Archiwum blogu

Źle przyszł.

Przyszedł pacjent. Podobno na usuwanie zębów. Kilka dni temu usunięte dwa ząbki (nie moją ręką). Pacjent pokazuje mi dwa dorodne, górne kły i mówi, żeby je usunąć, bo on będzie sobie protezę robił. I pokazuje też na równie dorodną dolną czwórkę i trójkę, też podobno do usunięcia. W dolnych zębach ubytki do zaklajstrowania. Górne zęby zdrowe jako te rydze z ogródka moich rodziców.

Owszem, zdarza mi się usuwać zęby ze wskazań protetycznych. Ale patrzałam na tych paru wskazywanych delikwentów, macałam, próbowałam poruszyć – no nic, zdrowe! Trójki i czwórki mają fajne, mocne korzenie i zawsze mi smutno, kiedy muszę je usunąć u jakiegoś pacjenta.

„A bo potem będą się psuły i tak trzeba je będzie usunąć”, próbował mnie przekonać pan. „Jak będzie pan chodził na kontrole, to się będzie je leczyć w miarę potrzeb; zadbać o nie i będą panu ładnie tę protezę trzymały!”

Po kilku minutach dyskusji (typu ja mówię, pacjent nie rejestruje) wytoczyłam ciężkie działo:

„Ja nie mam prawa panu usunąć zdrowych zębów!”

Na co usłyszałam „A, to źle przyszłem…”

No, źle pan przyszł. Trafił pan na lekarza, który od czasu do czasu jednak nie usuwa zębów, bo tak chce pacjent.

Dwa dolne zęby zostały zaklajstrowane. Górne zęby pozostały nietknięte. Na jak długo, tego nie wiem. Do mnie pewnie ten pan już nie przyjdzie.

Skoro jesteśmy już przy protezach, szczególnie ruchomych, to mam prośbę: jeśli ktoś z moich Czytelników musi już takie coś nosić, błagam, zabierajcie je ze sobą na wizyty do dentysty. Nawet, jeśli proteza ledwo się trzyma, a po planowanym usunięciu zęba nie będzie się trzymać wcale. Jeśli będzie zakładane wypełnienie, dostosowuje się je do istniejącej protezy. Jeśli ząb będzie usuwany, proteza pomoże przy opatrunku uciskowym.

PS. Z innej beczki: znajomy niedawno namówił mnie na spróbowanie pomelo. Ma toto grubą skórę i je się sam miąższ, bez błonki wokół segmentów. Całość (znaczy miąższ) jest duża (jeden owoc to ponad 500 g! U mnie to oznacza jedzenie w trzech turach), słodka z delikatną nutką goryczy, zawiera niecałe 40 kcal na 100 g ;). Wcześniej byłam przekonana, że to jakaś mieszanka genetyczna, typu grejpfrut z pomarańczą… A to pomelo, czyli pomarańcza olbrzymia, jest podstawą dla wielu lepiej nam znanych cytrusów (jak wspomnianych pomarańczy – pomelo z mandarynką – i grejpfrutów – pomelo z pomarańczą). Taka ciekawostka. Przynajmniej ja o tym nie wiedziałam :)

Zorganizowana grupa przestępcza zwana NFZ…

Dzisiaj czytałam artykuł, który traktował o tym, że wprowadzenie wymogu skierowania od lekarza rodzinnego do dermatologa czy okulisty owszem, spowodowało, że w przychodniach specjalistycznych jest mniej pacjentów, ale owi pacjenci wcale nie zaczęli oblegać lekarzy rodzinnych, tylko w ogóle zrezygnowali z wizyty lub poszli leczyć się prywatnie. (już sobie wyobrażam te dyskusje pod gabinetami lekarzy rodzinnych: „ja tylko po skierowanie!”, „ja też i czekam w kolejce!”. Pytanie, czy lekarze rodzinni są bardziej chętni, żeby te skierowania wydawać?)

Znajoma pani psychoonkolog ponadto podała ostatnio, że obecnie do postawienia diagnozy onkologicznej już nie wystarczy sam onkolog i lista wyników badań, tylko musi się zebrać całe konsylium, z psychologiem, chirurgiem, radiologiem i radioterapeutą w składzie. I onkologiem zapewne również. Na pewno bardzo to przyspieszy rozpoznanie i wdrożenie leczenia. Mnie na pewno za parę lat zmotywuje do usunięcia mojej drugiej, rosnącej powoli, niezłośliwej jeszcze-nie-„śliwki”. Jak pomyślę, ile będzie trzeba zachodu, by się owej „śliwki” pozbyć, pewnie dam sobie spokój. Bardzo rozsądnie, prawda?

