Archiwum blogu

Medal się należy

Środa wieczór. Z okazji świąt brak zajęć w szkole. Gardło zaczyna pobolewać. Siadam do kompa po pracy. Robi mi się zimno. W łóżku ląduję koło 19, opatulona kołderką i kocykiem. Kawka zbożowa na mleku + miód. Solidne dreszcze. Pomiar temperatury – pod pachą 35,5 stopnia (co mi się dość często zdarza), w jamie ustnej 37,3. Normalnie choruję jak mężczyzna, lekkie odchylenie od normy w stronę dowolną (sama już nie jestem pewna tych norm…), a ja umieram.

Pożaliłam się na Fejsie, że mną trzęsie. Jakiś czas temu złamałam swoją zasadę niezapraszania współpracowników (lekarzy, asysty) do znajomych. Asystentka K. (która jest jedynym wyjątkiem w tej zasadzie, jako chyba najmniej plotkująca z całej firmy ;) ), z którą miałam pracować dnia następnego, uczynnie wstawiła smutną buźkę. Oświadczyłam, że mam zamiar pójść w czwartek do pracy (start o 11:30, do 17:40). Chętnie bym sobie darowała, ale na pierwszy rzut był zapisany zatruty mleczak* dziecka sąsiadki, a kolejny wolny termin najwcześniej za trzy tygodnie. Trzeba spiąć poślady i dojść do siebie.

Po jako-takim umyciu się znowu trafiłam do łóżka pod kołderkę i kocyk. Telepie dalej. Gdzieś w środku nocy odchylenie od normy temperatury ciała odpuszcza i czuję się w miarę normalnie. W zamian zaczyna boleć głowa.

Rano apetytu brak. Korzystam z faktu posiadania płatków śniadaniowych, zakupionych właśnie na takie okazje (oraz na okazję pt. wymiana łuku/założenie łańcuszka = nie ma mowy o żuciu czegokolwiek przez 2-3 dni). Z wahaniem zbieram się do pracy, „najwyżej wrócę wcześniej”. Buteleczka z Apapem do torebki i jazda. Dwie tabletki wzięte przed podejściem do fotela. „Ojeeeej”, stwierdza ze współczuciem K., widząc te tabletki.

Mleczak wyleczony. Bierzemy następnych.

Dwóch ostatnich pacjentów się wypisuje. Oficjalny czas zakończenia pracy kurczy się z ok. 17:40 do 16:20. Nie mam nic przeciwko temu, pacjenci bólowi i tak mogą przychodzić do 14:30, mi nie płacą za godziny, więc zrobię, co muszę i jadę do domu.

K. w pewnym momencie oświadcza, że powinniśmy dostać medal za poświęcenie dla pracy. Ja z upływem czasu czuję się coraz lepiej, chociaż właściwie nie mam pojęcia, jak źle wyglądam.

Przyjętych 19 pacjentów, w tym jedna usunięta górna ósemka mimo braku RTG (mam obecnie wątpliwości przed usuwaniem górnych bocznych zębów po tym, jak mi się dwa razy w krótkim czasie zdarzyły tzw. puz-y – połączenia ustno-zatokowe. Dzięki wszelkim bóstwom za chirurgów stomatologicznych, gotowych przygarnąć takowe owieczki w ciągu kilku godzin**). Gardło boli coraz bardziej. Aż się cieszę na myśl o piątkowych zakupach z samego rana***.

Medal się należy za te wyleczone mleczaki, usunięte ósemki i narażanie pacjentów na zapalenie gardła. Podobno wirus jakiś krąży czy coś. Co złego to nie ja.

* tak, wiem, do zębów są przytwierdzeni pacjenci. Określanie przyczyny, z którą przyszli, jest jednak o tyle prostsze…
** puza trzeba odpowiednio zaszyć. A ja nie umieju, więc po puzie zazwyczaj jest dzwonienie po okolicznych chirurgach i wysłanie pacjenta z odpowiednią karteczką. Niniejszym macham rączką i kłaniam się z wdzięcznością do wszystkich chirurgów, którzy są gotowi wcisnąć ofiarę mojego powikłania pomiędzy swoich pacjentów.
*** polecam patent na małe kolejki przed świętami – pójść do marketu tuż po otwarciu. Niedaleko mam Auchan, w którym „hala” otwiera się o 8, a reszta sklepów o 9. Zakupy na „hali” przed 9 to niemal gwarancja krótkich kolejek (a potem można się przebiec po już otwartych sklepach dookoła). Tylko brokułów nie mieli. Jak to możliwe, że nie było brokułów.

