Archiwum blogu

Podsumowanie kącika czytelniczego 2016

W tym roku udało mi się przeczytać dużo więcej książek. Niektóre lepsze, niektóre gorsze, dwie nawet po angielsku ;). Pocketbooka wreszcie udało się jakoś ogarnąć po aktualizacji oprogramowania. Nadal jest w nim kilka rzeczy, które mnie wkurzają, ale nie muszę co chwilę przywracać ustawień fabrycznych.

Do września:

  1. Zygmunt Miłoszewski „Gniew” (zaczęte w 2015) – ludność narzeka, że nie wiadomo, jak się skończyło. To ja ludności powiem, że ponieważ to podobno zdecydowanie ostatnia część losów Szackiego, skończyło się nijako. Gdyby miała wyjść czwarta, to bym na nią czekała. A co przez zakończeniem? Mroczny Olsztyn, makabryczne zbrodnie i jakoś tak z trochę mniejszym polotem niż poprzednie części. Tym razem nie narzekałam, że ja tak nie potrafię.
  2. Andy Weir „Marsjanin” (zaczęte w 2015) – jeśli ktoś widział najpierw film, to go fabuła książki absolutnie nie zaskoczy. W drugą stronę tak samo ;). Jedno trzeba autorowi przyznać: albo się świetne przygotował do pisania, albo umie przekonywająco wciskać naukowy kit. Fajne jest też to, że to nie jest sci-fi pokroju Star Wars. Czasy wyglądają na współczesne, tylko ludzkość dociera na Marsa. I jeden z jej przedstawicieli, uznany za zmarłego i pozostawiony przez resztę zespołu, musi sobie na nim po ludzku sam radzić. Pełna humoru, fajnie opracowana, bardzo szybko czytalna powieść. Jeden zgrzyt: cały problem Watney’a zaczął się od bardzo silnej burzy. Przez resztę książki wiele trudności wynikało z tego, jak rzadką atmosferę ma Mars, więc burza z początku podobno nie miała racji bytu. Cóż. I tak polecam :)
  3. Ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka „Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość” – szczera opowieść „najbardziej lubianego księdza w Polsce” z niewyparzoną gębą. O rodzinie, o tym, jak znajdował swoje powołanie i co go trzyma w parciu naprzód. Może się we mnie odzywa lokalny patriotyzm (do Pucka niedaleko…), może jako zagubiona katoliczka szukam inspiracji – na razie tylko zazdroszczę niezachwianej wiary. A książkę polecam z całego serca, bo kto nie zna księdza Kaczkowskiego, powinien nadrobić zaległości.
  4. Ks. Jan Kaczkowski „Grunt pod nogami” – zbiór kazań, Droga Krzyżowa i „Spowiedź na krawędzi”. Raczej nie dla ultraateistów.
  5. Michał Rusinek „Nic zwyczajnego o Wisławie Szymborskiej” – z tej książki bije ciepło. Nie dosłownie, oczywiście, ale jest ona napisana właśnie ciepło i z głębokim szacunkiem dla Poetki. Serdecznie polecam nawet tym, którzy o Wisławie Szymborskiej tylko słyszeli, znają może jeden-dwa wiersze.
  6. Patrick O’Brian „Dowódca Sophie” – pierwsza część mojej niegdyś ukochanej serii przygodowej. W czasach wojen napoleońskich, oficer brytyjskiej marynarki wojennej Jack Aubrey i katalońsko-irlandzki lekarz na skraju bankructwa Stephen Maturin poznają się na Majorce i po otrzymaniu przez Aubrey’a pierwszego samodzielnego przywództwa na okręcie wojennym wyruszają na Morze Śródziemne narobić trochę bałaganu. Po latach (pierwszy raz czytałam tę książkę w liceum) zaczyna się zauważać wszelkie polityczne i społeczne niuanse, które to niuanse czynią lekturę jeszcze przyjemniejszą.
    A na początku września kupiłam czytnik e-booków – wszystkie kolejne książki czytałam na nim:
  7. Piotr C. „Pokolenie IKEA” – przyciągnięta popularnością fanpejdża na Facebooku ściągnęłam w ramach testowania czytnika. I cieszę się, że nie wydałam na to kasy, bo ta książka to jeden z licznych dowodów, że wystarczy być popularnym, żeby wydać książkę. Albo to nie mój klimat, albo toto jest nieco po grafomańsku napisane i seksistowskie.
  8. Teresa Torańska „Smoleńsk”. Rozmowy z rodzinami, znajomymi i innymi osobami powiązanymi z katastrofą prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Różne punkty widzenia, różne podejście do tamtych wydarzeń. Bardzo dobra książka.
  9. Terry Goodkind „Debt of bones”. To nie jest tak, że ja w ciągu roku czytam tylko kilka rzeczy. Ja po prostu większość czasu czytam fanfiction po angielsku ;). Toto nie jest fanfiction, ale jest po angielsku. Powiedzmy, że też się liczy.
  10. Eliza Sarnacka-Mahoney „Zbędnik inteligenta”. Kolejny zbiór ciekawostek z różnych dziedzin. Można się dowiedzieć m.in., że pijane mrówki zawsze przewracają się na prawą stronę, a wszystkie misie polarne są leworęczne.
  11. Sławomir Koper „Afery i skandale II Rzeczypospolitej”. Historycznie. Całkiem fajnie, tylko ponieważ większość przedstawionych afer kręciła się wokół Piłsudskiego i jego ludzi, dobrze by było sobie przypomnieć, o co chodziło z tym przewrotem majowym ;)
