Archiwum blogu

Przerwa techniczna

Pozdrawiam z Pragi, jednego z najpiękniejszych miast, jakie widziałam.

Nie mam dostępu do swojej skrzynki emailowej. Zatem na wszelkie próby kontaktu (o ile takowe będą, w co wątpię) odpowiem po powrocie, czyli najwcześniej we wtorek.

Kontaktować się można poprzez profil na FB.

Po powrocie na blogu powinna się ukazać notka z podróży, która już jest w przygotowaniu (notka, nie podróż).

Dziękuję za uwagę :)

Przedurlopowy zapitolnik

Jeszcze 8 dni roboczych do urlopu. Ogólnie 11 dni do wyjazdu do Pragi. A będą to dni bardzo pracowite.

Wczoraj miałam ochotę nie pójść spać. Pewnie bym to zrobiła, gdyby nie to, że dzisiaj i jutro do pracy idę, więc nie miałabym kiedy odespać. I wczoraj koło 22 jeszcze zaliczyłam mały spacerek na pogotowie (gdzie mi nie pomogli) i do apteki całodobowej (gdzie się okazało, że nocą łatwiej się nawiązuje kontakty międzyludzkie, nawet na trzeźwo), bo podczas zabawy świeczkami poparzyłam sobie przegub kciuka prawej ręki. Teraz mam ładne zaczerwienienie i małe pęcherze. Jestem ciekawa, jak dzisiaj w pracy będę sobie ręce dezynfekować.

Ponadto w ogóle nienajlepiej się czuję…

Jutro też do pracy, 9-14.

W niedzielę przed południem przyjeżdża Ł., potem jadę do rodziców, bo Rodziciel wczoraj skończył 59 lat.

W poniedziałek praca 8-18:30. Wtorek to samo. W środę 8-13, prywatnie, więc spokojnie, na 16 jadę do kosmetyczki zrobić sobie pazurki hybrydowe. Również w środę albo w czwartek rano muszę zrobić też przegląd techniczny i wymianę oleju w samochodzie, z czego pewnie ucieszy się Ł., którego wyciągam do Poznania pod koniec lipca.

W piątek praca 9-21.

W sobotę 8:30-13. I urlop.

W niedzielę prawdopodobnie zamknę się w mieszkaniu na 4 spusty, chyba, że przyjedzie moja znajoma, to będziemy biegać po jakimś kurorcie. Albo w poniedziałek. Na pewno przed wyjazdem muszę zaliczyć fryzjera i fotografa, bo kończy mi się ważność dowodu osobistego (ale mogę na nim jeszcze pojechać do Pragi). Jakieś zakupy gdzieś kiedyś… I 15 lipca o 23:45 ruszam na Południe.

Dożyję do tego momentu?

Lenistwo

Za 10 dni zacznę 8 dni majówki. Z tych 8 dni 5 spędzę poza domem. Najpierw dwa dni będę się rozpieszczać w hotelu, potem dwa dni będę biegać po Warszawie.

Z dnia na dzień coraz bardziej nie chce mi się iść do pracy.

Żeby nie było, lubię swoją pracę. Nie oznacza to jednak, że nie mam prawa być nią zmęczona przed urlopem.


 

Ostatnio miałam małego pacjenta z mózgowym porażeniem dziecięcym, o czym dowiedziałam się właściwie od jego matki. Pacjent wszedł dzielnie do gabinetu, usiadł na fotelu, bardzo poważnie i dojrzale wytłumaczył, na czym polega problem. Problem został znieczulony powierzchniowo, (podobno przeraźliwie) gorzką lignokainą w sprayu. Pacjent wytrzymał chwilę tę gorycz, wypłukał usta, chwyciłam problem w kleszcze (ruchomy, mleczny ząb) i uwolniłam od niego pacjenta. Problem został zapakowany w torebkę do sterylizacji małych narzędzi i oddany pacjentowi na pamiątkę.

Pacjent wychodząc dziękował i żegnał się chyba ze trzy razy.

Miło mieć takich pacjentów.

Majówka zaplanowana

Wzięte trzy dni wolnego z pierwszej pracy (koniec kwietnia).

Najpierw dwa dni będą mnie rozpieszczać w hotelu ze SPA niedaleko Ostródy, potem kolejne dwa dni będę się włóczyć po Warszawie.

Po czym 2 maja muszę iść do pracy – o ile dojadę żywa moim Złomkiem (który bardzo dobrze sobie radzi jak na 11-letniego „mikrusa”, Złomkiem jest nazwany tylko ze względu na coraz bardziej zaawansowany wiek i rdzę podjadającą róg klapy bagażnika) ze wspomnianej Warszawy do domu (400 kilometrów, dla mnie to odległość szokująca), weekend znowu wolny, ale w domu.

