Archiwum blogu

Pacjent się obraził

„Pan na usunięcie”, znaczy potencjalne rwanko. Pacjent usiadł na fotelu i wykłada mi, o co chodzi. Chce sobie zrobić protezę, ale te zęby się ruszają, ten wystaje. No więc „czy można kilka na raz”. Można, ale niech ja najpierw spojrzę.

Ząbków całkiem sporo, w nawet niezłym stanie. Kilka się chwieje, ale to I stopień, więc nie ma tragedii. „Troszkę o nie zadbać i jeszcze posłużą.”

No i się zaczęła dyskusja. Ale pacjent przyszedł nastawiony na usuwanie, bo chce sobie protezę zrobić. Ja na to, że im więcej zębów, tym lepiej się proteza trzyma, zwłaszcza na dole. „Ale niech pani usunie chociaż te dwa” – pacjent wskazuje na minimalnie rozchwianą czwóreczkę i siedzącą dobrze w kości trójeczkę. „Ale to są bardzo dobre zęby”. Zawołałam nawet szefa, coby mnie poparł swym bardziej doświadczonym i specjalistycznym zdaniem. Nic to nie dało, „proszę rwać”. „Ja nie mam prawa usunąć zdrowych zębów.”

„Będę musiał znaleźć innego lekarza.” … „Te zęby i tak po kolei wypadną, to genetyczne.” … „Ale nie będzie zębów, żeby bolały.” … „Moja żona ma protezy całkowite i jest bardzo zadowolona, normalnie je.”

Ostatecznie pacjent, mimo wyłożenia przeze mnie i szefa racjonalnych argumentów, zszedł z fotela, wziął swoją książeczkę zdrowia i wyraźnie obrażony wyszedł z gabinetu.

Mam nadzieję, że nie znajdzie lekarza, który mu te zęby usunie.

To nie fryzjer, żeby robić, co sobie klient zażyczy. Czasami trzeba odmówić.

„Jesteście przede wszystkim lekarzami” – mówił w kółko jakiś mój uczelniany profesor.

Ciekawe tylko, czy pacjent specjalnie teraz nie zapuści sobie jamy gębowej, żeby jego zęby szybciej stały się zdatne do usunięcia…

Zdziw

Usłyszałam dzisiaj, że mam dobre podejście do dzieci.

Owszem, mam dobre, jak zabieg przebiega, jak należy, a jedyną skargą dziecka jest to, że tak długo to wszystko trwa. W tej sytuacji przy kolejnym sięgnięciu po wiertarkę sadzę z lekka oklepane teksty o robalach chowających się w zakamarkach, wylatujących potem tak, że się kurzy. „A teraz zakładam plastelinę do zęba…”

Ogólnie miałam dzisiaj dobry dzień w pracy. Zarobiłam dla firmy kupę kasy (jak na mnie w dzień przyjmowania na NFZ), skończyłam na czas, ogólnie milusio. Duża zasługa w tym szefa, który był i przyjmował pacjentów z bólem. Jutro tak dobrze nie będzie.

Poradziiiiiimy sobie :).

Osłabiło mnie

Maseczka zakrywająca dolną połowę twarzy ma niewątpliwą zaletę: widać tylko górną część fizjonomii, więc jak lekarzowi opadnie żuchwa z wrażenia, to jest to mniej widoczne.

Ja się „przesiadłam” z maseczki na przyłbicę, która jest, niestety, przezroczysta. Ale pacjent mojego szczękopadu chyba nie zauważył.

Ludź młodszy ode mnie, a zębiska w rozsypce. Nie wiedziałam, za co się najpierw zabrać. Niektóre zęby tak zniszczone, że po dotknięciu wiertłem nadawałyby się tylko do poważnej odbudowy protetycznej po leczeniu kanałowym.

Terminów nie ma do grudnia. A zęby biją na alarm.

Dobrze, że to był ostatni pacjent, bo widok tamtych zębów skutecznie wyssał ze mnie siły witalne. Wsiadłam do swojej sportowej bryki, pojechałam do domu i postanowiłam się opierniczać. Robota dorywcza czeka, przez nią pojadę do Gdańska po receptę dopiero we środę (jutro gonienie terminów), ale trudno.

Dobrze chociaż, że jakiś czas wcześniej usłyszałam gorące podziękowania od pacjenta za miłą obsługę. Że zagadam, zapytam, zatroszczę się. Jak ktoś mi koło ucha zaczyna nawijać o wyborach samorządowych, to się włączę, a co. Głosowałam. Zazwyczaj skupiam się na pracy i nic nie mówię do pacjentów, chyba, że do dzieci, które trzeba zagadać, by dały sobie coś zrobić (nie zawsze działa). Ale kilka słów czasami najwyraźniej dobrze działa na samopoczucie mojej ofiary.

