Archiwum blogu

Zapitolnik

Jesteśmy jednym z zapewne nielicznych ZOZów (wiem, że z definicji taki twór już nie istnieje, ale chyba wszyscy wiedzą, o co chodzi) w Polsce, który pod koniec roku ma zapas punktów kontraktowych. Zatem zapierdzielamy i nie mamy czasu na nic. Ja to jeszcze, gorzej ma Pierwszy Szef, za którym aż się kurzy, tak zapitala. A w drugiej pracy cisza i spokój, większość pacjentów przychodzi, nie ma ciśnienia. Bo gabinet prywatny.

Łopatki do śniegu nadal nie mam. Nie szkodzi, śnieg chwilowo stopniał.

Rodzinie wrócono prąd w niedzielę po południu, po 44 godzinach. Cała piątka (rodzice i siostra z dwójką dzieci) zaliczyła przedtem wizytę u mnie celem wykąpania się i naładowania rozładowanych baterii. I obejrzenia TV. Ponieważ mój telefon miał kryzys, nie odebrał wysyłanych ostrzeżeń, więc nalot był „z bomby”. Wszyscy przeżyliśmy, ja się załapałam na darmowy obiad z knajpy, rodzice zobaczyli, jak mieszkam, kiedy nie mam motywacji do sprzątania.

Dzisiaj zrobiłam duże zamówienie prezentowe w Internecie. Chyba trzy rzeczy mają do mnie dojść Pocztą Polską (jedna) lub InPostem (dwie). Trzymamy kciuki za pracowników tych dwóch zacnych firm, cobym mogła odebrać swoje paczki do 24 grudnia.

Reszta jest już albo kupiona (dwie sztuki), albo zamówiona w sklepie Empik.com z dostawą do salonu (nie pamiętam, ile, tak czy siak większość). Jedną rzecz zaplanowałam kupić analogowo, co się załatwi w przyszłym tygodniu. Tym samym polowanie na prezenty załatwiłam w ciągu góra godziny. Będzie więcej, jeśli się okaże, że 23 grudnia równie analogowo będę musiała upolować to wszystko, co szło pocztą. Squee.

Święta tuż tuż!

W firmie podobnoż nie pracuje się w Wigilię, a 23 grudnia tylko do wczesnego popołudnia (ładnie się zrymowało).

A ja dzisiaj w księgarni w Gdańsku znalazłam perrrrrfekcyjny prezent dla taty. Skoro to księgarnia, to prezent będzie – standardowo dla tatusia – książkowy. Po wypłacie muszę zapolować na niego gdzieś bliżej mnie i schować na dnie szafy.

Dla mnie tylko takie kupowanie prezentów sprawia radość. Wejść do sklepu, znaleźć coś idealnego, kupić i się cieszyć, bo obdarowany też prawdopodobnie będzie się cieszył. Wymyślanie na siłę czy podążanie za listą prezentowych życzeń już nie jest takie satysfakcjonujące, bo obdarowujący w pierwszym wypadku martwi się, że prezent będzie nieudany, a w drugim nie ma niespodziewajki, choć ryzyko skuchy jest znikome.

U mnie w rodzinie podstawą kupowania prezentów są albo tworzone przed świętami listy rozsyłane potem emailem, albo podpowiedzi najbliższych. Takie epizody z wielkim Ooo! na widok czegoś w sklepie zdarzają się rzadko.

Przynajmniej mi. Nie wiem, co na to reszta rodziny…

PS.: Wcale nie jestem pierwszą osobą, która zaczęła myśleć o Gwiazdce. W sklepie Leroy Merlin zielone Mikołajki chodziły już na początku września. ;)