Archiwum blogu

Parkująco

Dobra, może i mam prawo jazdy od ponad czterech lat. Może i wyjeździłam już kilkanaście tysięcy kilometrów.

Ale nadal jestem z siebie dumna, jak zaparkuję prostopadle tyłem na ciasnym miejscu, nie ocierając się o nikogo.

;)

O ileż prościej…

Swoje autko parkuję na ogrodzonej działce, pod domem. Dom posiada garaż, który nie pełni tytularnej funkcji od dobrych kilku lat, ale prowadzi do niego zjazd. Brama, znajdująca się naprzeciwko zjazdu, jest od niego nieco szersza i oddalona o kilka metrów, więc udaje się ominąć ów zjazd i stanąć obok. Co też czynię, by zaparkować. Ogólnie podczas parkowania (wykonywanego tyłem) trzeba zwracać uwagę, by nie otrzeć się o bramę z jednej strony samochodu i nie zawisnąć na zjeździe z drugiej.

Prawo jazdy mam od ponad 4 lat, do października zeszłego roku jeździłam (i parkowałam) sporadycznie, od tamtego czasu wyjeździłam już jakieś 12 tysięcy kilometrów, jeżdżąc przynajmniej 5 dni w tygodniu, wyrabiając ponad 100 km tygodniowo.

Jednym z zadań na egzaminie praktycznym na prawo jazdy jest jazda po łuku do przodu i tyłu. Na kursie uczono mnie tej sztuki metodą „jak zobaczysz ten słupek na tej wysokości okna, przekręcasz kierownicę jeden raz w prawo”. W rezultacie pierwsze podejście do egzaminu oblałam. Przed drugim zmieniłam instruktora, który mnie nauczył przy wszystkich manewrach na wstecznym patrzeć w lusterka, kontrolować sytuację, MYŚLEĆ i dostosowywać wykonywane manewry do bieżącej sytuacji i pozycji samochodu względem przeszkody.

No i tak przy każdym łukowym parkowaniu myślę sobie o tych lusterkach i wysiadam z samochodu ze stwierdzeniem, że o ileż prościej się wykonuje ten manewr, jeśli się w nie patrzy. Kiedyś ledwo byłam w stanie stanąć autkiem na swoim miejscu, teraz poprawki zdarzają mi się bardzo rzadko.

LUDZIE! PATRZCIE W LUSTERKA!!! ;)

Narzekadło

Oddałam dzisiaj krew. Na badania na parametry wątrobowe, albowiem obie z codziennie branych piguł działają dość obciążająco na wątróbkę. Wykrwawianie się w bardziej szczytnych celach (i w większej ilości) może za kilka miesięcy. Zresztą, miałam to badanie zrobić już dobrze ponad miesiąc temu… No cóż ;). Tak czy siak, lewą łapkę mam teraz z lekka obolałą i sztywną w łokciu. Całe szczęście, jestem praworęczna, więc dzisiejsze rwanka sztuk dwa odbyły się bez komplikacji.

Poza tym, jutro i w piątek czekają mnie w sumie 4 trzykilometrowe spacerki, jupi. Jutro rano muszę zostawić samochód w warsztacie motoryzacyjnym, przejść wspomniane 3 kilometry do pracy (mam na 9, więc będzie zzzzzzimnoooo!!! Chyba wezmę moją czapkę uszatkę ;) ), potem po pracy odebrać autko (po drugim pieszym spacerku) z kosztorysem napraw (tłumik być może i jedno nadkole na pewno do wymiany). W piątek powtórka z rozrywki. Może mój dzielny Mikrus przestanie pierdzieć. Zaczęłam się śmiać, że niedługo w firmie będą słyszeć, jak wyjeżdżam spod domu do pracy (jakieś 12 km ;) ).

