Archiwum blogu

Odezwa

Czasem mam ochotę wysłać odezwę do środowiska, więc zrobię to teraz:

Jak się koledzy/koleżanki wtryniają komuś do zaczętego leczenia kanałowego (z jakiegokolwiek powodu, np. po wizycie boli że ojej i pacjent ratuje się na pogotowiu stomatologicznym, do czego ma przecież pełne prawo) bądź coś zaczynają, a pacjent mówi, że dokończy toto u swojego dentysty, to w sumie miłym gestem byłoby napisanie na karteczce, jak się wtryniło/co się zrobiło. Lekarzowi prowadzącemu by to pomogło.

A przynajmniej mi.

Nie mówię, że wara ruszać zęby leczone regularnie przez kogoś innego, bo nie w tym rzecz. Ale takie minimum informacji? Bo pac nie wie, jak mu grzebano w zębie, co mu założono. Czasem powie, że ząb zatruty, a to np. tylko opatrunek leczniczy i wystarczy plombę założyć. A tak takie krótkie notki, np. „z. 12 – Metronidazol”, albo „z. 36: ZnOE” i byłoby jasne. Trzy słówka i już lepiej wiadomo, co dalej.

Owszem, info dla pacjenta i wpis w karcie, że takie info się wydało to zawsze kilka sekund dłużej, które trzeba poświęcić; nie ma też gwarancji, że pacjent karteczkę zachowa, że jej nie zgubi.

Jeśli pacjent leczy się w tej samej przychodni, w której (przynajmniej u nas tak jest) wszyscy lekarze mają dostęp do całej dokumentacji, więc nawet, jeśli pacjent zmienia lekarza, to w zależności od sumienności prowadzenia karty wszystko jest mniej-więcej jasne i karteczek pisać nie trzeba. Jest to odezwa głównie do lekarzy w pogotowiach stomatologicznych. Więc jeśli ktoś z Czytelników takowego zna, to proszę przekazać i ewentualnie rozważyć. :)

Co tam u mnie?

  1. uwielbiam swój samochód. Często jak podchodzę do niego na parkingu, stwierdzam, że jest cholerne ładne. Potem wsiadam, włączam podgrzewanie fotela, przełączam skrzynię w tryb Drive i jadę. W trasie włączam tempomat i spuszczam nogę z gazu, kierownicę trzymam jedną ręką, w drugą czasem łapię herbatkę albo hot doga kupionego na stacji. Podczas konferencji, jak stoi na parkingu wypełnionym Mercedesami, BMW i Audi bogatszych kolegów po fachu, też mi nie robi wstydu.
    Mojemu tacie też się podoba, chociaż ostatnio przeprosił się ze swoją Hondą UFO (Civic 8 generacji). ;)
  2. przez rok zdążyłam przejść gry „Wiedźmin” (dwa razy) i „Wiedźmin 3” (podstawkę, dodatki jeszcze czekają). Drugiej gry nie mam na czym odpalić ;) (może za rok się szarpnę na nowego lapcia, tym razem takiego z kartą graficzną, chociaż właściwie bardzo lubię swój obecny sprzęt). Jestem teraz wierną członkinią fandomu, moja przygoda z wesołą gromadką dowodzoną przez zawodowego zabójcę potworów nie jest zakończona. Tylko książki muszę dokończyć, ostatnio zaczęłam „Sezon burz”, ale chwilowo ją odłożyłam na lepsze czasy.
    A Geralt w trzecim „Wiedźminie” to ciacho. Jacek Rozenek karmi moje uwielbienie dla męskich głosów (chociaż jako Geralt mówi niższym i bardziej chrapliwym głosem od swojego naturalnego).
  3. zawodowo bez zmian. „Dorabiam” w szkole dla higienistek stomatologicznych, niestety moje lenistwo coraz mniej się widzi w tej karierze.
  4. książki też nadal czytam. Podsumowanie Kącika Czytelniczego będzie tradycyjnie po przeczytaniu pierwszej książki w nowym roku.
  5. nadal noszę aparat ortodontyczny, jestem na finiszu (jeszcze jakieś dwa miesiące). Próbujemy ustawić w szeregu moją nieco wystającą do przodu prawą górną jedynkę. W rezultacie z położenia, którego nieprawidłowości nie było widać od frontu, zrobiła mi się diastema (niecały milimetr) i wyraźne wysunięcie do przodu (niecały milimetr) lewej jedynki. Się w przyszłym tygodniu dowiem, czy mam panikować, czy się po prostu nie uśmiechać szeroko przez najbliższy miesiąc (diastemę jeszcze bym przeżyła, ale ten jeden ząb wysunięty do przodu mnie znacznie bardziej mierzi. A tak nie lubię myśli, że ktoś mi przy siekaczach będzie grzebał).
    Od kilku miesięcy noszę też „wyciągi” między górnym a dolnym łukiem zębowym (gumki łączące zamki na górze i na dole), co żartobliwie nazywam kagańcem. Miałam cichą nadzieję, że dzięki temu schudnę, niestety, przyjmowane na drugie śniadanie jogurty pitne zawierają tyle cukru, że waga ani mi drgnęła (gumki oczywiście ściągam do jedzenia i zakładam później nowe, ale nie chce mi się tego robić za często, więc drugie śniadanie w pracy jest zwykle płynne).
  6. opcja „Tego dnia” na Facebooku jest świetnym narzędziem do uświadomienia sobie własnego ekshibicjonizmu. Czasami czytam, co zamieściłam 4-6 lat wcześniej i sobie myślę, „kogo to krówa obchodziło???”. Chociaż pewnie nadal tak jest, że jak zobaczę za kilka lat obecne wpisy, będę myśleć to samo.
  7. i przestroga zdrowotna: jeśli zdrowa, względnie trzeźwa osoba podczas rozmowy nagle zacznie bełkotać i dostanie niedowładu połowy twarzy, to nie sprawdzajcie objawów udaru w internecie, tylko od razu wzywajcie karetkę, nawet, jak się owej osobie chwilowo poprawi.

