Archiwum blogu

Elizabeth Kolbert „Szóste wymieranie”

Fakt 1: żyjemy w antropocenie. Gatunek ludzki dokonał tylu zmian w obrazie geologicznym Ziemi, że zasłużył na własną epokę geologiczną. Trwa ona od jakichś 200 lat.

Fakt 2: w historii geologicznej Ziemi zapisało się 5 tzw. wielkich wymierań gatunków. Jakiś czas temu naukowcy doszli do wniosku, że jesteśmy świadkami szóstego, ściśle związanego z rozwojem i ekspansją człowieka.

kolbertsz-stewymieranie

Jest to książka popularnonaukowa, nie pisana przez kogoś z zadatkami na ekoterrorystę. Autorka zwraca się do specjalistów, podróżuje po całym świecie, jest osobiście świadkiem skutków ludzkiej działalności. Opisuje kilkanaście historii o zniknięciu lub postępującym znikaniu gatunków z powierzchni ziemi, podaje ich przyczyny i związek z naszym gatunkiem. I nie chodzi tylko o bezpośrednie tępienie poprzez polowania, ale też ekspansję gatunków inwazyjnych, wypierających rodzime gatunki, o przenoszone choroby, redukcję siedlisk czy emisję dwutlenku węgla.

Nie ma tu podanych rozwiązań. Jest po prostu opis sytuacji i chwila refleksji. Człowiek ma wpływ na klimat na całej planecie, jako jedyny gatunek ewolucyjnie wykształcił w sobie taką możliwość. Ale też jako jedyny jest w stanie wyciągnąć wnioski.

Dobrze się to czyta w tym sensie, że książka nie jest przeładowana suchymi faktami. Ale jednocześnie smutek ogarnia świadomego czytelnika, bo przyszłość bioróżnorodności na Ziemi nie wygląda zbyt dobrze. Masowo wymierają nietoperze i płazy. Za naszych czasów wyginęła megafauna na wszystkich kontynentach. Rafy koralowe tracą możliwość odbudowywania się. Ostatecznie to szóste wymieranie może dotknąć też nas.

A z mojego osiedla zniknęły pojemniki do segregacji śmieci.

Grażyna Jagielska „Miłość z kamienia”

Obiecywałam sobie, że w 2015 roku książek recenzować nie będę. Nie umiem, nie znam się, czytam mało, niewiele osób to prawdopodobnie obchodzi. Tworząc listę „Do przeczytania” w Kąciku wiedziałam jednak, że będzie od tego postanowienia przynajmniej jeden wyjątek.

Może ktoś zauważył, że obecnie czytam dwie książki na raz – jedną w pracy, drugą w domu. Do pracy wożę lekturę lekką, niewymagającą większego skupienia. Dom – więcej czasu, cisza i ewentualnie kot na kolanach – jest zarezerwowany dla książek ciężkich: czy to ze względu na twardą oprawę lub gabaryty, czy tematykę.

Czułam, że Jagielskiej należy się szacunek. Że nie chcę tej książki podczytywać po kilka stron między pacjentami. Że będzie ona traktować o sprawach zbyt poważnych, by podejść do niej w inny sposób.

Milosc-z-kamienia_Grazyna-Jagielska,images_big,13,978-83-240-2118-5

Żona Wojciecha Jagielskiego, jednego z najlepszych polskich korespondentów wojennych, trafia do kliniki zdrowia psychicznego z powodu objawów zespołu stresu bojowego. Tam spotyka pacjenta, z którym wymienia się swoją historią, choć jemu ciężko uwierzyć, że ona może mieć zespół stresu bojowego, nie będąc nigdy na wojnie.

To jest stres jej męża. „Zawsze oddawał mi wszystkie swoje problemy.” Przyjeżdżał do domu z przestrzelonym plecakiem albo raną na głowie, opowiadał o ofiarach wojny i o wszelkich okropieństwach, które widział. Próbował ją wciągnąć do swojego świata – za jej zgodą, sama zdecydowała się raz z nim pojechać do Afganistanu.

