Archiwum blogu

Pewnie powinnam napisać notkę ze szpitalnej przygody

Ale niespecjalnie mi się chce ;)

Dwa razy już dziękowałam na fanpejdżu za kciuki i inne formy wsparcia psychicznego, podziękuję i tutaj.

Zatem DZIĘKUJĘ :) Za miłe słowa tutaj i na FB, za dodatkowe lajki, za każde ciche wsparcie. Jesteście bardzo fajnymi czytelnikami. Buziaki :* :* :*

;)

A, może jednak mi się zachce…

Na opiekę na oddziale nie mam powodu narzekać. Panie pielęgniarki nie zawracały głowy, jak przyszły, to były miłe. Jedzenie… no cóż, jak to moja siostra określiła, były to wczasy all inclusive z dietą i usuwaniem zbędnych gramów. Jedzonko było chude, skromne i bez soli, ale zjadliwe i przeżyć się dało. Nikt mnie też zawczasu nie poinformował, że do szpitala trzeba brać własne sztućce, ale najpierw pani z kuchni mi pożyczyła niezbędne sprzęty, potem zostałam doposażona przez MM.

Prysznice na oddziale były czyste i z ciepłą wodą.

Wieczorem pierwszego dnia dostałam różową pigułę na sen, ale niespecjalnie na mnie podziałała. Następnego dnia obudziłam się średnio wyspana, około szóstej.

Wstałam, ogarnęłam się, około siódmej rano miałam być już w łóżeczku. Po siódmej przyszły panie, kazały się rozebrać pod kołderką, założyły wkłucie dożylne, ogoliły mnie pod pachą (przy okazji dziabiąc do krwi moją małą, uszypułowaną zmianę skórną), zdezynfekowały pole operacyjne, dały Głupiego Jasia. Około ósmej zupełnie przytomna (trochę się tylko zatoczyłam przy zejściu z łóżka, ale bardziej pijana czuję się po jednym piwie) przesiadłam się na wózek-leżankę i zostałam przewieziona na salę operacyjną. Chirurgom dostarczono nielateksowe rękawiczki (przyznałam się do alergii kontaktowej), zostałam ułożona na stole, założono mi mankiet ciśnieniomierza na ramię i różne inne dziwne rzeczy na udzie i plecach. Dziabnięcie skóry zostało zauważone. Trzy razy zostałam zapytana, czy może usunąć zupełnie tę zmianę? Trzy razy potwierdziłam ze wzruszem ramion – do niczego nie jest mi potrzebna. „Wyżej mam drugą, można też przy okazji uciąć” – zaśmiałam się.

– Podamy pani fentanyl 0,1, będzie pani spała – usłyszałam. Przyłożono mi do twarzy maskę, z której wydobywał sił słodkawy gaz. – Jeszcze druga dawka fentanylu…

I w tym momencie urwał mi się film.

Obudziłam się z podrażnionym lekko gardłem, jeszcze na sali operacyjnej, właściwie w drodze na moją salę. Poinformowano mnie, że zmianę skórną też mi wycięto. Poza tym, że byłam śpiąca, czułam się dobrze. Wróciłam na łóżko – było chwilka po dziewiątej – złapałam komórkę, poinformowałam wszystkich, że żyję, zdrzemnęłam się. Po pierwszej dawano obiad, dostałam zupkę, zjadłam. Na sali (sześcioosobowej, wczoraj byłyśmy trzy, ja i jedna pani wróciłyśmy, trzecią po zabiegu położono na pooperacyjnej) położono cztery nowe panie, które uświadomiły mi, że raczej nie miałam pełnej narkozy, tylko jakąś formę znieczulenia ogólnego, skoro czuję się tak dobrze. W miejscu zabiegu i dziabniętej zmiany miałam plasterki. Czułam dyskomfort, ale nie było to nic, co by mi znacząco utrudniało życie.