Kryzys frekwencyjny

Przychodnia zamknięta 12-15 sierpnia. Przychodzimy do pracy 16. Ja mam dzień „prywatny”, pacjentów z bólem nie przyjmuję, chociaż na pierwszej zmianie część pacjentów na NFZ, ale to tacy wpisani na ładne oczy albo wiadomo, że na nich nie zarobię, bo np. wizyta pośrednia w leczeniu kanałowym i punktów z tego nie będzie. Mam trzy inne dni na zarabianie z funduszu na pacjentach legalnie wpisanych z listy oczekujących.

Z pierwotnie wpisanych na rano 7 pacjentów robi się 5. Asystentka zapycha dziury. Potem potwierdza 6 pacjentów na wybitnie prywatną popołudniówkę.

Z 6 paców robi się 3. Po licznych przetasowaniach zostaje 5. Jestem leniwa, mogę skończyć wcześniej.

Dzisiaj nie lepiej. Popołudniówka na NFZ. Wpisanych jakichś 12 pacjentów, praktycznie samo leczenie zachowawcze (nawet nie endo) początek pracy przed 12. O 11 wypisuje się 2. i 3. w kolejności, później dwóch innych ze środka i z końca. Asystentka walczy. Zostają dwie dziury w grafiku. Przychodzą pacjenci z bólem, więc w sumie siedzimy bezczynnie tylko wtedy, gdy się szybciej wyrobię, więc na czytniku podczytuję sobie horrorowate coś Mroza (polecam Kącik Czytelniczy ;) ). Pod koniec liczę już pacjentów do końca pracy (w sumie usiadło 17 osób), chociaż właściwie do domu mi się nie spieszy, bo mam wizytę u ortodonty. Kiedyś w czwartki był zapitolnik, bo rano nikt nie przyjmował albo przyjmował mało pacjentów, więc wszyscy dodatkowi szli do mnie, na popołudnie. Od dłuższego czasu rano pracuje dwóch „szybkich” lekarzy, więc na moją zmianę przychodzą niedobitki. No i się nudzimy.

Od września kończymy z dyżurami w sobotę, nie będziemy już do nich zobowiązani kontraktem z NFZ. Absolutnie ostatnią sobotę biorę akurat ja, śmieję się, że trzeba będzie piwo bezalkoholowe albo szampana Piccolo kupić i oblać to z asystą. Niby tylko jedna sobota w miesiącu (średnio 4 soboty w miesiącu do podziału między 4 lekarzy i 4 asystentki), a ciąży.

Z innych wieści:

Od jakichś 2-3 tygodni gram w „Wiedźmin3: Dziki Gon”. Idzie mi średnio. Zajęcia będę miała na jakiś rok, biorąc pod uwagę moje tempo, refleks i niezdolność sprawnej obsługi pada (i to, jak często w moich rękach Geralt ginie – po trzeciej śmierci w ciągu 20 minut zaczynają mi się trząść ręce i sobie odpuszczam dalsze pocinanie). Świat jest cholernie rozległy i brutalny, widoczki boskie, Jacek Rozenek jako głos Geralta jest niezastąpiony, uwielbiam Płotkę. Sapkowskiego zresztą też powoli przerabiam.

