Archiwum blogu

Kobiety! Badajcie się

Poszłam dzisiaj na USG piersi. Niby kontrolne po zabiegu, który miałam pod koniec sierpnia. No cóż, trochę z tym zaspałam ;)

Przyjmuję hormony. W rodzinie mam historię wielotorbielowatości jajników. Moje sierpniowe wycinanki gruczolakowłókniaka piersi też wiązały się z zaburzeniami hormonalnymi – guzek wprawdzie pojawił się raczej zanim zaczęłam brać pigułki, ale ich późniejsze przyjmowanie mogło przyspieszyć jego wzrost.

No to się dzisiaj okazało, że za kilka lat czekają mnie prawdopodobnie kolejne wycinanki – w drugiej piersi znalazł się nowy (prawdopodobny) włókniaczek, na razie o wymiarach ok. 2x3x4 mm.

Latem pozbyłam się takiej małej śliwki, hodowanej przynajmniej 7 lat.

Więc się nie martwię. Będę to kontrolować. Wszystko fajnie, panujemy nad sytuacją.

Ale proszę Pań o zwrócenie uwagi, jakiej wielkości jest wykryty guzek. Milimetry. Kiedy wyczułam pierwszego włókniaka, miał on już ponad 1 cm długości. To są łagodne guzki. Rosną powoli. Nie dają przerzutów. Operacja usunięcia – niekonieczna do przeżycia – jest wybitnie oszczędzająca. Więc wszystko cacy.

Ale jeśli mówimy w kategoriach guzów złośliwych typu rak, wykrycie guzka wielkości 2-3-4 mm może zwiększać szanse przeżycia. Szanse na operację oszczędzającą pierś. Wymacany rak o rozmiarze 1,5 cm (u kobiet, które regularnie się badają!) to już zupełnie inna śpiewka.

Więc zgodnie z zaleceniami w zależności od wieku – panie są proszone o korzystanie z zaproszeń na mammografię bądź też okazanie inicjatywy i pójście na USG piersi chociaż raz do roku lub częściej, jeśli w rodzinie ktoś chorował na raka. Albo tak, jak zaleci lekarz rodzinny. Mam to szczęście, że wykryte u mnie guzki są łagodnie, a w rodzinie nie było raków. Jestem spokojna i świadoma. Jedna potencjalna tragedia mniej.

Wycinanki #2 – epilog

Wracając z Olsztyna zaczepiłam o szpital, w którym miałam zabieg. Poszłam na oddział. W sekretariacie dali mi do ręki trzy wyniki i kazali złapać jakiegoś lekarza, żeby mi je zinterpretował i powiedział, co dalej. Interpretacja nie była mi potrzebna, ale instrukcje już tak. No to poszłam i złapałam.

Chirurg zerknął na wydruki, stwierdził, że zostało wycięte wszystko, co trzeba, co jakiś czas kontrola USG i, cytat, „Jest pani zdrowa, wyleczona” i gest pt. krzyżyk na drogę.

Tylko teraz muszę się postarać, żeby moja cudna, trzycentymetrowa blizna zrobiła się nieco mniej widoczna…

Pewnie powinnam napisać notkę ze szpitalnej przygody

Ale niespecjalnie mi się chce ;)

Dwa razy już dziękowałam na fanpejdżu za kciuki i inne formy wsparcia psychicznego, podziękuję i tutaj.

Zatem DZIĘKUJĘ :) Za miłe słowa tutaj i na FB, za dodatkowe lajki, za każde ciche wsparcie. Jesteście bardzo fajnymi czytelnikami. Buziaki :* :* :*

;)

A, może jednak mi się zachce…

Na opiekę na oddziale nie mam powodu narzekać. Panie pielęgniarki nie zawracały głowy, jak przyszły, to były miłe. Jedzenie… no cóż, jak to moja siostra określiła, były to wczasy all inclusive z dietą i usuwaniem zbędnych gramów. Jedzonko było chude, skromne i bez soli, ale zjadliwe i przeżyć się dało. Nikt mnie też zawczasu nie poinformował, że do szpitala trzeba brać własne sztućce, ale najpierw pani z kuchni mi pożyczyła niezbędne sprzęty, potem zostałam doposażona przez MM.

Prysznice na oddziale były czyste i z ciepłą wodą.

