Archiwum blogu

Nicnierobienie

Mój tygodniowy urlop na nicnierobienie dobiega niniejszym końca. Pierwsze cztery (a właściwie 5, bo razem z niedzielą) minęły mi na właśnie nicnierobieniu z przerwami na podstawowe sprzątanie i zakupy. A nicnierobienie w moim wypadku to przesiadywanie w Internecie, na łóżku z książką albo granie w „Wiedźmina”.

Weekend od piątku do dziś był wyjazdowy. Jakoś udało mi się przekonać Ł. do wypadu do mojego ulubionego hotelu ze SPA. Poprzedni nasz pobyt w hotelu był związany z moją konferencją, lokalizacja była średnio przyjazna (posiłki wieczorem były wydawane za każdym razem w innym miejscu, poza tym Ł. się najzwyczajniej w świecie wynudził jak mops), więc nasz wypad do Andersa w Starych Jabłonkach był okupiony ryzykiem, że padnie „nigdy więcej!” i później jeździć będę sama albo wcale. Oba wyjścia niefajne, bo ja Andersa bardzo lubię, a jeździć w pojedynkę, jak się jest w związku, też tak trochę nie bardzo.

Podeszłam do tego metodycznie. Mianowicie jakieś 15 minut drogi od Andersa leży Gietrzwałd i Karczma Warmińska. W Karczmie kiedyś już byłam, opinie mają bardzo dobre. Więc  najpierw pojechaliśmy na obiad. I to był bardzo dobry pomysł, bo żarcia było dużo, było pyszne (czernina spełniła oczekiwania Ł., choć ja osobiście nie mam nawet odwagi spróbować), podane szybko i przez miłą obsługę. Więc udało się trochę przykryć wątpliwości ;).

A Anders jak Anders – ładne pokoje, wygodne łóżko, basen i sauna w cenie noclegu, posiłki w formie szwedzkiego stołu (pierogi z rybą na kolację w piątek rozwiały chyba resztę wątpliwości). Na sobotę miałam zaplanowane zabiegi w SPA, do tego dokupiliśmy godzinkę na torze do bowlingu, była też zaplanowana bardziej romantyczna kolacja. Po śniadaniu poszliśmy też na basen. Rezultatem naszych sobotnich aktywności jest to, że dzisiaj ja się ledwo ruszam, a Ł. też jest nieco zesztywniały.

Ogólnie ten wyjazd minął nam pod znakiem pysznego żarcia. Trzeba się przeprosić wreszcie ze sprzętem do fitnessu i pożegnać słodycze.

Wnioski z soboty: w bowling jestem niezmiennie beznadziejna; nie wiedziałam, ile tracę, nie korzystając wcześniej z sauny; jak już zabierać laptopa i dysk przenośny, dobrze zabrać jeszcze kabel HDMI, bo hotelowe telewizory nie trawią plików .mkv.

Najważniejszy wniosek padł jednak przed powrotem do domu: następnym razem, jak tam pojedziemy, to na dzień dłużej. Byłam w ciężkim szoku, jak to usłyszałam ;).

Recepcjonistka nie patrzyła dziwnie.

Pogoda była do kitu, nawet nie było kiedy pójść na spacer.

I zaklepałam nam miejscówkę na urlop letni. Bardzo dziękuję „dentystce z Lublina”, która pod poprzednią notką podrzuciła namiary – z jednego z nich skorzystaliśmy :). Urlop jednak odbędzie się w pierwszej połowie lipca. Przynajmniej taką mamy nadzieję, bo zadatek na lokum wpłacony, tylko szefostwo jeszcze o naszych planach nie wie.

Kolejne lenistwo za półtora miesiąca. Majóweczka :)

Książki się czyta

Pochodzę z oczytanej rodziny. U mnie w domu zawsze było dużo książek, wszyscy domownicy lubią czytać. Ja też – do tego stopnia, że kiedyś mój sposób wysławiania się określano jako literacki – mam nieco pomieszany szyk słów w zdaniu :). Tak jakoś mi wyszło i się z tego nie wyleczyłam, co gorsza, przenoszę to również na język angielski, którego też czasem używam w piśmie. A angielski nie jest taki tolerancyjny pod tym względem.

No nic.

Rok temu Rodziciel na 60 urodziny dostał od nas (składka była) małego Kindle’a. Kindle (znaczy nabyty model, nie pamiętam oznaczenia) ma ekran niepodświetlany, ale to był pierwszy czytnik e-booków w rodzinie, więc nikt na to nie zwrócił uwagi. Rodziciel bardzo sobie prezent chwali, czytelnictwo mu skoczyło.

