Archiwum blogu

Pierwszy poślizg

Dzisiaj rano, kiedy jechałam do pracy, przy skręcie w prawo nieco mną zarzuciło. Ale tylko nieco. Brak obrażeń, przyspieszone tętno może z pół minutki. Na skrzyżowaniu była podmarznięta kałuża.

Muszę kupić dwie opony zimowe :/

I mam problem graficzny. Złota jesień minęła (nie ma liści na drzewach), a nie pada ani deszcz (za dużo), ani śnieg (właściwie wcale). Z tego tytułu nie mam pasującego pilniczka nad notki. Bo mam śniegowy lub deszczowy pilniczek. Nie mam jesiennego bez liści.

A może wrzucę świąteczny? Mikołajowy, znaczy? ;) Fajny jest, jeden z najbardziej udanych, głównie z tego tytułu, że nie ja go robiłam. ;)

Rodzice oglądają TV na drugim końcu domu (na swój ekran jeszcze oszczędzam. Mam jakieś 5% planowanej na wydanie kwoty). Czy na TVN właśnie leci gala związana z akcją „Zwykły bohater”? Pamiętam, jak mnie to smuciło, że osobom, które zachowały się „uczciwie lub po prostu fair” aż trzeba dawać nagrody z tego tytułu…

Za dobrze mi.

W październiku po raz pierwszy od 9 miesięcy nie przelewałam kasy za ratę za komputer. Ponad 250 zł zostało na koncie – z czego stówka poleciała na oszczędnościowe.

W przyszłym miesiącu spłacę ostatnią ratę kredytu rodzicielskiego na samochód. Który nadal nie będzie oficjalnie mój. ;)

I coś mi za dobrze od tego nadmiaru kasy, bo wczoraj podczas siedzenia z Kimś na twardej kanapie w moim pokoju stwierdziłam, że miejsce nad biurkiem, gdzie w tej chwili wisi tablica korkowa z setką notatek, świetnie by się nadawało na płaski telewizor. Akurat wychodzi na wprost kanapy. Musiałabym przesunąć jedną szafkę i biurko, przewiesić gdzieś tablicę i byłoby świetne miejsce.

Telewizory 40-calowe można w jednym ze sklepów z RTV dostać za 1700-2300 zł.

Jednak biorąc pod uwagę, że kredyt dają tym, którzy mają umowę o pracę od trzech miesięcy (a ja w tej chwili nie mam żadnej), to kolejne ratalne zakupy byłyby najwcześniej w styczniu. Do tego czasu albo zaoszczędzę odpowiednią kwotę (jako żem trochę niechętna kolejnemu kombinowaniu, a w dodatku jestem dusigroszem, co to udaje, że nigdy nie ma kasy, choć w porównaniu z innymi wychodzi, że wręcz przeciwnie), albo mi przejdzie.

Ogólnie mam chyba za dużo czasu na myślenie. Trzeba szukać drugiej pracy albo co…

Specyficzne uczucie

Pewnie mają tak tylko ci, którzy może nie popadli jeszcze w zawodową rutynę. Albo nie mogą uwierzyć, że stali się tym, kim są.

Kiedy ktoś pisze o wizycie u dentysty jako o elemencie codzienności (owszem, chodzi się niechętnie, ale trudno, takie życie), mam jakieś takie dziwne uczucie wewnątrz.

Idzie do dentysty. Mojego kolegi po fachu.

To takie dziwne wrażenie, że stałam się elementem czyjejś codzienności. Może to duma? Ktoś w poniedziałek powie, że był u (fajnego?) dentysty i będzie miał na myśli mnie.

Może w końcu rzeczywiście czas uwierzyć.

I zacząć zbierać kasę na konferencje i kursy. ;)

Jaki w tym sens?

Jako kierowca nie znoszę, kiedy podczas jazdy z prędkością 80-90 km/h ktoś „siedzi mi na ogonie”.

