Archiwum blogu

I po Świętach

Wigilia i 25 grudnia przesiedziane u rodziców. 26 grudnia odpoczynek od relacji międzyludzkich. 30 grudnia – wybitnie niesatysfakcjonująca druga zmiana w pracy. Sylwester spędzony trochę w kuchni, potem w kinie („Hobbit: Bitwa pięciu armii” bardzo smutno rozczarowująca nijakim poziomem emocji. Wizualnie ekstra, jak zwykle. Ale niewiele poza tym), potem na domowym piciu drinków i oglądaniu filmów z Ł. 2 stycznia koleżanka w pracy myląca piątek z poniedziałkiem. Ponieważ razem miałyśmy pracować też w sobotę, 3 stycznia, przypomniałam jej, żeby przyszła na dobrą godzinę do pracy ;).

3-5 stycznia siedziałam znowu (po raz drugi) w SPA niedaleko Ostródy i się rozpieszczałam (nie wiem, ile przytyłam i boję się sprawdzać). Jak zwykle było miło, relaksująco, profesjonalnie, czysto, uprzejmie, smacznie… O uszczerbku na koncie nie wspomnę. ;) Jeszcze tam wrócę. Parę rzeczy zrobię inaczej. Dobiorę jeszcze jeden czy dwa zabiegi. Podobno odcięcie się od codzienności raz na kwartał jest wręcz wskazane. Długich weekendów mi w tym roku zabraknie.

Choinka rozebrana 6 stycznia, choć mogła stać dłużej, bo sztuczna. Większa część ozdób zawieziona siostrze – w końcu należą do niej. Mój jest tylko niebieski czubek, 12 czerwonych bombek, lampki i bardzo profesjonalne ozdoby ze słomy. Przed następnymi Świętami BN mogę bezwstydnie polować na nowe bombki :).

Kolęda zapowiada się u mnie na 15 stycznia. To czwartek. Pracuję do 18. Nie będę się spieszyć do domu. Jestem żywym przykładem hipokryty świątecznego – Boże Narodzenie obchodzę, ale perspektywa poinformowania księdza z parafii, której członkiem się nie czuję, że właściwie nie praktykuję i nie widzę powodu dla przyjęcia kolędy, wywołuje u mnie uczucie pewnego niepokoju. Może nawet nie zapuka? Z opłatkiem mnie tym razem nie zastali, to może kolędę też sobie odpuszczą?

Zresztą, wychodzę z założenia, że Boże Narodzenie (Wielkanoc też) to w dużej części wydarzenie bardziej kulturalne i tradycyjne niż religijne. ;) (przynajmniej u mnie w rodzinie. Do kościoła nikt nie chodzi, parę osób jest bardzo cięte na stan duchowny, ale prezenty pod choinką co roku leżą)

Tylko teraz przyzwyczaić się znów do pracy i nabierać sił na dość ciężki luty.

Chyba miałam napisać coś jeszcze. Zapomniałam. Na pewno miałam posprzątać mieszkanie. Idę spać.

Koniec roku 2014

Co do zeszłorocznych postanowień:

1. udało mi się przeczytać trochę książek, jak widać w Kąciku Czytelniczym. Nie wiem, czy dalej będę go prowadzić. Na pewno w 2015 wchodzę ze stosikiem książek świeżo nabytych i pożyczonych, które wypadałoby przeczytać.

2. pierogi w tym roku robiłam chyba dwa razy i stwierdziłam, że to nie dla mnie. Pierogi mnie nie lubią. Za to ugotowałam i upiekłam wiele innych rzeczy, z efektem całkiem zadowalającym.

3. hiszpańskiego nawet nie tknęłam.

4. pojechałam za granicę i było bardzo fajnie. Siostra coś przebąkuje o wyprawie do Holandii i Belgii latem – zobaczymy.