Zagadka stomatologiczna

Co ciekawego widać na poniższym zdjęciu?

Młody lekarz ma swoje zalety

Niby wszystkiego nie wie. Czasami włazi z łapami w niektóre rzeczy, bo nie przeczuwa konsekwencji. Mniej wie, więc mniej się martwi.

Ale czasami też pamięta, co się jeszcze mówiło na studiach. Albo na szkolenia jeździ, bo jeszcze mu się chce, bo wie, że nic nie wie i powinien się dowiedzieć.

Pacjentka do mnie przyszła. Przyznała się, że onkologiczna i że po tym info inni dentyści ją zazwyczaj odsyłali.

U pacjentki ząb z rozległym stanem zapalnym ozębnej, znaczy do wywalenia.

Przyznała się, że onkologiczna. To ja się zapytałam, czy nie miała radioterapii na okolice głowy i czy nie bierze w tej chwili żadnej chemii. Dwa razy nie. Wszelkie ważne organy mające znaczenie przy zabiegu (szpik, serce, wątroba, nerki) w wywiadzie OK. Alergii na leki niet.

Znieczuliłam, usunęłam ząb, zabezpieczyłam ranę, pożegnałam się z zadowoloną, wreszcie pozbawioną problemu pacjentką.

Popełniłam błąd?

Są dentyści, którzy nie chcą pacjentów znieczulać, bo raz mieli powikłanie. Są dentyści, którzy nie przyjmą pacjenta, który podaje zakażenie wirusem HIV albo WZW. Są dentyści, którzy nie lubią leczyć kobiet w ciąży (są też kobiety w ciąży twierdzące, że nie powinny leczyć w swoim stanie zębów).

To wszystko wynika z często niewiedzy, a jeszcze częściej asekuranctwa, które nie ma podstaw. Ja też jestem pacjentką onkologiczną (wszak kartę w poradni onkologicznej i pozabiegowy wypis z oddziału chirurgii onkologicznej mam; powinnam pójść na wizytę kontrolną, na razie USG co pół roku wystarczy), gdybym wyskoczyła z tak ogólnym hasłem, też by mnie może odesłano. A naprawdę wystarczy czasami zadać jedno czy dwa pytania, by pacjent nie poszedł do kolejnego dentysty i już się do historii z onkologią czy chorobami zakaźnymi nie przyznał.

Nie uważam się za najlepszego dentystę w okolicy. Nie szłam na studia z poczuciem misji. Mi też się czasami nie chce. Ale jakoś jednak pamiętam, że moim zadaniem jest pomagać ludziom w miarę swojej wiedzy i możliwości.

Prosta recepta

Dzisiaj trafił do mnie pacjent, u którego jakiś czas temu mój szef leczył kanałowo jeden ząb. Coś w opisie było o zmniejszaniu kosztów leczenia, nieważne jak.

Po trzech miesiącach po tym leczeniu kanałowym, chociaż ząb miał wypełnione kanały, nie miał jednak wypełnionej komory zęba (prawdopodobnie wypadł opatrunek, pacjent nie stawił się na wizytę). Uczono mnie, że jeśli po leczeniu endo wypełnienie kanałów jest odsłonięte przez ponad 2 tygodnie, ząb nadaje się do reendo.

W pozostałych zębach liczne, głębokie ubytki.

A w karcie wpis o zmniejszaniu kosztów leczenia.

Proszę pana, chce pan usłyszeć receptę na zmniejszenie kosztów leczenia stomatologicznego?

Próchnicę można leczyć na NFZ. Materiały bywają takie sobie, ale są.

Profilaktyka jest najtańsza. Aż dziwne, że NFZ nie chce w nią inwestować. Ale skoro NFZ nie chce, to ja panu powiem, że zestaw szczoteczka do zębów + zwykła pasta z fluorem kosztuje niecałe 10 zł. Szczoteczkę wymieniamy co 3 miesiące, tubka pasty powinna starczyć na kilka tygodni. Tylko trzeba tego zestawu odpowiednio używać minimum 2 razy dziennie, po śniadaniu i po kolacji. W niepsujące się zęby nie trzeba inwestować więcej kasy. Wizytę kontrolną co pół roku u dentysty też można przeprowadzić na NFZ.