  12. Evžen Boček „Ostatnia arystokratka”. Amerykańska rodzina z czeskimi, szlacheckimi korzeniami odzyskuje od państwa posiadłość rodzinną. W Czechach. Pierwszy problem: jak samolotem przewieźć prochy 12 przodków, nie będąc puszczonym z torbami? W woreczkach po orzeszkach solonych. Siostra moja ulubiona, przez którą kupiłam czytnik i zabrałam się też za tę książkę, smarkała ze śmiechu. Ja od dawna twierdzę, że nie mam poczucia humoru, bo przyznaję, że książka śmieszna jest, ale przeczytałam ją bez tak skrajnych emocji. Ot, uśmiechnęłam się. Smarkania nie było. Smutas jestem.
  13. Marta Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu”. Smutna to książka, bardzo szybko się czytająca, o zderzeniu powołania zakonnego z surową, skostniałą dyscypliną żeńskich zakonów. Polecam.
  14. Terry Goodkind „Wizard’s first rule” – książka jest dostępna po polsku („Pierwsze prawo magii”), ale po angielsku lepiej mi się ją czytało. Richard Cypher, szukający winnych brutalnego zabójstwa swojego ojca, spotyka w lesie kobietę, Kahlan, pochodzącą z krainy magii. Razem wyruszają przez magiczną granicę, by pokonać okrutnego tyrana. Na motywach z tej książki (pierwszej z serii kilkunastu) w 2008 powstał serial, którego produkcja niestety skończyła się po dwóch sezonach z powodu upadłości wytwórni. Serial ogląda się fajnie, dlatego wzięłam się za książkę. I jak to w gatunku fantasy bywa, przeczytałam o świecie znacznie bardziej rozbudowanym i brutalnym od tego przedstawionego w serialu. Będę czytać (i oglądać) dalej :)
  15. Baptiste Beaulieu „Pacjentka z sali nr 7” – młody lekarz stażysta spisuje historie pacjentów i kolegów, żeby później opowiedzieć je tytułowej pacjentce z sali nr 7. Sala znajduje się na onkologii, pacjentka jest śmiertelnie chora i czeka na syna. Piękna to książka, czasem gorzka, czasem śmieszna, ironiczna, poruszająca. Opowiada o stosunku do życia i podejściu do śmierci. Warto.
  16. Maciej Stuhr „W krzywym zwierciadle” – felietony Młodego Stuhra dla miesięcznika „Zwierciadło”. Z humorem, czasem poważnie, fajne.
  17. Zygmunt Miłoszewski „Bezcenny” – zespół złożony ze szwedzkiej złodziejki sztuki, marszanda, szefowej komórki rządowej zajmującej się odzyskiwaniem utraconych przez Polskę dzieł sztuki i polskiego odpowiednika Jamesa Bonda dostaje zadanie nielegalnego pozyskania zaginionego od czasów II WŚ obrazu Rafaela. Oczywiście wplątują się w coś dużo większego. Dzieło pokroju trylogii Szackiego to nie jest, nie ma w tym tak wyrazistych postaci, ale cała historia jest bardzo „filmowa” i fajna na odmóżdżenie.
  18. Elizabeth Kolbert „Szóste wymieranie”. Recenzja tutaj.
  19. Baptiste Beaulieu „Już nigdy Pan nie będzie smutny” – Lekarz, Który Postanawia Umrzeć spotyka za kierownicą taksówki pewną Damę. Dama wymusza na nim tydzień ze swojego życia, podczas którego podejmuje liczne, często absurdalne próby wyszukania w Doktorze chęci do życia. Książka chyba bardziej poruszająca od „Pacjentki z sali numer 7”.
  20. Artur Andrus „Każdy szczyt ma swój Czubaszek” – wywiad-rzeka ze stawiającą opór przed wspomnieniami Marią Czubaszek. Z humorem i szczerze.
  21. Paula Hawkins „Dziewczyna z pociągu” – must-read pokroju „50 twarzy Grey’a”, tylko to przynajmniej daje się czytać. Nawet całkiem nieźle się czyta, tylko na początku bałam się, że nie będę w stanie strawić pierwszoosobowej narracji w wykonaniu m.in. porzuconej alkoholiczki. Strawiłam, przeczytałam w 3 dni. (w przeciwieństwie do Grey’a, którego nawet w oryginale czytać się nie da – dałam radę jeden akapit.)
  22. Paweł Reszka „Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy” – o działaniu systemu bankowego i dlaczego doradcy finansowi wciskali bądź nadal wciskają kredyty frankowe i polisolokaty mimo ryzyka i praktycznie zerowej szansy na zysk. Ku przestrodze.
  23. Jurgen Thorwald „Ginekolodzy” – bardzo ciekawa opowieść o rozwoju ginekologii na świecie, od przejścia od badania wyłącznie palpacyjnego „bez patrzenia” i rodzenia w ubraniu, przez pierwsze środki antykoncepcyjne i leczenie nowotworów, do rodzenia bez bólu. Nie dla osób o słabych żołądkach, zwłaszcza na początku.
  24. Katarzyna Bonda „Polskie morderczynie” – czternaście historii kobiet skazanych za zabójstwo. Ich motywacje, przeszłość i sposoby radzenia sobie z rzeczywistością.
  25. Remigiusz Mróz „Immunitet” – świeżo wybrany sędzia TK zgłasza się do swojej koleżanki, by wybroniła go przed utratą immunitetu w związku z zapowiadanym oskarżeniem o zabójstwo. Klimaty momentami jak u Miłoszewskiego, czyta się szybko, ale generalnie jakieś wiekopomne dzieło toto nie jest.

