce z Lublina”, która pod poprzednią notką podrzuciła namiary – z jednego z nich skorzystaliśmy :). Urlop jednak odbędzie się w pierwszej połowie lipca. Przynajmniej taką mamy nadzieję, bo zadatek na lokum wpłacony, tylko szefostwo jeszcze o naszych planach nie wie.

Kolejne lenistwo za półtora miesiąca. Majóweczka :)

Tydzień dla zdrowia i urody

Przyszły tydzień mam wolny. Wszyscy dookoła mi zazdroszczą, jakby nie można było pójść do szefostwa i albo wykorzystać należne dni wolne (to dla szczęściarzy na umowie o pracę), albo pogodzić się ze zmniejszonym przychodem i pozwolić sobie na lenistwo i rozrywki (opcja dla pozostałych pracowników). Czasem trzeba. Moje plecy wołają o pomoc*.

No to w poniedziałek jadę do ortodontki. Ząbek, który miał się od ostatniej wizyty obrócić, się nie obrócił, a miejsce w łuku jest – tyle że trzy zęby dalej. Zobaczymy, co z tego będzie. Na razie wiem tyle, że z pudrowego różu ligaturek przejdę na jadowity fiolet. A co. Zabroni mi ktoś?

Potem planuję pojechać kupić sobie nowy stanik, o. Miałam to zrobić w Dzień Kobiet, ale pracowałam wtedy od 8 do 20, więc mi się nie chciało.

Wtorek będzie leniwy, planów brak. Może lokum ogarnę. Książkę poczytam, kryzys mam. W „Wiedźmina” pogram, golem na bagnach czeka na pokonanie ;) (wtajemniczeni będą pewnie pamiętać, o co chodzi).

Środa to będzie przedsmak weekendu. Najpierw na 10 kosmetyczka. Potem na 13 fryzjer. A później zakupy. I na koniec kino.

Czwartek znowu leniwie. Może uda mi się znaleźć jakieś lokum na urlop letni, na razie celujemy w Bieszczady. Warunek: przystępna cena, dobra baza wypadowa (w sensie w promieniu 100 km jest co obejrzeć/gdzie pochodzić), wygodne łóżko, swobodny dostęp do wyposażonej kuchni, ładna łazienka. Jako bonus dostęp do internetu ;). Jeśli ktoś zna jakieś przystępne lokacje**, proszę dać znać ;).

A w piątek do SPA :). Do niedzieli :). Trochę się śmieję, bo moi rodzice byli w tym samym hotelu w ten weekend. Ciekawe, czy recepcjonist(k)a będzie się na mnie dziwnie patrzeć, jako że nazwisko mam dość charakterystyczne ;).

A od kolejnego poniedziałku dalej praca. Do maja, długa majówka będzie :>. Urlop letni na przełomie lipca i sierpnia. Jednak takie odpuszczenie sobie jest mi potrzebne raz na 3-4 miesiące.

Tak jeszcze a’propo zdrowia, wstęp miałam w piątek. Byłam na cytologii. Dla osób, które nigdy nie miały, a mogą mieć (ja przez długi czas nie mogłam, chodziłam tylko na USG) – badanie nie boli, trwa dosłownie minutkę, a warto.

* Łamanie kości u tej samej pani, co regularnie nastawia moją siostrę, jest zaplanowane na 27 marca. Pewnie się podzielę wrażeniami, bo podczas rozmowy telefonicznej padło stwierdzenie, że „robi się lordoza kręgosłupa szyjnego, trzeba to najpierw nastawić”. Na moje pytanie, czy będę w stanie pracować dzień później, usłyszałam „a ma pani wybór?”. Stay tuned ;)

** BTW, lokacje. Widać, że się zabrałam za gry komputerowe…

Zagadka stomatologiczna

Co ciekawego widać na poniższym zdjęciu?

Aparat stały

Poproszono mnie o instrukcję „z czym to się je”. Ponieważ ortodontą nie jestem i poza pobieżnym określeniem wady zgryzu ortodoncji nie tykam, mogę napisać tylko o własnych doświadczeniach z aparatem stałym, który, jak wiadomo, mam założony od końca września (2016 roku).