A jak się nie dbało. to proszę nie marudzić, że leczenie kanałowe albo protetyka są drogie, bo nie są.

Proste, prawda?

Dzielna byłam

Wczoraj. U pana dentysty. Wyleczył mi ostatni wymagający leczenia ząbek bez znieczulenia. Wizyta trwała całe 10 minut, nie byłam odrętwiała przez kolejne 3 godziny.

Ostatnio wybieliłam sobie ząbki. Koleżanka z byłej już, drugiej pracy zrobiła mi nakładki, kupiłam sobie profesjonalny żel do wybielania (od szefa, nie na Allegro). Przespałam się z nakładkami na zębach dwie noce. Trzeciego dnia czułam wszystkie zęby, więc zamiast żelu Opalescence na trzeci wieczór zaaplikowałam sobie Elmex Żel. Potem po 2-3 godzinki przez jeszcze trzy-cztery dni. Potem skończył mi się Opalescence. Zjechałam z kolorem zębów przynajmniej jeden odcień. W porywach do dwóch. Znaczy pojaśniały.
Efekt zauważyłam ja, już tego bolesnego, trzeciego dnia. Efekt zauważyły wszystkie asystentki w pracy. Rodzina i współmieszkańcy mego gniazdka sztuk 1 (właściwie to 3, ale 2 to koty, więc się nie liczą) słowem nie pisnęli. Obwiniam zboczenie zawodowe (którego rodzina i współmieszkaniec nie mają, przynajmniej nie w kwestii zębów). I to, że jak mnie mama kiedyś zapytała, czy sobie zęby wybieliłam, to akurat wtedy szczerze zaprzeczyłam.

To nic. Za 2,5 tygodnia i tak moje ząbki koloru A1 zostaną pokryte zamkami od aparatu orto.

Poza tym moja szanowna starsza siostra ma na mnie zły wpływ. Po multicookerze (kocham), pralko-suszarce (też kocham, bo nie muszę prasować, rachunek za wodę i prąd dopiero przyjdzie) przyszedł czas na Pocketbooka Touch Lux 3 w kolorze czarnym i roczny abonament w Legimi. To trzecie (i czwarte) przyszło dziś. I tak sobie w pracy między pacjentami i po pracy, w łóżeczku, w ciągu 244 minut przeczytałam jedną kijową, ale jednak książkę. 165 słów na minutę. Zawsze mi się fajnie czytało z ekranu, teraz przynajmniej nie będę tego przerywać wpadami na Facebooka ;).

A tak w ogóle to zaczęłam karierę w szkolnictwie. Postanowiono powierzyć mej pieczy przyszłe higienistki stomatologiczne. Jutro lecę na moją pierwszą radę pedagogiczną, poświęciwszy popołudniówkę w pierwszej pracy. Początek miałam taki sobie, bo pierwszy temat zajęć nudny i słuchaczki w błąd wprowadziłam, co jutro (na drugim wykładzie) będę korygować i wszyscy będą szczęśliwi. Mam nadzieję, że przez pozostałe 30 tygodni, minus jakieś 8 przez sprawdziany i zaliczenia, będzie się nasza współpraca lepiej układać ;).

Piątki nadal mam wolne. Tyle że teraz poświęcam je na robienie prezentacji na zajęcia.

Ogólnie życie całkiem fajne jest.

A co u Was?

Paczta, jaki pacjent inspirujący

– A jak urlop? – zapytał na wizycie pacjent z gatunku specyficznych.
– Dobrze, dziękuję – odrzekłam uprzejmie.
– Trochę pani przybrała na wadze na tym urlopie.
– Wie pan co, takich rzeczy nie mówi się kobiecie.
– Ale ja samą prawdę mówię.

I co, krówa, z tego. Pytałam o ocenę mojej coraz bardziej okrągłej figury? Myśli pan, że nie mam wagi i luster w domu? Mam wagę łaziekową pokazującą mi nadmiar tłuszczu w organizmie, lustra od sufitu do podłogi i parę średnio sprawnych, ale jednak widzących z bliska oczu.

„Oj, chyba go potem bolało”, stwierdził Ł., jak się pożaliłam. Nie bolało, ale okazja jeszcze będzie.

Panowie. NIGDY, zwłaszcza niepytani, nie mówcie kobiecie, że przytyła. Bo potem u dentysty zaboli (w paszczy albo w portfelu), a w domu to w ogóle strach się bać. Dobre winko półsłodkie to minimum do odkupienia.