Kilka miesięcy temu na czytnik skusiła się Siostra. Wykupiła abonament w Legimi. I zaczęła kusić.

I się jej udało. Na początku września czytnik (inny) kupiłam też ja, również w Legimi. Czytanie z ekranu nigdy nie stanowiło dla mnie problemu, a tym bardziej z ekranu o nazwie e-ink. Nie męczy toto wzroku jak ekran komputera czy tabletu. Kto ciekawy, może zajrzeć do Kącika Czytelniczego i zobaczyć, jak się zakup odbił na ilości przeczytanych przeze mnie książek – wszystkie książki po zakupie czytałam na moim Pocketbooku.

Obie z siostrą mamy nie-Kindle, ale z podświetlanym ekranem. Rodziciel po cichu zazdrości. Mama też – jako jedyna w rodzinie jeszcze nie ma czytnika, na liście sugestii prezentowych pojawiła się i ta pozycja.

Co zaobserwowałam przez te półtora miesiąca czytania? Jakie wady i zalety czytnika dostrzegłam?

Plusy:

+ czytnik jest wielkości mniej-więcej niedużego tabletu, mój ma przekątną ekranu 6,6 cala. Zazwyczaj posiada ekran dotykowy, częsta jest karta Wi-Fi i slot na kartę pamięci. Z internetu się na tym korzysta średnio, ale przy rejestracji urządzenia na stronie producenta dostaje się indywidualny adres e-mail dla czytnika, potem na ten adres można wysyłać e-booki.

+ czytnik jest lepszy od książek papierowych do noszenia do pracy i podczytywania między pacjentami.

+ trzydzieści (albo więcej) książek na czytniku ma masę czytnika, a nie kilku kilogramów w wersji papierowej. W pamięci czytnika zmieści się ich pewnie kilkaset lub nawet tysiące. Małe rozmiary i masa czytnika ułatwiają również trzymanie go jedną ręką i na leżąco.

+ bardzo łatwo można znaleźć e-booki w sieci. Do piractwa nie namawiam, ale poza paroma brakami, na Legimi jest naprawdę co czytać (nie ma na przykład „Władcy pierścieni” Tolkiena. A powtórzyłabym sobie. W tłumaczeniu Skibniewskiej, oczywiście.)

+ mi się osobiście szybciej czyta na czytniku niż na papierze. Nie wiem, z czego to wynika.

+ Legimi ponadto mierzy szybkość czytania i czas spędzony danego dnia na czytaniu. O ile czyta się książkę z Legimi albo się wrzuci książkę z innego źródła w „chmurę”. Kindle jako takie chyba też posiada takie opcje.

+ nawet przy rozpoczęciu kilku książek na jednym urządzeniu, czytnik pamięta, gdzie się w każdej książce skończyło.

Minusy:

– książki na czytniku nie pachną. Dla mnie to nie ma znaczenia, bo nigdy nie wąchałam książek (się tuszu i papieru nawąchałam dorabiając w drukarni), ale dla niektórych może mieć.

– książkom papierowym nigdy nie rozładują się baterie (mój Pocketbook jest kiepskawy pod tym względem, ale może jednak powinnam wyłączyć Wi-Fi. Żre baterię nawet przy uśpionym (nie wyłączonym!) ekranie, trzeba go ładować co 3-4 dni, jeśli pamiętam go wyłączyć na noc).

– książkę w czytniku znacznie trudniej przekartkować. Czasami lubię wiedzieć, ile zostało stron do końca rozdziału, a tego mi czytnik nie pokazuje; albo wrócić do jakiegoś momentu.

– Pocketbook z Legimi nie posiada bezpośredniego dostępu do katalogu Legimi, co jest gupie i nikt mnie nie ostrzegł przed zakupem. Mogę sobie książkę pobrać na stronie na kompie albo w apce na telefonie, trafia ona na czytnik po synchronizacji. Poza tym brakuje mu kilku funkcji dostępnych na apce dla Androida (jak pokazywanie ilości stron do końca rozdziału). Lepiej chyba zainwestować w droższy InkBook albo w ogóle w Kindle’a.

– dla fanów maziania po książkach – nope, nie da rady. Notatkę można sobie zrobić i zakładkę też.

Nadal wychodzi na plus ;).