5. przytyłam. Sporo. I potem też schudłam. Jeszcze więcej. I ostatnio znowu trochę przytyłam, ale były Święta. Mam nadzieję, że znowu uda się schudnąć ;)

Postanowień na nowy rok na razie brak – może poza wyjazdami z domu? Ruszyć się trochę z podwórka? Po Nowym Roku jadę do SPA pod Ostródą, myślę o wyskoku Pendolino do Krakowa (lubię jeździć pociągami, o ile nie jedzie się 14 godzin, bo już po 6 zaczyna mnie boleć tyłek), plus jakiś dłuższy wyjazd latem.

Uważam swoje życie za całkiem satysfakcjonujące, może nie do końca, ale na pewno mogło być gorzej.

Więc satysfakcjonującego życia w nowym roku 2015 życzę Wam, Szanowni Czytelnicy. :)

Rozjeżdżanie

Siostra niedawno pisała, że prawie rozjechała samochodem rowerzystę. Miał czarne ubranie, nieoświetlony rower i jechał po przejściu dla pieszych.

Ja dzisiaj prawie rozjechałam pieszego. Miał ciemne ubranie i chciał przejść po nieoświetlonym przejściu dla pieszych. Wylazł mi prawie pod koła samochodu. Znaczy, byłaby to moja wina.

Jako pacholę byłam przekonana, że skoro ja widzę światła zmierzającego w moją stronę samochodu, to i samochód (znaczy kierowca) widzi mnie. Odblaski nosiłam bardzo rzadko.

Przeżyłam. Nikt mnie nigdy nawet nie drasnął. Może dlatego, że zawsze schodziłam na pobocze.

Obecnie, kiedy przechodzę nocą po przejściu dla pieszych i jestem ubrana na czarno (bądź ogólnie w ciemne kolory, co mi się często zdarza), to zachowuję szczególną ostrożność. Nie włażę nikomu pod koła. Aż tak mi się nie spieszy.

Ale to nie zmienia faktu, że nie, kierowca nie widzi pieszego w momencie, kiedy pieszy widzi samochód. Zauważa go bardzo, bardzo późno. Często pewnie za późno.

Ja wiem, że wielu osobom, jak muszą się przemieszczać na własnych nogach, wyłącza się instynkt samozachowawczy. Tak, wiem, masz pierwszeństwo na przejściu, ale cholera jasna, weź pomyśl przed wpakowaniem się na nie tuż przed nadjeżdżającym samochodem. Ja ci chętnie ustąpię. Tylko pomyśl i nie daj się przejechać.

Raport

  1. Oprócz tego, że moja asystentka uprawia aktywną asystę, rozumiemy się świetnie też w innych kwestiach, jak choćby lenistwa.

    Czwartek. Praca podobno do 18. Asystentka obdzwania pacjentów, żeby potwierdzić, że przyjdą (nieprzychodzenie pacjentów jest zjawiskiem zdecydowanie zbyt powszechnym).

    A: Ostatni pacjent nie przyjdzie. Mam poszukać kogoś w to miej…
    Ja: Nie.
    A: [radosny wyszczerz]

  2. Poza tym, praca w sobotę nawet do 11 stwarza wrażenie, jakby mi ktoś ukradł pół weekendu. Całe szczęście, kolejna pracująca sobota dopiero 20 grudnia.
  3. SKOŃCZYŁAM REMONT!!! Dzisiaj dokonałam ostatnich poprawek, umyłam pochlapane farbą drzwi i podłogi (trochę się pochlapały, no), i polakierowałam krzesła po malowaniu bejcą. Przy okazji wniosek: najfajniej maluje się ściany. Do malowania mebli i sufitów się nie nadaję. Oba te elementy wyszły mi beznadziejnie i nie wiem, co zrobię, jak moi rodzice przyjadą w niedzielę, żeby podziwiać.