Poddałam się:

  1. Zygmunt Miłoszewski „Domofon” – horrory nie. Nie-e.
  2. J.K. Rowling „Harry Potter i Zakon Feniksa” – tak jakoś oglądanie przerwałam, a tłumaczenie książki było amatorskie i podejrzane.

Łupnęło

Pracuję nieergonomicznie. 50% czasu na stojąco przy siedzącym pacjencie. Od czasu do czasu czułam dyskomfort mięśniowy nad lewą łopatką, trochę bark, trochę kark… Ale żyć się dało. Zwiększenie częstości dolegliwości przypominało mi, że dawno nie byłam w moim ulubionym hotelu ze SPA pod Ostródą i w ciągu kilku następnych tygodni trzeba ten błąd naprawić (ostatnio byłam w listopadzie zeszłego roku. Wspomnienia na Facebooku się przydają).

Łupnęło w zeszły wtorek.

Mam duże lustro w łazience. Chciałam zobaczyć lewą stronę pleców, to się obróciłam. Jak nie spięło! Ruszać się byłam względnie w stanie, chociaż siedzenie było niekomfortowe.

To było jeszcze nic. Niekomfortowo się zaczęło w nocy.

Ogólnie zasypiam długo, przynajmniej kilkanaście minut, okręciwszy się uprzednio kilka razy. Zasypiam głównie na boku.

W nocy z wtorku na środę okazało się, że jestem w stanie leżeć tylko i wyłącznie na plecach. Spoko, leżeć mogę, ale tak nie zasnę. Po próbie przewrócenia się na bok odzywał się bark, bolało do tego stopnia, że nie mogłam się normalnie podnieść. W domu termofora niet, bo nigdy nie używałam i nie był mi potrzebny. O trzeciej nad ranem ratowałam się butelką z ciepłą wodą, co trochę pomogło, ale i tak przeklinałam, że najbliższe Tesco już nie jest całodobowe, bo mimo ograniczonej ruchomości szyi (mocny obrót w którąkolwiek stronę kończył się bólem) wsiadłabym do samochodu i pojechała po ten cholerny termofor.

W domu z leków p-bólowych był tylko Apap.

O siódmej rano nie było lepiej. Zadzwoniłam do pracy i poinformowałam, że mnie nie będzie. Potem zadzwoniłam do przychodni, udało mi się bez problemu zapisać na wizytę do lekarza rodzinnego (należę do przychodni, w której przed ósmą odbierają normalnie telefony!!!). Następnie o sytuacji poinformowałam szkołę (miałam prowadzić wykład).

Od lekarza wyszłam przed czwartą (wizyta na 15:40) ze zwolnieniem lekarskim do końca tygodnia i receptą na Naproksen i Mydocalm. Do tego dokupiłam w aptece ten nieszczęsny termofor. Jazda samochodem nie była zbyt przyjemna z racji nadal przyblokowanej szyi.

