Archiwum blogu

Z życia dzisiejszego

Wolontariusze WOŚP dziś dopadnięci, dwa serduszka przyklejone do deski rozdzielczej autka. W sumie to pierwszy raz od kilku lat, kiedy dołożyłam do puszki – poprzednie 2-3-4 razy albo nie wychodziłam z domu w trakcie finału, albo nie dopadłam wolontariusza.

Osoby psioczące na Owsiaka i WOŚP proszone o znalezienie sobie w sieci i podpisanie treści oświadczenia (ktoś już takie wymyślił), w którym nie zgadzają się na wykorzystanie sprzętu fundowanego przez WOŚP podczas ewentualnej hospitalizacji własnej czy własnych dzieci.

Mam nadzieję, że jakoś przeżywacie tę paskudną pogodę… Tutaj od kilku dni wieje i pada :(

Gdańska stacja krwiodawstwa apeluje o oddawanie krwi, szczególnie grupy 0 i A. Ja się dzisiaj dowiedziałam, że teoretycznie też mogę oddawać krew (choć myślałam, że nie mogę), chyba że mi lekarz w stacji powie jednak inaczej.

Co jeszcze?

Na 75% będę podczas Majówki straszyć w Krakowie. Jeśli ktoś chciałby się spotkać na piwie/kawie/zapiekance czy po prostu na trawniku pod Wawelem (ustawię się pod smokiem, może nikt nie pozna), to proszę dać znać. ;)

I tym, nie wiem, czy pozytywnym, akcentem kończę ten wpis :)

Zapitolnik

Jesteśmy jednym z zapewne nielicznych ZOZów (wiem, że z definicji taki twór już nie istnieje, ale chyba wszyscy wiedzą, o co chodzi) w Polsce, który pod koniec roku ma zapas punktów kontraktowych. Zatem zapierdzielamy i nie mamy czasu na nic. Ja to jeszcze, gorzej ma Pierwszy Szef, za którym aż się kurzy, tak zapitala. A w drugiej pracy cisza i spokój, większość pacjentów przychodzi, nie ma ciśnienia. Bo gabinet prywatny.

Łopatki do śniegu nadal nie mam. Nie szkodzi, śnieg chwilowo stopniał.

Rodzinie wrócono prąd w niedzielę po południu, po 44 godzinach. Cała piątka (rodzice i siostra z dwójką dzieci) zaliczyła przedtem wizytę u mnie celem wykąpania się i naładowania rozładowanych baterii. I obejrzenia TV. Ponieważ mój telefon miał kryzys, nie odebrał wysyłanych ostrzeżeń, więc nalot był „z bomby”. Wszyscy przeżyliśmy, ja się załapałam na darmowy obiad z knajpy, rodzice zobaczyli, jak mieszkam, kiedy nie mam motywacji do sprzątania.

Dzisiaj zrobiłam duże zamówienie prezentowe w Internecie. Chyba trzy rzeczy mają do mnie dojść Pocztą Polską (jedna) lub InPostem (dwie). Trzymamy kciuki za pracowników tych dwóch zacnych firm, cobym mogła odebrać swoje paczki do 24 grudnia.

Reszta jest już albo kupiona (dwie sztuki), albo zamówiona w sklepie Empik.com z dostawą do salonu (nie pamiętam, ile, tak czy siak większość). Jedną rzecz zaplanowałam kupić analogowo, co się załatwi w przyszłym tygodniu. Tym samym polowanie na prezenty załatwiłam w ciągu góra godziny. Będzie więcej, jeśli się okaże, że 23 grudnia równie analogowo będę musiała upolować to wszystko, co szło pocztą. Squee.

Mikołaj

Przyszedł?

Do mnie nie. Mikołaj nie przychodzi do mieszkających samotnie ;). Zjem sobie czekoladkę.

Znaczy tak właściwie to chyba przyszedł. Za oknem szaleje Ksawery, a do mnie zadzwoniono z poradni, do której się dzisiaj wybierałam, że lekarz boi się z domu wyjść (raczej nie dojechałby do pracy) i wizytę trzeba przełożyć na za tydzień. Co mnie w sumie cieszy, bo tym sposobem muszę dzisiaj wyjść tylko do pracy. Siedzę sobie w ciepłym mieszkanku, w piżamce w kotki, dopijam herbatkę, zaraz sobie łyknę Apap (łeb mnie trochę boli) i patrzę przez okno na poziomo „padający” śnieg.