Poza tym brak pracujących sobót bardzo mi pomoże w dużych zakupach, albowiem ponieważ we wrześniu chcę wymienić samochód. Jak mój Tata się zabierze za szukanie, może się okazać, że będę miała w tym roku drugą wycieczkę w Bieszczady (znalazł boską, białą Hondę Jazz pod Lublinem. Nie było kiedy pojechać i Boska Honda przepadła). A dlaczego chcę wymieniać? Tego się dowiecie, jak wreszcie zdjęcia z wakacji ogarnę i nocię z urlopu wrzucę. Tym razem automatyczna skrzynia biegów to priorytet. Zaczniem szukać za 2 tygodnie. I pewnie się pochwalę.

Zakupy

Poniedziałek. Wczesne popołudnie. Lidl. k. staje grzecznie w kolejce. Przed nią pani po 60-tce w towarzystwie chłopięcia z nadwagą, lat około 8.

Kasjerka kasuje. Ponieważ w testach osobowości, które k. kiedyś namiętnie rozwiązywała, wyszło jej, że ma charakter oceniający, zgodnie ze swoją osobowością patrzy sobie na to, co osobniki przed nią kupują.

Do ręki chłopięcia trafia paczka Mamby czy innego Maoam. Zaraz potem lizak Chupa Chups.

Po chwili babcia chłopięcia wręcza mu papierowy woreczek z ciemnymi ciastkami.

A na koniec puszkę 7Up.

Miałam ledwo powstrzymywaną ochotę zapytać, czy do dentysty chodzą regularnie, czy tylko wtedy, gdy boli? A może wcale, skoro mleczaki i tak wypadają?

Uroki sezonu przedurlopowego

Przedpołudniem ostatniego dnia pracy przed urlopem, na 7 pacjentów, 6 jest zapisanych z leczeniem kanałowym. Jeden mleczak, chyba 2 wypełnienia kanałów, reszta pierwsza wizyta po dewitalizacji/wstępnym oczyszczeniu.

Już raz było podobnie. Ciekawe, czy nam narzędzi starczy.

Dobrze, że po południu tylko jeden „kanał”, może dożyję…

(Ł. wczoraj wieczorem zaczął snuć plany. Wyjeżdżamy w piątek po południu, odbieram go z pracy.
Ł.: To w piątek wychodzę z domu i jest duża szansa, że nie wrócę. Pakujemy się, rzucamy wszystko w pi*du i jedziemy w Bieszczady.)

Taki przypadek

Przychodzi do przychodni potencjalny pacjent i chce się zapisać na wizytę. Rozmawia z asystentką.

Pyta o jakiegoś lekarza, dostaje informację, że ów już u nas nie pracuje. Stwierdza, że wszyscy uciekają ze swojego miejsca pracy, sugerując, że miejsce najwyraźniej jest do kitu. Pyta o lekarza, który wszystko u niego załatwi, łącznie z mostem. Słyszy nazwiska. Pyta o kogoś dobrego, co to wszystko zrobi porządnie, bo pytał po znajomych i wszyscy są niezadowoleni. Asystentka zapewnia, że grafik mamy pełny na kilka tygodni do przodu i ona złych opinii nie słyszała. To pan powtarza, że nie ma się u kogo leczyć, bo koleżanka leczyła się w gabinecie w sąsiedniej wsi i w końcu musiała się przenieść ze swoimi zębami do miasta (ja o tym gabinecie też słyszałam i się nie dziwię, że się przeniosła).

Ciężko całą rozmowę przytoczyć, ale wydźwięk był taki, że pan się zapisze na wizytę (termin za miesiąc, „ale ja nie mam pojęcia, co będę robił za miesiąc o tej porze, czy po tej wizycie na kolejną też będę musiał tak długo czekać?”), chociaż wszyscy znajomi dookoła niezadowoleni i podobno jesteśmy do kitu.

To po co żeś, chłopie, przyszedł do przychodni, która ma takie złe opinie?

Mi też na fotelu siadali wcześniej pacjenci, którzy na wejściu okazywali brak zaufania. Jak powierzam komuś swoje zdrowie, dobrze by było robić to jednak z większą nadzieją, że się z tego wyjdzie cało?

Łikęd

Po pierwsze, dzisiaj znowu byłam u pani Agnieszki. O homeopatii ani słowa, ale w nagrodę boli mnie tyłek (a konkretnie okolice kości ogonowej). Rozmasowany został. A raczej wmasowany w stół. Będą siniaki. Poza tym moje biodra są w stanie najwyraźniej strasznym. W karku też chrupało.