Wieczorem pierwszego dnia dostałam różową pigułę na sen, ale niespecjalnie na mnie podziałała. Następnego dnia obudziłam się średnio wyspana, około szóstej.

Wstałam, ogarnęłam się, około siódmej rano miałam być już w łóżeczku. Po siódmej przyszły panie, kazały się rozebrać pod kołderką, założyły wkłucie dożylne, ogoliły mnie pod pachą (przy okazji dziabiąc do krwi moją małą, uszypułowaną zmianę skórną), zdezynfekowały pole operacyjne, dały Głupiego Jasia. Około ósmej zupełnie przytomna (trochę się tylko zatoczyłam przy zejściu z łóżka, ale bardziej pijana czuję się po jednym piwie) przesiadłam się na wózek-leżankę i zostałam przewieziona na salę operacyjną. Chirurgom dostarczono nielateksowe rękawiczki (przyznałam się do alergii kontaktowej), zostałam ułożona na stole, założono mi mankiet ciśnieniomierza na ramię i różne inne dziwne rzeczy na udzie i plecach. Dziabnięcie skóry zostało zauważone. Trzy razy zostałam zapytana, czy może usunąć zupełnie tę zmianę? Trzy razy potwierdziłam ze wzruszem ramion – do niczego nie jest mi potrzebna. „Wyżej mam drugą, można też przy okazji uciąć” – zaśmiałam się.

– Podamy pani fentanyl 0,1, będzie pani spała – usłyszałam. Przyłożono mi do twarzy maskę, z której wydobywał sił słodkawy gaz. – Jeszcze druga dawka fentanylu…

I w tym momencie urwał mi się film.

Obudziłam się z podrażnionym lekko gardłem, jeszcze na sali operacyjnej, właściwie w drodze na moją salę. Poinformowano mnie, że zmianę skórną też mi wycięto. Poza tym, że byłam śpiąca, czułam się dobrze. Wróciłam na łóżko – było chwilka po dziewiątej – złapałam komórkę, poinformowałam wszystkich, że żyję, zdrzemnęłam się. Po pierwszej dawano obiad, dostałam zupkę, zjadłam. Na sali (sześcioosobowej, wczoraj byłyśmy trzy, ja i jedna pani wróciłyśmy, trzecią po zabiegu położono na pooperacyjnej) położono cztery nowe panie, które uświadomiły mi, że raczej nie miałam pełnej narkozy, tylko jakąś formę znieczulenia ogólnego, skoro czuję się tak dobrze. W miejscu zabiegu i dziabniętej zmiany miałam plasterki. Czułam dyskomfort, ale nie było to nic, co by mi znacząco utrudniało życie.

Wieczorem pod prysznicem znalazłam na plecach elektrodę od EKG (zostały przyklejone przynajmniej dwie, jedna najwyraźniej została pominięta przy ściąganiu), poza tym odkleiłam sobie plasterek pod pachą (myślałam, że będzie tylko mały opatrunek po szypułce) i się okazało, że tam też mam szew! Chodzę onitkowana. Pod opatrunkiem na piersi wyczuwałam około dwucentymetrowe nacięcie.

Podczas wieczornego obchodu pielęgniarka rzuciła okiem na mój stolik i zawołała „Ładnie, pierwsza pacjentka!” Speszona spojrzałam w tamtą stronę, kurde, w ciągu dnia jadłam chrupki z automatu, może nie powinnam była? Zostały papierki? Ale nie, groźny ton wcale nie miał być groźny. Okazało się, że jako jedna z nielicznych pacjentów pomyślałam o… wzięciu stoperów do uszu (nie użyłam ich poprzedniej nocy). „A potem pacjenci narzekają po nocy, że nie mogą spać!”. No proszę. Dla mnie bardziej logiczne było wzięcie stoperów niż sztućców… Zaproponowano mi lek przeciwbólowy na noc, przyjęłam ze wzruszem ramion – naprawdę nie bolało. Pigułę na noc też sobie zażyczyłam ;). Obejrzałyśmy większość meczu Legii, po 22 poszłyśmy wszystkie spać.