Chyba znowu będę łykać meliskę przed pójściem spać w niedzielę wieczorem. Nie lubię poniedziałków…

Kiepsko dziś

Nastroje jak na kolejce górskiej. Raz w górę, raz w dół. Wczoraj robiło się fajnie, dzisiaj kiepsko. Czas się dłuży, problemy z podejmowaniem decyzji przypominały blokadę na egzaminach ustnych, w pewnym momencie było tylu dodatkowych pacjentów, że myślałam, że nie wyjdę przed 19 (raz mi się zdarzyło aż tak przeciągnąć), ale szef wyruszył na odsiecz i przez nieprzyjęcie ostatniego pacjenta skończyłam 20 minut przed czasem.

W ciągu najbliższych 10 dni będę aż trzy razy jechać do Gdańska. Najpierw jutro, na dyplomatorium. Potem w środku tygodnia, żeby odebrać receptę w książeczce zdrowia, zostawionej w przychodni we wspomniany piątek. W następną sobotę z kolei jest szkolenie z prac protetycznych pełnoceramicznych i w gruncie rzeczy dobrze by było też na nie pojechać. A legitka już straciła ważność i każdy taki kurs będzie mnie kosztować 14 zł. Słitaśnie. Skąpiec się we mnie odzywa. Trzeba częściej w Lotto grać. ;)

Dostałam dziś gazetki z Izby Lekarskiej. Znaczy haracz za październik dotarł. ;)

Ogólnie tak sobie mi dziś…

Tadam tadam

1. Usunęłam konto na Sympatii. Zostałam na jeszcze jednym portalu „randkowym”, ale tam nie każą mi regularnie płacić za członkostwo, więc na razie zostanie. Ogólnie straciłam zainteresowanie poszukiwaniem „miłości życia” tą drogą. Albo miłość sama się napatoczy, albo nie. Do desperatki mi daleko.

2. Na trzy rwanka dziś w gabinecie wyszły dwa (w tym jedno dłutowanie! Takie dźwigniami! Czasami wychodzi ;) ), z trzecim nawet szef sobie nie poradził, mimo solidnego znieczulenia.

3. Znowu padam na dziup. To chyba pogoda… Jutro popołudniówka, pojutrze dyplomatorium. Mam dość…

4. W Lidlu znowu jest promocja na pistacje :>. Poza tym zrobili przemeblowanie. Taki chłyt małketingowy.

5. Dzisiaj jeden pacjent wyszedł z gabinetu zachwycony. Bo przeprowadziłam instruktaż, jak prawidłowo myć zęby. Nawet rekwizyty miałam. Mały, gipsowy model szczęk plus szczoteczka. „Chyba nikt tak nie myje zębów!”, wykrzyknął pacjent. „Nie, bo nikt nie tłumaczy, że tak trzeba.”

Metody leczenia

Jakiś czas temu przyszedł do mnie pacjent z bólem. Zbieram wywiad. Pacjent się przyznaje, że cierpi na jakąś nieprzyjemną dolegliwość [nieważne]. Lekarze stwierdzili, że ma ona podłoże psychiczne i przepisali leki.

No i pacjent łyka psychotropy całymi garściami, a dolegliwość nie ustępuje.

Psychiatrzy (czyli lekarze o odpowiedniej specjalności) nie lubią się podobnoż z psychologami (absolwentami studiów humanistycznych). Wolą obciążyć pacjenta tonami leków, zamiast zasugerować konsultację psychologa. Na jakichś zajęciach pan z doktoratem o psychologach w szpitalu psychiatrycznym wypowiadał się z pobłażaniem i lekko ironicznym uśmiechem. „Pogadają z pacjentami… Przynajmniej poczują się potrzebni…”. Ale pewnie zdarzają się też przegięcia w drugą stronę: leczenie wyłącznie psychoterapią takich schorzeń, które wymagałyby już włączenia leków.

A nuż widelec schodzenie mojego pacjenta nie miało podłoża psychicznego?

A nuż widelec terapia u odpowiedniego psychologa by wystarczyła? Ewentualnie leki służyłyby jako dodatek do profesjonalnej terapii psychologicznej?

Niestety, te trzy pytania wpadły mi do głowy już po wyjściu pacjenta z gabinetu. Zresztą nie wiem, czy to dobry pomysł nawet w minimalnym stopniu kwestionować zastosowaną u pacjenta metodę leczenia, jeśli nie znam dokładnie sytuacji ani nie mam doświadczenia w tych dziedzinach. Pacjent jednak o psychoterapii po drodze nic nie wspomniał… Dziwna to i trudna sytuacja…

[dop. 2014 – psycholog to nie psychoterapeuta. Psycholog ewentualnie postawi diagnozę, leczyć nie ma prawa bez dodatkowego przeszkolenia. Poza tym dopiskiem nie chcę jednak zmieniać treści przenoszonego wpisu.]

Przeszło mi.