Dziś ruszam się już normalnie. Jutro do pracy. A prawdopodobnie w połowie lutego do hotelu ze SPA pod Ostródą ;)

Zatem, dbajcie o plecy! I jedźcie się rozpieszczać od czasu do czasu ;)

Aparatka

Dokładnie miesiąc temu zadrutowałam sobie ząbki. Leczenie aparatem stałym metodą łuku prostego. Zamki metalowe, ligaturki koloru miętowego, łuki na razie jedne z najcieńszych.

Koszmaru nie było. Średnio jestem w stanie odgryzać (aczkolwiek z pizzą daję radę ;) ). Nie chodziłam po ścianach. Zobaczymy, co będzie przy grubszych łukach.

Po kilku godzinach od założenia (w piątek) odpadł mi jeden zamek, dokładnie rurka na dolnej prawej szóstce. Zostałam ostrzeżona, że tak się może stać, więc teraz mam dookoła tego zęba pierścień. Odpaść nie odpadnie.

Celem zrobienia miejsca na obrócenie stłoczonych zębów zrobiono mi tzw. stripping, czyli cieniutkim wiertłem zniesiono część warstwy szkliwa zębów bocznych. Po miesiącu cienkie szpary między zębami górnymi stały się grubszymi szparami (ok. 1-1,5 mm) między prawą górną trójką i dwójką, i lewą górną jedynką i dwójką, reszta zębów do siebie przylega. Na dole wielkich zmian nie zauważyłam.

Wymiana łuku w najbliższy czwartek. Ligaturki będą różowe ;)

PS. Jeszcze wracając do baterii mojego Pocketbooka – Legimi kazało mi przywrócić ustawienia fabryczne. Poza tym wyłączyłam automatyczną synchronizację i WiFi. Producent kazał mi przetestować wytrzymałość baterii, wyłączając oszczędzanie akumulatora i uruchamiając pokaz slajdów ze zdjęć domyślnie obecnych w pamięci czytnika. Miał wytrzymać tak 5 godzin. Po 6,5 poziom baterii wynosił 36%, potem zrobiło się późno. Poza tym bateria ogólnie prawie mi już nie „spada”. Znaczy pomogło, ale mam nadzieję, że nie będę tego (ustawień fabrycznych) musiała często powtarzać, bo to upierdliwe jest.

Książki się czyta

Pochodzę z oczytanej rodziny. U mnie w domu zawsze było dużo książek, wszyscy domownicy lubią czytać. Ja też – do tego stopnia, że kiedyś mój sposób wysławiania się określano jako literacki – mam nieco pomieszany szyk słów w zdaniu :). Tak jakoś mi wyszło i się z tego nie wyleczyłam, co gorsza, przenoszę to również na język angielski, którego też czasem używam w piśmie. A angielski nie jest taki tolerancyjny pod tym względem.

No nic.

Rok temu Rodziciel na 60 urodziny dostał od nas (składka była) małego Kindle’a. Kindle (znaczy nabyty model, nie pamiętam oznaczenia) ma ekran niepodświetlany, ale to był pierwszy czytnik e-booków w rodzinie, więc nikt na to nie zwrócił uwagi. Rodziciel bardzo sobie prezent chwali, czytelnictwo mu skoczyło.

Kilka miesięcy temu na czytnik skusiła się Siostra. Wykupiła abonament w Legimi. I zaczęła kusić.

I się jej udało. Na początku września czytnik (inny) kupiłam też ja, również w Legimi. Czytanie z ekranu nigdy nie stanowiło dla mnie problemu, a tym bardziej z ekranu o nazwie e-ink. Nie męczy toto wzroku jak ekran komputera czy tabletu. Kto ciekawy, może zajrzeć do Kącika Czytelniczego i zobaczyć, jak się zakup odbił na ilości przeczytanych przeze mnie książek – wszystkie książki po zakupie czytałam na moim Pocketbooku.

Obie z siostrą mamy nie-Kindle, ale z podświetlanym ekranem. Rodziciel po cichu zazdrości. Mama też – jako jedyna w rodzinie jeszcze nie ma czytnika, na liście sugestii prezentowych pojawiła się i ta pozycja.

Co zaobserwowałam przez te półtora miesiąca czytania? Jakie wady i zalety czytnika dostrzegłam?

Plusy:

+ czytnik jest wielkości mniej-więcej niedużego tabletu, mój ma przekątną ekranu 6,6 cala. Zazwyczaj posiada ekran dotykowy, częsta jest karta Wi-Fi i slot na kartę pamięci. Z internetu się na tym korzysta średnio, ale przy rejestracji urządzenia na stronie producenta dostaje się indywidualny adres e-mail dla czytnika, potem na ten adres można wysyłać e-booki.

+ czytnik jest lepszy od książek papierowych do noszenia do pracy i podczytywania między pacjentami.

+ trzydzieści (albo więcej) książek na czytniku ma masę czytnika, a nie kilku kilogramów w wersji papierowej. W pamięci czytnika zmieści się ich pewnie kilkaset lub nawet tysiące. Małe rozmiary i masa czytnika ułatwiają również trzymanie go jedną ręką i na leżąco.