Leczenie mam aparatem ligaturowym na zasadzie łuku prostego, zamki zwykłe, metalowe (mogą być zamki przezroczyste, ale podobno są kruche).

Jak to wygląda na zębach? Tak, jak pewnie wszyscy kojarzą. Metalowe zamki, drucik biegnący między nimi i kolorowe gumki trzymające drucik w zamkach.

 (zęby nie moje, obrazek z Google)

Przed założeniem aparatu należy doprowadzić ząbki do porządku. Wyleczyć wszystkie ubytki, ściągnąć kamień i osad.

Diagnostyka wady zgryzu to przede wszystkim modele diagnostyczne (wykonywane na podstawie wycisku) i zdjęcia RTG – pantomograficzne i cefalometryczne.

Samo zakładanie aparatu polega na przyklejeniu zamka do powierzchni zęba odpowiednim „klejem”, zazwyczaj jest to po prostu biały, światłoutwardzalny materiał typu flow. W zamkach są rowki, w których umieszcza się łuk (czyli ten drut, wygięty fabrycznie w kształt idealnego łuku zębowego) i zakłada ligaturki, czyli wspomniane gumki. Łuk jest sprężysty, wygięty między zamkami dąży do kształtu pierwotnego – właśnie to „dążenie”, przełożone na zamki, powoduje przestawianie zębów.

Łuki mają różne rozmiary, mogą być okrągłe, kwadratowe lub prostokątne w przekroju, są też zrobione z różnych metali (stal nierdzewna, stop niklowo-tytanowy).

Koszt założenia aparatu w zależności od gabinetu i rodzaju aparatu waha się zazwyczaj między 1200-2000 zł za jeden łuk zębowy. Do tego trzeba doliczyć koszty wizyt kontrolnych (co miesiąc) i aparatów retencyjnych, które utrzymują efekt leczenia po ściągnięciu łuków. Moje leczenie (głównie stłoczenia, zwężenie łuków zębowych) zostało przewidziane na 1,5 roku czynnego leczenia + 1,5 roku retencji.

Ważna kwestia nr 1: czy boli?
Odpowiedź: Jak dla mnie da się przeżyć. Nie miałam do tej pory potrzeby korzystania z leków przeciwbólowych. Zęby na początku leczenia i po zmianie łuku na grubszy są nieco tkliwe i troszeczkę się ruszają. Wypaść nie wypadną, są wszak zszynowane ;)

Ważna kwestia nr 2: co z jedzeniem?
Odpowiedź: Bezpośrednio po założeniu aparatu ma się wyraźny problem z gryzieniem twardych rzeczy, ale to się po kilku dniach normuje. Jedzenie kanapki z użyciem noża i widelca rozwiązuje problem. Odradzano mi jedzenie orzechów – sprawdziłam, że daję radę ;). Pizzę zjem. Piętki od chleba nie próbowałam, bo dobra jest tylko taka świeżo upieczona, twarda i ciepła, a już pisałam, jak to jest z odgryzaniem twardych rzeczy. Jak jadłam chleb z twardą skórką, to tę skórkę musiałam odkrajać. Z gryzieniem bułek jest słabo. Ogólnie odgryzanie rzeczy bardziej wymagających jest utrudnione, ale jem prawie normalnie. Przeżuwam normalnie, chociaż czasem mi się zapętla nieco łuk w jednym miejscu, ale to wymaga tylko przepchnięcia drutu przez rurkę na szóstce, co jestem w stanie zrobić sama w domu.
Przy okazji jedzenia: cytrusy, szpinak i szczypiorek najchętniej zostają między łukiem a zębami :)

Ważna kwestia nr 3: co z utrzymywaniem higieny jamy ustnej?
Odpowiedź: To jest absolutna podstawa. Odwapnienia na powierzchni zębów są wskazaniem do ściągnięcia aparatu! Należy się przygotować na zakup szczoteczki elektrycznej (od 40 zł), szczoteczek międzyzębowych (ok. 8 zł), nici dentystycznych typu SuperFloss (12 zł) i irygatora (od 130 zł, jest za to mniej upierdliwy w użytkowaniu w porównaniu z nićmi, chociaż używać go należy nad wanną albo kabiną prysznicową, bo chlapie). Wzrośnie zużycie płynu do płukania jamy ustnej, szczoteczki też się będą szybciej zużywać. Myć zęby należy po każdym posiłku.
Na pewno szybko osadzi się osad po kawie czy herbacie.

