Archiwum blogu

Marcin Meller „Między wariatami”

miedzy-wariatami-390

Wielką fanką pana Mellera nie jestem. Nie oglądam Dzień Dobry TVN, właściwie prawie wcale telewizji nie oglądam. Moja główna styczność z tym panem to czytanie jego felietionów w sporadycznie kupowanym „Newsweeku”. Nie do końca zatem pamiętam, dlaczego kupiłam jego książkę. No ale kupiłam. I nie żałuję.

To zbiór reportaży i felietonów z prawie 20 lat dziennikarskiej kariery p. Mellera. Zaczyna się mocnym kopem w zadek, mianowicie reportażami z wojen – w Serbii, Afryce (Zair, Uganda) i na Kaukazie. To opisy szalonego świata, który nie rządzi się żadnymi regułami. To opisy biurokracji, bałaganu. I często bratobójczej walki. Nie ma tu osobistych opinii. Autor – zapewne zgodnie z uprawianym gatunkiem twórczości – pozostaje niezmiennie neutralny. Nie wyjaśnia, o co chodzi. Nie pisze, kto jego zdaniem ma rację. Zwykle nie musi, bo uczestnicy konfliktów sami już chyba nie pamiętają, od czego się zaczęło.

Później jest kilka sztuk felietonów historycznych o radosnych czasach PRL. Te „radosne” czasy, całe szczęście, mnie ominęły, więc niektóre teksty czytałam z pogłębiającym się szczękopadem.

Felietony – w nieco innym klimacie. Lżejsze. Czasem kąśliwe. Często dowcipne.

Całość jest zakończona jeszcze jednym reportażem – „Serce zdrajcy”. O Burze (Afrykanerze), potomku pierwszych białych osadników na terenie dzisiejszej RPA. Widział on krzywdy wyrządzane Czarnym i był po ich stronie… dopóki nie zaczęło się obalanie apartheidu. Dopóki nie okazało się, że nieważne, po czyjej byłeś stronie. Skoro jesteś Biały, nawet, jeśli pomagałeś Czarnym, to i tak zostaniesz wykorzystany i skrzywdzony, twoje zasługi zostaną zapomniane.

Lubię. Podobało mi się. Serdecznie polecam.

„Proof” (1991)

Fajny film widziałam.

Staroć (rocznik 1991) australijskiej produkcji, „Proof” scenariusza i reżyserii Jocelyn Moorhouse. W rolach głównych Hugo Weaving, Geneviève Picot i Russell Crowe. Powodem obejrzenia była ostatnia z wymienionych przeze mnie osób ;).

Martin (Weaving) od urodzenia jest niewidomy. W dzieciństwie jego świat opierał się na tym, co opisywała mu matka, ale w pewnym momencie stracił do niej zaufanie i zażyczył sobie aparat fotograficzny. Od tamtej pory zdjęcia to był dla niego dowód, że rzeczywiście to, co mu opisywano, miało miejsce.

Już jako dorosły człowiek spotyka Andy’ego (Crowe), prostego chłopaka pracującego w restauracji, w której Martin często jadał. Martin prosi Andy’ego o opisywanie tego, co jest na fotografiach. Panowie szybko się zaprzyjaźniają, ale sytuację komplikuje zafascynowana Martinem jego gosposia, Celia (Picot).

Film obyczajowy, więc spokojny. Ja na spokojnych filmach szybko się nudzę, ale nie tym razem. I moja przeszła już nieco szajba na punkcie Crowe’a nie ma tu wiele do rzeczy.

Pierwsze, na co zwróciłam uwagę przy oglądaniu, to muzyka. Nie zawsze ją słychać, ale jeśli już jest, to wpada w ucho.