Książka jest pisana prostymi słowami, bardzo zwyczajnym, ludzkim językiem, przez co czyta się ją błyskawicznie. Ale w tej prostocie jest przejmująca. Wręcz przerażająca. Chwyta za trzewia i nie chce puścić. Wciąga jak bagno i nie można przestać o niej myśleć. Do tego niepotrzebne są wielkie, trudne słowa. Ten język właśnie sprawia, że wiemy, że czytamy historię Człowieka.

Nie ma tu fajerwerków. Nie ma konkretnego momentu, zwrotu, łatwej do określenia chwili, kiedy problem pojawił się pierwszy raz. Jest powoli i spokojnie prowadzona opowieść o rozwoju choroby. Jest utrata panowania nad własnym życiem, zobojętnienie na wszystko, wyobcowanie i codzienne wyczekiwanie na telefon z redakcji, że mąż już nie wróci. Jest nieustający lęk. Są przygotowania na te wieści o śmierci, jak przygotowania na własną śmierć. Są lata zapomniane. I są słowa pełne miłości, które nie mają ostatecznie znaczenia.

Poraża ta książka. Z całego serca polecam.

Archive „Restriction”

archive

Niecały rok po wydaniu poprzedniej płyty, „Axiom”, która była albumem dość dziwnym, brytyjski kolektyw Archive wypuścił nową. Dopadłam poprzez preorder. I z autografami założycieli zespołu ;).

Poprzedni krążek był dziwny, bo nastawiony na dokręcenie do niego filmu (którego do tej pory nie widziałam, choć został wydany razem z albumem). Brzmiał zatem jak soundtrack, przez co głębszym sentymentem darzę jeno połowę utworu tytułowego i jeden bonus, którego zresztą nie było na płycie. Album zły nie był, ale rzadko do niego wracam. Archive generalnie tworzy muzykę bardzo ilustracyjną, ale z „Axiom” trochę przesadzili ;).

„Restriction” powraca do bycia płytą ilustracyjną niechcący. Pewnie dałoby się podkleić ją pod sceny w filmie, ale słuchając kolejnych kawałków nie myślimy o tym, że byłoby to potrzebne do pełni odbioru.

Płyta startuje dość ostro. Dużo tu niedrażniącej elektroniki i perkusji, w aranżacji ocierającej się o bałagan. Głośne dźwięki są połączone z dość łagodnymi głosami wokalistów i często niebanalnymi tekstami. Przejście w spokojniejsze nuty po trzech utworach i następnie powrót do ostrości po kolejnych dwóch powodują, że płyta nie męczy, wręcz mile się kojarzy z wcześniejszymi dokonaniami kolektywu, który wszak trzyma się rocka progresywnego.

Jednak to poczucie bałaganu czyni tę płytę nieco inną od wcześniejszych. Najwyraźniej padła decyzja, żeby zagrać ostrzej. W środku albumu mamy ciszę przed burzą. Jeden z wypuszczonych przed premierą singli w pojedynkę wydawał mi się nudny, brakowało mi w nim kopa. W zestawieniu z resztą piosenek ten brak kopa nie przeszkadza, to miły oddech.

Jak zwykle pojawia się dużo głosów, że płyta jest „inna”, ale to nadal Archive. Zaczęłam się zastanawiać, co dla osób tak twierdzących wyznacza brzmienie Archive? Czasy kultowego już „Again” (nagranego w 2002 roku! Kawał czasu) minęły dawno, wraz z odejściem w 2004 śpiewającego ten utwór Craiga Walkera i zmiany Archive z zespołu na kolektyw. Od „Lights” kolejne płyty to eksperyment, każda różni się czymś od poprzedniej. Dwie płyty to był powrót do trip-hopowych korzeni, przeplatany balladami. Potem ten dziwny soundtrack. Teraz mamy mocniej, bardziej rockowo, bardziej elektronicznie. I dobrze. I fajnie.

Fajna płyta. Spodobała mi się znacznie szybciej od przed-Axiom-owego „With us until you’re dead”. Będę do niej wracać. Baaaardzo chętnie usłyszę, jak wypadnie w wykonaniu na żywo w marcu. Bo Archive na koncertach daje czadu. Dodać więcej czadu do tego, co jest na płycie? Wyjdę bez bębenków w uszach ;).