Ważna kwestia nr 4: kiedy widać efekty?
Odpowiedź: Ja pierwsze zmiany dostrzegłam po… 2 dniach po założeniu aparatu. Mianowicie 5 szpar zrobionych wiertłem między górnymi przednimi zębami w celu uzyskania miejsca skumulowały się w 2 szersze szpary. W tej chwili (po 3 miesiącach noszenia) wyraźnie widzę, że mój trapezoidalny dolny łuk zębowy wyraźnie się zaokrąglił, zęby sieczne dolne nie są tak bardzo stłoczone (chociaż sam stripping, czyli robienie szpar, już znacząco zmniejszył wrażenie stłoczenia). Moja ortodontka po każdej zmianie łuku robi zdjęcia i porównuje z obrazem z poprzedniej wizyty.

Ważna kwestia nr 5: czy warto?
Odpowiedź: A to każdy musi sobie sam przemyśleć po konsultacji z ortodontą.

Pomogłam? :)

Podsumowanie kącika czytelniczego 2016

W tym roku udało mi się przeczytać dużo więcej książek. Niektóre lepsze, niektóre gorsze, dwie nawet po angielsku ;). Pocketbooka wreszcie udało się jakoś ogarnąć po aktualizacji oprogramowania. Nadal jest w nim kilka rzeczy, które mnie wkurzają, ale nie muszę co chwilę przywracać ustawień fabrycznych.

Do września:

  1. Zygmunt Miłoszewski „Gniew” (zaczęte w 2015) – ludność narzeka, że nie wiadomo, jak się skończyło. To ja ludności powiem, że ponieważ to podobno zdecydowanie ostatnia część losów Szackiego, skończyło się nijako. Gdyby miała wyjść czwarta, to bym na nią czekała. A co przez zakończeniem? Mroczny Olsztyn, makabryczne zbrodnie i jakoś tak z trochę mniejszym polotem niż poprzednie części. Tym razem nie narzekałam, że ja tak nie potrafię.
  2. Andy Weir „Marsjanin” (zaczęte w 2015) – jeśli ktoś widział najpierw film, to go fabuła książki absolutnie nie zaskoczy. W drugą stronę tak samo ;). Jedno trzeba autorowi przyznać: albo się świetne przygotował do pisania, albo umie przekonywająco wciskać naukowy kit. Fajne jest też to, że to nie jest sci-fi pokroju Star Wars. Czasy wyglądają na współczesne, tylko ludzkość dociera na Marsa. I jeden z jej przedstawicieli, uznany za zmarłego i pozostawiony przez resztę zespołu, musi sobie na nim po ludzku sam radzić. Pełna humoru, fajnie opracowana, bardzo szybko czytalna powieść. Jeden zgrzyt: cały problem Watney’a zaczął się od bardzo silnej burzy. Przez resztę książki wiele trudności wynikało z tego, jak rzadką atmosferę ma Mars, więc burza z początku podobno nie miała racji bytu. Cóż. I tak polecam :)
  3. Ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka „Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość” – szczera opowieść „najbardziej lubianego księdza w Polsce” z niewyparzoną gębą. O rodzinie, o tym, jak znajdował swoje powołanie i co go trzyma w parciu naprzód. Może się we mnie odzywa lokalny patriotyzm (do Pucka niedaleko…), może jako zagubiona katoliczka szukam inspiracji – na razie tylko zazdroszczę niezachwianej wiary. A książkę polecam z całego serca, bo kto nie zna księdza Kaczkowskiego, powinien nadrobić zaległości.
  4. Ks. Jan Kaczkowski „Grunt pod nogami” – zbiór kazań, Droga Krzyżowa i „Spowiedź na krawędzi”. Raczej nie dla ultraateistów.
  5. Michał Rusinek „Nic zwyczajnego o Wisławie Szymborskiej” – z tej książki bije ciepło. Nie dosłownie, oczywiście, ale jest ona napisana właśnie ciepło i z głębokim szacunkiem dla Poetki. Serdecznie polecam nawet tym, którzy o Wisławie Szymborskiej tylko słyszeli, znają może jeden-dwa wiersze.
  6. Patrick O’Brian „Dowódca Sophie” – pierwsza część mojej niegdyś ukochanej serii przygodowej. W czasach wojen napoleońskich, oficer brytyjskiej marynarki wojennej Jack Aubrey i katalońsko-irlandzki lekarz na skraju bankructwa Stephen Maturin poznają się na Majorce i po otrzymaniu przez Aubrey’a pierwszego samodzielnego przywództwa na okręcie wojennym wyruszają na Morze Śródziemne narobić trochę bałaganu. Po latach (pierwszy raz czytałam tę książkę w liceum) zaczyna się zauważać wszelkie polityczne i społeczne niuanse, które to niuanse czynią lekturę jeszcze przyjemniejszą.
    A na początku września kupiłam czytnik e-booków – wszystkie kolejne książki czytałam na nim:
  7. Piotr C. „Pokolenie IKEA” – przyciągnięta popularnością fanpejdża na Facebooku ściągnęłam w ramach testowania czytnika. I cieszę się, że nie wydałam na to kasy, bo ta książka to jeden z licznych dowodów, że wystarczy być popularnym, żeby wydać książkę. Albo to nie mój klimat, albo toto jest nieco po grafomańsku napisane i seksistowskie.
  8. Teresa Torańska „Smoleńsk”. Rozmowy z rodzinami, znajomymi i innymi osobami powiązanymi z katastrofą prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Różne punkty widzenia, różne podejście do tamtych wydarzeń. Bardzo dobra książka.
  9. Terry Goodkind „Debt of bones”. To nie jest tak, że ja w ciągu roku czytam tylko kilka rzeczy. Ja po prostu większość czasu czytam fanfiction po angielsku ;). Toto nie jest fanfiction, ale jest po angielsku. Powiedzmy, że też się liczy.
  10. Eliza Sarnacka-Mahoney „Zbędnik inteligenta”. Kolejny zbiór ciekawostek z różnych dziedzin. Można się dowiedzieć m.in., że pijane mrówki zawsze przewracają się na prawą stronę, a wszystkie misie polarne są leworęczne.
  11. Sławomir Koper „Afery i skandale II Rzeczypospolitej”. Historycznie. Całkiem fajnie, tylko ponieważ większość przedstawionych afer kręciła się wokół Piłsudskiego i jego ludzi, dobrze by było sobie przypomnieć, o co chodziło z tym przewrotem majowym ;)