Długi odcinek mojej trasy do pracy to droga krajowa, z ograniczeniem 90-70 km/h i podwójną linią między pasami ruchu. Ludzie jeżdżą tamtędy bez większych szaleństw, ale też bez blokowania – zawalidrogi zazwyczaj przylegają do szerokiego pobocza i jakoś się jedzie. Osobiście jeżdżę dość dynamicznie i nie boję się „średnich prędkości” (spokojnie i bez stresu wyciągam tam 80-90 km/h), więc korka nie powoduję. Czasami jednak zdarzy się, że ktoś w mocniejszym samochodzie trzyma się mojego tyłu w odległości jakichś 2-3 metrów i to mnie strasznie wkurza. A co, jak ktoś wyleci mi na drogę i będę musiała gwałtownie zahamować? Na kogo spadnie wina za szkody? Pomijając fakt, że nawet, jeśli nie na mnie, to naprawa i wyciąganie kasy z ubezpieczalni to zawracanie głowy.

Dzisiaj widziałam inny przykład bezsensowności siedzenia na ogonie. Samochód przede mną. Ja trzymałam się w bezpiecznej odległości, wóz terenowy trzymał się blisko samochodu przed nim. Co chwilę widziałam u niego zapalanie się świateł hamowania, podczas gdy ja, cały czas jadąca w tej samej odległości od niego, nie nacisnęłam hamulca ani razu.

Jaki w tym sens?

PS.: Podobnie jaki jest sens zamieszczania reklam na blogu, skoro i tak nikt w nie nie klika? ;)

Ostatni tydzień stażu.

Ostatnie 5 dni pracujących, wypełnionych pacjentami, przemyśleniami, badaniami lekarskimi. Coraz intensywniej krąży mi po głowie pomysł założenia własnej praktyki – na razie bez gabinetu, oczywiście, tylko działalność gospodarcza. Podobno w ten sposób łatwiej znaleźć pracę. Podobno ktoś szuka dentysty chętnego do skorzystania z unitu – gabinet po drodze do mojej obecnej pracy. Może rzeczywiście powinnam poszukać jeszcze drugiej pracy. Zaczynam się bać, że wręcz zbiednieję po stażu.

Rekordowa kumulacja w Lotto, 50 mln PLN. W zupełności uszczęśliwiłoby mnie i moich najbliższych nawet 10% tej kwoty. Ba, 1% pozwoliłby mi na spełnienie najważniejszego w tej chwili marzenia i nawet coś by jeszcze zostało. Pewnie będę znowu grać, chociaż ostatnio co losowanie wysyłałam ze trzy zakłady na chybił-trafił.

Nie podoba mi się obecny międzynotkowy pilniczek, za bardzo go obróciłam. Ale chociaż po wyprodukowaniu go wczoraj myślałam, żeby go poprawić (głównie rozmazać ;) ), to dzisiaj byłam taaakaaa zajęta, że ostatecznie mi się nie chce. I nie ćwiczę już drugi dzień. Chyba tych endorfin na długo nie starczyło. Albo to moje pigułowe wahania nastroju. ;)

Dobranoc.

Przełącznik zmienił położenie.

Jeszcze niedawno (w okresie LDEPowym głównie) potrafiłam siedzieć przy kompie do północy. Ostatnie dwie godziny spędzałam właściwie już w łóżku – kupiłam sobie specjalny stolik pod laptopa, więc mogłam śmigać. Czytałam fanfiction, siedziałam na czacie znajomego forum. Z powodu przesiadywania przed ekranem do łazienki chodziłam jako ostatnia, po 22. Jedyną większą aktywnością fizyczną była cotygodniowa godzinka na basenie.

Jakoś mi się tego „komputerowania” odechciało.

Tak zupełnie nagle. Coś się zaczęło dziać już po LDEPie. Czat stracił na atrakcyjności, folder w Firefoksie zatytułowany „Fiki do przeczytania” tylko obrasta w linki, z którymi nic się potem nie dzieje. Powróciłam do mojej „Księgi wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa” – jednej z czterech książek, która patrzy na mnie smutną okładką i prosi o przeczytanie. Został mi jeszcze jeden zbiór i mogę się wziąć za pożyczonego od Kogoś „Wrońca” Dukaja. Przedwczoraj przeprosiłam się z domową siłownią i zaczęłam ćwiczyć na Orbitreku – na razie niewiele, po 5 minut rozgrzewki i potem szybko do zmęczenia. Czasy tej drugiej części ćwiczeń imponujące nie są, bo za pierwszym razem było 3,5 minuty z jedną, trzysekundową przerwą, wczoraj były 4 z dwiema przerwami. Zakwasów po tym nie ma, ale czuję, że uda pracują. Dobrze, na pracy ud mi najbardziej zależy.