Nick Mason „Pink Floyd. Moje wspomnienia”

PINK-FLOYD-Moje-wspomnienia_Nick-Mason,images_big,27,978-83-60157-45-9

Książkę tę daaaaawno temu kupiłam Tacie na urodziny. Tata Floydów bardzo lubi i zresztą mnie tą sympatią zaraził. Jakiś czas po zakupie książkę „ukradłam” i tak sobie ze mną przebywała przez kilka lat. W końcu udało mi się ją przeczytać.

Nick Mason był perkusistą Pink Floyd od początku do końca istnienia tego zespołu. Pozostał w jego składzie nawet po odejściu Rogera Watersa.

Książka, wiele lat temu bardzo „skrycie” reklamowana w programie TopGear, jest opasłym tomiszczem, zawierającym, jak dla mnie, wyczerpujący opis dziejów zespołu. Pełno jest w nim nazwisk, anegdot, zdradzonych sekretów zza kulis czy zdjęć. Historie momentami smutne, momentami gorzkie, czasami zabawne, z widocznym staraniem autora, aby były przedstawione w miarę neutralnie czy chociaż z opisem argumentów obu stron w przypadku sporu – a tych trochę w czasie 30 lat istnienia zespołu jednak było.

Z dyskografii Floydów bardziej lubię krążki z późniejszego okresu, kiedy odeszli od początkowej psychodeli (momentami niedającej się słuchać) w stronę rocka. Z książki się dowiedziałam, że owo przejście miało miejsce jakiś czas po odejściu z zespołu jednego z jego założycieli, kompozytora i twórcy tekstów: Syda Barretta (który na praktycznie wszystkich zdjęciach miał znacząco nieobecne spojrzenie)…

Dowiedziałam się, że spektakl, jakim od początku było The Wall (bo chyba każdy kojarzy kultowe, maszerujące młotki), wcale nie był wyjątkiem. Każdy ich koncert to był spektakl – zarówno do wcześniejszych, jak i późniejszych płyt. Panowie fascynowali się efektami dźwiękowymi i świetlnymi, i wykorzystywali je podczas całej kariery.

Ta książka pozwoliła mi poznać dokładnie historię jednego z moich ulubionych zespołów, zrozumieć konflikty, które doprowadzały do zmian składu… I nabrać ochoty na powtórkę tej lubianej przeze mnie części ich twórczości :)

Wojciech Cejrowski „Wyspa na prerii”

wyspa-na-prerii-b-iext25688916

Cejrowskiego lubię. Może nie za poglądy polityczne, ale za lekkie pióro. Od czasu do czasu trafiałam na jego programy w TV i też się je fajnie oglądało.

Nowa opowieść WC jest nieco inna od poprzednich. Pan podróżnik zmienia bowiem lokalizację: z Afryki czy Ameryki Południowej przenosi się na amerykańską (w sensie arizońską) prerię, gdzie ma swój domek, trochę ziemi, na tej ziemi krowy, wiatrak do pompy na wodę i „oswojonego” kojota bez łapy.

Opisuje życie codzienne swoje i innych mieszkańców prerii, ich poczucie humoru i praktyczne podejście do egzystencji w trudnym i suchym terenie gdzieś na końcu świata, niedaleko granicy z Meksykiem. Czyni to z typową dla siebie lekkością i humorem, szczerze opisując swoje liczne wpadki na początku pobytu. Jednocześnie wyraża swoje poparcie dla amerykańskiego systemu, w którym nazwę ulicy nadajesz sobie sam, podczas zgłoszenia narodzin dziecka urzędnik ma obowiązek wpisać takie imię, jakie wskaże rodzic, Walmart sprzeda Ci wszystko i tanio, a każdy ma prawo zastrzelić każdego, kto wejdzie na jego teren bez zaproszenia.

Trudny jest żywot na prerii, gdzie rządzi natura. Ale autor jest w stanie przedstawić je tak, że wszystko wydaje się magiczne. Trzeba tylko odpowiedniego podejścia – do życia, do własnych wpadek, do głupich żartów lokalnej społeczności, która z dziką chęcią wykorzysta naiwność nowicjusza, ale z drugiej strony pomoże w potrzebie i wyśle delegację, jeśli nagle znikniesz.