  12. Evžen Boček „Ostatnia arystokratka”. Amerykańska rodzina z czeskimi, szlacheckimi korzeniami odzyskuje od państwa posiadłość rodzinną. W Czechach. Pierwszy problem: jak samolotem przewieźć prochy 12 przodków, nie będąc puszczonym z torbami? W woreczkach po orzeszkach solonych. Siostra moja ulubiona, przez którą kupiłam czytnik i zabrałam się też za tę książkę, smarkała ze śmiechu. Ja od dawna twierdzę, że nie mam poczucia humoru, bo przyznaję, że książka śmieszna jest, ale przeczytałam ją bez tak skrajnych emocji. Ot, uśmiechnęłam się. Smarkania nie było. Smutas jestem.
  13. Marta Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu”. Smutna to książka, bardzo szybko się czytająca, o zderzeniu powołania zakonnego z surową, skostniałą dyscypliną żeńskich zakonów. Polecam.
  14. Terry Goodkind „Wizard’s first rule” – książka jest dostępna po polsku („Pierwsze prawo magii”), ale po angielsku lepiej mi się ją czytało. Richard Cypher, szukający winnych brutalnego zabójstwa swojego ojca, spotyka w lesie kobietę, Kahlan, pochodzącą z krainy magii. Razem wyruszają przez magiczną granicę, by pokonać okrutnego tyrana. Na motywach z tej książki (pierwszej z serii kilkunastu) w 2008 powstał serial, którego produkcja niestety skończyła się po dwóch sezonach z powodu upadłości wytwórni. Serial ogląda się fajnie, dlatego wzięłam się za książkę. I jak to w gatunku fantasy bywa, przeczytałam o świecie znacznie bardziej rozbudowanym i brutalnym od tego przedstawionego w serialu. Będę czytać (i oglądać) dalej :)
  15. Baptiste Beaulieu „Pacjentka z sali nr 7” – młody lekarz stażysta spisuje historie pacjentów i kolegów, żeby później opowiedzieć je tytułowej pacjentce z sali nr 7. Sala znajduje się na onkologii, pacjentka jest śmiertelnie chora i czeka na syna. Piękna to książka, czasem gorzka, czasem śmieszna, ironiczna, poruszająca. Opowiada o stosunku do życia i podejściu do śmierci. Warto.
  16. Maciej Stuhr „W krzywym zwierciadle” – felietony Młodego Stuhra dla miesięcznika „Zwierciadło”. Z humorem, czasem poważnie, fajne.
  17. Zygmunt Miłoszewski „Bezcenny” – zespół złożony ze szwedzkiej złodziejki sztuki, marszanda, szefowej komórki rządowej zajmującej się odzyskiwaniem utraconych przez Polskę dzieł sztuki i polskiego odpowiednika Jamesa Bonda dostaje zadanie nielegalnego pozyskania zaginionego od czasów II WŚ obrazu Rafaela. Oczywiście wplątują się w coś dużo większego. Dzieło pokroju trylogii Szackiego to nie jest, nie ma w tym tak wyrazistych postaci, ale cała historia jest bardzo „filmowa” i fajna na odmóżdżenie.
  18. Elizabeth Kolbert „Szóste wymieranie”. Recenzja tutaj.
  19. Baptiste Beaulieu „Już nigdy Pan nie będzie smutny” – Lekarz, Który Postanawia Umrzeć spotyka za kierownicą taksówki pewną Damę. Dama wymusza na nim tydzień ze swojego życia, podczas którego podejmuje liczne, często absurdalne próby wyszukania w Doktorze chęci do życia. Książka chyba bardziej poruszająca od „Pacjentki z sali numer 7”.
  20. Artur Andrus „Każdy szczyt ma swój Czubaszek” – wywiad-rzeka ze stawiającą opór przed wspomnieniami Marią Czubaszek. Z humorem i szczerze.
  21. Paula Hawkins „Dziewczyna z pociągu” – must-read pokroju „50 twarzy Grey’a”, tylko to przynajmniej daje się czytać. Nawet całkiem nieźle się czyta, tylko na początku bałam się, że nie będę w stanie strawić pierwszoosobowej narracji w wykonaniu m.in. porzuconej alkoholiczki. Strawiłam, przeczytałam w 3 dni. (w przeciwieństwie do Grey’a, którego nawet w oryginale czytać się nie da – dałam radę jeden akapit.)
  22. Paweł Reszka „Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy” – o działaniu systemu bankowego i dlaczego doradcy finansowi wciskali bądź nadal wciskają kredyty frankowe i polisolokaty mimo ryzyka i praktycznie zerowej szansy na zysk. Ku przestrodze.
  23. Jurgen Thorwald „Ginekolodzy” – bardzo ciekawa opowieść o rozwoju ginekologii na świecie, od przejścia od badania wyłącznie palpacyjnego „bez patrzenia” i rodzenia w ubraniu, przez pierwsze środki antykoncepcyjne i leczenie nowotworów, do rodzenia bez bólu. Nie dla osób o słabych żołądkach, zwłaszcza na początku.
  24. Katarzyna Bonda „Polskie morderczynie” – czternaście historii kobiet skazanych za zabójstwo. Ich motywacje, przeszłość i sposoby radzenia sobie z rzeczywistością.
  25. Remigiusz Mróz „Immunitet” – świeżo wybrany sędzia TK zgłasza się do swojej koleżanki, by wybroniła go przed utratą immunitetu w związku z zapowiadanym oskarżeniem o zabójstwo. Klimaty momentami jak u Miłoszewskiego, czyta się szybko, ale generalnie jakieś wiekopomne dzieło toto nie jest.