Nie mogę się doczekać :)

Niektórzy sobie lecą w ciepłe kraje albo na piwo do Londynu, ja do tego muszę jeszcze dojrzeć i nie planować wymiany samochodu jesienią (albo później).

Wyskok

No i mam ten o dziwo płatny urlop. I tak sobie siedzę, nic nie robię, a jak coś robię, to wydaję ciężką kasę. I to wydawanie kasy później odchorowuję – wczoraj byłam w IKEA, dzisiaj żyję na jednym bananie, kawałku czekolady, połowie kanapki, jednej brzoskwini i szklance soku pomarańczowego. Próba wypicia herbaty rano (nie miałam ochoty jeść) skończyła się na barwnym zakomunikowaniu przez ową herbatę pół godziny po spożyciu, że ona wychodzi. No i wyszła. A mnie tylko łeb napitala.

Wczoraj, jak jeszcze byłam w pełni sił, stwierdziłam, że, kurna, pojechałabym gdzieś sobie. Wyfrunąć z gniazdka na dwa dni z powodów innych niż szpital. Pomyślałam chwilkę i stwierdziłam, że może pojechałabym do Poznania? W sumie byłam tam ze 2-3 razy, ale czemu nie zrobić powtórki? Tylko znaleźć odpowiednie połączenie PKP i lokum.

Odpowiednie połączenie, czytaj, na miejscu koło 12 i tanio.

Nie ma. Jest albo na miejscu przed południem i pieruńsko drogo, albo kilka przesiadek. Nie lubię. Poznań odpada.

W Szczecinie mam znajomych, ale Szczecin jest brzydki (byłam raz). Do Krakowa za daleko. We Wrocławiu byłam dwa razy, wspomnienia mam całkiem miłe (mój pierwszy koncert Archive!), ale wolałabym do Krakowa. W Warszawie byłam kilka razy. Do Lublina też za daleko.

To może Olsztyn?

200 kilometrów, można zajechać autkiem. Nigdy tam nie byłam. Miasto podobno bardzo ładne, niedaleko można zaliczyć też kilka atrakcji. Znalazłam pokoje do wynajęcia. Zadzwoniłam w jedno miejsce, pani poradziła, żebym zadzwoniła później, bo może się coś zwolni. To zadzwoniłam w drugie, niestety droższe, ale sprawdzone i zaklepałam sobie wstępnie pokój. Ale w to pierwsze też zadzwonię.

MM stwierdził, że nie ma kasy, ale fakt, ma dość poważne wydatki zaplanowane, a ja z tym wyjazdem wyskoczyłam dość nagle i bez wcześniejszego ostrzeżenia. Pojadę sama.

No to jadę do Olsztyna. We wracam w czwartek.

Taka jestem spontaniczna. ;)

Pewnie powinnam napisać notkę ze szpitalnej przygody

Ale niespecjalnie mi się chce ;)

Dwa razy już dziękowałam na fanpejdżu za kciuki i inne formy wsparcia psychicznego, podziękuję i tutaj.

Zatem DZIĘKUJĘ :) Za miłe słowa tutaj i na FB, za dodatkowe lajki, za każde ciche wsparcie. Jesteście bardzo fajnymi czytelnikami. Buziaki :* :* :*

;)

A, może jednak mi się zachce…

Na opiekę na oddziale nie mam powodu narzekać. Panie pielęgniarki nie zawracały głowy, jak przyszły, to były miłe. Jedzenie… no cóż, jak to moja siostra określiła, były to wczasy all inclusive z dietą i usuwaniem zbędnych gramów. Jedzonko było chude, skromne i bez soli, ale zjadliwe i przeżyć się dało. Nikt mnie też zawczasu nie poinformował, że do szpitala trzeba brać własne sztućce, ale najpierw pani z kuchni mi pożyczyła niezbędne sprzęty, potem zostałam doposażona przez MM.

Prysznice na oddziale były czyste i z ciepłą wodą.

Wieczorem pierwszego dnia dostałam różową pigułę na sen, ale niespecjalnie na mnie podziałała. Następnego dnia obudziłam się średnio wyspana, około szóstej.