+ bardzo łatwo można znaleźć e-booki w sieci. Do piractwa nie namawiam, ale poza paroma brakami, na Legimi jest naprawdę co czytać (nie ma na przykład „Władcy pierścieni” Tolkiena. A powtórzyłabym sobie. W tłumaczeniu Skibniewskiej, oczywiście.)

+ mi się osobiście szybciej czyta na czytniku niż na papierze. Nie wiem, z czego to wynika.

+ Legimi ponadto mierzy szybkość czytania i czas spędzony danego dnia na czytaniu. O ile czyta się książkę z Legimi albo się wrzuci książkę z innego źródła w „chmurę”. Kindle jako takie chyba też posiada takie opcje.

+ nawet przy rozpoczęciu kilku książek na jednym urządzeniu, czytnik pamięta, gdzie się w każdej książce skończyło.

Minusy:

– książki na czytniku nie pachną. Dla mnie to nie ma znaczenia, bo nigdy nie wąchałam książek (się tuszu i papieru nawąchałam dorabiając w drukarni), ale dla niektórych może mieć.

– książkom papierowym nigdy nie rozładują się baterie (mój Pocketbook jest kiepskawy pod tym względem, ale może jednak powinnam wyłączyć Wi-Fi. Żre baterię nawet przy uśpionym (nie wyłączonym!) ekranie, trzeba go ładować co 3-4 dni, jeśli pamiętam go wyłączyć na noc).

– książkę w czytniku znacznie trudniej przekartkować. Czasami lubię wiedzieć, ile zostało stron do końca rozdziału, a tego mi czytnik nie pokazuje; albo wrócić do jakiegoś momentu.

– Pocketbook z Legimi nie posiada bezpośredniego dostępu do katalogu Legimi, co jest gupie i nikt mnie nie ostrzegł przed zakupem. Mogę sobie książkę pobrać na stronie na kompie albo w apce na telefonie, trafia ona na czytnik po synchronizacji. Poza tym brakuje mu kilku funkcji dostępnych na apce dla Androida (jak pokazywanie ilości stron do końca rozdziału). Lepiej chyba zainwestować w droższy InkBook albo w ogóle w Kindle’a.

– dla fanów maziania po książkach – nope, nie da rady. Notatkę można sobie zrobić i zakładkę też.

Nadal wychodzi na plus ;).

Dzielna byłam

Wczoraj. U pana dentysty. Wyleczył mi ostatni wymagający leczenia ząbek bez znieczulenia. Wizyta trwała całe 10 minut, nie byłam odrętwiała przez kolejne 3 godziny.

Ostatnio wybieliłam sobie ząbki. Koleżanka z byłej już, drugiej pracy zrobiła mi nakładki, kupiłam sobie profesjonalny żel do wybielania (od szefa, nie na Allegro). Przespałam się z nakładkami na zębach dwie noce. Trzeciego dnia czułam wszystkie zęby, więc zamiast żelu Opalescence na trzeci wieczór zaaplikowałam sobie Elmex Żel. Potem po 2-3 godzinki przez jeszcze trzy-cztery dni. Potem skończył mi się Opalescence. Zjechałam z kolorem zębów przynajmniej jeden odcień. W porywach do dwóch. Znaczy pojaśniały.
Efekt zauważyłam ja, już tego bolesnego, trzeciego dnia. Efekt zauważyły wszystkie asystentki w pracy. Rodzina i współmieszkańcy mego gniazdka sztuk 1 (właściwie to 3, ale 2 to koty, więc się nie liczą) słowem nie pisnęli. Obwiniam zboczenie zawodowe (którego rodzina i współmieszkaniec nie mają, przynajmniej nie w kwestii zębów). I to, że jak mnie mama kiedyś zapytała, czy sobie zęby wybieliłam, to akurat wtedy szczerze zaprzeczyłam.

To nic. Za 2,5 tygodnia i tak moje ząbki koloru A1 zostaną pokryte zamkami od aparatu orto.

Poza tym moja szanowna starsza siostra ma na mnie zły wpływ. Po multicookerze (kocham), pralko-suszarce (też kocham, bo nie muszę prasować, rachunek za wodę i prąd dopiero przyjdzie) przyszedł czas na Pocketbooka Touch Lux 3 w kolorze czarnym i roczny abonament w Legimi. To trzecie (i czwarte) przyszło dziś. I tak sobie w pracy między pacjentami i po pracy, w łóżeczku, w ciągu 244 minut przeczytałam jedną kijową, ale jednak książkę. 165 słów na minutę. Zawsze mi się fajnie czytało z ekranu, teraz przynajmniej nie będę tego przerywać wpadami na Facebooka ;).