Wieczorem pod prysznicem znalazłam na plecach elektrodę od EKG (zostały przyklejone przynajmniej dwie, jedna najwyraźniej została pominięta przy ściąganiu), poza tym odkleiłam sobie plasterek pod pachą (myślałam, że będzie tylko mały opatrunek po szypułce) i się okazało, że tam też mam szew! Chodzę onitkowana. Pod opatrunkiem na piersi wyczuwałam około dwucentymetrowe nacięcie.

Podczas wieczornego obchodu pielęgniarka rzuciła okiem na mój stolik i zawołała „Ładnie, pierwsza pacjentka!” Speszona spojrzałam w tamtą stronę, kurde, w ciągu dnia jadłam chrupki z automatu, może nie powinnam była? Zostały papierki? Ale nie, groźny ton wcale nie miał być groźny. Okazało się, że jako jedna z nielicznych pacjentów pomyślałam o… wzięciu stoperów do uszu (nie użyłam ich poprzedniej nocy). „A potem pacjenci narzekają po nocy, że nie mogą spać!”. No proszę. Dla mnie bardziej logiczne było wzięcie stoperów niż sztućców… Zaproponowano mi lek przeciwbólowy na noc, przyjęłam ze wzruszem ramion – naprawdę nie bolało. Pigułę na noc też sobie zażyczyłam ;). Obejrzałyśmy większość meczu Legii, po 22 poszłyśmy wszystkie spać.

Następnego dnia znowu obudziłam się przed szóstą, ale dzięki stoperom wyspałam się lepiej. Koło ósmej nowe lokatorki zaczęły wyjeżdżać na swoje zabiegi. Obchód był po dziewiątej, miałam zostać wypisana. Zostawiłam swoje dane do zwolnienia lekarskiego. Kręciłam się po oddziale, po 12 przyjechał MM i moja mama. Koło 13 doczekałam się wypisu i zwolnienia lekarskiego – o tydzień dłuższego, niż planowałam (9 września planowałam wrócić już do pracy, zwolnienie dostałam do 13). Na moje napomknięcie, że to trochę długo, pani w sekretariacie oświadczyła z uśmiechem, że skoro dają, to mam nie marudzić, tylko odpoczywać. No dobra. Zabrałam swoje rzeczy z sali, pożegnałam się z paniami i na tym się skończyła moja szpitalna przygoda.

W przyszłym tygodniu muszę pojechać na zdjęcie szwów, tydzień później na odbiór wyniku badania wyciętego guzka.

Wczoraj zrobiłam objazd po obu pracach (pierwszy szef wieść o przedłużeniu mojego urlopu przyjął z typowym dla siebie wzruszem ramion, drugi był zajęty, więc tylko skinął głową, że przyjął do wiadomości), księgowej (dowiedziałam się, że zasiłek chorobowy przysługuje mi za każdy dzień zwolnienia, więc pieniążki z ZUSu tak czy siak powinnam dostać!) i sklepach, wróciłam trochę… naciągnięta i zmęczona. Trochę przesadziłam z objazdami jeden dzień po wypisie. Ale za to po południu upiekłam pyszne babeczki orzechowo-czekoladowe. Dzisiaj zaliczyłam już spacer do BlackRedWhite, teraz piję kawę mrożoną.

Ogólnie czuję się dobrze. Wykorzystuję fakt obecności MM i niczego nie dźwigam. Mam przed sobą jeszcze dwa tygodnie lenistwa. I bardzo mnie to cieszy :)

To by było na tyle :)

A myślałam, że znowu trochę schudnę

Stan na środę: ból pleców, głowy, gardła i 38 stopni. Chyba musi mi się zachcieć jeść więcej warzyw i owoców, bo mieszkając u rodziców nie chorowałam co chwilę. Praktycznie całe popołudnie przespane, mieszkanie nieogarnięte.