Następnego dnia znowu obudziłam się przed szóstą, ale dzięki stoperom wyspałam się lepiej. Koło ósmej nowe lokatorki zaczęły wyjeżdżać na swoje zabiegi. Obchód był po dziewiątej, miałam zostać wypisana. Zostawiłam swoje dane do zwolnienia lekarskiego. Kręciłam się po oddziale, po 12 przyjechał MM i moja mama. Koło 13 doczekałam się wypisu i zwolnienia lekarskiego – o tydzień dłuższego, niż planowałam (9 września planowałam wrócić już do pracy, zwolnienie dostałam do 13). Na moje napomknięcie, że to trochę długo, pani w sekretariacie oświadczyła z uśmiechem, że skoro dają, to mam nie marudzić, tylko odpoczywać. No dobra. Zabrałam swoje rzeczy z sali, pożegnałam się z paniami i na tym się skończyła moja szpitalna przygoda.

W przyszłym tygodniu muszę pojechać na zdjęcie szwów, tydzień później na odbiór wyniku badania wyciętego guzka.

Wczoraj zrobiłam objazd po obu pracach (pierwszy szef wieść o przedłużeniu mojego urlopu przyjął z typowym dla siebie wzruszem ramion, drugi był zajęty, więc tylko skinął głową, że przyjął do wiadomości), księgowej (dowiedziałam się, że zasiłek chorobowy przysługuje mi za każdy dzień zwolnienia, więc pieniążki z ZUSu tak czy siak powinnam dostać!) i sklepach, wróciłam trochę… naciągnięta i zmęczona. Trochę przesadziłam z objazdami jeden dzień po wypisie. Ale za to po południu upiekłam pyszne babeczki orzechowo-czekoladowe. Dzisiaj zaliczyłam już spacer do BlackRedWhite, teraz piję kawę mrożoną.

Ogólnie czuję się dobrze. Wykorzystuję fakt obecności MM i niczego nie dźwigam. Mam przed sobą jeszcze dwa tygodnie lenistwa. I bardzo mnie to cieszy :)

To by było na tyle :)

Pewnie powinnam napisać notkę ze szpitalnej przygody

Ale niespecjalnie mi się chce ;)

Dwa razy już dziękowałam na fanpejdżu za kciuki i inne formy wsparcia psychicznego, podziękuję i tutaj.

Zatem DZIĘKUJĘ :) Za miłe słowa tutaj i na FB, za dodatkowe lajki, za każde ciche wsparcie. Jesteście bardzo fajnymi czytelnikami. Buziaki :* :* :*

;)

A, może jednak mi się zachce…

Na opiekę na oddziale nie mam powodu narzekać. Panie pielęgniarki nie zawracały głowy, jak przyszły, to były miłe. Jedzenie… no cóż, jak to moja siostra określiła, były to wczasy all inclusive z dietą i usuwaniem zbędnych gramów. Jedzonko było chude, skromne i bez soli, ale zjadliwe i przeżyć się dało. Nikt mnie też zawczasu nie poinformował, że do szpitala trzeba brać własne sztućce, ale najpierw pani z kuchni mi pożyczyła niezbędne sprzęty, potem zostałam doposażona przez MM.

Prysznice na oddziale były czyste i z ciepłą wodą.

Wieczorem pierwszego dnia dostałam różową pigułę na sen, ale niespecjalnie na mnie podziałała. Następnego dnia obudziłam się średnio wyspana, około szóstej.

Wstałam, ogarnęłam się, około siódmej rano miałam być już w łóżeczku. Po siódmej przyszły panie, kazały się rozebrać pod kołderką, założyły wkłucie dożylne, ogoliły mnie pod pachą (przy okazji dziabiąc do krwi moją małą, uszypułowaną zmianę skórną), zdezynfekowały pole operacyjne, dały głupiego Jasia. Około ósmej zupełnie przytomna (trochę się tylko zatoczyłam przy zejściu z łóżka, ale bardziej pijana czuję się po jednym piwie) przesiadłam się na wózek-leżankę i zostałam przewieziona na salę operacyjną. Chirurgom dostarczono nielateksowe rękawiczki (przyznałam się do alergii kontaktowej), zostałam ułożona na stole, założono mi mankiet ciśnieniomierza na ramię i różne inne dziwne rzeczy na udzie i plecach. Dziabnięcie skóry zostało zauważone. Trzy razy zostałam zapytana, czy może usunąć zupełnie tę zmianę? Trzy razy potwierdziłam ze wzruszem ramion – do niczego nie jest mi potrzebna. „Wyżej mam drugą, można też przy okazji uciąć” – zaśmiałam się.