Fajna lektura.

„Strażnicy Galaktyki”

– Jadę dzisiaj do kina.
– Na co? – spytała Mama.
– Na „Strażników Galaktyki”.
– O Jezu, takie głupoty, kiedy ty dorośniesz? – zawołał Tata.

Najlepiej wcale.

Peter Quill (Chris Pratt) kradnie potężny, kosmiczny artefakt. Od tego momentu ma na karku łowców nagród i wrogo nastawioną rasę, która chce wykorzystać artefakt do zniszczenia cywilizacji. Wraz z grupką czterech innych desperatów i złoczyńców (Gamora – w tej roli Zoe Saldana, Drax Niszczyciel – Dave Bautista oraz Bradley Cooper i Vin Diesel jako głosy Rocketa i Groota) usiłuje zapobiec tragedii, jednocześnie odnajdując w sobie nieznane dotąd pokłady bohaterstwa.

„Guardians of the Galaxy” to kolejny film z tzw. MCU (Marvel Cinematic Universe). Do tej pory obejrzałam większość z nich (tylko „The Incredible Hulk” czeka na seans, bo jakoś mnie to ominęło) i muszę powiedzieć, że ta formuła do mnie przemawia. Po prostu fajnie się je ogląda, tylko trzeba pamiętać, że to kino wybitnie rozrywkowe na podstawie komiksów o superbohaterach. Wtedy człowiek wygodnie rozsiada się w fotelu kinowym i chłonie.

Do GOTG podeszłam z pewną rezerwą, głównie z powodu trailerów, które miały tym razem chyba zniechęcić do oglądania. Filmy z MCU nigdy nie były śmiertelnie poważne, ale tym razem nieco przesadzili z eksponowaniem humoru. Mogłam tylko liczyć na to, że to taka zasłona dymna, jak w przypadku „Iron Man 3”, którego trailery zapowiadały mrok i tragedię, a wyszło coś zupełnie innego.

W kinie moje nadzieje się potwierdziły :)

Film, owszem, jest śmieszny. Może najśmieszniejszy ze wszystkich. Ale z drugiej strony wizytówka MCU, czyli wartka akcja, świetne efekty, fajnie skonstruowane postaci – nadal jest obecna. Idąc do kina bałam się, że się zawiodę, że ten humor będzie mi przeszkadzał, że właściwie idę podziwiać tylko formę zazwyczaj zdecydowanie „misiowatego” Chrisa Pratta (zrzucił jakieś 30 kilo i kurde, ciacho z niego!). Ale nie. Od początku do końca była to rozrywka na wysokim poziomie. Znany z komediowych ról Pratt z łatwością wchodzi w skórę kosmicznego wyrzutka, który ma ogromny sentyment do składanki hitów z lat 70 i 80. Pomalowana na zielono Zoe Saldana i Dave Bautista w roli nierozumiejącego metafor mięśniaka żądnego zemsty może nie robią większego wrażenia, ale już Bradley Cooper w roli zmodyfikowanego szopa o imieniu Rocket ma pewne pole do popisu. Vin Diesel jako głos człekokształtnego drzewa o dość zaskakujących umiejętnościach miał tylko dwie kwestie ;). Kompletnie niedobrana grupa pięciu wyrzutków na początku jest o krok od pozabijania się nawzajem, ale ostatecznie jednoczą siły dla słusznej sprawy.

Jakimś cudem ten film leci w polskich kinach w czterech wersjach języka i obrazu (2D dubbing, 2D napisy, 3D dubbing, 3D napisy). Poszłam na wersję z napisami w 2D i był to bardzo dobry wybór – widziałam może jedną czy dwie sceny, które zostały skonstruowane wyraźnie pod 3D, ale moim zdaniem męczenie się z niewyraźnym obrazem podczas scen ciemniejszych i bardziej ruchliwych nie ma sensu. 2D w zupełności wystarczy, jak zresztą w przypadku każdego filmu z MCU.