Poddałam się:

  1. Zygmunt Miłoszewski „Domofon” – horrory nie. Nie-e.
  2. J.K. Rowling „Harry Potter i Zakon Feniksa” – tak jakoś oglądanie przerwałam, a tłumaczenie książki było amatorskie i podejrzane.

Młody lekarz ma swoje zalety

Niby wszystkiego nie wie. Czasami włazi z łapami w niektóre rzeczy, bo nie przeczuwa konsekwencji. Mniej wie, więc mniej się martwi.

Ale czasami też pamięta, co się jeszcze mówiło na studiach. Albo na szkolenia jeździ, bo jeszcze mu się chce, bo wie, że nic nie wie i powinien się dowiedzieć.

Pacjentka do mnie przyszła. Przyznała się, że onkologiczna i że po tym info inni dentyści ją zazwyczaj odsyłali.

U pacjentki ząb z rozległym stanem zapalnym ozębnej, znaczy do wywalenia.

Przyznała się, że onkologiczna. To ja się zapytałam, czy nie miała radioterapii na okolice głowy i czy nie bierze w tej chwili żadnej chemii. Dwa razy nie. Wszelkie ważne organy mające znaczenie przy zabiegu (szpik, serce, wątroba, nerki) w wywiadzie OK. Alergii na leki niet.

Znieczuliłam, usunęłam ząb, zabezpieczyłam ranę, pożegnałam się z zadowoloną, wreszcie pozbawioną problemu pacjentką.

Popełniłam błąd?

Są dentyści, którzy nie chcą pacjentów znieczulać, bo raz mieli powikłanie. Są dentyści, którzy nie przyjmą pacjenta, który podaje zakażenie wirusem HIV albo WZW. Są dentyści, którzy nie lubią leczyć kobiet w ciąży (są też kobiety w ciąży twierdzące, że nie powinny leczyć w swoim stanie zębów).

To wszystko wynika z często niewiedzy, a jeszcze częściej asekuranctwa, które nie ma podstaw. Ja też jestem pacjentką onkologiczną (wszak kartę w poradni onkologicznej i pozabiegowy wypis z oddziału chirurgii onkologicznej mam; powinnam pójść na wizytę kontrolną, na razie USG co pół roku wystarczy), gdybym wyskoczyła z tak ogólnym hasłem, też by mnie może odesłano. A naprawdę wystarczy czasami zadać jedno czy dwa pytania, by pacjent nie poszedł do kolejnego dentysty i już się do historii z onkologią czy chorobami zakaźnymi nie przyznał.

Nie uważam się za najlepszego dentystę w okolicy. Nie szłam na studia z poczuciem misji. Mi też się czasami nie chce. Ale jakoś jednak pamiętam, że moim zadaniem jest pomagać ludziom w miarę swojej wiedzy i możliwości.

Łupnęło

Pracuję nieergonomicznie. 50% czasu na stojąco przy siedzącym pacjencie. Od czasu do czasu czułam dyskomfort mięśniowy nad lewą łopatką, trochę bark, trochę kark… Ale żyć się dało. Zwiększenie częstości dolegliwości przypominało mi, że dawno nie byłam w moim ulubionym hotelu ze SPA pod Ostródą i w ciągu kilku następnych tygodni trzeba ten błąd naprawić (ostatnio byłam w listopadzie zeszłego roku. Wspomnienia na Facebooku się przydają).

Łupnęło w zeszły wtorek.