– Podamy pani fentanyl 0,1, będzie pani spała – usłyszałam. Przyłożono mi do twarzy maskę, z której wydobywał się słodkawy gaz. – Jeszcze druga dawka fentanylu…

I w tym momencie urwał mi się film.

Obudziłam się z podrażnionym lekko gardłem, jeszcze na sali operacyjnej, właściwie w drodze na moją salę. Poinformowano mnie, że zmianę skórną też mi wycięto. Poza tym, że byłam śpiąca, czułam się dobrze. Wróciłam na łóżko – był chwilka po dziewiątej – złapałam komórkę, poinformowałam wszystkich, że żyję, zdrzemnęłam się. Po pierwszej dawano obiad, dostałam zupkę, zjadłam. Na sali (sześcioosobowej, wczoraj byłyśmy trzy, ja i jedna pani wróciłyśmy, trzecią po zabiegu położono na pooperacyjnej) położono cztery nowe panie, które uświadomiły mi, że raczej nie miałam pełnej narkozy, tylko jakąś formę znieczulenia ogólnego, skoro czuję się tak dobrze. W miejscu zabiegu i dziabniętej zmiany miałam plasterki. Czułam dyskomfort, ale nie było to nic, co by mi znacząco utrudniało życie.

Wieczorem pod prysznicem znalazłam na plecach elektrodę od EKG (zostały przyklejone przynajmniej dwie, jedna najwyraźniej została pominięta przy ściąganiu), poza tym odkleiłam sobie plasterek pod pachą (myślałam, że będzie tylko mały opatrunek po szypułce) i się okazało, że tam też mam szew! Chodzę onitkowana. Pod opatrunkiem na piersi wyczuwałam około dwucentymetrowe nacięcie.

Podczas wieczornego obchodu pielęgniarka rzuciła okiem na mój stolik i zawołała „Ładnie, pierwsza pacjentka!” Speszona spojrzałam w tamtą stronę, kurde, w ciągu dnia jadłam chrupki z automatu, może nie powinnam była? Zostały papierki? Ale nie, groźny ton wcale nie miał być groźny. Okazało się, że jako jedna z nielicznych pacjentów pomyślałam o… wzięciu stoperów do uszu (nie użyłam ich poprzedniej nocy). „A potem pacjenci narzekają po nocy, że nie mogą spać!”. No proszę. Dla mnie bardziej logiczne było wzięcie stoperów niż sztućców… Zaproponowano mi lek przeciwbólowy na noc, przyjęłam ze wzruszem ramion – naprawdę nie bolało. Pigułę na noc też sobie zażyczyłam ;). Obejrzałyśmy większość meczu Legii, po 22 poszłyśmy wszystkie spać.

Następnego dnia znowu obudziłam się przed szóstą, ale dzięki stoperom wyspałam się lepiej. Koło ósmej nowe lokatorki zaczęły wyjeżdżać na swoje zabiegi. Obchód był po dziewiątej, miałam zostać wypisana. Zostawiłam swoje dane do zwolnienia lekarskiego. Kręciłam się po oddziale, po 12 przyjechał MM i moja mama. Koło 13 doczekałam się wypisu i zwolnienia lekarskiego – o tydzień dłuższego, niż planowałam (9 września planowałam wrócić już do pracy, zwolnienie dostałam do 13). Na moje napomknięcie, że to trochę długo, pani w sekretariacie oświadczyła z uśmiechem, że skoro dają, to mam nie marudzić, tylko odpoczywać. No dobra. Zabrałam swoje rzeczy z sali, pożegnałam się z paniami i na tym się skończyła moja szpitalna przygoda.

W przyszłym tygodniu muszę pojechać na zdjęcie szwów, tydzień później na odbiór wyniku badania wyciętego guzka.

Wczoraj zrobiłam objazd po obu pracach (pierwszy szef wieść o przedłużeniu mojego urlopu przyjął z typowym dla siebie wzruszem ramion, drugi był zajęty, więc tylko skinął głową, że przyjął do wiadomości), księgowej (dowiedziałam się, że zasiłek chorobowy przysługuje mi za każdy dzień zwolnienia, więc pieniążki z ZUSu tak czy siak powinnam dostać!) i sklepach, wróciłam trochę… naciągnięta i zmęczona. Trochę przesadziłam z objazdami jeden dzień po wypisie. Ale za to po południu upiekłam pyszne babeczki orzechowo-czekoladowe. Dzisiaj zaliczyłam już spacer do BlackRedWhite, teraz piję kawę mrożoną. 