Filmy z tej serii zbieram na BluRay. Oba „Thory” znalazły się na mojej półce z kolekcjonerskiego obowiązku. Na wydanie „Strażników Galaktyki” będę czekać z niecierpliwością i bardzo chętnie, już nie z obowiązku, dopadnę je i ustawię na swoim miejscu.

Na razie polecam wybranie się do kina. Bardzo fajny, letni blockbuster.

Camilla Läckberg – „Niemiecki bękart”

niemiecki-bekart-b-iext21572669

 

Przed wyjazdem naiwnie myślałam, że w Pradze znajdę czas na czytanie. W drodze do nie sprzyjały okoliczności (noc i późniejsze zmęczenie z niewyspania), potem codziennie wracałam ze zwiedzania tak zmęczona, że miałam siły tylko na Facebooka… Za tę książkę wzięłam się dopiero ostatniego wieczoru pobytu i w autobusie.

Przeczytałam całość. W dwóch rzutach. Mi się to nie zdarza, chyba, że lektura jest wyjątkowo lekka.

Albo wyjątkowo wciągająca.

Tu się chyba zdarzyła ta druga sytuacja.

W piątej części serii kryminałów ponownie spotykamy te same postaci. Pisarkę Erikę, która tym razem znajduje na strychu domu jej rodziców stary, niemiecki medal i próbuje rozwikłać zagadkę jego pochodzenia; Patricka – uzależnionego od swojej pracy policjanta na urlopie ojcowskim, męża Eriki i ojca ich dziecka; grupkę śledczych z lokalnego posterunku i stały krąg znajomych oraz rodziny. Schemat budowy akcji ten sam. Trochę rozwoju charakteru. I kluczowe szczegóły śledztwa ujawnione dopiero na sam koniec, z satysfakcjonującym i dość zaskakującym (choć bez większego szoku, jak zwykle) rozwiązaniem.

Dlaczego zatem piszę o tej książce całą notkę, zamiast, jak „Kamieniarza”, potraktować ją krótkim opisem w Kąciku Czytelniczym?

Bo mnie zaskakująco wciągnęła. Po otwarciu ani się obejrzałam, byłam w połowie.

Ale dlaczego?

Sama nie wiem. To prawdopodobnie ostatnia książka Läckberg, jaką czytam – autorka wyrobiła sobie schemat, czego ja nie lubię – dlatego pożegnałam się z niegdyś ukochanym Frederickiem Forsythem (chociaż do „Negocjatora” nadal lubię wracać), nie skończyłam też nigdy serii o Harrym Potterze. Jej powieści są podobne do siebie. I może z czasem niektóre postaci doświadczają trochę rozwinięcia charakteru, robią się z irytujących akceptowalne, ale na inne reaguje się obojętnie, a po jakimś czasie od odłożenia książki nie pamięta się, o czym była i się rozważa oddanie tomiszcza w dobre ręce, bo blokuje miejsce na półce. Z „Niemieckim bękartem” będzie pewnie podobnie, ale z trzech powieści p. Camilli, które przeczytałam, ta, zgodnie zresztą z rekomendacją na okładce, była chyba najlepsza.

Po raz kolejny lekka lektura. Fanom polecam. Wahającym się może niekoniecznie.

„Jak wytresować smoka 2”

Pierwszy film, przyznaję się, spiraciłam. Obejrzałam w oryginalnej wersji językowej i bardzo mi się całość podobała, kilkakrotnie wracałam do niektórych momentów. Aż w końcu kupiłam sobie legalne wydanie na BluRay. I mam, jestem rozgrzeszona ;)

W czwartek obejrzałam ten film z polskim dubbingiem. O ile polski dubbing do filmów animowanych zazwyczaj jest świetny (filmów aktorskich z dubbingiem nawet nie tykam – kilka razy próbowałam i mam traumę), tu mi nie podszedł – może dlatego, że byłam przyzwyczajona do oryginału. Polskie, raczej anonimowe głosy to nie Craig Ferguson i Gerard Butler ze szkockimi akcentami czy Jay Baruchel i jego nosowa, pochodząca z Kanady angielszczyzna. To nic, że bohaterowie są Wikingami…

Tak czy siak wiedziałam, że pójdę na drugi film. Jak rzadko się upierałam, że na 3D – moda na robienie wszystkich filmów w 3D mnie denerwuje, no ale tutaj mieli dużo latać.

