Archiwum blogu

Święta tuż tuż!

W firmie podobnoż nie pracuje się w Wigilię, a 23 grudnia tylko do wczesnego popołudnia (ładnie się zrymowało).

A ja dzisiaj w księgarni w Gdańsku znalazłam perrrrrfekcyjny prezent dla taty. Skoro to księgarnia, to prezent będzie – standardowo dla tatusia – książkowy. Po wypłacie muszę zapolować na niego gdzieś bliżej mnie i schować na dnie szafy.

Dla mnie tylko takie kupowanie prezentów sprawia radość. Wejść do sklepu, znaleźć coś idealnego, kupić i się cieszyć, bo obdarowany też prawdopodobnie będzie się cieszył. Wymyślanie na siłę czy podążanie za listą prezentowych życzeń już nie jest takie satysfakcjonujące, bo obdarowujący w pierwszym wypadku martwi się, że prezent będzie nieudany, a w drugim nie ma niespodziewajki, choć ryzyko skuchy jest znikome.

U mnie w rodzinie podstawą kupowania prezentów są albo tworzone przed świętami listy rozsyłane potem emailem, albo podpowiedzi najbliższych. Takie epizody z wielkim Ooo! na widok czegoś w sklepie zdarzają się rzadko.

Przynajmniej mi. Nie wiem, co na to reszta rodziny…

PS.: Wcale nie jestem pierwszą osobą, która zaczęła myśleć o Gwiazdce. W sklepie Leroy Merlin zielone Mikołajki chodziły już na początku września. ;)

Skuteczność gróźb wobec kota

Mam na podłodze w pokoju rozłożone materiały do wspomnianej, dorywczej pracy. Materiały leżą na papierze pakowym, w którym do mnie przyjechały. Do pokoju wchodzi kot. Słyszę szelest papieru. Patrzę: kot wchodzi na materiały, a nie powinien.

Na moje zdecydowane „Kocie, zastrzelę cię!” rzeczony kot zszedł z materiałów, zrobił w tył zwrot i wyszedł wolnym krokiem. Niezastrzelony.

Podobnie, choć nieco szybciej, zareagował na długie syknięcie, którym powstrzymałam kolejną próbę zbadania, co też leży na tej podłodze i szeleści.

Koty są fajne… O ile słyszą. Tak-jakby-mój drugi futrzak jest głuchy. Żeby go powstrzymać, trzeba się bardziej zaangażować… Ale to nie czyni go niefajnym. Jest po prostu odrobinkę bardziej kłopotliwy w obsłudze. ;)

Przebimbana niedziela

Wczoraj miałam seans filmowy z kumplem, którego (kumpla) nie powinnam mieć, bo takie kumplowanie się jest niemożliwe (notka niżej), na dziś nastawiałam się na nadrobienie choć trochę seriali odłożonych przed sesją dyplomową. Zwłaszcza takiego, który śledziłam latami całymi z zapartym tchem, a który w tym roku uległ ostatecznie cancelowi (po ośmiu emocjonujących, ale coraz słabszych jakościowo sezonach). No powinnam usiąść i obejrzeć, a siedzę i nie oglądam. Żrę czekoladę Milka zamiast obiadu, słucham i wyję Evanescence do monitora, czytam stare opowiadania na podstawie jakże inteligentnego filmu („Iron man”), nie wiem, po co przechodzę znowu przez Morfeuszowe „Szpitalne życie” i nie robię tego, co w gruncie rzeczy powinnam.

Choć właściwie nic nie powinnam. Może poza czytaniem podręcznika z dziecięcej.

Matula na wyjeździe zadzwoniła, żeby zaklepać sobie wizytę u mnie, bo jej się ząb ukruszył. Jak znam życie, to z racji leczenia rodzicielki coś spieprzę dokumentnie i jednak wróci ona na fotel do naszego dotychczasowego dentysty.

Jutro odbieram swój uszyty przez krawcową szary garniturek. Będę chodzić ładnie obrana, w butach na obcasach. Osoby, które mogą mnie znać osobiście, pewnie właśnie wytrzeszczają gały. Nie wiem, co działa na styl ubierania. Dlaczego już nie wychodzę z domu w fabrycznie wytartych i ćwiczeniowo w jednym miejscu odbarwionych podchlorynem dżinsach, stare bluzy z polaru służą mi też tylko do ogrzania się w chłodne popołudnia, a do pracy wolę ubrać coś bardziej oficjalnego? Czy to wiek, czy jakieś takie poczucie, że osoba z moim wykształceniem i funkcją społeczną powinna jednak okazywać sobie samej większy szacunek? W sumie dobrze się z tą zmianą czuję, więc pewnie przychodzi naturalnie.