A młodzi lekarze opuszczają uczelnie i już nie mają spadochronu w postaci stażu. Materiał, który już w ciągu sześciu lat był ciężki do ogarnięcia, teraz ma być ogarnięty w pięć lat, bo ostatni rok to podobno mają być głównie ćwiczenia kliniczne, które zastąpią staż.

A miejsc specjalizacyjnych chyba wcale nie ma więcej.

Tyle w temacie zmniejszania kolejek do specjalistów.

Utrudniajmy do nich dostęp, to ludziom nie będzie się chciało do nich chodzić!

Życzę powodzenia.

Tak w ogóle to chciałam pisać o czym innym. Miałam napisać jedno zdanie, które przyszło mi dziś do głowy podczas wymiany u jednego pacjenta dwóch wypełnień na powierzchniach stycznych dwóch różnych zębów.

Owo zdanie to:

„Wkurwiające jest, kiedy podczas wypełniania ubytków w II klasie Blacka NFZ daje mi do wyboru materiał, który za dwa lata trzeba będzie wymienić, bo się częściowo wypłucze, lub materiał, który za dwa lata trzeba będzie wymienić, bo będzie chciał wypaść.”

Sektor prywatny służby zdrowia zaciera łapki. Problem w tym, że stosunkowo niewiele osób stać na leczenie prywatne. Ja bym bardzo chętnie temu pacjentowi założyła w tych zębach materiał światłoutwardzalny, który się ani nie wypłucze, ani nie wypadnie, tylko kto za to zapłaci? Pacjenta nie stać. Plomba takiej wielkości wg NFZ kosztuje do 50 zł, prywatnie ok. 120. Kiedyś były tzw. dopłaty, teraz nich nie ma. Z własnej kieszeni mam te 70 zł dać?

Aha, jeszcze jedno pytanie:

czy Sanepid bierze udział w akcjach sadzenia drzew w zamian na ilość druków, jakich wymaga od przychodni w trakcie kontroli?

(PS. Tekst z tytułu notki nie ja wymyśliłam, tylko jakiś wykładowca na kursie. Dentysta pracujący wyłącznie prywatnie.

I domyślam się, że sporo z powyższych pretensji powinno wędrować do Ministerstwa Zdrowia, które to wszystko wymyśla, a NFZ podobno płaci.)

Dni seryjne

Każdy dzień w pracy dentysty niesie coś innego. Każdy pacjent to indywidualny przypadek, który trzeba odpowiednio potraktować. Nawet, jeśli przychodzi kilka podobnych przypadków jeden po drugim, nie mogę powiedzieć, że o, u pana zrobię dokładnie to samo, co u tamtej pani. Tak samo ukształtuję ubytek, założę taki sam kolor i wielkość materiału. Bułeczki sobie można formować w ten sposób, u ludzi to tak nie wygląda.

Ale czasami się zdarza, że jakiś konkretny zabieg czy przypadek określa cały dzień, bo „przychodzi” serią.

Na przykład są dni chirurgiczne. Co drugi pacjent (znaczy wszyscy bólowi) żegnają się u mnie z jakimś swoim zębem. I nie dlatego, że takie jest moje postanowienie, ale dlatego, że do niczego innego się te zęby nie nadają…

W upały zdarzają się dni ropne. Wtedy schodzi kilka skalpeli, a ja dzielę się z asystentką usatysfakcjonowanym „mlask mlask” na widok zielonkawej, gęstej cieczy, wypływającej z wytworzonej przeze mnie dziurki w śluzówce .

Dni „endodontyczne” mnie męczą. Leczenie kanałowe to czasochłonna, mało zyskowna dłubanina z dużym ryzykiem trudności i powikłań. Znacznie bardziej lubię zwykłe leczenie próchnicy.

Niedawno miałam z kolei dzień obolałych osiemnastolatków. Trzech panów lat około 18 wyszło ode mnie z terminem na wizyty na leczenie kanałowe dolnych trzonowców. Szef się ucieszy, bo część poleci do niego ;).

Szkoda, że dni, w których nie ma żadnych kanałów, zdarzają się bardzo rzadko.