Dzisiaj poszłam. Jeszcze raz dzięki Ł. za postawienie biletów ;)

Wnioski?

1. polski dubbing nadal mi nie podchodzi. Zapewne wynika to z ograniczeń materiału źródłowego – pod koniec zwróciłam uwagę, że postacie poruszały ustami dość powoli, a przeszkadzał mi właśnie dość przeciągły czy przerywany styl wypowiedzi. Wniosek jest jeden – trzeba to dopaść w oryginale i porównać (czyli po wydaniu DVD/BR). Jest o niebo lepiej od wyczynów w filmach aktorskich, spokojnie. To tylko ja się czepiam ;)

2. 3D absolutnie nie przeszkadza. Obraz jest jasny, wyraźny, efekt przestrzenności momentami super. 3D może nie jest „must-see”, ale film na pewno na nim nie traci (jak filmy z wytwórni Marvel, w których 3D powoduje, że sceny walk są zatarte).

3. akcja drugiego filmu dzieje się 5 lat po pierwszym, więc bohaterowie są więksi, część z nich jest dojrzalsza, ale też fabuła jest taka bardziej… dorosła. Z tematyki tolerancji i akceptacji przechodzimy do kwestii odpowiedzialności i priorytetów, zdolności do podejmowania bardzo dojrzałych decyzji i stawiania czoła potencjalnie zabójczym przeszkodom. Nie jest już leciutko. Tu się dzieją poważne rzeczy.

4. można się pośmiać i popłakać.

5. animacja jest REWELACYJNA.

6. ciężko mi ten film ocenić liczbowo (x/10), bo nadal nie wiem, jak go odebrać w stosunku do pierwszego w serii. Na pewno nie był to zmarnowany seans. Na pewno pójdę na trzecią część. Więc chyba mogę polecić…

Harlan Coben „Sześć lat później”

coben

Sześć lat temu Natalie, ukochana Jake’a, na swoim ślubie z innym mężczyzną, wymusiła na Jake’u obietnicę, że nie będzie się z nimi kontaktował. Sześć lat później Jake znajduje na stronie uczelni nekrolog męża Natalie. Postanawia odnaleźć swoją dawną ukochaną…

No dopsz. Pisałałam kiedyś, że Läckberg to lektura na plażę. Otóż, myliłam się. Coben to właściwy przykład czytadła.

Dawno nie trafiłam na książkę, którą tak błyskawicznie by mi się czytało. Owszem, literki duże, ale wcale nie poświęcałam na nie jakoś dużo czasu i przeczytałam toto w dwa dni!

A co to jest w ogóle? To kryminał, oczywiście. Dobrze zbudowany wykładowca z college’u nieco obsesyjnie poszukuje swojej dawnej ukochanej, co rusz wpadając w tarapaty z policją, mafią i innymi, uzbrojonymi i zdeterminowanymi ludźmi. To wszystko szybko, nieskomplikowanie i w pierwszej osobie (z częstym przełamywaniem czwartej ściany).

Kurczę, tak szybko to przeczytałam, że nie wiem, co napisać…

Naprawdę. Lektura na plażę. Klasę wyżej od Harlequina. Historia do połknięcia za jednym zamachem, bez postaci, do których byśmy się jakoś bardzo przywiązali, bez momentów pozostających na dłużej w pamięci. Chcecie się odmóżdżyć i lubicie lekkie kryminały? Oto lektura dla Was.

PS. Nie wiem, co robi ta pani na okładce. Wygląda na topielicę. Topielców w książce nie stwierdzono…

Mirosław Tomaszewski „Marynarka”

To będzie tak-jakby recenzja. Przynajmniej dwa akapity będą w niej zupełnie zbędne. Ale ja ogólnie lubię lać wodę.