I zaczęłam się zastanawiać, jaka dzisiaj będzie frekwencja pacjentów…

Macie tak, że zmęczenie wywołuje u Was wkurw? W środę wyszłam z pracy wkurzona ze zmęczenia. Wszystko mnie irytowało, szczególnie współuczestnicy ruchu drogowego, którzy jechali, jakby chcieli, a nie mogli. Miałam zaplanowaną na obiad zapiekankę ziemniaczaną, którą dopiero musiałabym sobie zrobić. Było po 14, a ja byłam głodna. Zrobienie zapiekanki zajęłoby mi około godziny. Rano wyciągnęłam mięso mielone z zamrażalnika, coś trzeba było z nim zrobić.

Stwierdziłam, że mam to gdzieś. Po drodze zrobiłam zakupy, weszłam do mieszkania, zamówiłam obiad w pizzerii, usmażyłam mięso z przyprawami i pomidorami z puszki, dałam mięsu wystygnąć, wsadziłam do pojemnika i z powrotem do zamrażalnika. A obiadek jak dojechał (po około pół godziny od zamówienia), to został podzielony na dwie porcje. Dzisiaj zjem drugą. Zapiekanka będzie jutro.

O.

Naprawdę muszę powymyślać nowe pilniczki…

Atak zimy

Śnieg spadł.

Znaczy raczej śnieg z deszczem. Tak czy siak, zrobiło się bielej.

Wolny piątek piękne wykorzystałam na konsultację lekarską w temacie bolącej prawej rąsi. Rąsia zaczęła boleć w poprzednim tygodniu (12 albo 13), utrudniała mi noszenie cięższych rzeczy. Internetowo zdiagnozowano u mnie zespół cieśni nadgarstka. Szybko zaczynam, zawodowo pracuję od trzech lat. Postanowiłam w zeszły czwartek (po ponad tygodniu bólu rąsi), że pójdę do lekarza. Rąsia boleć przestała, i tak poszłam, dostałam kilka skierowań (wychodzi na to, że nie na to, co by się najbardziej przydało), wykorzystam je pewnie w przyszłym roku. Zwolnienie lekarskie też bym dostała, ale zgłoszę się po nie kiedy indziej ;)

Po konsultacji lekarskiej pojechałam wymienić koła z letnich na zimowe (dźwigając opony na stalowych felgach już-nie-bolącą ręką). Kolejki nie było wcale. Dzisiaj rano bardzo się z tego cieszyłam, bo wszystko było pokryte lodem. Tylko płyn do spryskiwaczy mi zamarzł. 10 godzin w pracy spędziłam zerkając czasem przez okno na szary świat i wielkie płaty śniegu lub też krople marznącego deszczu, w zależności od tego, co akurat padało. Okazało się przy okazji powrotu do domu, że właściwie w miejscowości mojej pierwszej pracy jest mikroklimat, bo 15 kilometrów dalej (w stronę morza) wcale nie jest aż tak biało.

Ogólnie Pomorze Gdańskie wita zimę. Pogoda wcale nie szokująca, wszak jest prawie grudzień, ale to nie znaczy, że trzeba się z niej cieszyć.

A brak pełnego weekendu od kilku tygodni zaczyna się na mnie negatywnie odbijać. Nie cierpię pracować w soboty, a wolny piątek nie zrobił większej różnicy.

Narzekajki

Śnieg spadł.

Ojacie, śnieg w połowie lutego.

Narzekają, jęczą, smęcą, chcieliby wiosnę.

W połowie lutego?

Że niby druga zima przyszła.

Z tego, co pamiętam, pierwsza zima tego sezonu zaczęła się kalendarzowo gdzieś pod koniec grudnia i będzie trwała tak gdzieś do drugiej połowy marca, nie? Jedna i ta sama zima przełomu lat 2012 i 2013. Przedtem była jesień, potem będzie wiosna. I śnieg będzie padał, i deszcz, słonko może czasem zaświeci. Będzie wiało, dmuchało, zawiewało, mroziło. I to wszystko będzie normalne.