A tak w ogóle to zaczęłam karierę w szkolnictwie. Postanowiono powierzyć mej pieczy przyszłe higienistki stomatologiczne. Jutro lecę na moją pierwszą radę pedagogiczną, poświęciwszy popołudniówkę w pierwszej pracy. Początek miałam taki sobie, bo pierwszy temat zajęć nudny i słuchaczki w błąd wprowadziłam, co jutro (na drugim wykładzie) będę korygować i wszyscy będą szczęśliwi. Mam nadzieję, że przez pozostałe 30 tygodni, minus jakieś 8 przez sprawdziany i zaliczenia, będzie się nasza współpraca lepiej układać ;).

Piątki nadal mam wolne. Tyle że teraz poświęcam je na robienie prezentacji na zajęcia.

Ogólnie życie całkiem fajne jest.

A co u Was?

Paczta, jaki pacjent inspirujący

– A jak urlop? – zapytał na wizycie pacjent z gatunku specyficznych.
– Dobrze, dziękuję – odrzekłam uprzejmie.
– Trochę pani przybrała na wadze na tym urlopie.
– Wie pan co, takich rzeczy nie mówi się kobiecie.
– Ale ja samą prawdę mówię.

I co, krówa, z tego. Pytałam o ocenę mojej coraz bardziej okrągłej figury? Myśli pan, że nie mam wagi i luster w domu? Mam wagę łaziekową pokazującą mi nadmiar tłuszczu w organizmie, lustra od sufitu do podłogi i parę średnio sprawnych, ale jednak widzących z bliska oczu.

„Oj, chyba go potem bolało”, stwierdził Ł., jak się pożaliłam. Nie bolało, ale okazja jeszcze będzie.

Panowie. NIGDY, zwłaszcza niepytani, nie mówcie kobiecie, że przytyła. Bo potem u dentysty zaboli (w paszczy albo w portfelu), a w domu to w ogóle strach się bać. Dobre winko półsłodkie to minimum do odkupienia.

Doła mam. Zakupy mi dziś nie wyszły.

Wróciłam z urlopu!

Chociaż pewnie nawet nie zauważyliście, że mnie nie było ;)

Na Mazurach wygląda prawie tak samo, jak na Kaszubach. Tylko górki mniej strome i jeziora większe. I są zamki krzyżackie.

W drodze z 3miasta do Mrągowa okazało się też, że nawigacja GPS jest w stanie dać poważną plamę. Najpierw wyprowadziła nas (mnie, Ł. i Niewidzialnego Nissana) na autostradę, potem przez centrum Malborka, potem dziurawymi i wąskimi drogami przez Ornetę i Jeziorany. Jak koło Biskupca wyjechaliśmy na krajową 16, wszyscy odetchnęli z ulgą, ja potem zaczęłam przeklinać („nie można było tak od razu???). Jazda z przerwą na obiad zajęła nam jakieś 5 godzin. Zaczęłam się też zastanawiać, czy zawieszenie moich czterech kółek to przeżyje, zwłaszcza, że później również krążyliśmy po wsiach, więc autko dostało solidnego kopa. Jakoś przetrwało.

Zaliczyliśmy Mrągowo (dwa razy, w sobotę po obiedzie dopadł nas deszcz, więc podczas kupowania ręczników w Kauflandzie stanowiliśmy ciekawy widok), Mikołajki (chyba najbardziej mi się podobały, jak to Ł. określił, to takie mazurskie Władysławowo), Ryn (w zamku jest hotel, jeśli kiedyś przyjdzie mi w nim nocować, poproszę o pokój wszędzie, tylko nie w skrzydle więziennym), Świętą Lipkę, Reszel, Wilczy Szaniec, leśniczówkę Pranie, Popielno i Giżycko. Nie w tej kolejności. Stołowaliśmy się w knajpach i mieliśmy szczęście, bo poza jednym długim czekaniem w Mrągowie (zostaliśmy ostrzeżeni, poza tym była pełna sala i weekend, a jedzenie dostaliśmy jednocześnie i ciepłe), jedzenie zawsze było pyszne i w dużej ilości.

Drogę powrotną ustaliłam sobie na mapie (takiej papierowej), krajową 16 i S7. Owszem, koło Ostródy i Elbląga było dużo robót drogowych, ale jechaliśmy z przerwą około 3,5 godziny i bez strachu o zawieszenie.

Koty, ze względu na leczenie Kisiela, spędziły ten tydzień u Matki Sanepid. Nie wyglądają na zabiedzone, powrót w moje cztery ściany przeszedł bez zakłóceń.

Muszę się zebrać do kupy i posprzedawać niepotrzebne sprzęty. Jest ktoś chętny na używaną maszynkę do chleba i ośmioletnią, sprawną pralkę? ;)

Ogólnie jeszcze tydzień urlopu, w piątek zmiana kodu, w niedzielę rodzinny obiad z tej niechlubnej okazji.