Aktywna asysta

Techniką na cztery ręce nie pracuję. Nie nauczyli. Znaczy pracuję tylko chwilami, jak moje dwie ręce to za mało.

Ale mam asystentki dentystyczne na zawołanie. Wierzcie mi, dobra asysta to skarb.

Dobra asysta w wielu przypadkach oznacza osobę, która wie, co robi i umie obserwować lekarza, z którym pracuje.

Jakiś czas temu zastanawiałam się, po co w szkołach asystentek i higienistek stomatologicznych uczą przebiegu zabiegu od strony lekarskiej. U nas nadal pacjent większość czasu podczas wizyty spędza pod bezpośrednim okiem lekarza dentysty, więc wydawało mi się, że taka wiedza u asysty nie jest konieczna.

Ostatnio zmieniłam zdanie.

Do pracy po studiach poszłam z wyrobionymi na uczelni zwyczajami. Owe zwyczaje częściowo uległy zmianie z przebiegiem czasu i zyskiwanym doświadczeniem, są jednak rzeczy, których się trzymam. Przez ponad cztery lata w pierwszej pracy i półtora roku w drugiej, asystentki zdołały wyłapać sporo z tych rzeczy.

I tu się przydaje wiedza odnośnie danego zabiegu.

Dzisiaj przychodzi pacjent. Ząb po dewitalizacji (zatruciu miazgi) na poprzedniej wizycie. Mówię asystentce, że wizyta po zatruciu. Pada tylko pytanie, ile płynów do płukania kanałów ma być. Ja na to, że dwa.

No to dostaję pilniki do opracowania kanałów, owe dwa płyny (podchloryn sodu i EDTA), endometr, linijkę endo i ssak. Jeśli potrzebuję czegoś więcej, to o tym mówię.

Jeśli pacjent na leczenie zachowawcze miał na wcześniejszej wizycie założony określony rodzaj i kolor wypełnienia, na kolejnej, również z leczeniem zachowawczym, dostanę na asystor ten sam materiał, bez proszenia.

Podczas wizyty na NFZ użycie wytrawiacza przeze mnie wiąże się z pytaniem asysty o kolor wypełnienia z kompozytu. Kondycjoner do zębiny oznacza użycie glass-jonomeru i nikt nie musi o to pytać. Wypełnienie estetyczne w zębach przednich asysta zaczęła szybko łączyć z moim proszeniem o trzymadełko do tarczki polerskiej – już nie muszę o nie prosić, dostaję z automatu.

Asystentka musi wiedzieć, co robi lekarz. Musi wiedzieć, dlaczego to robi. Jeśli nie wie, niech zapyta. Jeśli pracuje z lekarzem na cztery ręce, czyli pomaga mu bezpośrednio, siedzi po drugiej stronie pacjenta i ma wgląd w paszczę ofiary, musi wiedzieć, co za zabieg będzie się odbywał, żeby wszystko zawczasu przygotować.

Ostatnio rozmawiałam z higienistką, wyszkoloną w Niemczech. Opowiadała mi, że jeśli u pacjenta miało być na przykład szlifowanie zęba pod koronę protetyczną, lekarz wykonywał tylko samo szlifowanie. Znieczulanie, zakładanie nici retrakcyjnej celem odsunięcia dziąsła, a później wyciski, robiła higienistka. Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, w bogatszych miastach. Ale nawet tutaj, na wsi i w małym mieście, już nie będę się dziwić, „po co wam to?”.

Reklama (tak jakby)

Kupiłam sobie szczoteczkę soniczną. Najprostszą, jaka była.

To taka elektryczna, tylko bardziej brzęczy po zębach ;). I drga. Działa to na zasadzie podobnej do ultradźwięków (kto miał kiedyś usuwany kamień nazębny ultradźwiękami, ten kojarzy wrażenia), tylko drgania mają mniejszą częstotliwość. Zwykła szczoteczka elektryczna czyści zęby wyłącznie mechanicznie, tutaj mamy jeszcze efekt „wzbudzonej” drganiami wody, która skuteczniej dociera do przestrzeni międzyzębowych.

Główka szczoteczki jest wielkości ręcznej szczoteczki dziecięcej – większa od główki szczoteczki elektrycznej Oral B, ale mniejsza od normalnej, „dorosłej” szczoteczki ręcznej.

Włosie jest wyprofilowane tak, że obejmuje dwa sąsiednie zęby. Po lekkim dociśnięciu do powierzchni zęba ładnie wypełnia zagłębienia między zębami.