    Może jakiś dobry sernik upiekę (pierwszy raz w życiu), to odwrócę uwagę od nierówno pomalowanego sufitu i zacieków na krzesłach…

    Książki i filmy wróciły spod okna w sypialni na swoje miejsca na regałach w salonie, chociaż rozważam pożegnanie się z częścią książek…

  4. Ostatnio wyszło parę filmów na BR, na które się napalam. Drugi „Hobbit” w wersji rozszerzonej już kupiony, tylko nie mam z kim obejrzeć. Przed kinową premierą trzeciego filmu pewnie się za to zabiorę. „Strażnicy Galaktyki” wylądują u mnie na półce możliwie zaraz po premierze (czyli 3 albo 6 grudnia – na Mikołajki :) – bo wychodzą 2 grudnia, a ja we wtorki jestem cały dzień w pracy i jednak nie będzie mi się chciało po 19 jechać po jeden film), z „Jak wytresować smoka 2” zaczekam do Gwiazdki ;)
  5. Z randkowaniem idzie mi średnio. Niestety, znaleźć w okolicy osobę, która przynajmniej częściowo podziela moje zainteresowania (patrz wyżej) i osobowość (głęboko zakorzeniony introwertyzm), jest dość trudno…
  6. Najfajsiejsi są goście, którzy wysyłają wiadomości z szablonu, nie dodając nic od siebie, więc ich wiadomości dosłownie kończą się na „Mam na imię…” . Zostali zignorowani.
  7. Ech, życie towarzyskie… Po co to komu…

Kronika remontowa c.d.

Zaczęłam powolutku sprzątać. Znaczy, sprzątam od wtorku, ale idzie mi to bardzo powoli. W zeszłym tygodniu wreszcie rozłożyłam meble salonowe na mniej-więcej swoich miejscach, ale mam jeden fragment ściany do poprawki, więc regał na książki, który będzie musiał być później przesunięty, stoi na razie pusty.

W sobotę wieczorem, przez to całe przesuwanie mebli i podpinanie z powrotem zestawu kina domowego, zepsułam sobie internet. Kabelek wysunął się z gniazdka. ;) W niedzielę rano naprawiłam (po sugestii dyżurnego pana konserwatora) i jestem z siebie bardzo dumna.

Przy okazji stwierdziłam, że mam za mało znajomych i zapisałam się na portal randkowy.

Dzisiaj z kolei pożyczyłam sąsiada z bloku obok, który przykręcił mi szafki łazienkowe z powrotem na swoje miejsca. Przy okazji okazało się, że przy szpachlowaniu zbędnych dziur w ścianach, przy jednej szafce zaszpachlowałam nie te dziury. Ale udało je się szybko zrobić na nowo (znaczy usunąć szpachlówkę). Mogę chociaż łazienkę ogarnąć…

Kuchnia też wróciła mniej-więcej do stanu pierwotnego. Zostały tylko regały w salonie. No i poprawki, ale to zrobię nie wiem, kiedy. Może w sobotę po pracy…

I jeszcze w planach może wieszanie nowego karnisza w salonie, bo obecny nie zostawia dużego pola manewru (wisi bardzo wysoko pod sufitem), a chcę zastąpić przybrudzone rolety rzymskie zasłonami…

Tak jakoś leci…

Dzisiaj cały dzień jestem zmęczona. Powinnam wyprasować trochę ciuchów, ale krzywię się na samą myśl. I literówki sadzę co chwilę.

Idę pod prysznic…

Kronika remontowa

[Wstęp napisany 17.10.2014, później wpis aktualizowany na bieżąco]
Mieszkam w obecnym mieszkaniu ponad 2 lata. To nie był mój wybór, by tu zamieszkać, w sensie to nie była swobodnie podjęta decyzja, tylko sytuacja wynikła z różnych wskazań życiowych. Tak czy siak, przez te dwa lata ze średnią akceptacją patrzałam na przybrudzone ściany w pokoju dziennym i wybitnie niepasujący mi, ciemny kolor tych fragmentów ścian łazienki, które nie są wyłożone białymi kaflami. Wynajmuję to mieszkanie, nie jest moje, często mi mówiono, że nie ma co inwestować w nie kasę i czas, bo nie wiadomo, jak długo w nim pomieszkam. Na razie zainwestowałam w rolety. I trochę mebli. I nic więcej.

2.10.2014 – dowiaduję się, że moja nadzieja na rychły powrót do domu rodzinnego raczej nie ma większych podstaw. Po kilku godzinach dochodzę do wniosku, że równie dobrze można się tu (w obecnie zajmowanym mieszkaniu) bliżej urządzić.