Nagle wyskoczyła okazja nie do przepuszczenia: przyjaciółka przyjaciółki mojej mamy szuka opiekunki dla swoich trzech kotów (w tym jeden leczony) na 2 tygodnie w wakacje… w Londynie. Jedyny problem: brak kasy. Z mojej, wynoszącej niecałe 1500 zł pensji ponad 900 zł to wydatki stałe (raty za komputer i samochód, plus benzyna), więc z oszczędzeniem może być kiepsko. Ale może potruję trochę rodzicom głowę, w końcu oni, kurrrna chata, co roku gdzieś jeżdżą, a ja się kiszę w domciu z przerwami na siedzenie w Warszawie. Skoro chciałabym pojechać do Londynu i pogadać trochę po angielsku, to okazja rewelacja… Lepsza niż w przypadku zorganizowanej wycieczki, bo sama będę musiała sobie wszystko załatwić i nikt mnie nie będzie na siłę gonił po mieście ;). Będziemy myśleć :). Może na początku sierpnia by się udało :).

Poza tym, czuję się niedoceniona pisarsko (ale nie tu – spadliśmy w rankingu, ale poprzedni wynik był spowodowany LDEPem i związanym z nim znacznym wzrostem ilości odwiedzin), nie mam siły się zabrać za obiecane notki edukacyjne i niniejszym zabieram się za dalsze czytanie zbioru opowiadać Arthura Conan Doyle’a. Niewiele brakuje, a komp doszczętnie wessie mój mózg. Niekompletny zresztą ;).

Howgh :)

EDIT: Ha! Jednak mnie ominie 12 km piechotką. Być może moje autko zostanie naprawione już jutro :>.

Przeżyłam

Wczoraj sflaczała opona została napompowana przez rodziciela. Dzisiaj miałam jechać do zakładu oponiarskiego, coby mi wymienili letnią „rezerwę” na owo, zimowe koło. W tym celu wstałam z łóżka i wyszłam z domu całe pół godziny wcześniej. Panowie w zakładzie wypytali a co, a dlaczego, sprawdzili zimówkę, zdjęli oponę z felgi, przeczyścili, przesmarowali, założyli z powrotem, wyważyli i wymienili. Zapłaciłam 15 zł i na czterech zimowych kołach potoczyłam się do pracy.

Tam przywitał mnie tłum na poczekalni, który zresztą utrzymywał się do godziny 12 (pracujemy do 13). W międzyczasie kilku pacjentów przyjął szef, którego oficjalnie nie ma ;). Ponownie (kilka razy wcześniej już tego dokonałam) udało mi się przekonać pacjenta do leczenia kanałowego zęba, zamiast do jego ekstrakcji. Często się zdarza, że pacjenci mają podejście „boli, to wyrwać”. Poza tym z deczka opieprzyłam mamusię, która swoją córeczkę posadziła drugi raz w jej (córeczki) życiu na fotelu ze słowami „nie bój się” – a dzieciak wyglądał i zachowywał się zupełnie normalnie. Na mnie na miejscu tego dziecka takie „nie bój się” raczej nie zadziałałoby uspokajająco. Wystąpił dodatkowy bonus w postaci już martwego zębiszcza u dziewczęcia, więc nie musiałam jej kłuć i nic nie bolało. Dziewczę dostało maseczkę i rękawiczki za wzorcowe siedzenie na fotelu. ;)

Skończyłyśmy pracę troszkę po 13. Wróciłam do domu, tocząc się po przyczynie moich poniedziałkowych przeżyć z zawrotną prędkością 30-40 km/h, zapewne denerwując tym pana w Audi za mną, ale, jak planowałam wcześniej, miałam to w d***. Nie trąbił i nie mrugał światłami, więc może zrozumiał dziewczę w małym, stalowym pudełku przed sobą.

W domciu powitał mnie ciepły obiadek i brak pracy dorywczej. Zeżarłam obiadek, posiedziałam w sieci i klapnęłam się na wyrko na 2 godziny celem drzemki.