Są dni nudne, kiedy pacjenci serią nie przychodzą. Są dni z robotą po pachy, kiedy przychodzą wszyscy wcześniej zapisani plus dodatkowi, z bólem. Są też dni zrównoważone, kiedy po prostu przyjmuje się kolejnych pacjentów bez nerwów, bez obsuw, jest czas na zjedzenie ciacha po trzech godzinach pracy, jest miło, satysfakcjonująco i po wyjściu z przychodni ma się jeszcze siły na cokolwiek.

Ale zazwyczaj co pacjent, to coś innego.

I tak też jest fajnie.

Certyfikaty

Dentysta powinien się regularnie dokształcać. Może to czynić, będąc członkiem towarzystwa naukowego (PTS, PTE…), prenumerując aprobowaną prasę, jeżdżąc na punktowane kursy.

Punktowane, znaczy poza dawką wiedzy, w programie znajduje się też dawka punktów edukacyjnych i certyfikat. Izby Lekarskie zalecają zebranie 200 punktów w 4 lata. Punkty dostaje się za każdą z wyżej wymienionych (i parę innych) aktywności. Zdobyte punkciki wpisuje się do specjalnego zeszyciku (wydanego przez Izbę) i razem z certyfikatami, co 4 lata się je zawozi celem weryfikacji. Tak powinno być w teorii, bo w praktyce nie wszyscy dentyści to robią.

Moje certyfikaty się walają po kilku szufladach i segregatorach. Wiem, że limitu nie wyrobię i za bardzo się tym nie przejmuję. Od czasu do czasu zaklepię sobie wolną sobotę (o które coraz trudniej) i se pojadę na kilkugodzinny, zazwyczaj darmowy kurs, organizowany albo przez Izbę, albo przez firmę farmaceutyczną. Posiedzę, posłucham, wypiję kawkę, zjem ciasteczko. Czasami zdarzy się coś ciekawego. Na nieciekawe rzeczy szkoda mi czasu.

Ostatnio usłyszałam opowieść o dentyście, który wszystkie certyfikaty wieszał sobie na ścianach poczekalni.

Trzy całe ściany (na czwartej były drzwi ;) ), obwieszone oprawionymi w ramkę dyplomami. Zaświadczenia z kursów za np. 3 punkty (czyli 3-godzinnych).

Opowiadający historię do tej pasji podchodził bardzo negatywnie, chociaż mogło mieć na to wpływ generalnie negatywne podejście do wizyty u tego akurat dentysty. Ale słyszałam też parę innych głosów na ten temat, może nie aż tak negatywnych, ale na pewno z lekka ironicznych i lekceważących. Chwalenie się kursami jednodniowymi zostało porównane do wystawki ze szkoleń w salonie fryzjerskim.

W obu moich pracach nic takiego nie wisi. Widziałam kiedyś tylko oprawione dyplomy ukończenia odpowiedniej szkoły przez pracujące w gabinecie asystentki. Jeden mój szef ma specjalizację I stopnia, ale o tym informuje tylko na swojej pieczątce lekarskiej, do czego ma zresztą pełne prawo.

Każdy dentysta ze swoimi dyplomami robi, co chce. Ten z pasją wieszania, w okresie rozliczania się z punktów z Izbą będzie musiał te wszystkie obrazki ściągnąć ze ścian, zaświadczenia wyciągnąć z ramek i dostarczyć do siedziby samorządu lekarskiego, razem ze wspomnianym zeszycikiem. Jeśli o mnie chodzi, to ewentualnie powiesiłabym zaświadczenie z kursu, który znacząco podnosiłby moje kwalifikacje w jakiejś konkretnej dziedzinie (coś takiego nigdy nie jest darmowe i na pewno nie za pojedyncze punkty). Raczej nie ładny druczek na białym kredowym papierze, z paroma punktami za kurs o temacie „Ból w endodoncji”, na który to kurs wybieram się w sobotę.

A Wy, szanowni Czytelnicy i zapewne też Pacjenci? Co byście woleli? Wystawkę ze wszystkiego, z ważniejszych rzeczy czy w ogóle puste ściany w poczekalni? Jak byście zareagowali na trzy ściany obwieszone dyplomami z kursów za 3 punkty?

Raport

  1. Oprócz tego, że moja asystentka uprawia aktywną asystę, rozumiemy się świetnie też w innych kwestiach, jak choćby lenistwa.