3.10.2014 – postanowienie malowania ścian w pokoju dziennym i łazience. Czytaj dalej »

Reinkarnacja

Mrówka

Mrówka

Zaczęłam się zastanawiać, kim była Mrówka w poprzednim wcieleniu.

Bo, jak Bozię kocham, tak „ludzkiego” kota nigdy nie widziałam.

Jestem jej karmicielką od dwóch lat, wcześniej karmy do miski dosypywała moja siostra. Jeszcze wcześniej była ratowana w domu tymczasowym w Toruniu i B(rz)ydgoszczy, a jeszcze wcześniej była kotem „działkowym”. Tyle wiemy.

Obecnie ma jakieś 8-9 lat.

Jest raczej nieduża, ma czarne futro z białymi plamami na szyi i w okolicach „bikini”. Ma dość krótki ogonek i wielkie, zielone oczy.

I świetnie rozwinięte z racji częstego używania struny głosowe. O ile koty mają coś takiego. Ale jakoś dźwięki z siebie wydają, nie? Mamy tu jakiegoś weterynarza?

I ma całkiem spory rozumek w małej, czarnej, kociej główce.

I ten rozumek jest chyba w niej najbardziej niesamowity.

Z Mrówką można pogadać. Można się pokłócić. Dobrze wie, co się do niej mówi.

Potrafi się obrazić, jak zabraniam jej wskoczyć do umywalki w łazience. Wyraźnie widać, jak przetwarza moje „nieeee…”, sprawdza kątem oka, czy na nią patrzę, przymierza się do skoku, po czym na moje zdecydowane „NIE!” odwraca się, odpyskowuje po kociemu, wychodzi z łazienki i siada tyłem do drzwi.

Jest pyskata, absorbująca, hałaśliwa, wymusza to, czego chce. Co rano muszę dosypać choć trochę świeżej karmy, choć w misce jest jeszcze żarcie. Po południu głośne miauczenie to informacja, że mam ją wpuścić na górną półkę szafy w korytarzu. Siedzi tam potem kilka godzin i jest spokój.

Przychodzi na kolana, komentuje głaskanie.

Protestuje na tarmoszenie, ale później i tak wraca.

Moja mama ostatnio opowiadała, jak Mrówka kiedyś ją poganiała do płaczącej, siostrowej córki.

Odpowiada, jak się do niej zagada.

Kim więc była w poprzednim wcieleniu? Inteligentnym człowiekiem, nielubiącym kotów, zamienionym w jednego za karę?

Wiem, że moją fascynacją Mrówką krzywdzę trochę Kisiela. Ale Kisiel to jest, niestety, trochę przygłupawy, duży rudzielec. Aż tak się nie angażuje. Trzyma się bardziej z boku. Lubi drapanie za uchem. Wieczorem, kiedy leżę w łóżku, podchodzi i robi bęc! i trzeba go pomiziać. Tulenie (a fajnie się go tuli) już jest ble, długo nie wytrzyma. Na kolana też nie przychodzi.

Głosik ma z rodzaju „ostatni kastrat”, czasami jego miauki wychodzą bezgłośne. Za to bardzo głośno mruczy.

Jest wybredny, podczas gdy Mrówka żebrze. Nie wiem, co gorsze. Z drugiej strony to Kisiel ma lepiej rozwinięty instynkt łowiecki: poluje na większość owadów w mieszkaniu i na świetlne zajączki. Potrafi biegać po ścianach ;).

Nie kuma idei drapaka, drapie wszystko (znaczy moje łóżko, fotel komputerowy, kanapę, uszczelkę uchylonych drzwi balkonowych, ścianę z kartongipsu…), tylko nie drapak. Nie zawsze wychodzą mu skoki na odległość. Bardzo łatwo go przestraszyć.

Więc jest to kot tak jakby z drugiego bieguna.

Też się cieszę, że go mam. Tak się często kocha. Inaczej, ale równie mocno :)

Kisiel

Kisiel

Urlopiątko

Sobotnim popołudniem zaczął mi się miniurlop. Byłam bardzo szczęśliwa z powodu tego faktu. Miało to być ładowanie baterii przed ciężkim październikiem.