Czy ta zmiana na pewno była po LDEPie i uwolnieniu się od jednego, dużego obowiązku? Czy to raczej po „zmianie statusu związku” endorfiny po kryjomu robią swoje? Zwłaszcza, że z tą zmianą coraz lepiej i swobodniej się czuję?

Hmmm. To drugie wyjaśnienie bardzo mi odpowiada. :)

Wyniki sondy

tutaj.

Przepraszam obie pogryzione osoby. Mam nadzieję, że szczepionka zrobiła swoje.

Siedem niepogryzionych osób może zaświadczyć tym zdziwionym czterem, że gryzienie rzadko się zdarza.

Wczoraj kupiłam sobie wiśniowe „gumy” Fritt. Takie długie, podzielone na 5 części, rozpuszczalne paski. Moja dzienna norma spożycia wit. C. została wypełniona w przynajmniej 66% ;) (22% na jeden pasek). Mrr, tęskniłam za tym. Prawie jak za Frugo, przy którego piciu jakiś czas temu stanął mi przed oczami jeden moment z życia w podstawówce. Nic szczególnego, ot, ja na boisku i czarne Frugo w łapie, ale jednak. Smak dzieciństwa :). Muszę sobie w końcu zielone kupić. Chyba dawno, dawno temu najbardziej mi smakowało.

Sto tysięcy emocji

Miałam dość szaloną końcówkę zeszłego tygodnia. Najpierw we środę wspomniane w poprzedniej notce „drgnięcie”, potem w czwartek kompletne zgłupienie w pracy, w piątek nauczyłam się pływać, w sobotę pojechałam nad morze, w niedzielę na piwo, nad którym „drgnięcie” zaczęło przeradzać się w trzęsienie ziemi. Ale takie pozytywne.

Jak już planujemy wspólny urlop w przyszłe lato, to się chyba nieźle zapowiada?

Zaczęłam myśleć o ponownym wysłaniu kuponu Lotto, bo a nuż widelec.

Dzisiaj rano nadeszła wiadomość z przeciwnego bieguna.

Dygresja:

Podczas ostatniego przeglądania książek w Empiku natrafiłam na dzieło traktujące o mitach w psychologii. Jednym z nich było „pozytywne podejście może wyleczyć raka”. Całości nie czytałam, więc nie wiem konkretnie, czy mit został obalony.

Koniec dygresji.

Po dzisiejszym poranku stwierdziłam, że działanie przeciwne wywiera zamierzony skutek.

Dwa dni temu lekarz stwierdził, że serce jest sprawne.

Serce osoby, która straciła wolę życia i całe życie zmagała się z nieleczoną depresją. Siedziała z własnej woli zamknięta w mieszkaniu na trzecim piętrze. Choroba psychiczna w jej otoczeniu to był powód do wstydu, terapia w ogóle nie wchodziła w rachubę.

Tej nocy to sprawne, chociaż ponad osiemdziesięcioletnie, ale smutne serce najprawdopodobniej po prostu stanęło.

Mam problem z emocjami. Te dotykające mnie bezpośrednio docierają do mnie słabiej i z opóźnieniem, nie umiem sobie z nimi do końca radzić, odczytywać i reagować, dawać im upust, choć na filmach ryczę bez oporów. Rodzeństwo podobno zareagowało gwałtownie na wieści. Ja poszłam do pracy tak po prostu, zrobiłam swoje; teraz siedzę przed kompem i wiem, że powinnam być smutna. Ale tak naprawdę smutna.

Może to do mnie jeszcze nie dotarło?

Poryczę się pewnie dopiero na pogrzebie.

„It does make a considerable difference to me…”

Wczoraj miała być impreza przy pizzy. Właściwie nawet nie impreza, tylko obiad. Urodzinowy. Ćwierćwiecze, wiadomo. Zaprosiłam trzy osoby, spodziewałam się przybycia w sumie 4 – jedna z zaproszonych ma TŻ. Owe trzy osoby to wspominany tu od czasu do czasu Cucu, K. – moja koleżanka jeszcze z podstawówki – i A., koleżanka z roku (i to ona ma TŻ).

