Archiwum blogu

Znak życia

Żyję.

Od początku czerwca mam nowego kota. Ma na imię Rysiek i przed chwilą wyglądał tak:

Syf na biureczku i koteczek

A chwilę później tak:

Nie powinno go tam być

Przywiozłam go z Olsztyna, jak miał 8 tygodni. Podobno to półkrwi Syberyjczyk. Fakt, ogon mu się robi coraz bardziej puchaty. Najpuchatszy z całego kota.

I stałe zęby mu rosną.

Rozrabia jak na kocie dziecko przystało (głównie biega po mieszkaniu i próbuje pobić kolejne rekordy wysokości. Pogryzł nam też jeden kabel od głośnika) i urodą nadrabia to swoje rozrabianie.

Poza tym byłam już na urlopie. W Bułgarii, w kurorcie Słoneczny Brzeg, 7,5 km od Nesebyru. Na wycieczkach były m.in. takie widoki:

Ogólnie miejsce fajne na totalne lenistwo, bo koło Słonecznego Brzegu nie ma nic ciekawego, poza samym Nesebyrem, który jest urokliwy, bardzo zabytkowy i pełen straganów. Większość czasu spędziliśmy nad hotelowym basenem, opalając się i pijąc drinki. W rezultacie tego drinkowania niemal totalnie straciłam ochotę na alkohol. Od powrotu chlapnęłam sobie kieliszek różanej nalewki, której reszta ostatecznie dostała się siostrze mojej jedynej, i kieliszek Krupniku Słony Karmel (siostra ma na mnie zły wpływ). Nie, żebym wcześniej piła dużo i regularnie, ale nawet piwka na koniec gorącego dnia się nie chciało.

Widoki powyżej to z wycieczki fakultatywnej do Bałcziku (piękne ogrody Marii, królowej rumuńskiej) i na półwysep Kaliakra (gdzie było zrobione powyższe zdjęcie). Bułgaria jest krajem z bardzo długą i ciekawą historią, ale jeśli ktoś chce mieć tanie wakacje, to Słoneczny Brzeg odpada, bo jak na kurort przystało jest drożej niż w Polsce.

Widok na pałacyk królowej Marii

Dla mnie dodatkową rozrywką był lot samolotem (leciałam pierwszy raz), który głównie utwierdził mnie w przekonaniu, że zwierzęciem jestem wybitnie lądowym. Widoki w drodze powrotnej mieliśmy wprawdzie fajne

Ujście Wisły, Mierzeja Wiślana

ale jakieś to dla mnie wszystko za kruche jest.

Wiem, jeden rzut oka na flightradar24.com i widać, jaki jest ruch w powietrzu i jak rzadko cokolwiek się dzieje, ale mimo wszystko. Jak coś się dzieje, to z przytupem.

I tak w przyszłym roku lecimy do Grecji, na Zante, albowiem moja siostra jedyna ma na mnie zły wpływ. Rodzice chcą mnie namawiać na Korfu na następny rok, ale ja już myślę o Chorwacji albo Hiszpanii. Czy innej Portugalii. Zobaczymy.

Ogólnie po dwóch tygodniach pracy po urlopie dochodzę do wniosku, że potrzebny mi kolejny wyjazd. Najlepiej do SPA. I nawet wiem, którego.

Albo jest to potrzeba zrobienia czegoś ze swoim życiem, najchętniej zawodowym. Jakieś podniesienie kwalifikacji czy coś, bo ostatnio kolega ze studiów się do mnie odezwał z propozycją pracy, na cztery ręce, mikroskop, a ja pomyślałam, że ja nie ta liga, ja prosty wiejski dentysta jestem. Trochę stoję w miejscu. Mam chrapkę na jedno szkolenie z protetyki na początku grudnia, ale, kurna, jakoś mnie nosi. Kopsnąć się gdzieś w sobotę, posłuchać czegoś pożytecznego, ciastek zjeść i darmowej kawy się napić.

W szkole już nie pracuję. Raz do mnie zadzwonili, tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego, nie mogłam odebrać, nie oddzwoniłam, od tamtej pory cisza. Chyba wreszcie muszę definitywnie zamknąć tamten rozdział.

Nie przeszkadza?

Czasem mam ochotę zapytać niektórych moich pacjentów, czy im naprawdę nie przeszkadza ta wielka czarna dziura, jaką sobie wyhodowali w przednich zębach. Zwłaszcza nastolatków przed studniówkami/balami gimnazjalistów itp. Strach przed dentystą czy nie, ale naprawdę lepiej narazić się na drwiny kolegów (chyba najlepszy argument) niż pozbyć się tego wątpliwego ozdobnika? W XXI wieku, dobie znieczuleń i świetnych materiałów do wypełnień estetycznych?