Doła mam. Zakupy mi dziś nie wyszły.

Zagięcie czasoprzestrzeni

Nie pracuję już w piątki po południu. Piątki zamieniłam na całe dnie w środy (do tej pory miałam tylko przedpołudnia), w rezultacie moje środy wyglądają teraz dokładnie jak wtorki (w które zawsze pracuję cały dzień).

(swoją drogą, nie ma to, jak pracować w każdy dzień w innych godzinach)

No. To w środę wieczorem wychodziłam z pracy z poczuciem, że jest wtorek. Chwilę później zdałam sobie sprawę, że jeszcze tylko jeden dzień pracy i weekend. Fajnie tak przechodzić prosto z wtorku na czwartek ;)

A dzisiaj, ze względu na wczorajszy wolny piątek (wolny, ale z wieloma sprawami do załatwienia, większość w Gdańsku – wyszłam z domu po 10, wróciłam koło 16), jestem święcie przekonana, że jest niedziela.

Znaczy będę miała w tym tygodniu trzy niedziele.

Kto mi zazdrości? ;)

Nie wspomniał

Leczy się u mnie dwóch braci. Niestety, obaj mają leczenie kanałowe.

Brat nr 1 zaczyna pierwszy. Nie wyraża zgody na znieczulenie. Podaje, że żaden ząb go nie boli. Dobieram się do większego ubytku w zębie dwukanałowym. Widzę, że go boli, proponuję znieczulenie. Odmawia. Wiercę dalej. Widzę, że doszło do próchnicowego obnażenia miazgi. Staram się możliwie strepanować komorę, bo pacjent nadal nie chce znieczulenia. Zakładam „truciznę”, zamykam ząb.
Druga wizyta po dwóch tygodniach. Ponieważ dostęp „trucizny” do miazgi był niewielki, częściowo „zatruł się” tylko jeden kanał, przy drugim widzę, że boli dużo bardziej. Pacjent nadal nie chce znieczulenia (proponuję mu kilkakrotnie w trakcie wizyty), choć mam autentyczną ochotę prosić, żeby się zgodził. Nie, woli czuć, co się dzieje. Opracowuję, jak się da, ze względu na widoczny ból nie udaje mi się opracować drugiego kanału, zakładam leki, zamykam. Wpisuję w karcie, że pacjent nie zgadza się na znieczulenie.
Trzecia wizyta. Drugi kanał prawie nieżywy, udaje się szybko usunąć resztki miazgi i zakończyć leczenie z mniejszą dawką bólu, nadal bez znieczulenia. „Dzisiaj było dużo przyjemniej” oświadcza pacjent, dziękuje i wychodzi.

Dzień później na fotelu siada brat nr 2, który leczy się w znieczuleniu. Mam się zabrać za ząb jednokanałowy, też już po zatruciu. Pacjent oświadcza, że chce ząb usunąć, bo sobie nie wyobraża tego leczenia, z protezą będzie lepiej, czytał w internecie o tym całym leczeniu kanałowym i tej truciźnie i się przestraszył. Po dłuższej dyskusji udaje nam się (mi i asystentce) przekonać go, żeby jednak spróbował leczyć. I pada znamienne zdanie: „bo brat mi mówił, że to strasznie boli”.
„Tak, tylko nie wspomniał, że na własne życzenie”, wypalam, w głębi duszy wściekła na brata nr 1.
Ząb udaje się bezboleśnie oczyścić (w znieczuleniu), lek, skierowanie na zdjęcie, dziękuję, do widzenia.

Zatem, proszę Państwa. Jak się MedOnet reklamował, że nie trzeba chodzić do lekarza, tylko poczytać w sieci, też się cicho wkurzyłam. Jakiś czas temu trafiłam na beznadziejnie i absolutnie po laicku, w stylu wyznawcy Andrew Wakefielda (co to skłamał w artykule, że szczepionka MMR powoduje autyzm), napisany artykuł o tym, jak to leczenie kanałowe prowadzi do raka. Więc, owszem, lekarze czasami czegoś nie wiedzą. Nie wyłapią. Diagnozują długo nie to, co trzeba. Ale jednak często warto popytać kilku lekarzy niż szukać czegoś w internecie, bo skutki będą takie, jak powyżej – internet cię nie widzi. Nie zbada. Nie studiował przez pięć-sześć lat, nie doszkalał się przez kolejnych kilka/naście/dziesiąt. Nie zna wszystkich szczegółów. Powie, że będzie bolało. Nie wspomni, że tylko w przypadku braku znieczulenia.