    Czwartek. Praca podobno do 18. Asystentka obdzwania pacjentów, żeby potwierdzić, że przyjdą (nieprzychodzenie pacjentów jest zjawiskiem zdecydowanie zbyt powszechnym).

    A: Ostatni pacjent nie przyjdzie. Mam poszukać kogoś w to miej…
    Ja: Nie.
    A: [radosny wyszczerz]

  2. Poza tym, praca w sobotę nawet do 11 stwarza wrażenie, jakby mi ktoś ukradł pół weekendu. Całe szczęście, kolejna pracująca sobota dopiero 20 grudnia.
  3. SKOŃCZYŁAM REMONT!!! Dzisiaj dokonałam ostatnich poprawek, umyłam pochlapane farbą drzwi i podłogi (trochę się pochlapały, no), i polakierowałam krzesła po malowaniu bejcą. Przy okazji wniosek: najfajniej maluje się ściany. Do malowania mebli i sufitów się nie nadaję. Oba te elementy wyszły mi beznadziejnie i nie wiem, co zrobię, jak moi rodzice przyjadą w niedzielę, żeby podziwiać.

    Może jakiś dobry sernik upiekę (pierwszy raz w życiu), to odwrócę uwagę od nierówno pomalowanego sufitu i zacieków na krzesłach…

    Książki i filmy wróciły spod okna w sypialni na swoje miejsca na regałach w salonie, chociaż rozważam pożegnanie się z częścią książek…

  4. Ostatnio wyszło parę filmów na BR, na które się napalam. Drugi „Hobbit” w wersji rozszerzonej już kupiony, tylko nie mam z kim obejrzeć. Przed kinową premierą trzeciego filmu pewnie się za to zabiorę. „Strażnicy Galaktyki” wylądują u mnie na półce możliwie zaraz po premierze (czyli 3 albo 6 grudnia – na Mikołajki :) – bo wychodzą 2 grudnia, a ja we wtorki jestem cały dzień w pracy i jednak nie będzie mi się chciało po 19 jechać po jeden film), z „Jak wytresować smoka 2” zaczekam do Gwiazdki ;)
  5. Z randkowaniem idzie mi średnio. Niestety, znaleźć w okolicy osobę, która przynajmniej częściowo podziela moje zainteresowania (patrz wyżej) i osobowość (głęboko zakorzeniony introwertyzm), jest dość trudno…
  6. Najfajsiejsi są goście, którzy wysyłają wiadomości z szablonu, nie dodając nic od siebie, więc ich wiadomości dosłownie kończą się na „Mam na imię…” . Zostali zignorowani.
  7. Ech, życie towarzyskie… Po co to komu…

Aktywna asysta

Techniką na cztery ręce nie pracuję. Nie nauczyli. Znaczy pracuję tylko chwilami, jak moje dwie ręce to za mało.

Ale mam asystentki dentystyczne na zawołanie. Wierzcie mi, dobra asysta to skarb.

Dobra asysta w wielu przypadkach oznacza osobę, która wie, co robi i umie obserwować lekarza, z którym pracuje.

Jakiś czas temu zastanawiałam się, po co w szkołach asystentek i higienistek stomatologicznych uczą przebiegu zabiegu od strony lekarskiej. U nas nadal pacjent większość czasu podczas wizyty spędza pod bezpośrednim okiem lekarza dentysty, więc wydawało mi się, że taka wiedza u asysty nie jest konieczna.

Ostatnio zmieniłam zdanie.

Do pracy po studiach poszłam z wyrobionymi na uczelni zwyczajami. Owe zwyczaje częściowo uległy zmianie z przebiegiem czasu i zyskiwanym doświadczeniem, są jednak rzeczy, których się trzymam. Przez ponad cztery lata w pierwszej pracy i półtora roku w drugiej, asystentki zdołały wyłapać sporo z tych rzeczy.

I tu się przydaje wiedza odnośnie danego zabiegu.

Dzisiaj przychodzi pacjent. Ząb po dewitalizacji (zatruciu miazgi) na poprzedniej wizycie. Mówię asystentce, że wizyta po zatruciu. Pada tylko pytanie, ile płynów do płukania kanałów ma być. Ja na to, że dwa.