Duomox 1 g co 12 godzin w natarciu, chociaż szczerze nie cierpię tych wielkich tabletek. Mam problem z ich przełknięciem nawet w stanie rozpuszczonym.

Stan na czwartek: temperatura w normie, ból gardła, kaszel, zwiększony pech przy pracy. Dobrze, że od jakiegoś czasu pracuję w maseczce, przyłbicę zakładam tylko do wiercenia. Niestety apetyt jest, nieco zmodyfikowany, ale śniadania i kolacje jem po staremu. Obiady konsumuję i tak tylko 3-4 razy w tygodniu z braku czasu.

Stan na piątek: gardło wyraźnie podrażnione, kaszel od czasu do czasu, ale zdolności umysłowe poprawione. Średnio mi się chce dokończyć spaghetti z wtorku, ale muszę, bo się zepsuje.

Nie schudnę tym razem :(

PS.: Mammografia nie boli. Tylko utrudnia oddychanie. ;)

Wycinanki

Mam na plecach pieprzyk, prawidłowo zwany znamieniem barwnikowym. Pieprzyk znajduje się idealnie w zasięgu drapiącej mnie po plecach mojej własnej dłoni. Zresztą kiedyś padł ofiarą rzeczonej dłoni. Został zdrapany i – dziadyga – odrósł.

Na studiach miałam nieco za dużo zajęć z onkologii, by dziada w takim stanie i w spokoju zostawić.

Wczoraj byłam u swojego dermatologa. Średni czas wizyty u niego wynosi jakieś 20-30 minut, z czego w moim wypadku pierwsze 5 minut zostało poświęcone na szukanie mojej karty. Tak czy siak, poszłam tam w celu umówienia się na zabieg usunięcia rzeczonego pieprzyka. Pan doktor wziął mój numer telefonu i obiecał, że w tygodniu zadzwoni z terminem.

Zadzwonił dziś. Akurat szczęśliwie miałam przerwę. Pan doktor się przedstawił (chociaż mój telefon zidentyfikował dzwoniącego) i dodał, że dzwoni, „żeby dogadać termin naszych wycinanek”.

Wycinanki odbędą się w połowie października. Podobno mam szanse na zwolnienie lekarskie (ZUS mi w ogóle za nie zapłaci?), ale bez względu na to, ile będzie ono trwało, biorę tydzień wolnego. Zamienię 5 milimetrowy pieprzyk na bliznę długości 3 cm, ale powiem szczerze, wolę mieć bliznę i święty spokój, niż diagnozę „czerniak złośliwy” (na którą to diagnozę ze strony tego pieprzyka podobno się na razie nie zanosi, ale lepiej dmuchać na zimne).

Poza tym, osiągnąwszy wagowo górną granicę normy, stwierdziłam, że dla dobrego samopoczucia własnego powinnam schudnąć 12-15 kg. Matula poinformowana o moim pragnieniu z radością stwierdziła, że w takim razie obie przechodzimy na dietę MM (Metoda Montignac) i zaczynamy chodzić na spacerki (to drugie słyszę średnio co 2-3 tygodnie).

Znalazłam się w gronie szczęśliwców

wraz z Zuchem i wieloma innymi, świeżo upieczonymi przedsiębiorcami. Dziś otrzymałam pismo z warszawskiego Krajowego Rejestru Pracowników i Pracodawców z wezwaniem do zapłaty 115 zł w terminie do 16 marca. Nieprzekraczalnym, dodam.

Pismo, po komputerowym i dość chamskim, przyznacie, zamazaniu kluczowych dla mojej prywatności informacji, wygląda tak. Na dole urżnęłam ze skanu druczek do przelewu.

A ponieważ czytam Zucha, to zaśmiałam się wezwaniu w druk i teraz tylko myślę, co z tym zrobić: podrzeć czy pójść na policję.

