Archiwum blogu

IKEA

Jutro w planach. Na 10 jadę na kurs do Gdańska, po raz pierwszy śmignę tak daleko autkiem, brr. MM dojedzie komunikacją miejską i razem pojedziemy do IKEA, gdzie będę polować na łóżko i ławę z podnoszonym blatem (o ile mają. Jeśli nie będą mieli, to ja wiem, gdzie są takie). I na parę innych drobiazgów, typu noże do obierania warzyw, bo szanowne moje Rodzeństwo toleruje tylko obieraczki i małych noży w tym mieszkaniu niet. Chyba, że mi zabrało.

Rodziciel wysłał mi linka do sprzedawcy na Allegro, który wystawia materace jakoś tak o połowę tańsze niż zwykle można dostać. Sam sobie kupił i chyba poleca.

Poza tym jak sobie dzisiaj zdałam sprawę, ile jest różnych opcji na zrobienie obiadu (średnio szybka – jeśli chce się ją na mięsku – zupka z mrożonki, danie z mrożonki, słoiki, porcjowane mięso, fixy itp.), to mi się mój kucharski humor nieco poprawił. Co nie zmienia faktu, że następną okazję do gotowania obiadu będę miała dopiero w środę.

Szwy z wycinanek zdjęte, teraz działam tylko na „stripach”. Będę z nimi chodzić kolejne 2-3 tygodnie (dostałam na zapas), żeby się rana nie rozlazła.

To tyle z kronikarskiego obowiązku ;)

Wycinanki – rozwinięcie

Wczoraj ściągnęłam duży plaster, który pokrywał szwy po wycinankach. Spodziewałam się trzycentymetrowej dziary, tymczasem całość ma… centymetr długości. Nie, że to źle, wręcz przeciwnie. Mam tylko nadzieję, że dwa „stripy” (małe, wąskie plasterki zbliżające brzegi rany) wytrzymają do piątku. I tak mam problem z braniem prysznica…

Dzisiaj wąsate, miauczące dziady nie obudziły mnie w nocy. W zamian poszłam późno spać i wcześnie wstałam, więc wyszło na to samo. Znowu obudziłam się z nimi w łóżku.

Nabazgrał

Pojechałam dzisiaj na swoje wycinanki na oddział dzienny dermatologii pewnego szpitala. Miały być o 11, ale o 10:45 usłyszałam, że pan doktor musi mi podbić skierowanie. No to usiadłam pod pokojem nr 4. Pan doktor o 10:50 wyszedł z zabiegowego i się spytał, kto do niego jest. Były cztery osoby – ja czwarta. No to popodbijał, pogadał, pobadał, w końcu doszedł do mnie i poszliśmy do rejestracji, gdzie założono mi kartę. Z kartą (po 11) wróciłam pod gabinet doktora. Coś tam jeszcze mi wypisano, wylądowałam w zabiegowym.

Zostałam popisana pisakiem, potem znieczulona miejscowo.

Zazwyczaj po podaniu znieczulenia przy zębie, który mam usunąć, a przed chwyceniem kleszczy nakłuwam dziąsło zgłębnikiem, żeby się przekonać, że znieczulenie działa. Dzisiaj zostałam podobno pokłuta skalpelem, ale w ogóle nic nie czułam.

Cały zabieg trwał chyba 15 minut. W pewnym momencie do gabinetu weszła rejestratorka.

R: Czy pan doktor napisał „barku”? Tak pan nabazgrał, że wolę się upewnić.
Doktor: Gdzie nabazgrałem?
R: Praktycznie wszędzie.

Zostałam zszyta i zaklejona, umówiłam się na kontrolę za tydzień.

Znieczulenie już chyba puściło. Czuję, że coś mam na prawej łopatce, ale nie można tego nawet nazwać dyskomfortem. Zalecono mi oszczędzanie się przez najbliższych kilka dni, ale na razie wydaje się, że niestety, ale będę w stanie dźwigać jutro swoje kartony. O ile moje dzisiejsze dokańczanie pakowania się jednak nie spowoduje, że zmienię zdanie.

Poważny błąd taktyczny

Załatwiać usunięcie niebezpiecznego pieprzyka (prawidłowo: znamię barwnikowe) tuż przy końcu wakacji, kiedy miało się na to 3 miesiące. Niniejszym przed rozpoczęciem stażu muszę planować już jeden dzień na zwolnienie lekarskie. A pieprzola pozbyć się w końcu muszę, bo mnie stresuje, a jak już rozwinie się czerniak, to będzie marnie. Kilka lat temu zdrapałam sobie paskudę (niezbyt skutecznie, bo odrosła), po latach z onkologią na studiach coraz bardziej się o siebie trzęsę. Chociaż nie palę i alkoholu też za dużo nie piję. Ale w rozwoju czerniaka złośliwego nie ma to znaczenia.

Swoją drogą, mam fajnego dermatologa. I pamięta (po półtora roku nieobecności), i zagada, zapyta, wyjaśni, upewni się, że wszystko jasne, wszystko z uśmiechem na twarzy, pełna kultura. Nawet tańszą aptekę zaproponuje, obieca, że zadzwoni w sprawie ewentualnego terminu do usunięcia wspomnianego pieprzyka.

Przy okazji dowiedziałam się o ciekawych praktykach NFZ. Refundują tylko usunięcie znamion wrodzonych, które w gruncie rzeczy są mniej niebezpieczne (jeżeli chodzi o ryzyko rozwoju czerniaka) od tych nabytych. A hist-pat materiału dermatologicznego jest dozwolony (znaczy refundowany) tylko jeden na kartę. A ja mam 2 pieprzyki, które chciałabym usunąć, i co teraz?