Najlepsze są takie dziury u wypacykowanych na paszczy dziuń. Też się zdarza.

Albo czy nie czują, że od wczorajszego obiadu mają strzępki kurczaka między zębami. Wygrzebuję to potem zgłębnikiem i żartuję o zapasach na zimę.

Mnie osobiście żarcie między zębami wkurza niemożebnie, a mam ze dwie przestrzenie międzyzębowe, które gromadzą mięsko na potęgę. Znaczy gromadziłyby, gdyby nie nitka dentystyczna. Przy jednej przestrzeni jest wypełnienie do wymiany, przy drugiej też, ale ząb do zrobienia jest jakieś 21 lat po leczeniu kanałowym (właśnie poczułam się staro) i trochę strach go ruszać. Nastawiam się na wkład k-k i koronę.

A co do przednich zębów, fiksacja na temat moich sporawych górnych siekaczy kazałaby mi biegać do dentysty na pierwsze podejrzenie, że coś się z nimi dzieje. W rezultacie u mnie jedyne zęby nietknięte do tej pory próchnicą to właśnie fronty, od trójki do trójki (jakaś czwórka też się znajdzie). Pozostałe połatane, ale trzymają się kupy.

Czasem mam wrażenie, że zęby są traktowane jako nie do końca udany dodatek do reszty ciała. Się wyrwie i zrobi protezę. Mleczaki nie mają korzeni i i tak wypadną, a synek lat 6 nie chce myć zębów, no co mamusia zrobi? Krówa, zmusi. Ręce myje, buzię myje, tyłek po siku i kupie wyciera, to niech myje też zęby, to podstawowy element codziennej higieny. Mamusia na bilanse dziecko zaciągnie, czasem nawet zaszczepi, to niech zaprowadzi raz na pół roku do dentysty. Mamy wolny rynek i internet, jeden dentysta nie będzie odpowiadał, to się znajdzie innego.

* * *

Z innych wieści, Mrówka nadal jest jedynaczką. Myślę o wzięciu drugiego kota, ale a) zabieram się za to jak pies do jeża, b) dobrze by było, żebym wzięła drugiego sierściucha w momencie, w którym spędzę chociaż kilka dni w domu, a tego się chyba do listopada nie uświadczy, bo wszelkie moje długie weekendy i urlopy są związane z wyjazdami, c) zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle jakaś certyfikowana w międzynarodowych stowarzyszeniach hodowla sprzeda mi kota syberyjskiego do mojego 43-metrowego mieszkania bez możliwości wybiegu. Dlaczego syberyjskiego? Bo są puchate i nie uczulają, ale podobno bywają wysokogórskie, a ja wolałabym kota przypodłogowego. Zaczęłam myśleć, że może pal licho alergię, pomęczę się kolejne kilkanaście lat, a może wziąć w takim razie wymarzonego ragdolla? Z drugiej strony, kotów normalnie uczulających jest na pęczki w schroniskach i to za darmo, nie za 1500-2000 zł.

Excuses, excuses.

Także ten. Do drugiego kota jeszcze daleko.

Smutny element posiadania zwierzaka

Mam dwa koty, oba w wieku ok. 14 lat.

Czarną Mrówkę, która swoim gadulstwem, zwłaszcza w nocy, doprowadza nas czasem do szału, ale nadrabia tym, że włazi na kolana i ma spory rozumek, oraz rudego pręgowanego kocura Kisiela, który wprawdzie żyje raczej obok nas, ale jest mniej upierdliwy.

Kisiel od kilku lat chorował na przewlekłą niewydolność nerek. Dostawał specjalistyczną karmę, odpowiednie suplementy i sobie żył po staremu.

Jakiś miesiąc temu zauważyłam, że schudł. Zwróciłam uwagę, że jadł dużo mniej, niechętnie pił, ale poza tym zachowywał się normalnie. Podczas wizyty u weta okazało się, że zjechał z prawie 7 kg wagi na 5,5. Podejrzewano zapalenie gardła, bo wyniki badań krwi wyszły po staremu, nerki w miarę działały, nie było gorzej. Dostał antybiotyki, został odrobaczony, zmieniłam karmę, zaczął jeść trochę więcej. Kontrola miała być po dwóch tygodniach, z zastrzeżeniem, że może na czczo, to się zrobi USG.

Pojechałam wczoraj. Waga zjechała do 5 kg. Na wstępnym USG wyszedł guz w brzuchu, niedaleko ściany jelita, rozmiar 4×3 cm. Kot został w przychodni na cały dzień – dostał „Głupiego Jasia”, został przebadany dokładniej, od razu zrobiono biopsję i podano kroplówkę dożylnie.