Jak wielu innych, już świadomych adresatów tego pisma, zastanawiam się, ile osób dało się naciągnąć. Kilkudziesięciu naiwnych i czysty zysk idzie w tysiące. Jakiś miesiąc temu pewnie bym się zmartwiła, teraz mnie to śmieszy. Miesiąc temu byłam jeszcze roztrzęsiona zmianą statusu na rynku pracy i zapewne na tym korzysta wyłudzacz. Bo nie wszyscy przedsiębiorcy czytają Zucha czy docierają do informacji na ten temat. Nie wszyscy zatrudniają księgową, która martwi się przynajmniej połową Twoich zobowiązań. Nie wszyscy mają tak na dobrą sprawę szansę do spokojnego przemyślenia sprawy i sprawdzenia, że wymieniane ustawy nie istnieją albo traktują o czymś zupełnie innym, „Uchwała wew.” jest śmiechu warta pod względem mocy wykonawczej, zaś adres w nagłówku nie istnieje (i się podobno zmienia w zależności od druku).

Zatem przyszli przedsiębiorcy: beware!

Tak z innej beczki, dzisiaj miałam dzień pod znakiem filmów Marvela i niniejszym napalam się na „The Avengers” i przynajmniej jeden film z Jeremym Rennerem (powtórka „Mission” Impossible – Ghost Protocol” będzie tak swoją drogą). Nienienie, nie zmieniam idola. :P

Co do zdjęcia RTG, to go nie odzyskałam, bo jak zażyczyłam sobie opis, tak opisujący pan doktor wziął fotkę do siebie do domu i już jej nie oddał. Za tydzień się upomnę. Wiem tyle, że mam coś w rodzaju obustronnego podwichnięcia żuchwy, bo głowy żuchwy przy rozwarciu nie zatrzymują się na szczycie guzka stawowego, tylko przeskakują jeszcze bardziej do przodu, co zresztą tłumaczy esowaty tor zamykania ust. W sumie mam tak, odkąd pamiętam, więc chociaż fotkę stawów zrobiłam sobie po raz pierwszy, to niczego nowego się nie dowiedziałam. Czemu bolało: nie wiem. Jak się to leczy: nie mam pojęcia (kłania się edukacja z tego tematu na studiach. Jaka edukacja?).

I koleżanka ze studiów znalazła mi drugą pracę. Prywatnie, na razie dwie godziny, ale może będzie więcej…

Poważny błąd taktyczny

Załatwiać usunięcie niebezpiecznego pieprzyka (prawidłowo: znamię barwnikowe) tuż przy końcu wakacji, kiedy miało się na to 3 miesiące. Niniejszym przed rozpoczęciem stażu muszę planować już jeden dzień na zwolnienie lekarskie. A pieprzola pozbyć się w końcu muszę, bo mnie stresuje, a jak już rozwinie się czerniak, to będzie marnie. Kilka lat temu zdrapałam sobie paskudę (niezbyt skutecznie, bo odrosła), po latach z onkologią na studiach coraz bardziej się o siebie trzęsę. Chociaż nie palę i alkoholu też za dużo nie piję. Ale w rozwoju czerniaka złośliwego nie ma to znaczenia.

Swoją drogą, mam fajnego dermatologa. I pamięta (po półtora roku nieobecności), i zagada, zapyta, wyjaśni, upewni się, że wszystko jasne, wszystko z uśmiechem na twarzy, pełna kultura. Nawet tańszą aptekę zaproponuje, obieca, że zadzwoni w sprawie ewentualnego terminu do usunięcia wspomnianego pieprzyka.

Przy okazji dowiedziałam się o ciekawych praktykach NFZ. Refundują tylko usunięcie znamion wrodzonych, które w gruncie rzeczy są mniej niebezpieczne (jeżeli chodzi o ryzyko rozwoju czerniaka) od tych nabytych. A hist-pat materiału dermatologicznego jest dozwolony (znaczy refundowany) tylko jeden na kartę. A ja mam 2 pieprzyki, które chciałabym usunąć, i co teraz?