Ogólnie czuję się dobrze. Wykorzystuję fakt obecności MM i niczego nie dźwigam. Mam przed sobą jeszcze dwa tygodnie lenistwa. I bardzo mnie to cieszy :)

To by było na tyle :)

Suplementy diety

W przychodni gra radyjko. Cały czas. Podobno nie musimy płacić tantiem. Przy jakimś nudniejszym zabiegu albo podczas przerwy zdarza mi się zwrócić uwagę na to, co to radyjko emituje. Mój ulubiony zespół nie jest puszczany nigdzie poza Trójką i Eską Rock, a te stacje akurat nie są u nas popularne. Leci RMF FM albo Radio Zet. I tak ostatnio zauważyłam, że ilość reklam suplementów diety jest porażająca, szczególnie, jak jedna z nich promuje środek do pobudzania apetytu u dzieci. Spoko, jak ktoś pełnoletni, teoretycznie w pełni władz umysłowych, chce się faszerować czymś podobno zawierającym magnez, żelazo czy pobudzającym erekcję. Ale IMO bez przesady z karmieniem tym dzieci. Czy nie wystarczy chemia w codziennym pożywieniu, trzeba do tego dokładać produkt laboratoryjny, który można wprowadzić na rynek znacznie łatwiej, niż leki, które muszą przed rejestracją przejść długą procedurę badań klinicznych?

Jeśli o mnie chodzi, to „uzupełniam” sobie magnez od czasu do czasu, jak mam skurcze albo powieka zaczyna mi drgać. Nawet pomaga. Po czym przestaję sobie uzupełniać i czekam na kolejne skurcze, pijąc kawkę i herbatkę. 

Pojutrze jazda na oddział. Brr.

A tak w ogóle to mam urlop. Jak to rzekłam koleżance z pracy na pytanie o plany: „najpierw przeleżę trzy dni w szpitalu, a potem będę się użalać nad sobą”.

Zostałam ostrzelana

Przed wyjściem z domu dzisiejsze badanie nazywałam nakłuwajkami (przed wycinankami). A to była strzelanina!

Biopsja gruboigłowa wygląda strasznie. Metalowy pistolet, z głośnym trzaskiem wstrzeliwujący w guz igłę średnicy ok. 2 mm. Wszystko odbywa się pod znieczuleniem miejscowym, więc nie boli w trakcie. W tej chwili się zastanawiam, czy znieczulenie już puściło, bo coś niby czuję pod opatrunkiem (który mam nosić przez dwa dni), ale bez większego przekonania.

Cienkoigłowa przebiegała bez tak wyraźnych doznań słuchowych ;).

Osobom, które boją się igieł przez samo ich bycie igłami, nie polecam patrzenia na instrumentarium.

I chyba widać po mnie wszystkie emocje, bo młody pan doktor (chyba specjalizujący się) włączył poczucie humoru podczas wykonywania badania.

(jednego pacjenta raz straciłam przez tę moją przezroczystość – to był pierwszy pacjent w nowym miejscu pracy, więc byłam speszona i niezorientowana. Wizytę przesiedział, ale już do mnie nie wrócił)

A dzięki zjedzonej godzinę wcześniej bułce udało mi się nie zemdleć ;)

Jutro wizyta u onkologa, potem dopiero 19 sierpnia badanie krwi, tydzień później wyprawa do szpitala, z którego mam szansę wyjść po dwóch dniach (przyjęcie w zabieg we wypis w środę). Może uda mi się wysępić zwolnienie lekarskie do końca trwania zaplanowanego „urlopu” (6 września)? Jako że jestem wrednym kapitalistą-przedsiębiorcą pracującym na umowach o współpracę, nie należy mi się płatny urlop, to chociaż bym dostała kilkaset złotych z chorobowego…

A tak jeszcze a’propo bułki: podstawowa zasada przed pójściem do dentysty – NIE WOLNO iść na głodzie. To nie jest badanie poziomu glukozy. Należy coś zjeść przed wizytą, zaraz potem oczywiście umyć zęby. Dlaczego? Po pierwsze, na głodniaka wzrasta ryzyko omdlenia przy znieczuleniu (częściej się zdarza panom), po drugie, czasami wizyty kończą się zawołaniem lekarza, żeby pacjent nie jadł przez godzinę-dwie. Żeby potem nie było pretensji, jak w wykonaniu mojej niegdysiejszej znajomej internetowej, która została znieczulona i po wizycie pogryzła sobie policzki jedząc orzeszki, chociaż dentysta podobno mówił, żeby nie jadła. Ale pretensje i tak miała do niego.