Historia jest ciekawa, wciąga, po wyświetleniu napisów końcowych zmusza do przemyśleń. Relacje między bohaterami można odczytać na wiele sposobów i z całą pewnością długo pozostają w pamięci. Przyjaźń Martina i Andy’ego jest prosta, pełna zaufania ze strony Martina i akceptacji Andy’ego. Oczywiście nie wszystko zawsze idzie tak cukierkowo, bo bez tego nie byłoby filmu. Ale był to na pewno ciekawy, czasami zabawny i przyjemny seans. Film został obsypany nagrodami Australijskiego Instytutu Filmowego (nagrody dostali Hugo i Russell, była nagroda za najlepszy film, reżyserię, scenariusz i montaż) i według mnie zasłużył. To inna od codziennej sieczki, inteligentna rozrywka na wysokim poziomie. Ale dla dorosłych :P.

Dla fanów Russella lub/i Hugo to bardzo ciekawa pozycja, rzekłabym obowiązkowa. Pozostałym pewnie nie będzie się chciało szukać, bo do tego nie ma polskich napisów. Ale angielskim mówią całkiem ładnym. Tak czy siak polecam. 8/10.

Camilla Läckberg „Księżniczka z lodu”

ksiezniczka-z-lodu-b-iext18542115

W wannie, w domu z zepsutym piecem, w małym, szwedzkim miasteczku zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Motywy jej śmierci są niejasne. Zagadkę z pomocą lokalnego policjanta próbuje rozwikłać pisarka, dawna przyjaciółka z dzieciństwa ofiary. W czasie śledztwa wychodzą na jaw liczne rodzinne tajemnice, od lat ukrywane przed sąsiadami.

To pierwsze moje spotkanie z tą autorką. Sięgnęłam po nią trochę na fali popularności szwedzkich kryminałów – przy czym ciężko mi porównać ją do innych autorów, jako że z tego gatunku zaliczyłam tylko trylogię „Millenium” Stiega Larssona ;). Jest to na pewno lektura lżejsza od Larssona. Czyta się ją bardzo sprawnie i szybko, a przy okazji postaci są niejednoznaczne i fajnie zarysowane. To typowy kryminał ze śledztwem policyjnym. Akcja posuwa się do przodu, co chwilę dostajemy jakieś nowe szczegóły śledztwa, ale są one tak dawkowane (często zapowiadane poprzez reakcję odkrywcy – sam trop ujawnia się czytelnikowi nieco później, ale za to zawsze i konsekwentnie – trzeba przyznać pani Läckberg dbałość o niegubienie wątków), że sprawca i motyw ujawniają się dopiero na sam koniec. Ja na to zareagowałam cichym „a-ha”.

To zdecydowanie lekka lektura, taka na lato, na plażę, mimo panującej w powieści zimy. Nie intryguje szczególnie, nie czyta się jej, obgryzając paznokcie jak przy dobrym filmie. Moje czytelnicze postanowienie nie trzyma się najlepiej, bo przerwałam czytanie gdzieś w połowie, ale jak już wróciłam po kilku tygodniach i miałam więcej czasu, to tę drugą połowę dokończyłam w dwa dni, nie mając żadnego problemu ze zorientowaniem się ponownie, o co chodziło.

Zatem przeczytać jak najbardziej można. Wybitna lektura to nie jest, ot, dla zabicia czasu. Mam jeszcze jedną jej książkę i pewnie ją przeczytam, ale polować w księgarniach na kolejne tomy raczej nie będę.

(fotka ukradziona z empik.com)

„Chomik na widelcu” Claudia Torres, Jacek Krawczyk

chomik

Jestem fanką „prostej” literatury. Moje półki  z książkami są okupowane głównie przez thrillery, kryminały i książki przygodowe. Nie jest to literatura, z której można wyciągać jakieś mądre cytaty. Znamienne jest też to, że moje Środy Bez Komputera zostały wymuszone przez godziny, jakie spędzam na czytaniu fanfiction (amatorskich opowiadań opartych na książkach, filmach, grach komputerowych itp.) po angielsku, wśród których, nie ukrywajmy, trudno o arcydzieło. Czasami się zdarzy coś takiego znaleźć, ale tak czy siak, zazwyczaj sięgam po literaturę wybitnie rozrywkową.