Po drugie, zaczynam się zastanawiać, po kiego nakupowałam gier na PS4, skoro w obsłudze pada jestem absolutnym beztalenciem. Ćwiczenie czyni mistrza, tak? Mam nadzieję. Zrobiłam podejście do Horizon Zero Dawn. Grafika boska, sprawne sterowanie na razie poza moim zasięgiem. Trzeci Wiesiek i Assassins’ Creed: Black Flag sobie jeszcze poleżą na półeczce.

Po trzecie, serdeczne pozdrowienia dla higienistów stomatologicznych-praktykantów, którym nieopatrznie zdradziłam adres tego bloga. Proszę go zachować dla siebie, a przynajmniej nie zdradzać mojej tożsamości. Miłej lektury. :)

Po czwarte, od poniedziałku K. i mój szef będą na urlopie i już się cieszę na samą myśl o najbliższych dwóch tygodniach. Jakoś przeżyjemy, ostatnie 6 sezonów urlopowych też przeżyliśmy. Ciekawe, czy reszta obsady się tak przejmuje, jak mnie nie ma tydzień czy dwa.

Po piąte, spóźnione, „Wonder Woman” jest filmem fajnym, ale nie jestem feministką na tyle, by piszczeć z zachwytu na sam fakt, że wyreżyserowała go kobieta. Pozostaję fanką seksistowskiego Marvela.

Poza tym szykuje się leniwy weekend. Dobrej pogody wszystkim życzę :).

Poświąteczny zapitolnik

Dzisiaj rano miałam przemożną ochotę znalezienia sobie wymówki, żeby nie pójść do pracy. W planie ponad 10 godzin w przychodni (jakieś 8,5 przy fotelu), która była zamknięta od piątku włącznie.

Wymówka by się znalazła. Jak chociaż prawdopodobnie rozkwitające zapalenie gardła, do rodzinnego można by pójść. Potem sobie przypomniałam, że rano będę jedynym pracującym lekarzem. To się wzięłam i pojechałam do pracy.

8 zapisanych pacjentów, całe szczęście właściwie same zachowawcze. Przyjętych pacjentów dodatkowych: 10.

W czasie zmieściłam się głównie dzięki temu, że pacjentów mam zapisanych co 40 minut. W tej chwili mało który zajmuje tyle czasu, nawet z wizytą pośrednią w leczeniu kanałowym trzonowca mieszczę się w pół godziny. Leczenie zachowawcze zajmuje mi jeszcze mniej czasu – to, co się nadrobi z tych 40 minut, zostaje na pacjentów z bólem. W rezultacie tych 18 pacjentów przyjęłam w 4 godziny 40 minut.

Oczywiście były pretensje do asystentki. Że czemu czekają tyle czasu. Bo się lekarz nie rozdwoi. Ale to mała dziewczynka. Dziewczynka się bawiła przez godzinkę czekania, potem się okazało, że jej wypełnienie z mleczaka wypadło i wcale nie była cierpiąca. Dlaczego ja muszę czekać, skoro płacę. Bo jest pan dodatkowo, poza tym NFZ twierdzi, że nie jest pan ubezpieczony. Jak nie jestem, mam ubezpieczenie w Niemczech. To się proszę w Niemczech leczyć, a nie za każdym razem mieć pretensje do systemu, na który nie mamy wpływu.

Medal się należy. ;)

Dzisiaj też zbliżyła się do końca historia mojego zepsutego czytnika. W sobotę wysłałam do supportu Legimi mejla z wieścią, że racji braku wieści co do mojej rękojmi od ponad 14 dni kalendarzowych od zgłoszenia, Kodeks Cywilny (wrzuciłam nawet odpowiedni artykuł – prawne ściągi w sieci to dobra rzecz ;) ) każe taką rękojmię uznać za rozpatrzoną. Dzisiaj rano otrzymałam odpowiedź przepraszającą za zwłokę i informującą, że wyślą nowy czytnik. Tylko kolor będzie inny, bo mogłam dostać biały od razu (czyli za dwa dni) albo szary najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu. Mi tam już w sumie wsio. Byle działał. Przynajmniej będę pewna, że tego starego mi nie odeślą ;).

W weekend moje autko znowu powędruje do mechanika. Autko generalnie fajne, miło mi się nim jeździ od tych trzech lat i 40 000 kilometrów, ale najwyraźniej silnik nie lubi LPG. Kafelek pewnie trzaśnie. Już się cieszę.