W niedzielę wieczorem poczułam, że coś mnie bierze. Cały poniedziałek czułam się rozbita, bolała mnie głowa i gardło, mam wrażenie, że mam gorączkę; poszłam wcześniej spać, pod kołderką miałam jeszcze kocyk. We wtorek rano było mi już lepiej, ale nie idealnie. Był to też dzień, który z dumą przebimbałam, siedząc przed kompem i czytając. Jedyne, co udało mi się zrobić, to pojechać na zakupy.

Wczoraj postanowiłam się trzymać mojej zasady Środy Bez Komputera. Sprzęt zatem po porannym przeglądzie „prasy” (Facebook, Twitter, Tumblr ;) ) został wyłączony, około 10. Znowu pojechałam na zakupy, bo zabrakło mi kilku rzeczy (dziwne, po zmianie samochodu na większy, szybszy, bezpieczniejszy i cichszy jazda zaczęła sprawiać mi autentyczną przyjemność!), zrobiłam pyszny obiad (dorsz z pomidorami i szczypiorkiem wg przepisu z kwestiasmaku.com. Opróżniałam zamrażalnik z zaległości, pozbyłam się nie tylko dorsza, ale też otwartego opakowania ziemniaczków do pieczenia) i ogarnęłam trzeci pokój, tzw. graciarnię, która była istotnie składowiskiem, że tak powiem, „czystych śmieci”, czyli przepłukanych i posegregowanych opakowań plastikowych i szklanych, makulatury, kartonów po paczkach i starych ciuchów, dawno temu przeznaczonych do wywalenia. Po ogarnięciu wszystkiego śmieci w workach powędrowały do… korytarza, skąd je powoli wynoszę na śmietnik. Mieszkam na 3 piętrze, nie chce mi się wynosić wszystkiego od razu. Porządku idealnego nie ma i nie będzie, ale na pewno jest lepiej, niż było.

Miałam jeszcze zamiar wypucować łazienkę, ale mi nie wyszło.

Dzisiaj z kolei zabrałam się za zalegające na półkach w graciarni papiery. Wzięłam trzy segregatory i stosik koszulek na dokumenty, co się dało, to poukładałam, co można było, to wywaliłam. Męczyło mnie to też od dłuższego czasu i wreszcie się udało.

Poza tym, dobrałam się do kupionej wczoraj dyni hokkaido (która ma tę zaletę, że nie trzeba jej obierać) i zrobiłam z niej PRZEPYSZNĄ zupę z dodatkiem soku pomarańczowego, imbiru i serka philadelphia (również z kwestiasmaku.com – to przynajmniej trzeci wypróbowany przeze mnie przepis z tej strony i mogę ją z czystym sumieniem polecić). Ma ładny kolor, podana z płatkami migdałów wygląda tak (jeden z końcowych etapów przygotowania wymaga użycia blendera):

Zupka

Zupka, jakby ktoś miał jeszcze wątpliwości

Ponieważ zostało mi jeszcze ponad pół kilo dyni (bez miąższu i pestek – w przypadku pestek się zastanawiam, czy je wywalić, czy uprażyć, bo generalnie pestek dyni nie jadam. Z drugiej strony dynia do tej pory w ogóle nie gościła na moim stole – w domu rodzinnym też nie – więc może powinna zacząć), to z reszty zrobiłam puree (kawałki dyni w przykrytym naczyniu żaroodpornym podpiekłam w piekarniku przez godzinę, do miękkości, ostudzone przepuściłam przez blender), podzieliłam na porcje po 100 g, każdą porcję wrzuciłam do kubeczka plastikowego i do zamrażalnika. Na jakiejś stronie radzą po pewnym czasie rozciąć kubeczek, wydobyć puree, przełożyć do woreczka na mrożonki i tak ostatecznie przechowywać w zamrażalniku. Pewnie wykorzystam do ciastek na Halloween ;).

Nadal nie posprzątałam łazienki. Może w weekend się uda.