„Chomika…” kupiłam w promocji, w Matrasie. Niecałą dychę mnie kosztował. Okładka i tytuł mnie zaintrygowały, stwierdziłam, że czemu nie, skoro chcę wrócić do czytania.

Psycholog policyjny śni o chomiku nabitym na widelec. Deserowy. Zawsze miał ten sen, kiedy dochodziło do jakiejś intrygującej śmierci. Śmierć dziewczyny w klubie nie wydawała się taka intrygująca, ot, przyczyny naturalne, była chora na serce. Ale okoliczności i osoby związane z tą śmiercią już takie oczywiste nie były…

Książka ma dwóch autorów: urodzoną w Łodzi córkę znanego, meksykańskiego pisarza i reżysera, oraz psychologa. Wpływ tego drugiego autora jest wyraźny: sprawa kryminalna jest jakby tłem dla opisów i rozwoju licznych, związanych z ofiarą postaci. Każda postać ma swoją historię, każda intryguje, każda wzbudza zainteresowanie, powoduje, że czekamy na jakieś nowe szczegóły z ich życia. Nie są to postaci budzące jakąś szczególną sympatię, ale nie jest to z powodu sposobu, w jaki są zbudowane, tylko raczej z braku czasu. Powieść jest stosunkowo krótka – 230 stron. I chociaż sprawa kryminalna rozwija się powoli, to jednak całość czyta się świetnie i szybko – poświęciłam na nią może 6-8 godzin.

To jest właśnie przykład takiej prawie idealnej, „lekkiej” lektury. Chciałabym poświęcić tym postaciom więcej czasu, bardziej je polubić, ale przy czytaniu odpoczęłam po „ościach” Ignacego Karpowicza, które mimo wszystko – bo to dobrze napisana książka i na pewno są osoby, którym się spodoba – mnie trochę zmęczyły (i których z powodu przerwy w czytaniu recenzować nie będę – powieści obyczajowe jednak nie są dla mnie).

I taki ten „Chomik…” jest. Żeby odpocząć. Następnego dnia można się wziąć znowu za coś cięższego. Może za Lackberg?

„Hobbit: Pustkowie Smauga”

Drużyna złożona trzynastu krasnoludów, hobbita i czarodzieja kontynuuje swoją podróż do Samotnej Góry. Po drodze muszą pokonać kilka przeszkód, jak wrogość Leśnych Elfów, orki i smoka…

„Kontynuują” to słowo klucz. Film zaczyna się od środka, mianowicie od razu od pościgu, przez co sprawia wrażenie bycia wyciętym bezpośrednio z większej całości. Można się tego spodziewać, skoro to środkowa część filmowej trylogii na podstawie jednej książki, ale jednak zabrakło mi wprowadzenia.

Co poza tym? Mówi się, że film jest nudny. Otóż, proszę państwa, nie jest. Coś się dzieje cały czas, z koniecznymi dla oddechu przerwami. Są pościgi, walki, strzelanie z łuku, trochę dramatyzmu i próba wprowadzenia międzyrasowego romansu.

Jest też smok, mówiący bardzo mi znajomym, głębokim, brytyjskim barytonem. Benedict Cumberbatch w wywiadach co chwilę powtarza, że nie tylko podkładał głos, ale też robił motion capture dla Smauga. Owszem, smok mimikę miał. Na ile udało się odwzorować ruchy reszty ciała aktora, tego nie wiem. Dowiem się z dodatków na BluRay (tym razem zaczekam na wersję rozszerzoną). Jako głos Nekromanty był mniej rozpoznawalny.