Jeszcze tak o dniu wczorajszym: w Gdyni byłam u dermatologa. Podniósł mi dawkę obciążających wątrobę leków. Najfajniejsza była kwestia Sylwestra: doradził odstawienie piguł na dwa dni, jeśli planowałabym coś bardziej hucznego. I to jest ciekawe: nie mówił o ograniczaniu alkoholu, tylko piguł. Lubię tego faceta :).

Rodzice wyjeżdżają jutro rano na 4 dni (wrócą 2 stycznia). Dobrze, że Sylwka nie spędzę sama, bo byłoby depresyjnie :). Zresztą nadal może być, ale lepiej z kimś, niż samej ;).

Pilniczek świąteczny na razie zostanie. Myślałam o dalszej eksploatacji kolegi Robsona (jakieś fajerwerki?), ale nieeee, nie będę taka. ;)

Zaczęłam solidniej rozglądać się za komputerem. Polecane przez znajomych Delle zostaży mi odradzone przez rodziciela. Na tapecie są jeszcze komputery marki Lenovo (to przemianowany IBM?), Toshiba (mój pierwszy laptop to była stara Toshiba, przed usmażeniem się karty graficznej bardzo dobrze mi służyła), choć podobno jakość im spadła; Sony (Vaio są drogie :( ), zaś opinii o Samsungach, też dość popularnych i tanich, niestety nie znam. Matula ma netbooka Samsung i chyba nie narzeka, ale ja wolę większe rozmiary ;). No i HP, ale one też komuś podpadły. Ech. Nie znaju się :(. Tylko głupio będzie, jak ja sobie coś wyszukam, obecny Dell obrazi się ostatecznie, a nie dostanę kredytu…

Zdecydowanie kijowy dzień

Przynajmniej początek.

Przez wypitą wczoraj wieczorem herbatkę i przeróżniste emocje wyspałam się średnio. Udało mi się zebrać do pracy, spokojnie odśnieżyłam autko, które zapaliło bez problemu, ujechałam nawet jakieś 200 metrów… Po czym poczułam, że silnie ściąga mnie na jedną stronę. Zatrzymuję się, wysiadam, patrzę: flaczek.

Na kołach mam nieściągalne kołpaki, więc nawet nie dałabym rady zmienić koła. Zresztą wydawało mi się, że flaczek jest spóźnionym skutkiem wczorajszej obrotki – opona wyglądała, jakby zeskoczyła z felgi. Z drugiej strony, wczoraj dojechałam do domu bez dziwnych wrażeń, więc niekoniecznie to musiało być to.

Dzwonię do matuli. Stwierdzamy, że nie damy rady nic zrobić, więc matula zawiozła mnie do pracy.

W pracy tłum. Druga pani doktor nie dojechała wcale z powodu awarii sieci trakcyjnej [kolejki SKM – dop.aut.2015].

Jakoś się ów tłum udało opanować. Nie przyszło paru zapisanych pacjentów, niektórych nawet nie tknęłam, u innych szło całkiem szybko, jeden pacjent „bólowy” został odesłany na jutro. Dało o sobie znać jednak moje ogólne podenerwowanie: pod koniec zmiany zrzuciłam na podłogę kilka narzędzi.

Na koniec pojawiła się kwestia, czy kolejki wznowiły kursowanie – miałam przeca w planach jazdę do Gdyni, a bez kursujących kolejek bym nie dojechała. Już planowałam pójście na autobus i powrót do domu, z błagalnym telefonem do dohtora, żeby mnie wcisnął gdzieś w jutrzejszy grafik. Całe szczęście, pociąg stawił się, choć z niewielkim opóźnieniem.