A ja się zastanawiam nad kupnem starego serialu fantasy na DVD na Amazonie. Mam nadzieję, że dodatki na wydaniu na Region 1 nie różnią się tych na Region 2.

Bardzo z góry przepraszam.

Będzie niewyszukany dowcip.

„U kogoś zepsuło się szambo. Wezwano specjalistów. Starszy specjalista rozejrzał się, postanowił zanurkować. Wziął głęboki wdech i hyc do pełnego szamba! U góry został jego pomocnik. Specjalista wynurzył się i zawołał:
– Klucz dziesiątka!
Pomocnik podał mu klucz. Specjalista znowu wziął wdech i zanurkował. Po chwili się wynurzył.
– Klucz czternastka!
Pomocnik podał klucz. Specjalista znowu zanurkował. Po chwili się wynurzył i woła:
– Siedemnastka!
Otrzymał klucz, zanurkował. Po chwili się pojawił, wyszedł i rzekł do pomocnika:
– Ucz się, ucz, bo jak nie, to całe życie będziesz klucze podawał.”

Taki oto dowcip został mi niegdyś opowiedziany przez znajomą. Przypomniał mi się wczoraj, kiedy panowie z pewnego elektromarketu wymieniali mi płytę grzewczą (stara się stłukła. Znaczy ja stłukłam. Znaczy spadły na nią ciężkie rzeczy) i w pewnym momencie starszy specjalista rzekł do młodszego „niedługo będziesz sam jeździć”.

Nieznane są ścieżki neuronów w mojej głowie.

Podsumowanie Kącika Czytelniczego 2015

Przeczytane w 2015 roku:

  1. Jeremy Clarkson „Przecież nie proszę o wiele” (zaczęte w 2014 r.). Kolejny tom z felietonami o wszystkim. Duża doza trzeźwości życiowej i poczucia humoru.
  2. Jo Nesbø „Syn” (zaczęte w 2014) – solidny warsztat, akcja posuwająca się do przodu w jednostajnym, nienużącym tempie, wywołująca ciekawość, co będzie dalej. Aczkolwiek od pewnego momentu zaczęłam się domyślać, kogo konkretnie poszukuje tytułowy Syn i miałam rację. Nic przesadnie skomplikowanego, chociaż nie przelatuje się przez to, jak przez Cobena. Trochę w stylu Camilli Lackberg.
    Ta książka nie należy do tworzonej przez Nesbø serii kryminalnej o Harrym Jak-mu-tam.
  3. Simon Flynn „Naukowa lista przebojów”. Ciężko tę książkę opisać, ale jest to zbiór rzadko ze sobą powiązanych ciekawostek ze świata nauki (najczęściej fizyki). Czytałam ją w pracy i do tego nadaje się najlepiej – po jednej-dwie historyjki między pacjentami. Dla osób szczególnie zainteresowanych tematyką. Nie zmęczyło mnie to, ale jak tylko znajdę sposób na pozbycie się z szacunkiem książek, których już raczej czytać nie będę, to ta poleci w nowe ręce w pierwszej kolejności.
    (EDIT: może zacznę zwierzątka do adopcji tu wymieniać? Bo książka powędrowała w nowe ręce właśnie dzięki Kącikowi :) )
  4. Karolina Korwin-Piotrowska „Ćwiartka raz”. Podzielone na lata (1989-2014), subiektywne podsumowanie ćwierćwiecza wolności w mediach i kulturze. W większych dawkach dość ciężkie (dosłownie – bo ma toto prawie 800 stron ;) – i w przenośni, bo trochę trudno mi czytać roczniki ciągiem, za dużo informacji na raz), ale generalnie ciekawe. Jak ktoś nie ma alergii na KKP, która ostatnio jest wszędzie (przynajmniej na mojej „ściance” na fejsbuku), i jest ciekaw, co było popularne i co się działo w danym roku, może się zapoznać.
  5. Zygmunt Miłoszewski „Ziarno prawdy”. Kolejny bardzo sprawnie napisany kryminał. Porównując z filmem, scenariusz to niewiele zmieniona (najwięcej zmian pojawia się od momentu, jak całe towarzystwo wybiera się do podziemi, ale owe zmiany nie mają wpływu na sens fabuły i rozwiązanie zagadki), skrócona wersja książki. Sama książka czyta się bardzo fajnie, na tyle fajnie, że wpadam w kompleksy i odechciewa mi się pisać, bo ja tak nie umiem, a bardzo bym chciała.
  6. Maciej ‚Zuch’ Mazurek „Król biurowej klasy średniej”. Rysujący Zuch wydał fabularną opowieść o perypetiach grafika w agencji reklamowej. Dla fanów Zucha pozycja zapewne obowiązkowa. Książka na raz (dwie godzinki i przeczytane), zdecydowanie nie jest to dzieło wysokich lotów. Śmieszne i lekkie.
  7.  Carlos Ruiz Zafon „Pałac północy”. Zafon zaczynał karierę od książek dla młodzieży. Tu mamy przykład powieści z pogranicza horroru. Nie jestem targetem. Do zapomnienia.
  8. Grażyna Jagielska „Miłość z kamienia”. Recenzja tutaj.
  9. Katarzyna Puzyńska „Motylek”. W połowie prawie darowałam sobie dalsze czytanie, bo większość postaci działała mi na nerwy. Później jakoś się to rozmyło i ostatecznie dokończyłam. Trochę przypominało mi to książki Camilli Lackberg (mnogość wątków, historia z przeszłości). W sumie poza irytacją na postaci całkiem fajnie napisane, z trudnym do przewidzenia finałem. Na kolejne książki tej pani nie mam jednak ochoty.
  10. Zygmunt Miłoszewski „Uwikłanie”. Kolejny majstersztyk. Będzie mi smutno, jak skończę „Gniew” i nadejdzie świadomość, że to koniec Szackiego.
  11. Michaił Bułhakow „Mistrz i Małgorzata”. Klasyk, którego męczyłam bardzo długo, choć sama nie wiem, dlaczego, bo czyta się bardzo fajnie.
  12. Randall Munroe „What if? A co, gdyby? Naukowe odpowiedzi na absurdalne i hipotetyczne pytania” – koncepcją to skrzyżowanie „Naukowej listy przebojów” (poz. 3) i „Pogromców mitów”. Czyli ktoś zadaje hipotetyczne pytanie, autor na nie odpowiada najpierw podchodząc do tego naukowo, potem próbuje teoretycznie doprowadzić do sytuacji, o którą zapytano. Wszystko okraszone fajnymi obrazkami. Kolejna książka na rozluźnienie.
  13. Grażyna Jagielska „Anioły jedzą trzy razy dziennie” – mój osobisty rekord, książka została zaczęta po 8 rano w pracy, skończona 5 minut po północy, z przerwami na życie. Książka, jak jej poprzedniczka, jest napisana tym samym, prostym, szczerym do bólu językiem.
  14. Dariusz Kortko, Judyta Watoła „Religa” – biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga. Może być ;)