Zdjęcia? Zapierają dech w piersiach. 3D absolutnie nieprzydatne w scenach walk, ale pszczółki latające przed nosem były ciekawym doświadczeniem. Jak zwykle piękne krajobrazy Nowej Zelandii, scenerie dodające klimat niepokoju i zagrożenia.

Aktorsko? Nie trawię Evangeline Lilly w roli nieistniejącej w książce elfki Tauriel. Może to dlatego, że jej postać nie pochodzi z „wysokiego” rodu, pozostałe elfy we wcześniejszych filmach nosiły się i mówiły bardziej po królewsku, więc może to stąd ten problem. Następnym razem się poprawię.

Absolutnie genialny jest Martin Freeman. Musiałabym powtórzyć sobie pierwszy film, żeby porównać, ale mam wrażenie, że z czasem coraz lepiej czuł się w tej roli. Gesty, sposób wypowiadania kwestii, wyraz twarzy, spojrzenie – jeśli jest na ekranie, nawet z taką konkurencją, jaką jest ogromny smok, nie można odwracać od niego wzroku, bo a nuż widelec coś się przegapi.

To nie jest wierna adaptacja książki. Część materiałów dodano z Silmarillionu i dodatków do „Powrotu króla” Tolkiena, część jest twórczością własną scenarzystów i reżysera. A wszystko po to, żeby ten dwuipółgodzinny film stanowił wypełniacz między początkiem historii, a jej końcem, bo właśnie największą rozpierduchę zostawiono na trzeci film.

I może z tego powodu z kina wyszłam z niedosytem. Niby fajnie, ale czegoś zabrakło.

7/10.

„Skyfall”

Daniela Craiga w roli Bonda trawię i lubię. Przed obejrzeniem „Casino Royale” było z tym gorzej, ale okazało się, że facet po prostu kiepsko wychodzi na zdjęciach. Na ekranie wyglądał już OK. To, że to pierwszy blondyn w tej roli wcale mi nie przeszkadza. Ma niesamowicie blade, niebieskie oczy.

„Casino Royale” bardzo polubiłam i widziałam już kilka razy. Był to udany „reboot” serii (Bond w czołówce otrzymuje swoją licencję na zabijanie) i na pewno będę jeszcze do tego filmu wracać.

Druga część tego „rebootu” – „Quantum of solace” – już mniej mi podeszła, głównie ze względu na zmianę klimatu na śmiertelnie poważną. Ten akurat film widziałam tylko raz i chociaż słabo go pamiętam, nie mam ochoty do niego wracać, choć generalnie jako thriller był udany. Do Bondowskiej serii pasował już średnio.

Na „Skyfall” szłam więc z mieszanymi uczuciami. Trailery zapowiadały utrzymanie się klimatu z „Quantum…”, chociaż dodano do tego hipsterskiego Q. Z kina wyszłam wczoraj w stanie wielkiego „squee!”.

Powrót do luzu! Było weselej niż w „Casino Royale”, padło sporo świetnych tekstów, akcja posuwała się wartko naprzód, było śmiesznie, dramatycznie, momentami rosło napięcie, były Bondynki i sporo smaczków (typu [spoiler!] Q: Spodziewałeś się wybuchającego długopisu? Już się w to nie bawimy” [/spoiler]), ostatecznie historia Bonda w pięćdziesiątą rocznicę premiery pierwszego filmu zatoczyła wielkie koło (nie zdradzę, o co w tym chodzi) i nie mogę się doczekać dalszego ciągu.

To prawdziwie Bondowski film w starym stylu, gwarantujący genialną rozrywkę dla tych, którzy lubią takie klimaty, bo oczywiście nie każdemu musi to podchodzić. Polecam.

Żal nad dziedzictwem

Dwukrotne obejrzenie „Mission: Impossible – Ghost Protocol” (bo dopiero za drugim razem dostrzega się coś więcej poza dobrą zabawą) uświadomiło mi istnienie aktora o nazwisku Jeremy Renner.