No to dostaję pilniki do opracowania kanałów, owe dwa płyny (podchloryn sodu i EDTA), endometr, linijkę endo i ssak. Jeśli potrzebuję czegoś więcej, to o tym mówię.

Jeśli pacjent na leczenie zachowawcze miał na wcześniejszej wizycie założony określony rodzaj i kolor wypełnienia, na kolejnej, również z leczeniem zachowawczym, dostanę na asystor ten sam materiał, bez proszenia.

Podczas wizyty na NFZ użycie wytrawiacza przeze mnie wiąże się z pytaniem asysty o kolor wypełnienia z kompozytu. Kondycjoner do zębiny oznacza użycie glass-jonomeru i nikt nie musi o to pytać. Wypełnienie estetyczne w zębach przednich asysta zaczęła szybko łączyć z moim proszeniem o trzymadełko do tarczki polerskiej – już nie muszę o nie prosić, dostaję z automatu.

Asystentka musi wiedzieć, co robi lekarz. Musi wiedzieć, dlaczego to robi. Jeśli nie wie, niech zapyta. Jeśli pracuje z lekarzem na cztery ręce, czyli pomaga mu bezpośrednio, siedzi po drugiej stronie pacjenta i ma wgląd w paszczę ofiary, musi wiedzieć, co za zabieg będzie się odbywał, żeby wszystko zawczasu przygotować.

Ostatnio rozmawiałam z higienistką, wyszkoloną w Niemczech. Opowiadała mi, że jeśli u pacjenta miało być na przykład szlifowanie zęba pod koronę protetyczną, lekarz wykonywał tylko samo szlifowanie. Znieczulanie, zakładanie nici retrakcyjnej celem odsunięcia dziąsła, a później wyciski, robiła higienistka. Nie wiem, jak to wygląda w Polsce, w bogatszych miastach. Ale nawet tutaj, na wsi i w małym mieście, już nie będę się dziwić, „po co wam to?”.

Praca jest niezdrowa, lekarze odradzają

Alergii na lateks dorobiłam się na 5 roku studiów. Najpierw na czwartym roku niechcący na grzbiet prawej dłoni sypnęłam sobie proszek od mieszanego materiału do wypełnień (zazwyczaj do proszku dodaje się specjalny płyn, miesza to razem, pakuje do ubytku i to twardnieje przez kilka minut), później, na piątym, zaczęły się pojawiać podrażnienia, spękania i przesuszenie skóry na tej dłoni. Z rękawiczek lateksowych przerzuciłam się na winylowe, kupowałam ich określony rodzaj, jako że generalnie ciężko je założyć na ręce, które są chociaż trochę wilgotne. Obecnie używam nitrylowych. Jak się zrobi trochę chłodniej na zewnątrz, zacznie działać ogrzewanie, kremik nawilżający idzie w ruch. Latem jest OK.

Rok temu prawy nadgarstek zaczął zdradzać objawy zespołu cieśni. Znaczy bolało, miałam osłabiony chwyt i trzymanie czegoś ciężkiego (typu talerz z obiadem) w wyciągniętej ręce też było niekomfortowe, chociaż noszenie w ręce opuszczonej w dół takiego problemu nie stanowiło. Pomęczyłam się tydzień, w dniu, kiedy wreszcie poszłam do lekarza, przestało boleć. Dostałam skierowania na rehabilitację, nie skorzystałam, bo kilka tygodni wcześniej byłam na 3-tygodniowym zwolnieniu lekarskim, przez kilka wcześniejszych miesięcy okazjonalnie nie było mnie w pracy – szef wprawdzie nie narzekał, ale wolałam nie zgłaszać się do niego z kolejnym zwolnieniem.

W zeszły poniedziałek znowu zabolało. Wkurzyłam się. Zaczęłam się dopytywać o możliwość przeniesienia do innej przychodni – w tej, w której jestem zarejestrowana, dostanie się do lekarza równa się stanie w kolejce w rejestracji od 6:30, poza tym jest daleko. Wzięłam odpowiednie druczki z przychodni na osiedlu obok. Jeszcze ich nie wypełniłam i nie zawiozłam. Bo we wtorek rączka przestała boleć.