To była chyba wirusówka-jednodniówka. Gorączka trwała jakieś 4 godziny (zaczęło się przed 19, po kolacji walnęłam się do wyra, po 22 poczułam się na tyle dobrze, że byłam w stanie się umyć i przebrać do snu). Wczoraj w pracy jeszcze nie byłam w pełni sił, ale przetrwałam nawet dodatkową godzinę (pacjentów było mnóstwo). Pracowałam cały czas w przyłbicy, bo pod maseczką się pociłam. Zresztą chyba pozostanę przy tej opcji, w sumie wygodna jest. Mimo okularów czasem mi coś w kierunku ślepi poleci. Ogólnie mam nadzieję, że ostatni dzień pracy przed długim weekendem uda mi się przeżyć sprawniej, niż wczorajszy.

W nagrodę moja mama wczoraj mierzyła sobie temperaturę…

Ogólnie jesień.

Tak z innej beczki:
Postanowienie na pracę postażową: wszelkie dłutowania będę odsyłać do kogoś innego. (dop. 2014 – buhahahaha.)

Dokonałam cudu

Rano przywitała mnie pełna poczekalnia, co było bardzo budujące, jako że po doktorsku przyjmowałam dzisiaj sama (szef czaił się na pięterku ;) ), chociaż kilka sztuk przyszło na działania profilaktyczne, którymi zajmują się nasze asystentki. Ale pacjentów z bólem było i tak sporo.

No dobra, zaczynamy od umówionego. Potem na zmianę pacjent z bólem. Znowu umówieni i tak w kółko.

Przyszli wszyscy zapisani. Miałam pełen grafik na dziś.

Bólowych było chyba 5 sztuk.

Skończyłam pół godziny przed czasem.

CUD!!

Normalnie wesoła teraz jestem jak skowronek. A do pracy dopiero w poniedziałek :).

Jestem beznadziejna

w dłutowaniu. Czasami wychodzi, ale zazwyczaj nie. Wtedy woła się szefa, szef ze swoim wiecznym uśmiechem narzuca fartuch i już od drzwi pyta „Który?”.

Niedopsz, niedopsz.

Dzisiaj były chyba trzy ekstrakcje, z czego poradziłam sobie tylko z jedną :(.

No nie umiem, no. Na studiach nie nauczyli.

Poskarżyłam się emailowo panu Czołowemu Informatykowi z GUMed, że nie mam dostępu do wyników ankiet dydaktycznych. To taki fajny wynalazek, dzięki któremu studenci mogą anonimowo wystawić opinie swoim prowadzącym zajęcia. Chciałam się dowiedzieć, ile osób i jak bardzo obsmarowało pewną panią doktor, która wpędzała mnie w depresję co poniedziałek przez cały semestr, a tu kiszka. Podobno mają to naprawić. Nieładne takie traktowanie absolwentów!

Poza tym, również emailowo dowiedziałam się, na którą mam dyplomatorium w piątek za 2 tygodnie. Miałam dzwonić dzisiaj do dziekanatu, a tak wczoraj wieczorem nastukałam liścik i dziś przyszła odpowiedź. Ogólnie cudnie. Email to fajowy wynalazek ;).

Dzień testów

Pojechałam dziś do pracy ze świadomością, że o 11 na fotelu wyląduje moja własna mama. Niby po pobieżnym rzucie oka wydawało się, że przypadek będzie prosty – ot, troszkę ukruszona ścianka zęba. Ale jak wiadomo, leczenie rodziny czasami kiepsko się kończy.

Wcześniej jednak usiadł pan z bólem. Korzenie do usunięcia. Pan przyznał się, że strasznie się boi, wtedy włączyłam „łagodny uśmiech k. #4” i zapewniłam, że znieczulenie jest najbardziej nieprzyjemną częścią całego zabiegu (wszak jestem mądrzejsza o jeden usunięty ząb własny). Kujnęłam pana w podniebienie i przedsionek jamy ustnej, złapałam kleszcze i wyciągnęłam dwa widoczne korzenie. Pacjent po zabiegu szturchnął mnie lekko i z cichym „pani doktor…” pokazał mi inny ząb, który pozornie by wyszedł na chwyt palcami. Roześmiałam się. „No ładnie, sprawdził mnie pan już i stwierdził, że można przy okazji i to załatwić!”. Na to pacjent się uśmiechnął i rzekł: „Bo pani doktor tak delikatnie robi, nic nie bolało.” No to mu znieczuliłam dziąsło i ponownie bezboleśnie wyciągnęłam drugiego zęba. Wydałam zalecenia, kolejny pacjent opuścił gabinet z uśmiechem (jeszcze bardziej szczerbatym, niż ten, z którym wszedł).

Miłe takie coś.

A co do matuli na fotelu… Tragedia się nie stała, nawet znieczulać nie musiałam (ząb prosił się o przewodowe, a nikt nie lubi chodzić pół dnia ze zdrętwiałą gębą z powodu drobiazgu), wszystko wyszło ładnie, matula nie zapłaciła, ogólna satysfakcja.

Na koniec dnia miałam pracę w kamieniołomie (znaczy usuwanie kamienia nazębnego, coś, czym zazwyczaj się zajmują nasze asystentki, ale panu pasował tylko termin do mnie), a po pracy zakupy. Prezentu na urodziny mamy nadal nie mam, za to dorobiłam się kozaczków na zimę. A wypłaty już praktycznie nie ma…