Pan Renner ma lat 41, podobno 178 cm wzrostu, ma miłą, prostokątną twarz z niebieskozielonymi oczami, włosami koloru blond, średniej wielkości prostym nosem i charakterystyczną blizną po prawej stronie nasady wspomnianego nosa. I jest leworęczny. Umie całkiem znośnie śpiewać, w wolnych chwilach własnymi ręcmi remontuje domy w celu sprzedania ich z zyskiem. Jest psiarzem, posiada dwa francuskie buldogi.

Ma on też na koncie dwie nominacje do Oscara: jedną za rolę pierwszoplanową („The Hurt Locker”) i za drugoplanową („The Town”). Kiedyś wykazywał zamiłowanie do grania snajperów, morderców i więźniów w celi śmierci. Ostatnio przerzucił się na bardziej pozytywne postaci.

W tym osobnika, który zastąpił Jasona Bourne’a w czwartej części filmowej serii z panem B. w tytule, tym razem „Dziedzictwo Bourne’a” [uwaga, notka zawiera spoilery!]. Osobnik nie nazywa się Jason Bourne, tylko Aaron Cross.

Poznajemy Aarona, kiedy jest on w trakcie treningu na Alasce. Przechodzi on przez górzyste pustkowia, pokonując różne przeszkody, regularnie połykając zielone i niebieskie tabletki i pobierając próbki krwi. Ogólnie jest on nieświadomy zamieszania, które w Nowym Jorku wywołał Jason Bourne – zamieszania, które spowoduje próbę zamknięcia programu Outcome (podobnego do tego, który stworzył Bourne’a), którego Cross jest uczestnikiem. Zdaje on sobie sprawę, że coś się dzieje, kiedy ktoś uparcie próbuje go ukatrupić. Skoro jest świetnie wyszkolonym agentem, udaje mu się uciec, ma tylko jeden problem… skończyły mu się tabletki. Te zielone, ale niebieskie też są na wykończeniu, co oznacza dla niego dodatkowe kłopoty poza tym, że ktoś nadal próbuje go wykończyć.

Byłam naprawdę podekscytowana przed seansem. Filmowa seria z Mattem Damonem dla mnie należy już do klasyki kina. Uwielbiam filmy tego typu. Kiedy więc pojawiła się zapowiedź przejęcia serii przez mojego obecnego ulubieńca, zaczęłam odliczać dni do premiery.

Po seansie byłam zawiedziona.

Z roli Rennera mogły zachwycić głównie momenty prezentacji jego nagich bicepsów (we wcześniej kręconym filmie musiał strzelać z łuku i trochę mięśni mu przybyło) i klaty. Mimo bycia w centrum uwagi nie miał on zbyt wiele okazji do wykorzystania potwierdzonego przecież talentu aktorskiego. Owszem, w filmie jest sporo fajnie nakręconych scen walk i pościgów, ale najsłabszym elementem jest ogólnie fabuła. Ten film jest wyraźnie wstępem do dalszego ciągu, w którym tak naprawdę będzie dopiero mowa o jakimkolwiek dziedzictwie – tym razem Aaron Cross walczy po prostu o przeżycie i utrzymanie wysokiego poziomu IQ. Do programu dołączył jako osoba upośledzona umysłowo, ale po kilku latach eksperymentów z wirusami i modyfikacjami genetycznymi udało się to zmienić i on chce ten stan utrzymać – i tylko o to rozchodzi się cała akcja.

Co jest nie tak? Jason Bourne i jego skuteczność zależała wyłącznie od szkolenia. Tu już wchodzimy w sferę science fiction, coś nie do pomyślenia w produkcji, która nie była stworzona jako science fiction albo z przymrużeniem oka, jak „Mission: Impossible”. Owszem, tego rodzaju modyfikacje genetyczne się robi: ale raczej nie na ludziach i nie na użytek thrillerów z akcją w czasach współczesnych. Dodać do tego nieskończoną ilość innych programów treningowych (plus „There was never just one” jako tagline dla filmu) i mój pierwotny sceptycyzm (o genetyce było wiadomo już z trailerów) podskoczył pod sufit.