Czepiam się

Prenumeruję prasę medyczną. Ostatnio nawet znalazłam czas, żeby ją poczytać. Zabrałam się za artykuł z dziedziny stomatologii zachowawczej. Autor jest Amerykaninem. Tłumacz nie wiem, kim jest, i może lepiej, żebym nie wiedziała.

Mogę się tylko domyślać, co było w oryginale. Z kontekstu. No i z kontekstu wychodzi, że słówko „decay”, oznaczające próchnicę, zostało przetłumaczone na „gnicie” albo „zgnilizna”. A materiał „self-cure”, czyli samowiążący albo chemoutwardzalny (miesza się dwa składniki i potem przez kilka minut one twardnieją), został określony jako „samoleczący”.

Niby kupy się trzyma, słownik takie właśnie tłumaczenie pewnie wyrzuca na pierwszym miejscu. Ale ja te słówka na angielskim miałam na pierwszym czy drugim roku i w życiu by mi nie przyszło do głowy, żeby próchnicę nazwać gniciem. Gnicie w stomatologii to dla mnie zgorzel. Inaczej wygląda i inaczej pachnie.

Samą gazetę czyta się fajnie, bo jest po ludzku napisana, w innych artykułach nie ma takich baboli, a może są, tylko ja nie wiem.

Czepiam się?

Nocne przemyślenia

Zastanawiam się czasami, skąd się bierze ludzka potrzeba opowiedzenia swojej całej historii życiowej podczas rozmowy telefonicznej w sprawie terminu wizyty u dentysty. Czy po prostu ja tak mam, że dzwonię gdzieś, proszę o termin z wyjaśnieniem w kilku krótkich słowach, o co chodzi. Z mojej – lekarskiej – perspektywy jest duża różnica między „małe wypełnienie wypadło przed chwilą” a „złamał mi się ząb” (często spotykane w przypadku górnych siekaczy. Mówią to drugie, przychodzą z tym pierwszym) i „pobolewa od kilku dni” a „tydzień temu spuchła mi połowa twarzy”. I to wystarczy.

Jak zapytają o więcej szczegółów, to mówię. Wychodzę jednak z założenia, że nikomu nie muszę się z niczego tłumaczyć.

A poza tym chyba wreszcie powinnam się nauczyć numerów telefonów do obu prac (dziwne, kiedyś pamiętało się numer stacjonarny do domu i przynajmniej kilku koleżanek, teraz pamiętam tylko i wyłącznie oba własne komórkowe. I ŻADNEGO innego, co jest bardzo pomocne, jak się zapomni telefonu i trzeba gdzieś zadzwonić), bo jednak czasami dzwonią do mnie bezpośrednio, a ja w domu nie mam żadnej kontroli nad grafikiem…

A tak jeszcze z innej beczki, mający premierę półtora tygodnia temu film „Deadpool” był durny (przepraszam: rozrywkowy), wulgarny (kategoria wiekowa 16+), wypełniony niskich lotów humorem (aczkolwiek w jakiś taki umiejętnie wyważony sposób. Było kilka poważniejszych scen, których nie zepsuto jakimś wyjętym z czapy tekstem), nie za bardzo miał fabułę (jakąś tam miał, na pewno trzeba docenić fajnie rozegrany wątek miłosny), wyłącznie dla dorosłych (kategoria wiekowa 16+ ;) ), ale w tym wszystkim widać było taką pasję twórców, że nie mogę się doczekać, aż wyjdzie na BluRay i go sobie upoluję i postawię na półeczce. 8/10. Bo ja jestem laską z rodzaju tych oglądających częściej filmy o superbohaterach (Marvela z wyłączeniem Spider-Mana, choć nie wiem, czemu. Batman i pochodne mnie w ogóle jakoś tak nieeeee…) niż Ambitne Produkcje Nominowane Do Oscara. Rodzina mnie pod tym względem w ogóle nie rozumie. Znaczy też raczej nie oglądają Ambitnych Produkcji, ale mojej tolerancji dla fiction bez science zdecydowanie nie podzielają. Genialnego „Mad Max: Na drodze gniewu” Rodziciel podobno ledwo zmęczył.

Idę spać…