Tyle że przez nią spora kasa od babci niniejszym się powolutku rozpływa, a ja przestaję uważać mój plan oszczędnościowy za możliwy do wypełnienia.
Znaczy dorosłe życie odsłania swoją mroczną twarz.

Wniosek związkowy

Przyjaźń damsko-męska jest możliwa.

Sama w takiej relacji się znajduję.

Warunek: żadna ze stron nie może być zainteresowana drugą pod względem „romantycznym”.

Przedpracowo

Założyłam sobie konto na chomikuj.pl. Przyszedł do mnie email „Witamy Chomika k.!”

Momentalnie nabrałam ochoty na powrót do gryzoniowej przeszłości. Miałam już myszki i chomiki (te drugie nie do końca fajne), mogłabym mieć szczurka.

Jest tylko jedno duże ale.

Właściwie dwa. Futrzaste, ogoniaste, miauczące dwa „ale”.

Moje koty miałyby takie kino, że gryzonia aż żal.

Więc ze szczurka chyba nici.

Poza tym, cała moja październikowa wypłata się rozejdzie, więc nie mam kasy.

Świetny i uniwersalny argument przeciwko robieniu takich niepotrzebnych rzeczy :).

Tak jeszcze o komputerze…

O tatusiowym zapale w kupowaniu elektroniki powiedziałam z uśmiechem mamie. Przyznałam się do myślenia o zakupie nowego kompa.

Nie powiedziała nic w stylu „a po co ci, ten przecież działa, nie szkoda kasy?”.

To chyba jeden z elementów traktowania mnie jak dorosłą osobę (którą się nie do końca czuję). Przestali mnie gnać do spania o 22 (sami chodzą spać o tej porze, tata wcześnie wstaje do pracy), więc może mojej wypłacie też dadzą spokój. Mam podejmować samodzielne decyzje i być gotowa na konsekwencje.

Kasy może trochę szkoda. Zobaczymy, jak się to wszystko ułoży.

Jedno wiem na pewno. Pierwsze, co zrobię po otrzymaniu już niestażowej, a normalnej pracowej wypłaty, to zacznę się intensywnie interesować mieszkaniami na sprzedaż i kredytem.

Nieprzespana noc

Kaloryfer szumi, a nie mogę go zakręcić, bo coś jest nie tak z zaworem, kaszel mnie męczy coraz intensywniej, gardło boli… Ale gorączki nie mam. Sama już nie wiem, co zrobić. Podobno mało nasilone objawy choroby na początek świadczą o zakażeniu bakteryjnym. Matula łyka jakiś uratowany skądś Duomox i zaczynam się zastanawiać, czy nie pójść w jej ślady. Choróbsko tli się we mnie od poniedziałku i jest coraz gorzej.

Dzisiaj w sumie tylko 3 godziny w pracy, pacjentów pewnie znowu nie będzie.

Sprawdziłam wczoraj podręczniki na LDEP. Egzamin dopiero w lutym, ale już zaczynam się bać…

Marzenia bardziej przyziemne

Chociaż własne gniazdko jest, jak najbardziej, rzeczą prędzej czy później osiągalną, to jednak czasem odzywa się chęć na posiadanie czegoś bardziej dostępnego.

Nowy laaaaptooop…

Obecnie posiadam komputer odziedziczony po mamusi, kiedy mój poprzedni laptop raczył umrzeć. Mamusia przesiadła się na malusiego netbooka, swój toporny notebook przekazując mi (komputer był mi niezbędny do egzystencji na uczelni). Jest to jednak sprzęt sprzed bodajże ośmiu lat (brak wbudowanej karty do sieci bezprzewodowych, USB archaiczny model, prędkość nagrywania płyt wynosi 1x i tego typu sprawy), mimo to parametry (procesor) ma całkiem niezłe, ale, kurna, czasami mnie wkurza.

Jak dziś, kiedy czytnik DVD odmówił odtworzenia płyty z materiałami ze studiów. Chciałam się ambitnie podszkolić z dziecięcej, a tu guzik.

W sumie 4 miechy solidnego oszczędzania (licząc wypłatę na ok. 1500 zł na rękę, 500 chcę przeznaczyć na ratę za samochód, 500 na konto oszczędnościowe, a reszta na wydatki bieżące – głównie benzyna i ciuchy ;) ) i coś by się kupiło. Widziałam w ofercie Vobis fajną Toshibę za bardzo niecałe 2 tysiące (dokładnie 1999 zł ;) ).