Poddałam się:

  1. John Le Carre „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”. Trzy razy podchodziłam do tej książki. Mój najlepszy wynik to dotarcie do połowy. To jeden z nielicznych przypadków, kiedy eksperyment „skoro obejrzałam film, to przeczytam książkę” się nie powiódł. Film z 2011 roku obejrzałam ze względu na obsadę. Książka źródłowa musi mnie wciągnąć, żebym ją skończyła mimo znajomości fabuły. „Druciarzowi…” się to nie udało. Ogólnie Le Carre, chociaż ma na koncie wiele ekranizacji, jakoś mi nie podchodzi („Krawca z Panamy” też dawno temu próbowałam przeczytać, ale mi nie wyszło).

Opowieść świąteczna

Jakiś tydzień temu miałam wymienione wypełnienie w jednym zębie po prawej stronie. Korekta w zgryzie chwilę trwała, ale i tak po wyjściu z gabinetu stwierdziłam, że jest za wysoko. Wiedziałam jednak, że założony materiał jest ścieralny. Po dwóch dniach rzeczywiście wypełnienie starło się na tyle, że mogłam normalnie zagryzać zęby.

I dzisiaj się zastanawiam, czy właśnie nie pokutuję za te dwa dni za wysokiej plomby.

Bo boli mnie prawy staw skroniowo-żuchwowy, paszczę jestem w stanie otworzyć bez bólu tylko do połowy typowego rozwarcia. I tak jest lepiej, niż z samego rana, bo po przebudzeniu w ogóle nie dogryzałam zębów po prawej. Boli ruch żuchwą na boki, boli szerokie rozwarcie.

Parę razy ból w stawach mi się zdarzył, generalnie moje ssż-ty nie działają idealnie. Nie wiem zatem, czy to zbieg okoliczności, czy rzeczywiście spóźniona reakcja na niedopasowane wypełnienie.

Z jednej strony nieprzyjemnie. Ciężko się je.  Z drugiej strony ograniczanie żarcia chyba się przyda poświątecznie?

Zatem jeśli po założeniu plomby macie wątpliwości, czy nie jest za wysoko, nie mówcie dentyście, że jest OK. Nie każdy materiał się ściera. Oprócz bólu w stawach skroniowo-żuchwowych może wystąpić ból zęba, szczególnie na nacisk.

Wesołej reszty Świąt :)