Impreza była zaplanowana na 15:30. O 14:30 miałam K. odebrać z pracy i zawieźć moim własnym autkiem na miejsce. Ok. 13 dostałam SMSa, w którym K. odwoływała swój udział w imprezie, obiecując, że odbijemy sobie w tygodniu.
„No surprise there, though” – pomyślało mi się po angielsku. Już kilka razy robiła mi takie numery, jak np. jechała na zakupy chwilkę przed tym, jak miałyśmy się spotkać, ani słowem mi się o tym wcześniej nie zająknąwszy. Miała już wtedy komórkę.
Rozumiem, niedawno zmarła bliska jej osoba, a K. poważnie traktuje kwestie wiary i żałoby, OK. Ale to nie miała być impreza z tańcami i alkoholem, tylko durna pizza. Mogła mi o wątpliwościach powiedzieć przy otrzymaniu zaproszenia (telefonicznie, głosem osobistym, nie SMSem), a nie odwołując udział półtorej godziny przed.
K. to jedyna koleżanka ze szkoły (jeszcze podstawówki, w gimnazjum i liceum też byłyśmy razem), z którą mam czynny kontakt, ale takie dowody olewania mnie są zdecydowanie wkurzające. Ale co? Zerwać kontakt? Czy żyć zgodnie z zasadą „lepsza marna koleżanka, niż żadna”?
Pewnie zrobię tak, jak kiedyś – przestanę pierwsza nawiązywać kontakt. Niech ona się odezwie.
Bo nie mam odwagi, żeby jej powiedzieć, co o tym myślę. Nie lubię konfrontacji.

Cucu przyszedł. Punktualnie.
Jak zawsze, tak właściwie.

O nieobecności A. przekonałam się, siedząc już z Cucu przy stoliku w Pizza Hut. Tym razem nie byłam zawiedziona – A. już przy rozmowie z zaproszeniem poinformowała o ciężkiej sytuacji rodzinnej i możliwej konieczności wyjazdu. OK, to zostaliśmy we dwójkę.

Kiedy wróciłam do domu po dobrej pizzy, spacerze i kawie, przypomniało mi się jedno zdanie z mocno rozrywkowego filmu, ale jednak świetnie tu pasujące po wyjęciu z kontekstu. Początek jest w temacie notki, dalszy ciąg poniżej.

„…having someone with me on whom I can thoroughly rely.”

Jadąc sama autkiem do celu wiedziałam, że wraz ze mną w Pizza Hut będzie siedziała przynajmniej jedna osoba. Że chociażby nawet dziewczyny zawiodły, nie zmarnuję paliwa, nie zjem pizzy w samotności i nie będę ryczeć z frustracji wieczorem.

Czasami nie mamy o czym rozmawiać i siedzimy w ciszy. Z drugiej strony zdarza nam się powiedzieć to samo w tym samym momencie albo „odgaduję jego potrzeby” i przesuwam do siebie kawiarniany stolik, żeby miał więcej miejsca na nogi. Prawie jak stare małżeństwo. U nas też, poza ciszą, nie zawsze jest idealnie, ale możemy sadzić sobie złośliwości i wiemy, że druga strona się nie obrazi, tylko zrobi krzywy uśmiech i już. Naszą małą tradycją są maratony filmowe – o ile jedno z nas ma wolną chatę, a drugie przy tym nie pracuje, staramy się spotykać. Ostatni maraton był 23 lipca, następny będzie za tydzień.

A nawiązaliśmy prywatny kontakt (poza internetową grupą dyskusyjną o nazwie Bocznica, na której się poznaliśmy) 21.8.2003 roku. Był to email od niego z tematem w stylu „A może byśmy się spotkali?”. Po raz pierwszy „na żywo” spotkaliśmy się 4 dni później.

8 lat bliskiej znajomości – przyjaźni – nawiązanej przez internet. I kurna pal licho, że spotykamy się średnio raz na miesiąc albo i rzadziej (rzadko kiedy mamy obecną częstotliwość spotkań). Lepszy niezawodny przyjaciel na odległość, niż notorycznie olewająca mnie koleżanka, mieszkająca 2 kilometry ode mnie.

Parkująco

Dobra, może i mam prawo jazdy od ponad czterech lat. Może i wyjeździłam już kilkanaście tysięcy kilometrów.

Ale nadal jestem z siebie dumna, jak zaparkuję prostopadle tyłem na ciasnym miejscu, nie ocierając się o nikogo.

;)