Szkoda, no, szkoda. Można by liczyć na coś lepszego w kolejnych filmach, ale taki wstęp może zniechęcić do śledzenia rozwoju dalszej akcji. Zwłaszcza, że ma się wrażenie powtórki z rozrywki i otwarcia drzwi do ciągnięcia Bourne’owskiej serii w nieskończoność.

Można zaoszczędzić pieniądze na kino i zaczekać na wydanie DVD.

Kupiłam sobie „Ultimatum Bourne’a”. Nad zakupem „Dziedzictwa” się poważnie zastanowię.

Noworocznie

Sylwester miałam bardzo udany, dziękuję. Ponieważ wolna chata u mnie równa się maraton filmowy, tym razem również zaliczyliśmy z Mężczyzną kilka filmów, w tym na jeden pojechaliśmy do kina – na „Sherlock Holmes i gra cieni”.

Kilka akapitów o tym filmie ;). Po pierwsze, akcji jest więcej niż w pierwszym filmie. Po drugie, specyficzna dla Ritchiego dynamika zdjęć (dużo fast-forwardów i zwolnionego tempa) w scenie ucieczki przez las (widocznej w trailerach) wywołała u mnie szczękopad – brawa za realizację. Po trzecie, chemia między Robertem a Judem pozostała bez zmian. Fajnie rozwinięto postać Mary. Hans Zimmer zaprezentował trochę nowej muzyki, choć motywy ze ścieżki dźwiękowej do pierwszego „Sherlocka Holmesa” też się powtórzyły. Ogólnie kupa akcji, trochę dramatyzmu (główny bohater wpakował się w znacznie większe tarapaty, niż te w pierwszym filmie), mnóstwo scen humorystycznych, ogólnie fajne kino.

Ale jest jedno ale, zresztą zawarte w poprzednim akapicie. Trochę za dużo scen humorystycznych i za często wpadających w farsę. To był główny minus wskazany przez Mojego Mężczyznę, zepsuło mu to seans. Owszem, można tłumaczyć, że zmagania Sherlocka z kucykiem i swoboda bycia Mycrofta miały nieco zrównoważyć dość poważną tematykę filmu (próby powstrzymania wybuchu wojny), ale moim zdaniem nieco przesadzono.

Jak się ten film ma do książek i drugiej serii serialu BBC, która zresztą startuje w UK za jakieś 15 minut? W tym filmie były może trzy motywy zgodne z opowiadaniami Doyle’a. Działania Moriarty’ego (który jednak w książkach był Złym mniejszego kalibru w porównaniu z tym filmowym), obecność pułkownika Morana i miejsce, gdzie odbyła się ostateczna potyczka Sherlocka z Moriartym (za to ostatnie duży plus, bo mi momentalnie ciśnienie wzrosło). Ale OK, tego filmu się nie ogląda dla zgodności z książkami, tylko dla akcji. A tej było, jak pisałam, sporo.

Mimo przefarsowienia (nie ma dowcipów o rzyganiu, jest tylko jedna, nieodpowiednia osoba, którą rozebrano do rosołu. Nie to ciało na takie widoki ;) ) film jest moim zdaniem naprawdę fajny i warto wybrać się do kina, jak już się w nim oficjalnie, a nie przedpremierowo, znajdzie :).

Co do reszty Sylwestra, to ogólnie obejrzeliśmy jeszcze jeden film, wypiliśmy po dwa drinki i po jednym kieliszku szampana, dużo czasu przegadaliśmy i ogólnie było spokojnie i miło.

A jutro znowu do pracy. Swój niecny plan założenia działalności niestety zacznę wprowadzać w życie dopiero od następnego wtorku.