Bo w takim żyjemy klimacie. Jak ktoś chce mieć 30 stopni w cieniu w lutym, to niech się do Australii przeprowadzi, tylko niech na miejscu uważa na pająki, bo tam podobno spore i jadowite bydlęta mieszkają.

Chyba zaczęłam się wybijać z typowo polskiego zwyczaju narzekania na pogodę, jakakolwiek by ona nie była. Za zimno. Za gorąco. Śnieg. Plucha. Ślisko. Deszcz. Susza. Słońce za jasno świeci. Słońca dawno nie było. Wiatr za mocno wieje. Za słabo wieje.

A może moje motto „nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu” zaczęło obejmować też komentarze pogodowe? Albo ogarnia mnie zmęczenie przez narzekanie innych, co też jest możliwe, skoro narzekają wszyscy dookoła, nieprzerwanie.

Żeby nie było, ja też czasem narzekam i są rzeczy, które mnie wkurzają. Na przykład na początku każdego miesiąca wkurzam się na konieczność wyrzucenia w błoto ponad 1000 zł, które są podobno przeznaczane na moją emeryturę i świadczenia zdrowotne. Bardzo chętnie dołączyłabym do ekipy, która zebrałaby się celem zaorania ZUSu i przeznaczyła te same 1000 zł na ubezpieczenia, o których będę wiedziała, że to ja będę z nich korzystać i że rzeczywiście kiedyś te pieniądze znowu zobaczę. Podobno fajny system emerytalny ma Nowa Zelandia, której gospodarka wprawdzie zwalnia między premierami kolejnych filmów Petera Jacksona, ale za to osoby, którym się lepiej wiedzie w życiu, odkładają pieniądze na prywatne ubezpieczenia emerytalne – z którego to ubezpieczenia rzeczywiście później jest im wypłacana emerytura – a osoby, których na takie konta nie stać, mają przez państwo zapewnioną emeryturę, z której da się wyżyć. Ech.

Z bardziej pozytywnych stron życia, dzisiaj skończyłam czytać „Powrót króla” Tolkiena. Zostały mi tylko dodatki do trylogii. Wcale się nie dziwię, że na przykład taki Christopher Lee, Jacksonowy Saruman, wraca do „Władcy pierścieni” co rok. I że nie jest w tym jedyny. Ja może nie będę wszystkich trzech książek czytać co roku, ale może za którąś piątkową wypłatę zamiast w drobne AGD zaopatrzę się w nieco większe książki i będę do nich zaglądać, i zaznaczać miejsca, do których szczególnie lubiłabym wracać.

Rzeźnik

W tym tygodniu trzy razy w łapie zamiast wiertarki dzierżyłam skalpel.

Przy temperaturze ok. 30 stopni wszelkie zgniłki w ustach uwielbiają się odzywać, darząc posiadacza piękną opuchlizną i powodem do mojej skrytej radości, bo bywam rzeźnikiem z powołania.

Nie no, żartuję. Nigdy nie cieszę się z cudzego cierpienia.

Taka frekwencja ropni podśluzówkowych zdarza się bardzo rzadko, zimą praktycznie wcale.

Zatem dla własnego zdrowia, jeśli macie jakieś korzonki w ustach, o których Wasz dentysta od dawna mówił, że trzeba usunąć, to to zróbcie zanim zamienicie się wizualnie w chomika i będzie bolaaałooo.

Słucham sobie prognozy pogody w radiu i wyciągam ironiczny wniosek: jak tutaj nie pada, to jest chłodno, a ludzie z reszty kraju narzekają na upały. Teraz tutaj jest gorąco, ale cały dzień pada. Jutro tylko tutaj ma nie padać, ale ma być najzimniej w kraju. Ogólnie sprawiedliwości w życiu niet, a wszyscy biedni warszawiacy walący jak jeden mąż w piątek po południu w kierunku Władysławowa i Helu mogą mieć za swoje za robienie korka za 3miastem. ;)

Jednak bywam perfidna.

Za 8 dni Wigilia

Prezenty w gruncie rzeczy już mam.

To teraz ładnie proszę o śnieg, bo pilniczka na bezśniegową zimę/ładną wiosnę tej zimy nie przewidziano. ;)

Mam nadzieję, że w rezultacie na wiosnę nie będzie zimy, bo cholera, w czasie trwania Euro chcę być wyjechana i się w jakimś kaszubskim jeziorze taplać.