A jutro na 14 do pracy. Weekend wolny. Nadal nie czuję się idealnie, chciałam sobie dzisiaj pojechać na molo do Orłowa, ale stwierdziłam, że to się może źle skończyć. Mam nadzieję, że niedługo dojdę w pełni do siebie …

Zatem pięć bonusowych dni wolnego było bardzo satysfakcjonujące pod względem kulinarno-porządkowym. ;)

Kolejny przypływ luzu, choć nie tak długi – w listopadzie. W tym wypad do Warszawy na koncert, squee! Potem w grudniu, na Święta. A potem się zobaczy.

Nowy nabytek

Nazywa się Krokiet.

Krokiet

Krokiet

(imię podpatrzone w Ęternecie)

Jak go przesadzałam do świecznika z IKEA, wydawało mi się to dobrym pomysłem. Teraz już niekoniecznie, bo świecznik nie ma dziurki, a starą minidoniczkę wywaliłam.

No cóż. Zobaczymy, jak długo przetrwa. Ogólnie mam pecha do roślinek. Jeden stary storczyk właśnie powoli pada i nie jestem w stanie go uratować, drugiego, otrzymanego na urodziny storczyka nie tykam wcale, bo podobno nie wolno, jak kwitnie. Jedna roślinka – Pilea zwana pieniążkiem – otrzymana z domu rodzinnego ma się nieźle, rośnie jak głupia, trzeba by było ją rozsadzić, a ja nie umiem i się boję.

Achievement unlocked

Niedawno pewna trudna sytuacja w pracy została określona przez znajomego gracza jako co najmniej tzw. expienie w porywach do odblokowania kolejnego levelu.

No to wczoraj, kiedy stanęłam na wadze, oczami wyobraźni zobaczyłam coś w stylu [Achievement unlocked].

Bo zjechałam z masą ciała poniżej 68 kg. To był mój taki mały, „połowiczny” cel. Minimum.

Tyle ważyłam długi czas. Wczoraj na wyświetlaczu pokazało się 67,5 kg.

Kiedy schudłam do okolic 70 kg, czułam, że mi dobrze ze sobą. Te początkowe 76 kg, chociaż nie ważyłam tyle zbyt długo, było bardzo ciężkie. Zjechałam do 70, 69 kg i nagle fajnie znowu patrzeć w lustro, jak się biega po mieszkaniu w gaciach i koszulce. Uda nadal mam dość grube, tyłek nadal dość duży, brzuszek też jeszcze trochę wystaje, ale odzyskałam talię. Chwilę się cieszyłam, po czym zdałam sobie sprawę, że zanim przytyłam, te 69 kg mi przeszkadzało. Niby norma wagowa, ale jednak niefajnie. Chciałam część z nich zgubić, ale nie miałam motywacji. Jak się motywacja pojawiła w postaci ponad 4 kg nadwagi, postanowiłam pójść na całość i wrócić z kilogramami do stanu dla mnie wygodnego.

No to jeszcze czeka mnie jakieś 2,5-7,5 kilograma do zgubienia. Ile się da.

Ale fajnie się gubi kilogramy, jak można sobie zrobić jajecznicę na boczku i z serem co niedziela i dopchać to wafelkiem.

Wiem, że wiele osób walczy z nadwagą i nie przychodzi im to tak łatwo. Ja miałam łatwy start, bo to moja pierwsza w życiu dieta. Metabolizm jeszcze inny. Nieco szybszy. Teraz się cieszę, ale zdaję sobie sprawę, że ta pierwsza w życiu dieta oznacza bycie na tej diecie jeszcze długi czas. Bo teraz trzeba będzie się pilnować. Owszem, wrócić do chleba na śniadanie zamiast wafla ryżowego. Ale mieć zapas czerwonej herbaty. Odkurzyć książkę z ćwiczeniami. Nie żreć słodyczy tyle, ile przed dietą. O kolacji w starym stylu też raczej zapomnieć, ale nie wkurzać się, jak na nią zapraszają. Być bardziej świadomym tego, co i ile się je.

Ale kto mi zabroni czuć się fajnie?