Pobyt w Gdyni przebiegł bez zakłóceń. Jeno w drodze powrotnej kolejka raczyła się spóźnić i stać na niektórych stacjach, więc nie zdążyłam na autobus. Wykupiłam zdobytą w Gdyni receptę i poszłam na inny. W drodze powrotnej cosik zmarzłam (z racji wożenia się po burżujsku czapkę zakładam tylko do odśnieżania podwórka), ale też dowiedziałam się, że moim stalowym rumakiem zajął się już rodziciel. Kiedy doszłam do domu (po drodze kilkanaście razy prawie zwichnęłam sobie kostkę: kiedy kupowałam kozaczki na kilkucentymetrowym obcasie, nie przewidywałam przebijania się przez śniegi), autko stało przed domem na zapasowym, letnim kole. Czyli ostrzegam: jutro będę całą trasę jechać z prędkością 30 km/h ;).

Chlip chlip

Niech mnie ktoś przytuli…

Przez chwilę myślałam, żeby jednak jechać jutro do Gdyni autkiem (posmakowało się tego luksusu, ojjj, tak), ale dzisiaj zaliczyłam swój pierwszy w życiu obrót samochodu o 180o i pewnie teraz przez jakiś czas będę wkurzać kierowców za sobą zbyt zachowawczą jazdą. Co mam zresztą w d***.

Ogólnie fajnie, że ruchliwa droga prowadząca do dość dużej miejscowości, położonej nieco na uboczu od głównego traktu, chyba ani razu od początku zimy nie została posypana czymkolwiek. Dzisiejszy obrót zresztą był troszkę z mojej winy, bo jechałam nieco za szybko, za późno i zbyt gwałtownie zaczęłam hamować za samochodem, który stał i czekał na możliwość skrętu w lewo. W tym miejscu pragnę podziękować Panu, który się zatrzymał, podszedł, żeby zapytać, czy nic mi się nie stało i potem pomógł w powrocie na właściwy kierunek poprzez zatrzymywanie nadjeżdżających samochodów.

Autku nic się nie stało. Po poślizgu odbiło się na przydrożnej zaspie. Nawet pasa nie zmieniłam.

Ja też w jednym kawałku. Tylko lekko psychicznie rozbita. Dobrze, że robótka, którą poświątecznie przywiózł mi Rodziciel, nie jest na jutro. Bo pewnie znowu bym się poryczała, a tak jakieś pół godziny pracy i resztę dokończę jutro…

Zupełnie normalnie

„Zaczęłam go chwalić, żeby wiedział, że jest kochany” – ja w rozmowie ze starszymi wiekiem rodzicami koleżanki podczas wspólnej jazdy do miasta (we dwie jechałyśmy na kawę, rodzice koleżanki skorzystali z transportu, bo chcieli zrobić zakupy). Przy okazji pogładziłam kierownicę przedmiotu wypowiedzi.

Tak, mówiłam o swoim samochodzie.

Dobrze, że moja matula szkoli się na socjoterapeutę. Może za 2 lata będzie w stanie mi pomóc ;).

Ale mnie dzisiaj wszyscy wkurzali

na drogach. Zbliża się święto, więc wylegli wszyscy niedzielni kierowcy, dziadki w kapeluszach, zero dynamizmu jazdy, szczególnie na skrzyżowaniach. Zwalnia to i przyspiesza nie wiadomo, czemu, zanim zjedzie na skrzyżowaniu, to niemal stanie, hamuje jeszcze przed wjazdem na pas do skrętu… Ojj, rzuciłam kilkoma bardzo brzydkimi słowami. Ale w trakcie jazdy słuchałam Closterkellera, więc może mój poziom agresji był nieco wyższy.

Zresztą u mnie zawsze poziom agresji wzrasta za kółkiem. Muszę przestać prowadzić. Albo jeździć z kimś, wtedy też nie przeklinam ;).

W aptece znowu nie było piguł, które miały być dziś (ostatecznie kupiłam droższy zamiennik), w domu mam za mało materiałów do pracy dorywczej, więc jej w ten weekend nie skończę, choć chciałam.

Aż chce się zaśpiewać.

PS.: Nie bulwersować się, słowa na ch nie używam. Za często. ;)