Archiwum blogu

Pożywka dla psychologów

Niedawno skończyłam 28 lat.

Podobno wyglądam na młodszą. Albo osoby w moim wieku często wyglądają na starsze.

Na pewno czuję się młodsza. Szczególnie w aspekcie tzw. rozwoju psychospołecznego.

Bo mam wrażenie, że u mnie ten rozwój zatrzymał się gdzieś między gimnazjum a liceum. Osoby bardziej obyte w psychologii pewnie byłyby w stanie to lepiej określić.

Cokolwiek z moim rozwojem psychospołecznym jest nie tak, utrudnia mi on relacje z ludźmi.

Mam problem z nawiązywaniem bliższych znajomości. Nie mam „paczki przyjaciół”. Mam jednego bliskiego przyjaciela, z którym przez dwa lata byłam w jeszcze bliższym związku, ale związek się rozpadł, głównie z mojej winy. Tak mi się przynajmniej wydaje. Ponieważ oboje jesteśmy z lekka dysfunkcyjni, on pewnie by się ze mną w tym miejscu chętnie pokłócił. Na pewno nadal się kontaktujemy. Tyle, że to czasem nie wystarczy.

Nie cierpię rozmawiać przez telefon. Z pewnymi wyjątkami, ale rozmowa z obcymi i/albo w sytuacji, kiedy nie jestem do tej rozmowy solidnie przygotowana, zazwyczaj kończy się u mnie drżeniem rąk.
Nie, Znajomi i Rodzino, to nie oznacza, że macie przestać do mnie dzwonić. I tak mało kto to robi, a czasami telefon działa na mnie w drugą stronę od tej opisanej trzy zdania temu.
Ale proszę się nie dziwić, że znacznie częściej piszę SMSy niż dzwonię.

Nie odstawiłam rodzicom buntu młodzieńczego. Rodzice pewnie wtedy się cieszyli, bo mieli inne problemy na głowie, ale teraz to podobno dużo wyjaśnia. Jak choćby trudności z rozwiązywaniem problemów.

Na przykład w pracy mam powikłanie. Ot, klasyka, nic strasznego. Ale można do problemu podejść jak na dorosłego człowieka i profesjonalistę przystało, albo można zupełnie nieświadomie i niechcący spróbować zamieść sprawę pod dywan z nadzieją, że będzie dobrze.

Czasami nie jest dobrze. Czasami ociera się to o bardzo nieprzyjemne konsekwencje.

A wtedy trzeba zdać sobie sprawę, że uchodzisz za dorosłego człowieka i profesjonalistę i wziąć odpowiedzialność za to, co się robi.

Czas wreszcie, kurwa, dorosnąć.

Metody leczenia

Jakiś czas temu przyszedł do mnie pacjent z bólem. Zbieram wywiad. Pacjent się przyznaje, że cierpi na jakąś nieprzyjemną dolegliwość [nieważne]. Lekarze stwierdzili, że ma ona podłoże psychiczne i przepisali leki.

No i pacjent łyka psychotropy całymi garściami, a dolegliwość nie ustępuje.

Psychiatrzy (czyli lekarze o odpowiedniej specjalności) nie lubią się podobnoż z psychologami (absolwentami studiów humanistycznych). Wolą obciążyć pacjenta tonami leków, zamiast zasugerować konsultację psychologa. Na jakichś zajęciach pan z doktoratem o psychologach w szpitalu psychiatrycznym wypowiadał się z pobłażaniem i lekko ironicznym uśmiechem. „Pogadają z pacjentami… Przynajmniej poczują się potrzebni…”. Ale pewnie zdarzają się też przegięcia w drugą stronę: leczenie wyłącznie psychoterapią takich schorzeń, które wymagałyby już włączenia leków.

A nuż widelec schodzenie mojego pacjenta nie miało podłoża psychicznego?

A nuż widelec terapia u odpowiedniego psychologa by wystarczyła? Ewentualnie leki służyłyby jako dodatek do profesjonalnej terapii psychologicznej?

Niestety, te trzy pytania wpadły mi do głowy już po wyjściu pacjenta z gabinetu. Zresztą nie wiem, czy to dobry pomysł nawet w minimalnym stopniu kwestionować zastosowaną u pacjenta metodę leczenia, jeśli nie znam dokładnie sytuacji ani nie mam doświadczenia w tych dziedzinach. Pacjent jednak o psychoterapii po drodze nic nie wspomniał… Dziwna to i trudna sytuacja…

[dop. 2014 – psycholog to nie psychoterapeuta. Psycholog ewentualnie postawi diagnozę, leczyć nie ma prawa bez dodatkowego przeszkolenia. Poza tym dopiskiem nie chcę jednak zmieniać treści przenoszonego wpisu.]