Mam duże lustro w łazience. Chciałam zobaczyć lewą stronę pleców, to się obróciłam. Jak nie spięło! Ruszać się byłam względnie w stanie, chociaż siedzenie było niekomfortowe.

To było jeszcze nic. Niekomfortowo się zaczęło w nocy.

Ogólnie zasypiam długo, przynajmniej kilkanaście minut, okręciwszy się uprzednio kilka razy. Zasypiam głównie na boku.

W nocy z wtorku na środę okazało się, że jestem w stanie leżeć tylko i wyłącznie na plecach. Spoko, leżeć mogę, ale tak nie zasnę. Po próbie przewrócenia się na bok odzywał się bark, bolało do tego stopnia, że nie mogłam się normalnie podnieść. W domu termofora niet, bo nigdy nie używałam i nie był mi potrzebny. O trzeciej nad ranem ratowałam się butelką z ciepłą wodą, co trochę pomogło, ale i tak przeklinałam, że najbliższe Tesco już nie jest całodobowe, bo mimo ograniczonej ruchomości szyi (mocny obrót w którąkolwiek stronę kończył się bólem) wsiadłabym do samochodu i pojechała po ten cholerny termofor.

W domu z leków p-bólowych był tylko Apap.

O siódmej rano nie było lepiej. Zadzwoniłam do pracy i poinformowałam, że mnie nie będzie. Potem zadzwoniłam do przychodni, udało mi się bez problemu zapisać na wizytę do lekarza rodzinnego (należę do przychodni, w której przed ósmą odbierają normalnie telefony!!!). Następnie o sytuacji poinformowałam szkołę (miałam prowadzić wykład).

Od lekarza wyszłam przed czwartą (wizyta na 15:40) ze zwolnieniem lekarskim do końca tygodnia i receptą na Naproksen i Mydocalm. Do tego dokupiłam w aptece ten nieszczęsny termofor. Jazda samochodem nie była zbyt przyjemna z racji nadal przyblokowanej szyi.

Dziś ruszam się już normalnie. Jutro do pracy. A prawdopodobnie w połowie lutego do hotelu ze SPA pod Ostródą ;)

Zatem, dbajcie o plecy! I jedźcie się rozpieszczać od czasu do czasu ;)

Prosta recepta

Dzisiaj trafił do mnie pacjent, u którego jakiś czas temu mój szef leczył kanałowo jeden ząb. Coś w opisie było o zmniejszaniu kosztów leczenia, nieważne jak.

Po trzech miesiącach po tym leczeniu kanałowym, chociaż ząb miał wypełnione kanały, nie miał jednak wypełnionej komory zęba (prawdopodobnie wypadł opatrunek, pacjent nie stawił się na wizytę). Uczono mnie, że jeśli po leczeniu endo wypełnienie kanałów jest odsłonięte przez ponad 2 tygodnie, ząb nadaje się do reendo.

W pozostałych zębach liczne, głębokie ubytki.

A w karcie wpis o zmniejszaniu kosztów leczenia.

Proszę pana, chce pan usłyszeć receptę na zmniejszenie kosztów leczenia stomatologicznego?

Próchnicę można leczyć na NFZ. Materiały bywają takie sobie, ale są.

Profilaktyka jest najtańsza. Aż dziwne, że NFZ nie chce w nią inwestować. Ale skoro NFZ nie chce, to ja panu powiem, że zestaw szczoteczka do zębów + zwykła pasta z fluorem kosztuje niecałe 10 zł. Szczoteczkę wymieniamy co 3 miesiące, tubka pasty powinna starczyć na kilka tygodni. Tylko trzeba tego zestawu odpowiednio używać minimum 2 razy dziennie, po śniadaniu i po kolacji. W niepsujące się zęby nie trzeba inwestować więcej kasy. Wizytę kontrolną co pół roku u dentysty też można przeprowadzić na NFZ.

A jak się nie dbało. to proszę nie marudzić, że leczenie kanałowe albo protetyka są drogie, bo nie są.

Proste, prawda?