Moja szczoteczka ma właściwość wskazywania czasu mycia zębów. Znaczy zapika co 30 sekund trzy razy, za czwartym razem (czyli po dwóch minutach) zamiast zapikać, się wyłączy. W ten sposób się okazało, że przepisowe dwie minuty mycia zębów wcale nie jest tak trudno osiągnąć. Owszem, machając ręczną szczoteczką szybko się odechciewa, ale prowadząc główkę po zębach bez żadnego wywijania, jest to znacznie prostsze. Przynajmniej dla mnie. Na początku się wręcz nie wyrabiałam, jak nie wiedziałam, o co z tym piknięciem chodzi (nie zawsze czytam instrukcję przed użyciem…). Bo ja lubię po myciu zębów mieć je rzeczywiście czyste.

Ma też funkcję Easy Start, czyli uruchamiając ją pierwszy raz po zakupie, z każdego cyklu mycia zębów na każdy siła drgań wzrasta. Tak przez kilkanaście cykli, do maksymalnego poziomu, który potem zostaje taki sam. Stąd też był mój pierwszy wniosek, że to brzęczyk. Po kilku dniach różnica jest odczuwalna.

Niektórzy użytkownicy szczoteczek elektrycznych narzekają na nadwrażliwość zębów. Ja używam elektrycznej od dobrych kilkunastu lat i nic się nie dzieje. Jakiś czas temu dodałam do tego pastę wybielającą i nadal nic. Podejrzewam, że wszystko zależy od techniki. Zobaczymy, jak będzie tym razem.

Używam tej szczoteczki od czwartku. Na razie stwierdzam, że rzeczywiście ząbki mam czyste i nie muszę w to wkładać żadnego wysiłku. Owszem, wszystko (mycie zębów, masaż dziąseł, czyszczenie języka) można zrobić też zwykłą, ręczną szczoteczką (może poza irygacją, więc do tego byłby potrzebny osobny sprzęt), tylko po co? Ta szczoteczka prawie wszystko robi za mnie :). Trzeba ją tylko trzymać w dłoni i włączoną przesuwać po zębach.

Tylko nie zapomnieć o paście. Pojawiły się takie gęstsze, specjalnie na szczoteczki elektryczne. Podobno się nie rozpryskują. Ale zwykła pasta też wystarczy :)

Największa wada szczoteczek sonicznych? Cena. Poniżej 200 zł się nie zjedzie. To na pierwszy rzut, bo później trzeba jeszcze co 3 miesiące wymieniać główki, co też wiąże się z większym niż zwykle wydatkiem.

Z ciekawostek? Są wersje dziecięce. Można na przykład naklejkę na panelu przednim sobie nakleić.

I są wersje z wieloma programami mycia. To dla osób z jeszcze większą gotówką.

Można tej szczoteczki używać, mając na zębach stały aparat ortodontyczny (uznałabym to wręcz za wskazanie do używania), tylko główki zużywają się nieco szybciej. Tak samo nie przeszkadzają stałe odbudowy protetyczne (korony, mosty i licówki).
W przypadku posiadania wszczepionego rozrusznika serca należy skonsultować się z lekarzem. Nowoczesnym rozrusznikom nie powinny przeszkadzać ultradźwięki (bo niby czym się robi echo serca), a co dopiero drgania w wykonaniu takiej szczoteczki, ale w razie wątpliwości lepiej się upewnić.

Zatem podsumowując: dla osób, które myślą o zakupie i mają na to kasę? Absolutnie nie widzę przeciwwskazań.

Zestaw higieniczny

Jakby ktoś pytał, czym myję zęby.

Poprawka: Twierdziłam wyżej, że nie jest potrzebna irygacja. Posiadacze irygatora: nie wyrzucajcie sprzętu! Osobiście go nie używam, więc potem gadam głupoty. ;)

Reklama

kremu do rąk.

Nivea SOS Balsam Regenerujący (dla suchych i spierzchniętych dłoni).

Działa. Po jednym dniu używania alergia znacząco się cofnęła, ręka wygląda prawie normalnie i skóra nie jest przeraźliwie sucha.

Trzymam go na stole niedaleko mojego unitu, co kilku pacjentów sobie smarnę po rękach i jest OK.

Polecam.

PS.: Poza tym odkryłam i momentalnie zakochałam się w czekoladzie Milka z prażonym ryżem. Ogólnie jest to bardziej ryż z czekoladą, ale i tak smakuje super. ;)