Wstałam, ogarnęłam się, około siódmej rano miałam być już w łóżeczku. Po siódmej przyszły panie, kazały się rozebrać pod kołderką, założyły wkłucie dożylne, ogoliły mnie pod pachą (przy okazji dziabiąc do krwi moją małą, uszypułowaną zmianę skórną), zdezynfekowały pole operacyjne, dały głupiego Jasia. Około ósmej zupełnie przytomna (trochę się tylko zatoczyłam przy zejściu z łóżka, ale bardziej pijana czuję się po jednym piwie) przesiadłam się na wózek-leżankę i zostałam przewieziona na salę operacyjną. Chirurgom dostarczono nielateksowe rękawiczki (przyznałam się do alergii kontaktowej), zostałam ułożona na stole, założono mi mankiet ciśnieniomierza na ramię i różne inne dziwne rzeczy na udzie i plecach. Dziabnięcie skóry zostało zauważone. Trzy razy zostałam zapytana, czy może usunąć zupełnie tę zmianę? Trzy razy potwierdziłam ze wzruszem ramion – do niczego nie jest mi potrzebna. „Wyżej mam drugą, można też przy okazji uciąć” – zaśmiałam się.

– Podamy pani fentanyl 0,1, będzie pani spała – usłyszałam. Przyłożono mi do twarzy maskę, z której wydobywał się słodkawy gaz. – Jeszcze druga dawka fentanylu…

I w tym momencie urwał mi się film.

Obudziłam się z podrażnionym lekko gardłem, jeszcze na sali operacyjnej, właściwie w drodze na moją salę. Poinformowano mnie, że zmianę skórną też mi wycięto. Poza tym, że byłam śpiąca, czułam się dobrze. Wróciłam na łóżko – był chwilka po dziewiątej – złapałam komórkę, poinformowałam wszystkich, że żyję, zdrzemnęłam się. Po pierwszej dawano obiad, dostałam zupkę, zjadłam. Na sali (sześcioosobowej, wczoraj byłyśmy trzy, ja i jedna pani wróciłyśmy, trzecią po zabiegu położono na pooperacyjnej) położono cztery nowe panie, które uświadomiły mi, że raczej nie miałam pełnej narkozy, tylko jakąś formę znieczulenia ogólnego, skoro czuję się tak dobrze. W miejscu zabiegu i dziabniętej zmiany miałam plasterki. Czułam dyskomfort, ale nie było to nic, co by mi znacząco utrudniało życie.

Wieczorem pod prysznicem znalazłam na plecach elektrodę od EKG (zostały przyklejone przynajmniej dwie, jedna najwyraźniej została pominięta przy ściąganiu), poza tym odkleiłam sobie plasterek pod pachą (myślałam, że będzie tylko mały opatrunek po szypułce) i się okazało, że tam też mam szew! Chodzę onitkowana. Pod opatrunkiem na piersi wyczuwałam około dwucentymetrowe nacięcie.

Podczas wieczornego obchodu pielęgniarka rzuciła okiem na mój stolik i zawołała „Ładnie, pierwsza pacjentka!” Speszona spojrzałam w tamtą stronę, kurde, w ciągu dnia jadłam chrupki z automatu, może nie powinnam była? Zostały papierki? Ale nie, groźny ton wcale nie miał być groźny. Okazało się, że jako jedna z nielicznych pacjentów pomyślałam o… wzięciu stoperów do uszu (nie użyłam ich poprzedniej nocy). „A potem pacjenci narzekają po nocy, że nie mogą spać!”. No proszę. Dla mnie bardziej logiczne było wzięcie stoperów niż sztućców… Zaproponowano mi lek przeciwbólowy na noc, przyjęłam ze wzruszem ramion – naprawdę nie bolało. Pigułę na noc też sobie zażyczyłam ;). Obejrzałyśmy większość meczu Legii, po 22 poszłyśmy wszystkie spać.

Następnego dnia znowu obudziłam się przed szóstą, ale dzięki stoperom wyspałam się lepiej. Koło ósmej nowe lokatorki zaczęły wyjeżdżać na swoje zabiegi. Obchód był po dziewiątej, miałam zostać wypisana. Zostawiłam swoje dane do zwolnienia lekarskiego. Kręciłam się po oddziale, po 12 przyjechał MM i moja mama. Koło 13 doczekałam się wypisu i zwolnienia lekarskiego – o tydzień dłuższego, niż planowałam (9 września planowałam wrócić już do pracy, zwolnienie dostałam do 13). Na moje napomknięcie, że to trochę długo, pani w sekretariacie oświadczyła z uśmiechem, że skoro dają, to mam nie marudzić, tylko odpoczywać. No dobra. Zabrałam swoje rzeczy z sali, pożegnałam się z paniami i na tym się skończyła moja szpitalna przygoda.

W przyszłym tygodniu muszę pojechać na zdjęcie szwów, tydzień później na odbiór wyniku badania wyciętego guzka.