Znamy datę

Na Oddział Chirurgii Onkologicznej pewnego Szpitala w moim drugim Ulubionym Mieście mam się zgłosić 26 sierpnia.

Mogłam wcześniej, nie chciałam.

Niestety wiedzą już, że jestem dentystą. ;)

A ja nie wiem nic poza terminem. Drugiemu szefowi powiedziałam, że nie będzie mnie w pracy 2 tygodnie… I na razie tego się trzymajmy.

(pierwszy szef dowie się jutro)

Po drodze jeszcze dwie wyprawy do poradni na dodatkowe badania.

Zaczynam odliczanie.

Mleczaki

W drugiej pracy asystentka spędziła ostatnie dwie godziny piątkowej zmiany na unoszeniu do góry palca u ręki, ukąszonego dziecięcymi szczękami, uzbrojonymi w mleczaki. Zgodnie doszłyśmy do wniosku, że mleczaki są tak ostre, bo ich posiadacze nie mają siły w szczękach. Zęby stałe są względnie tępe, ale tkwią w kościach poruszanych mocniejszymi mięśniami, więc z powodzeniem pełnią swoją funkcję. Coś za coś.

Dzisiaj robiłam przeglądy dwóm takim parom mleczakowych szczęk. Dziewczę lat 4,5 i chłopię lat 3,5. Oba zestawy szczęk mogły się poszczycić ząbkami iście mlecznymi – bez ubytków. Przypadek dziewczęcia mnie szczególnie ucieszył, bo to dziewczę ze mną spokrewnione. Znaczy geny całkiem niezłe i higiena nienajgorsza. W nagrodę dostało dyplom i balona z rękawiczki. Zapomniałam sprawdzić zgryz, ale może to inną razą.

Ogólnie po obu przeglądach poczułam się całkiem pozytywnie. Dzieciaki z nietkniętymi próchnicą zębami zdarzają się w naszym cudnym kraju dość rzadko – przynajmniej u nas w przychodni (pierwszej pracy). Nasza higienistka stomatologiczna co tydzień spędza kilka godzin na malowaniu spróchniałych mleczaków na czarno – często u jeszcze młodszych dzieci niż ci moi dzisiejsi pacjenci – debiutanci.

Mniej pozytywna myśl to taka, że chyba rodzina na darmo posłała mnie na stomę, żeby zaoszczędzić na dentyście. Oficjalnie oświadczam, że nie cierpię ich leczyć. Szczególnie kanałowo, bo zawsze wymyślą sobie jakieś powikłania.

PS.: Pojutrze robię trzecią wyprawę do szpitala celem ustalenia daty zabiegu. Poprzednim razem nie zdążyłam. Do trzech razy sztuka. W ogóle nie pójdę tego dnia do pracy i będę tam siedzieć, aż COŚ w końcu załatwię!

Wiem, że nic nie wiem

Dzień w pracy był dość emocjonujący. Najpierw bez słowa nie przyszedł pacjent, który wcześniej robił burdy, że a) wizyta się opóźniła – co się zdarza i niech mu będzie, b) wyszłam z pracy, no jak ona mogła? a był zapisany do innego lekarza. Wtedy oczywiście oberwało się asystentce. Potem musiałam zacząć leczyć kanałowo siostrzaną dolną szóstkę i o ile zazwyczaj trepanacja komory zęba (przestrzeni pod szkliwem i zębiną, w której siedzi miazga, czyli m.in. naczynia krwionośne i nerwy zaopatrujące ząb) to tzw. wpad do dziury, tak teraz nie mogłam w ogóle do niczego się dostać. Nienawidzę leczyć rodziny, już pomijając pretensje, że przewodówka z Ubistesinu Forte trzymała 5,5 godziny – też mi nowość ;). Na koniec szef wyciągał mojemu pacjentowi złamane narzędzie z kanału i chyba mu się udało, pan może się na mnie nie obrazi za powikłania.