Piątek, tydzień temu. Wstałam po szóstej (co się rzadko zdarza), pojechałam na kurs do Gdańska. Po kursie obiad w McDonald’s (dzisiaj się ważyłam, poniżej 68 kg, uff ;) ), po Macu do pracy. W pracy zapitolnik. Wafelek przegryziony w pośpiechu koło 19, chwila na wypicie herbaty zrobionej po 15, dopiero koło 20. O 22 w domu. Ok. 24 spać. Pobudka przed siódmą, śniadanie, herbatki, na 8:30 do pracy. W drodze do pracy migotanie obrazu na peryferiach pola widzenia prawego oka. Dojechałam do pracy. Było coraz gorzej. Trzymając butelkę wody w prawej ręce na wysokości twarzy, jakieś 45 stopni w prawo od osi widzenia na wprost, stwierdziłam, że jej nie widzę. Popiłam wodę, zabrałam się do pracy. Przy pierwszym pacjencie sytuacja z oczami zaczęła wracać do normy. Prawdopodobnie odwodnienie i zmęczenie. Raz mi się coś takiego dziwnego zdarzyło po szczepieniu.

Pracuję 4 lata. Mam pracować jeszcze jakieś 39-40.

Dożyję do emerytury?

Dzień strachliwych

Pewnego dnia w Drugiej Pracy był Nalot Strachliwych. Z 6 czy 7 pacjentów trzech w stanie dygotu przyznało się przy samym wejściu do gabinetu, że się boi.

Nie jestem dużą osobą. Wzrostu jestem raczej średniego, budowy też zdecydowanie Medium. Asystentka jest nieco niższa ode mnie. Ogólnie dwie dość drobne babki.

– Nas się pan/i boi? – z uśmiechem spytała asystentka.

Na takie pytanie pacjenci nie wiedzą, co odpowiedzieć. Czego właściwie się boją?

Swój strach uzasadniają różnie. W 80% przypadków to trauma z dzieciństwa. Znane wyciąganie z lekcji, wiertarki zasilane systemem napędu nożnego (pamiętam taki u mojej ortodontki, całe szczęście, nie traktowała nim zębów, tylko aparaty :) ), leczenie bez znieczulenia, w porywach do krzyku (ze strony dentysty). Mnie to jakoś ominęło, o co zadbali rodzice.

Pozostałe przypadki to pośpiech i/lub brak informacji udzielonej przez dentystę, co, jak i dlaczego. Jeden dentysta zatruł zęba i wypuścił pacjenta w świat, według pacjenta (który trafił po jakimś czasie do mnie) nie informując, że leczenie trzeba kontynuować. Nie wiem, może pracuję za krótko, ale jakoś nie potrafię zrozumieć, jaki to wysiłek powiedzieć trzy zdania: „Ząb został zatruty. Leczenie należy kontynuować w ciągu dwóch tygodni u pani/pana dentysty. W przypadku pozostawienia w obecnym stanie, dolegliwości mogą się znowu pojawić.” Inny pacjent obraził się na lekarza, bo ten zostawił ząb otwarty. Lekarz najwyraźniej nie wytłumaczył, dlaczego – tak się czasem po prostu robi. Te dwa przypadki, mam nadzieję, to przykład braku zrozumienia i niepamięci związanej ze stresem – pacjent nie zapamiętał, co mówił dentysta. Jeśli rzeczywiście odpowiednia informacja nie została udzielona, to mi smutno. Pacjenci często nie wiedzą i nie rozumieją, co dentysta robił i co dalej ewentualnie trzeba z zębem zrobić.

W jeszcze innym wypadku lekarz po podaniu znieczulenia nie zaczekał, aż zacznie ono działać i zabrał się od razu do usuwania zęba.

Jeśli o mnie chodzi, jeśli widzę, że pacjent może nie zarejestrować tego, co do niego mówię, piszę to na kartce albo daję wcześniej przygotowany druczek. Robię to szczególnie w sytuacji, kiedy wydaję receptę na kilka leków (antybiotyk, przeciwbólowy, probiotyk) lub po ekstrakcji zęba.

Na oświadczenie pacjenta o strachu przed bólem z uśmiechem oświadczam, że sama jestem jednym z pacjentów, którzy od wejścia wołają o znieczulenie i nigdy go pacjentom nie żałuję (chyba, że wiem, że nie zadziała, ale wtedy też mówię, co, jak i dlaczego). Zazwyczaj działa. Asystentka też mocno się udziela w rozluźnieniu atmosfery i uspokojeniu pacjenta.