Wczoraj zrobiłam objazd po obu pracach (pierwszy szef wieść o przedłużeniu mojego urlopu przyjął z typowym dla siebie wzruszem ramion, drugi był zajęty, więc tylko skinął głową, że przyjął do wiadomości), księgowej (dowiedziałam się, że zasiłek chorobowy przysługuje mi za każdy dzień zwolnienia, więc pieniążki z ZUSu tak czy siak powinnam dostać!) i sklepach, wróciłam trochę… naciągnięta i zmęczona. Trochę przesadziłam z objazdami jeden dzień po wypisie. Ale za to po południu upiekłam pyszne babeczki orzechowo-czekoladowe. Dzisiaj zaliczyłam już spacer do BlackRedWhite, teraz piję kawę mrożoną. 

Ogólnie czuję się dobrze. Wykorzystuję fakt obecności MM i niczego nie dźwigam. Mam przed sobą jeszcze dwa tygodnie lenistwa. I bardzo mnie to cieszy :)

To by było na tyle :)

Suplementy diety

W przychodni gra radyjko. Cały czas. Podobno nie musimy płacić tantiem. Przy jakimś nudniejszym zabiegu albo podczas przerwy zdarza mi się zwrócić uwagę na to, co to radyjko emituje. Mój ulubiony zespół nie jest puszczany nigdzie poza Trójką i Eską Rock, a te stacje akurat nie są u nas popularne. Leci RMF FM albo Radio Zet. I tak ostatnio zauważyłam, że ilość reklam suplementów diety jest porażająca, szczególnie, jak jedna z nich promuje środek do pobudzania apetytu u dzieci. Spoko, jak ktoś pełnoletni, teoretycznie w pełni władz umysłowych, chce się faszerować czymś podobno zawierającym magnez, żelazo czy pobudzającym erekcję. Ale IMO bez przesady z karmieniem tym dzieci. Czy nie wystarczy chemia w codziennym pożywieniu, trzeba do tego dokładać produkt laboratoryjny, który można wprowadzić na rynek znacznie łatwiej, niż leki, które muszą przed rejestracją przejść długą procedurę badań klinicznych?

Jeśli o mnie chodzi, to „uzupełniam” sobie magnez od czasu do czasu, jak mam skurcze albo powieka zaczyna mi drgać. Nawet pomaga. Po czym przestaję sobie uzupełniać i czekam na kolejne skurcze, pijąc kawkę i herbatkę. 

Pojutrze jazda na oddział. Brr.

A tak w ogóle to mam urlop. Jak to rzekłam koleżance z pracy na pytanie o plany: „najpierw przeleżę trzy dni w szpitalu, a potem będę się użalać nad sobą”.

Będzie rzeź

Sezon urlopowy zmusza mnie do zastępowania koleżanek z pracy. W rezultacie będę pracować czasami 12 godzin/dobę i w większość sobót.

Ostatecznie pewnie pójdę do szpitala, żeby odpocząć.

Naskórek po zeszłotygodniowym opalaniu zaczął mi schodzić w środę, głównie z dekoltu i czoła. Reszta oparzeń zrobiła się brązowa. Radosne ściąganie z siebie złuszczonego naskórka zakończyło się tym, że obecnie klata mi praktycznie świeci.

A w ten weekend się nudzę. Próbowałam dojechać do jednego centrum handlowego, ale korki na drodze krajowej zmusiły mnie do odwrotu. Pojechałam zatem do innego centrum, gdzie sobie kupiłam książkę i zaraz będę ją dalej czytać przy czekoladzie i jakiejś kawce, zaparzonej po zmieleniu na świeżo, a co. Weekend jest.

Dużo czasu/Złe geny

Weekend miałam wybitnie wycieczkowy. Wczoraj 12 godzin poza domem z okazji wypadu do Borów Tucholskich, dzisiaj prawie 9 godzin poza domem z powodu wypadu do Władysławowa.

Wczoraj po powrocie ze zdziwieniem stwierdziłam, że kurczę, została mi jeszcze cała niedziela!

Dzisiaj zostawiłam samochód pod dworcem kolejowym i najgorszy etap podróży przejechałam, siedząc dość wygodnie w pociągu Przewozów Regionalnych. Zrobiłam to, ponieważ wiedziałam, że jeśli pojadę samochodem, to a) dostanę szału przy szukaniu miejsca parkingowego, b) droga powrotna zajmie mi znacznie więcej czasu, niż by to sugerowała stosunkowo niewielka (ok. 30 km) odległość między moim miejscem zamieszkania a celem podróży. Pociągi jeżdżą średnio co półtorej-dwie godziny, więc można wysiedzieć te 40-55 minut, a nie wkurzać się po drodze.

