Archiwum blogu

Kraków, Kraków, here I come!

Wstępnie podana w firmie data mojego wakacyjnego, długiego urlopu została równie wstępnie zaakceptowana. Tak samo wstępnie mam zapewnione lokum i ponownie początkowy plan finansowy.

W pierwszym tygodniu lipca jadę do Krakowa :)

I łojezu, ale się cieszę! :D

Sama, z planem tylko i wyłącznie na włóczenie się i uśmiech przy wejściu na Rynek. I może piwo ze znajomymi, których nie widziałam kilka lat. Albo nowymi, jak ktoś będzie chciał mnie poznać. 8 dni beztroski w ukochanym mieście, w którym nie byłam już za długo.

Będzie fajnie! :)

Przy okazji, sprawdziłam sobie rozkład jazdy pociągów. Bezpośredni TLK odjeżdża z pobliskiej mi wiochy ok. 21:30, w Krakowie Głównym ląduje koło 11 dnia następnego. Jest oferta tanich kuszetek, poza tym mam zamiar skorzystać z 26-procentowej zniżki (takiej metrykalnej – fajna rzecz, legitki już nie ma, jeszcze się nie zarabia za dużych pieniędzy…). Ogólnie jazda stąd do Krakowa w tych warunkach będzie mnie kosztowała niecałe 80 zł, a i szlag mnie po drodze nie trafi przez 14 godzin jazdy, bo przynajmniej część w miarę wygodnie prześpię. :)

Ogólnie już się podniecam. ;)

Tak jeszcze na zakończenie notki nieurlopowa wiadomość z Top1000. W szoku będąc, pomyliłam się w dacie w nazwie pliku ;). Najlepszy wynik, jaki był do tej pory, przynajmniej tak mi się wydaje. W dodatku mamy miłe, rankingowe sasiedztwo ;). Tylko czemu lajków na FB tak mało? Może mnie nie stać na blogowe gadżety, jak Zucha, więc nagród dla „okrągłych” fanów nie będzie, ale tak smutno jakoś ;).

PS/EDIT: Tak, Piotr, pamiętam, w drodze powrotnej pewnie wysiądę na Centralnym i zostanę w Stolycy przez jakieś 3 dni. Rodzeństwo prezentu na urodziny najwyżej nie dostanie ;)))

Miszczu

Na trzy ostatnie rwanka ząbków wynik był się ustalił na 2:1 dla mnie. Do jednego, który zaczął mi się składać na pół przy pierwszym ściśnięciu kleszczami, zawołałam szefa. Ten złapał dźwignię Wintera i po trzech minutach zęba nie było. Dzisiaj samodzielnie wykonałam kombinację dźwigniowo-kleszczową i uwolniłam pacjenta od bolącego dziada. Trzeci przypadek to zakazane dłutowanie za pomocą kleszczy ;).

Poza tym przymierzam się do zrobienia Wam ankiety na temat tego bloga. Nie sprawdzanie wiedzy, tylko ankieta opiniodawcza.

A w sobotę jadę do kina na „Black Swan”. Skoro stawiają bilet… ;)

Wypadliśmy z rankingu na dziób ;).

I ja takoż na dziób padam, ponieważ nie chlapnęłam sobie popołudniowej herbatki. Będzie mi się dobrze spało. ;)

Dobranoc.

Jeeeesteśmy!

W Top1000!

Na zaszczytnym, uwaga…

DZIEWIĘĆSET DZIEWIĘĆDZIESIĄTYM SZÓSTYM miejscu!!!

;)

Statystycznie

Statystyki z Countomatu wraz z Nowym Rokiem mi się oficjalnie wyzerowały. Ale, całe szczęście, nie do końca ;).

W zeszłym roku The K-files odwiedziło 4 677 osób, wystąpiło 9 518 odsłon. Nie wiem, czym się różni jedno od drugiego. I to w ciągu niecałych 4 miesięcy (licznik statystyk „zainstalowałam” krótko po założeniu bloga) :). Wiem, że może nie ma się czym chwalić, skoro do Morfeusza tyle osób zagląda w ciągu 3 dni, ale najwyraźniej nie mam takiej siły przebicia. Albo nie ta branża ;).
W zeszłym miesiącu najczęściej odwiedzali mnie warszawiacy, gdańszczanie, mieszkańcy Mountain View w USA (miło mi, choć ogólnie wygląda to podejrzanie – spodziewałabym się bardziej jakiegoś Chicago albo co… ;) ), łodzianie i gdynianie. Z krajów wśród odwiedzających rządzi Polska, USA i Wielka Brytania.
Ze stron startujących (czyli takich, z których przechodzono tutaj) na pierwszym miejscu jest blogimedyczne.blox.pl.
W zeszłym miesiącu najpopularniejsze słowa kluczowe kierujące tutaj to różne wariacje na temat nazwy bloga (k files blog, k-files blog itp.), „nazwy zębów” i inne naukowe informacje, zawarte w jednej z pierwszych notek (pytania o powierzchnie i numerację zębów – cóż, kierują takie wyrażenia, które można w danym miejscu znaleźć).

Większość wyżej podsumowanych statystyk można znaleźć, klikając w prostokącik licznika, bezpośrednio pod listą tagów.