Po pracy śmignęłam jakieś 30 kilometrów do szpitala, który mi zasugerowano do wycinanek #2. Po drodze oczywiście pokłóciłam się z nawigacją, bo na początku byłam mądrzejsza od niej (zmądrzałam w listopadzie, jak trasę z omijaniem zakorkowanych dróg wyznaczyła mi na jakieś zamknięte dla ruchu wertepy), ale potem już ładnie mnie poprowadziła.

W szpitalu wspięłam się na oddział chirurgii onkologicznej. W sekretariacie skierowano mnie do piwnicy, do poradni. Według wywieszki na okienku rejestracji, przybywszy na miejsce o 13:30 spóźniłam się pół godziny na ustalenie terminu zabiegu, ale pani za szybą poinformowała mnie, że mam się stawić między 11 a 11:30, założą mi wtedy kartę i pan doktor mnie zbada celem kwalifikacji do zabiegu.

Ogólnie chorowanie i zabiegi są dla osób niepracujących.

Niczego nowego się nie dowiedziałam.

Postanowiłam, że zaryzykuję i śmignę ponownie tam w piątek rano, modląc się przy okazji, żebym przez remontowane wszędzie miasto zdołała dostać się do pracy na czternastą.

Na głodzie (rano zjadłam śniadanie, przy wychodzeniu z pracy o 12:40 chwyciłam Mleczną Kanapkę i to była cała skonsumowana przeze mnie żywność do tamtej chwili, czyli godziny 15) wróciłam do domu, chwyciłam skierowanie na RTG klatki piersiowej, załatwiłam fotkę. Do odbioru w piątek rano. Potem pojechałam kolejne 10 km w jedną stronę, bo oczywiście na wizycie nie przekazałam siostrze jej poczty. Obiad w końcu zjadłam przed 16, dojadając zupkę ugotowaną w weekend.

A było wcześniej zadzwonić do tej szpitalnej rejestracji i się zapytać, co i jak. Wprawdzie prowadzenie samochodu zaczyna mi sprawiać coraz większą przyjemność (kierowcą dalej jestem średnim, ale kiedyś auto to był wyłącznie środek do przemieszczenia się z punktu A do B), to jednak pieniążków na paliwo trochę żal.

Będą kolejne wycinanki :(

Tym razem nieco poważniejsze od pieprzyka średnicy 4 mm. Żesz ja pierdzielę. Tamte były, bo chciałam. Te będą, bo muszę.

Dzisiaj się wcisnęłam do gabinetu lekarskiego bez kolejki – tak mi kazano. Przed i po dokonaniu tej strasznej czynności trzęsły mi się ręce. Podeszłam pod gabinet, ujrzałam kolejkę sugerującą przynajmniej trzy godziny czekania, nie otrzymałam zgody na wcześniejsze wejście, przepuściłam przed sobą dwie osoby i wpakowałam się jako trzecia. Pani doktor nieco starszej daty do mojego przypomnienia, że „jestem dentystą” odniosła się tak, jakby „dentysta” było określeniem o negatywnym wydźwięku. A ja tak mam na dyplomie, więc nie wiem, o co chodzi. Po wyjściu z gabinetu ze wzrokiem wbitym w podłogę rzekłam do innych czekających „do widzenia” i uciekłam, zanim zdołali mnie złapać, bo siedziałam tam 10 minut.

W dobie krwiożerczego kapitalizmu najbardziej mnie martwi to, że znowu nie pójdę do pracy. Nie wiem jeszcze, kiedy, i znacznie bardziej zależy mi na niewkurzeniu trzeciego (obecnie drugiego) szefa, bo pierwszy szef podchodzi do życia na luzie i wystarczy, że mu się o czymś powie i potem to możliwie nadrobi. Znaczy róbcie ze mną, co chcecie, grunt, żebym w piątek mogła pójść do pracy.

Ogólnie humor mam spartolony przez wynik biopsji i konieczność wycinanek. Nawet zakupy nie pomogły. Aczkolwiek żarówiaście żółto-zielona koszulka jest słit i będę w niej chodzić, jak będzie ciepło, co będzie szokujące, bo zazwyczaj noszę ciuchy o nieco innej kolorystyce ;).

Guz niezłośliwy, rosnący we mnie powolutku i bez rewelacji od 6 lat. Nie umieram. Ale pozbyć się trzeba.