Medal się należy

Środa wieczór. Z okazji świąt brak zajęć w szkole. Gardło zaczyna pobolewać. Siadam do kompa po pracy. Robi mi się zimno. W łóżku ląduję koło 19, opatulona kołderką i kocykiem. Kawka zbożowa na mleku + miód. Solidne dreszcze. Pomiar temperatury – pod pachą 35,5 stopnia (co mi się dość często zdarza), w jamie ustnej 37,3. Normalnie choruję jak mężczyzna, lekkie odchylenie od normy w stronę dowolną (sama już nie jestem pewna tych norm…), a ja umieram.

Pożaliłam się na Fejsie, że mną trzęsie. Jakiś czas temu złamałam swoją zasadę niezapraszania współpracowników (lekarzy, asysty) do znajomych. Asystentka K. (która jest jedynym wyjątkiem w tej zasadzie, jako chyba najmniej plotkująca z całej firmy ;) ), z którą miałam pracować dnia następnego, uczynnie wstawiła smutną buźkę. Oświadczyłam, że mam zamiar pójść w czwartek do pracy (start o 11:30, do 17:40). Chętnie bym sobie darowała, ale na pierwszy rzut był zapisany zatruty mleczak* dziecka sąsiadki, a kolejny wolny termin najwcześniej za trzy tygodnie. Trzeba spiąć poślady i dojść do siebie.

Po jako-takim umyciu się znowu trafiłam do łóżka pod kołderkę i kocyk. Telepie dalej. Gdzieś w środku nocy odchylenie od normy temperatury ciała odpuszcza i czuję się w miarę normalnie. W zamian zaczyna boleć głowa.

Rano apetytu brak. Korzystam z faktu posiadania płatków śniadaniowych, zakupionych właśnie na takie okazje (oraz na okazję pt. wymiana łuku/założenie łańcuszka = nie ma mowy o żuciu czegokolwiek przez 2-3 dni). Z wahaniem zbieram się do pracy, „najwyżej wrócę wcześniej”. Buteleczka z Apapem do torebki i jazda. Dwie tabletki wzięte przed podejściem do fotela. „Ojeeeej”, stwierdza ze współczuciem K., widząc te tabletki.

Mleczak wyleczony. Bierzemy następnych.

Dwóch ostatnich pacjentów się wypisuje. Oficjalny czas zakończenia pracy kurczy się z ok. 17:40 do 16:20. Nie mam nic przeciwko temu, pacjenci bólowi i tak mogą przychodzić do 14:30, mi nie płacą za godziny, więc zrobię, co muszę i jadę do domu.

K. w pewnym momencie oświadcza, że powinniśmy dostać medal za poświęcenie dla pracy. Ja z upływem czasu czuję się coraz lepiej, chociaż właściwie nie mam pojęcia, jak źle wyglądam.

Przyjętych 19 pacjentów, w tym jedna usunięta górna ósemka mimo braku RTG (mam obecnie wątpliwości przed usuwaniem górnych bocznych zębów po tym, jak mi się dwa razy w krótkim czasie zdarzyły tzw. puz-y – połączenia ustno-zatokowe. Dzięki wszelkim bóstwom za chirurgów stomatologicznych, gotowych przygarnąć takowe owieczki w ciągu kilku godzin**). Gardło boli coraz bardziej. Aż się cieszę na myśl o piątkowych zakupach z samego rana***.

Medal się należy za te wyleczone mleczaki, usunięte ósemki i narażanie pacjentów na zapalenie gardła. Podobno wirus jakiś krąży czy coś. Co złego to nie ja.

* tak, wiem, do zębów są przytwierdzeni pacjenci. Określanie przyczyny, z którą przyszli, jest jednak o tyle prostsze…
** puza trzeba odpowiednio zaszyć. A ja nie umieju, więc po puzie zazwyczaj jest dzwonienie po okolicznych chirurgach i wysłanie pacjenta z odpowiednią karteczką. Niniejszym macham rączką i kłaniam się z wdzięcznością do wszystkich chirurgów, którzy są gotowi wcisnąć ofiarę mojego powikłania pomiędzy swoich pacjentów.
*** polecam patent na małe kolejki przed świętami – pójść do marketu tuż po otwarciu. Niedaleko mam Auchan, w którym „hala” otwiera się o 8, a reszta sklepów o 9. Zakupy na „hali” przed 9 to niemal gwarancja krótkich kolejek (a potem można się przebiec po już otwartych sklepach dookoła). Tylko brokułów nie mieli. Jak to możliwe, że nie było brokułów.

Zagadka stomatologiczna

Co ciekawego widać na poniższym zdjęciu?