Tamtego dnia, podczas Nalotu Strachliwych, od jednego Strachliwego usłyszałyśmy na koniec, że jesteśmy aniołami. Od innego, że jesteśmy the best i jeszcze tu wróci.

Czasami radą na strach przed dentystą jest zmiana lekarza. Pod warunkiem, że się dobrze trafi.

Tamci Strachliwi pewnie jeszcze parę razy usiądą z dygotem na fotelu. Ale wrócą na leczenie, zgłoszą się potem na kontrolę. A ja na ich widok będę od razu przygotowywać Ciepły Uśmiech #2 i karpulę do znieczulenia.

Padam na twarz

Wspomniane jakiś czas temu expienie czy też levelowanie w górę kosztowało mnie kilka nieprzespanych nocy i wyrzutów sumienia. Psychiczne zmęczenie całą sprawą – mimo jej zakończenia – ciągnie się za mną od połowy sierpnia. Mam dość, jestem zmęczona, mam ochotę raz nie wstać w poniedziałek do pracy.

Drugi szef dołożył zwiększenie mi godzin od października z powodów życiowych, dla mnie to oznacza tylko jedno popołudnie w tygodniu wolne. Ma to swoje plusy, ale nie mam siły o nich myśleć.

Podliczyłam wydane z NFZtu punkty, okazało się, że w sumie jestem na plusie (przekroczyłam osobisty, wewnątrzpracowy limit). Kiedy jakiś czas temu zdradziłam asystentkom, że chcę wziąć dodatkowych kilka dni urlopu, w sumie się ucieszyły. Szefa interesował tylko stan punktów z NFZ, jak mu powiedziałam, że się wyrabiam, to stwierdził, że mam tylko zaznaczyć w grafiku wybrany termin wolnego.

To zmęczenie podobno po mnie już nawet widać.

Jeszcze 5 dni roboczych. Jakieś 32 godziny pracy. I miniurlop.

4 dni. No, może 5, od niedzieli do czwartku. W piątek do pracy. Potem weekend wolny.

Wszystko fajnie pięknie, ale nie będzie opierdzielania się, bo w moim Nissanie powoli sypie się zawieszenie i to idealna okazja, żeby się za to zabrać.

Ale.

ALE.

Ale w poniedziałek nie będę musiała wstać rano do pracy.

Im bliżej tego wolnego, tym ciężej mi się zebrać.

Satysfakcja

Ogólnie fajnie, jeśli pacjent wychodzi z wizyty zadowolony.

W mojej krótkiej karierze dentysty obraziło się na mnie kilka osób. Niestety, albo ja się nadal uczę, albo nie można zadowolić wszystkich. Zazwyczaj nie rozpamiętuję takich przypadków. W pierwszej sytuacji dopisuję wydarzenie do listy doświadczeń z ewentualną nauczką na przyszłość, w drugiej wzruszam ramionami i robię dalej swoje.

Jeszcze fajniej, jeśli dentysta żegna pacjenta, również zadowolony.

Parę razy pisałam o fajnych dzieciach na fotelu. Takich, co cierpliwie wysiedzą 20, 25 minut na fotelu, wytrzymają wiercenie i chwile nudy, kiedy nic nie robię, tylko wołam o niemajtanie językiem, bo plomba twardnieje. Najbardziej satysfakcjonujące są „anioły” w wieku 3-6 lat. Od starszych już wymagam większej cierpliwości. Od młodszych nie wymagam nic poza otwartą paszczą do przeglądu. Wszystko, co się dzieje później, nie ma znaczenia.

Ale dorośli też potrafią dać mi satysfakcję.

Odbudowa zęba na wkładzie z włókna szklanego, kiedyś trwająca u mnie ponad godzinę, dziś zaliczana w 30-40 minut, z tym samym efektem, jeśli nie lepszym. W przyszłości będzie pewnie jeszcze krócej.

Skrócenie czasu leczenia średniej wielkości ubytku z ponad godziny na studiach do 20 minut cztery lata później.

I ostatnio licówki z kompozytu na jedynkach u pewnej pacjentki. Zęby dość ciemne, o brzydkim kształcie. Lekkie profilowanie, kryjący materiał, porządna polerka, na koniec zachwyt pacjentki. Rzadko jestem ze swojej pracy tak dumna, zwłaszcza, że prace estetyczne zawsze mnie stresują.

To są drobiazgi, które może z czasem mi spowszednieją. Na razie cieszę się z każdego małego zwycięstwa.