Marynarka_Miroslaw-Tomaszewski,images_big,5,978-83-7747-974-2

Moja rodzina z Gdyni nie pochodzi, ale jest z nią blisko związana. Rodzice długo tam mieszkali, tata nadal tam pracuje. W Gdyni urodziła się moja siostra. Mieszka w niej dwóch moich wujków z rodzinami i jeden dziadek. Zawarłam w tym mieście wiele bliskich i do tej pory trwających znajomości. Kiedy byłam na pierwszym czy drugim roku studiów i zimą łapałam doła, wsiadałam do „kolejki” (pociągu Szybkiej Kolei Miejskiej) na stacji SKM Gdańsk Wrzeszcz (bo do niej miałam najbliżej ze stancji) i zamiast do pięknego, zabytkowego centrum Gdańska jechałam do szklano-betonowej, kilkudziesięcioletniej Gdyni, na bulwar nadmorski. Wracałam opita przesłodką kawą, zasłodzona dobrym ciastem i ze znacznie poprawionym humorem.

Może to sugerować, że nie będę do końca obiektywna wobec książki. No cóż, trochę racji w tym będzie. Bo nie dość, że jestem emocjonalnie związania z miastem, gdzie dzieje się większość wydarzeń w książce (książek polskich autorów czytam bardzo mało, ale jeśli już, to ulice są zazwyczaj warszawskie, więc czytanie znajomych nazw i kojarzenie, jak tamte okolice wyglądają, to dla mnie nowe doświadczenie), to jeszcze autor jest kolegą mojego taty ze szkolnych lat, do tej pory utrzymują kontakt, a w mieszkaniu jego syna w Krakowie trzy lata temu przez kilka dni miałam bazę ;).

…Witek, cyniczny zięć Karola Jarczewskiego, bogatego biznesmena z Gdyni, wyraźnie chce przejąć jego firmę. Pewnego dnia zleca redaktorowi naczelnemu trójmiejskiej gazety napisanie książki o wydarzeniach z 17 grudnia 1970 roku. Naczelny zleca to swojej dziennikarce, która spotyka Adama – przebrzmiałego punka, który ma osobiste wspomnienia z tamtego dnia…

Do książki podeszłam z pobudek nieco osobistych, ale przy czytaniu nie miało to znaczenia. Zostałam potraktowana sprawnie prowadzoną opowieścią, z raczej jednoznacznymi postaciami. Do paru z nich można czuć antypatię, uparcie buntownicze zachowania innej czasami są nie do końca zrozumiałe, kolejną niby się lubi, ale później już nie wiadomo, co o niej myśleć… W jakiejś recenzji ktoś zauważył, że na budowę postaci mogło mieć wpływ doświadczenie autora w pisaniu scenariuszy serialowych. Może i tak, nie przeszkadzało mi to.

Jednym z głównych pytań, które trzymało mnie przy lekturze, były motywy bohaterów. Dlaczego Witek chce wydać książkę o Grudniu 1970? Dlaczego jego teść zakłada Agencję PDP i zatrudnia w niej Adama, chociaż ten nie ma żadnych zdolności biznesowych? Na każde z tych pytań otrzymałam prostą, satysfakcjonującą odpowiedź.

Całość zaczyna się jak kryminał, kończy też jak kryminał, pomiędzy mamy ludzi, na których życie nadal mają wpływ wydarzenia z 17 grudnia 1970 (główna akcja dzieje się w 2005). Czyta się sprawnie i przyjemnie (o niczym nie świadczy to, że czytanie zajęło mi dwa tygodnie, to dla mnie standard ;) ), dla mnie osobiście tym przyjemniej, że kojarzyłam, jak wyglądają przedstawione miejsca. Jest to lekka lektura, niewymagająca zbyt dużego skupienia, intrygująca, z fabułą toczącą się do przodu w nienużącym tempie, napisana prostym, „ludzkim” językiem (jak mnie „ości” Karpowicza momentami męczyły! No tak, ale to „ości” są nominowane do Nike… ;) ).

Zatem za tę wycieczkę na znajome, gdyńskie ulice bardzo Panu, Panie Mirku, dziękuję. Dałam się zaprosić i nie żałuję.

(zdjęcie okładki ukradzione ze strony merlin.pl)

(Blog autora)