Ciekawe, kto by jednak przeżył te 4 miesiące. Czy chęć zakupu się utrzyma? Czy komputer przeżyje jeszcze tyle? Czy jednak nie wymyślę czegoś innego? Czy nie pożałuję tej kasy i nie zostawię jej w spokoju na rzecz jakiejś lodówki i pralki w przyszłości (zakładając, że do tych dwóch tysięcy dojdą kolejne)?

Wasza dzielna reporterka na pewno będzie Wam donosić o kolejnych zmianach na marzeniowym placu boju! ;)

Chociaż pewnie stanie na ostatniej opcji…

PS.: Z sytuacji z nieodtworzoną płytą musiał mnie ratować Rodziciel: skopiował zawartość płyty przez naszą sieć domową na mój komputer. Potem przyszedł do mojego pokoju i mówił, jaki fajny komputer tanio kupili na Allegro do firmy. Ja nic jeszcze o krążących po moim łbie myślach zakupowych nie mówiłam. Rodziciel jest pierwszy do kupowania elektroniki dowolnego rodzaju ;).

Kocie pytanie

Czy wszystkie koty z umaszczeniem typu „krówka” (białe w czarne łaty) mają czarne ogony?

Pytanie swe opieram na czterech przykładach:

1. nieznajomy, działkowy (?) Bolek z tej notki na tym blogu (ach, szczęśliwi ci, co posiadają Main Coona – tzw. miaukuna. Mojej matuli się marzy, ale hodowcy biorą ze 2 tysiące);

2. znajoma, niestety już za Tęczowym Mostem Milka zwana przeze mnie Kurczaczkiem (właścicielka dobrze karmiła, nie żadnym Whiskasem, więc Kurczaczek miał sierść jak… no cóż. Jak pióra kurczaczka :) );

3. znajoma Milusia zwana Wredną Miaupą;

4. znajomy kociak o imieniu Mietek zwany Terkotkiem, na tym zdjęciu z burą siostrą, Helenką (Terkotką), tutaj sam od frontu.

Ogólnie koty uwielbiam (bardziej od psów) i jak wyfrunę na swoje, wezmę sobie jakiegoś. Nie musi być rasowy czy biały w czarne łaty…

Muzycznie

Nie wiem, czego, zgodnie z jakimiś odgórnymi ustaleniami lub stereotypami, powinny słuchać 24-letnie dentystki. Egzemplarz niżej podpisany słucha głównie rocka progresywnego, trochę gotyku, trochę elektroniki, czasem zahaczając o łagodniejsze nuty w porywach do Anny Marii Jopek, Turnaua i muzyki filmowej (z Hansem Zimmerem na czele), z nieco osłabionym już upodobaniem do Mike’a Oldfielda, którego nadal uważam za geniusza. W tej chwili akurat słucham Archive, które może być znane słuchaczom Trójki i Eski Rock. Karierę w Polsce ten brytyjski zespół (a właściwie kolektyw, jak sami się nazywają – po paru zmianach składowych w tej chwili liczy sobie 9 osób, w tym 4 wokalistów) zaczął właśnie od radiowej Trójki i promocji tamże ich najlepszego krążka „You all look the same to me”. Czy tytuł „Again” coś mówi? Tak czy siak, nie jestem w ich muzyce zakochana bezkrytycznie: pierwszy krążek, trip-hopowy, w gruncie rzeczy omijam, poza dwoma instrumentalnymi utworami (dop. 2014 – jak się człowiekowi gusta zmieniają przez 4 lata… W tej chwili wspomniany album, „Londinium”, uważam za jeden z najlepszych). Tak samo 5 utworów z ich podwójnej płyty „Controlling Crowds”, które były powrotem do korzeni. Ale poza tym słucha się ich przyjemnie.

Tylko dlaczego na chyba wszystkich płytach przewija się od czasu do czasu ich najwyraźniej ulubiony układ rytmiczny (czy jak to się nazywa)? Dwa szybkie uderzenia, jedno, znowu dwa szybkie (szybsze od poprzednich) i znowu jedno. Wyraźnie to słychać na przykład tutaj (pomijając fakt, że to jeden z fajniejszych kawałków).

Teraz pytanie: czy taki charakterystyczny element może być uważany za wadę ich twórczości (poza tym, że nie są do końca zdecydowani tak naprawdę, jaką muzykę chcą grać) czy po prostu znak rozpoznawczy?

Ale zespół nadal fajny. Jak nie grają trip-hopu ;)