Z Władka (opanowanego przez samochody mieszkańców województw głównie mazowieckiego, łódzkiego i wielkopolskiego) wróciłam ze skórą ładnie miejscami… oparzoną przez słońce. Na razie jestem estetycznie czerwona w niektórych miejscach, za dwa dni zacznie mi płatami schodzić naskórek. Już się cieszę.

Pierwsza część tytułu notki odnosi się do drugiego akapitu. Spędzając sporo czasu poza domem, bez pośpiechu, ale robiąc same przyjemne rzeczy, można stwierdzić, że weekend znacząco się wydłuża, ale tak pozytywnie. Gdyby nie moje wycieczki, to pewnie całe dwa dni przesiedziałabym przed kompem i miała poczucie straconego czasu. A tak zaliczyłam plażę i ciekawe okolice. Same zalety.

Druga część tytułu notki odnosi się do końca czwartego akapitu. Rozmowę na temat reakcji skóry na słońce odbyłam z rodzicami podczas sobotniej wycieczki, kiedy to moje lewe ramię, nieco intensywniej od prawego wystawione na działanie promieni słonecznych, zaczęło się czerwienić. Rodzice i ja opalamy się w ten sam sposób – kąpiele słoneczne zawsze przypłacamy oparzeniami. Jedynym wyjątkiem w naszej czwórce jest moja siostra, która ma cerę nieco ciemniejszą i zwykle od razu brązowieje. Przekazała zresztą tę cechę swojej pierwszej córce (o drugiej córce nie mam danych w tym zakresie). Zastanawialiśmy się, skąd się u niej to wzięło, oczywiście wyszło, że z genów – „śniadym” bywał również nazywany brat mojego taty. Zatem rodzeństwo moje wylosowało nieco lepszy pakiet genów, jeśli chodzi o opalanie.

A ze mnie w pracy będą się jutro śmiać. Bo czerwona jestem na łydkach, stopach, gębie, rękach (od przedramion do łopatek), dekolcie i plecach w okolicach krzyża. I będę jęczeć i skomleć, ale mam za swoje. Było się lepiej smarować mleczkiem do opalania.

Idę spać…

OSTRZEŻENIE: Nie wchodźcie na Wikipedię. Wejście na jeden artykuł poskutkuje przeczytaniem dwudziestu kolejnych.

Dzielne koniki

Moich rodziców wywiało do lasu na urlop. Konkretnie do Borów Tucholskich. Znaleźli sobie mały domek letniskowy i siedzą w nim od środy do przyszłego piątku.

Mama zapraszała mnie na wycieczkę tamże. MM się nie zdecydował mi towarzyszyć, więc po drodze zabrałam tylko mojego dziadka (ojca mojego taty) i z 3miasta ruszyliśmy na południe. Najpierw Obwodnicą, później wjechaliśmy na autostradę A1.

Kiedy półtora roku temu szukaliśmy z MM lokalizacji na własny urlop, Bory Tucholskie wydawały mi się być zbyt odległe do dostania się tam samochodem. Kierowcą byłam znacznie bardziej niedoświadczonym niż jestem teraz, więc 150 km w jedną stronę mnie przerażało. Zresztą przed tym wyjazdem to nadal było straszne, ale stwierdziłam, że w sumie czemu nie – lepsza wycieczka w nieznane okolice niż siedzenie cały dzień w mieszkaniu.

Autko mam małe. Miejskie. Silniczek nawet nie litrowy, 54 konie mechaniczne. Ale to szczupłe i w miarę zrywne koniki – na światłach często wyrywam jako pierwsza do przodu, na płaskim nawet potrafię kogoś wyprzedzić. Dzisiaj owe koniki buczały, ale 200 km autostradą (w obie strony) pokonały utrzymując stabilną prędkość 110-120 km/h. Ogólnie publicznie oświadczam, że jestem z nich bardzo dumna. Moje dzielne 54 koniki.

A domek fajny. Dość skromny, ale w pełni wyposażony, podobno całoroczny. W nieco większym spędziłam rok temu dwa tygodnie i w sumie zamarzyła mi się powtórka z rozrywki – może za rok? I już Bory Tucholskie – piękne lasy, świetna baza wypadowa do zwiedzania okolicznych miast o krzyżackiej historii – nie będą za daleko.

Ale na Mazury na ten przykład jeszcze bym się nie wyrwała… Chociaż koniki pewnie nie miałyby za dużo przeciwko ;)