Szczerze powiedziawszy, diagnoza mnie nie zdziwiła, biorąc pod uwagę wyniki krwi. Zasmuciła, ale brałam ją pod uwagę.

Podano mi opcje. Można było zostawić go w spokoju i czekać, aż mu się pogorszy. Tego robić niespecjalnie chciałam, bo żal było na niego patrzeć, jak chudł. Można było zrobić operację, otworzyć go, zobaczyć, czy dałoby się toto wyciąć, a jeśli nie, to po prostu go nie wybudzać. Miałam czekać na wyniki biopsji, chciałam się skonsultować też z innym wetem.

Niestety, wieczorem decyzja sama się podjęła. Kisiel leżał pod moim łóżkiem, doczłapawszy się tam na chwiejnych nogach kilka godzin wcześniej, i nie oddychał.

Mogę się tylko pocieszać, że nie zdążył się nacierpieć.

News dnia

Ściągnęli mi aparat!

Podobno pierwsze, co ludzie zazwyczaj mówią, widząc swoje zęby, to „jakie one są duże!”. Ja ucieszyłam się tylko, że znowu widać, że je wybielałam przed zakładaniem zamków. Bo że mam duże zęby, to wiem.

Obyło się przez ten czas bez odwapnień, znaczy higiena chyba była nienajgorsza ;).

Aż głupio mi było dzisiaj się uśmiechać w pracy, chociaż wyszczerzyłam się do wszystkich współpracowników ;). I zanabyłam okazyjne ciacho.

Zauważyłam, że przez te półtora roku wytworzył mi się odruch czyszczenia zębów językiem z lekkim zasysaniem po każdym posiłku: wyciąganie jedzenia spod łuku ;). Pewnie chwilę potrwa, zanim się z tego wyleczę.

Ogólnie też cieszę się, że jutro mam wolne. Ślepia mnie już bolą, łeb trochę też. Filmów nie chce się oglądać, w Wieśka grać też nie… (dodatek „Krew i wino”: wielkie propsy dla Twórców za trzymanie się materiału źródłowego; a Jan Frycz jako Regis brzmi całkiem nieźle. No i jest Wojciech Mann. I Krystyna Czubówna…) Nie wiem, kiedy się wyśpię. Może w poniedziałek.

Padam na nos.

To żem załatwiła zimę

Kiedy kupowałam Auriskę (u blacharza stoi do niedzieli i tęsknię za nią strasznie, bo chociaż autko mojej mamy też się dobrze sprawuje, to jednak przy jeździe do pracy w siedmiostopniowym mrozie podgrzewane siedzenia to skarb; poza tym, co swoje cztery kółka, to swoje), musiałam do niej dokupić zimowe opony. Szukałam ich na portalu porównawczym. Wybrałam jakieś tańsze, z całkiem niezłymi parametrami, tylko w komentarzach powtarzano, że kiepsko radzą sobie na śniegu.

Pomyślałam wtedy, że u nas i tak od lat nie było porządnie śnieżnej zimy, poza tym nie mieszkam w górach, tylko na Pomorzu, w mieście, więc śniegu na drogach i tak nie ma dużo.

Więc teraz wszystkich tych, którzy nie lubią śniegu, bardzo serdecznie przepraszam. To chyba zadziałało jak mycie okien w słoneczny dzień (znaczy gwarancja, że dzień później będzie padać)…

Co tam u mnie?

  1. uwielbiam swój samochód. Często jak podchodzę do niego na parkingu, stwierdzam, że jest cholerne ładne. Potem wsiadam, włączam podgrzewanie fotela, przełączam skrzynię w tryb Drive i jadę. W trasie włączam tempomat i spuszczam nogę z gazu, kierownicę trzymam jedną ręką, w drugą czasem łapię herbatkę albo hot doga kupionego na stacji. Podczas konferencji, jak stoi na parkingu wypełnionym Mercedesami, BMW i Audi bogatszych kolegów po fachu, też mi nie robi wstydu.
    Mojemu tacie też się podoba, chociaż ostatnio przeprosił się ze swoją Hondą UFO (Civic 8 generacji). ;)
  2. przez rok zdążyłam przejść gry „Wiedźmin” (dwa razy) i „Wiedźmin 3” (podstawkę, dodatki jeszcze czekają). Drugiej gry nie mam na czym odpalić ;) (może za rok się szarpnę na nowego lapcia, tym razem takiego z kartą graficzną, chociaż właściwie bardzo lubię swój obecny sprzęt). Jestem teraz wierną członkinią fandomu, moja przygoda z wesołą gromadką dowodzoną przez zawodowego zabójcę potworów nie jest zakończona. Tylko książki muszę dokończyć, ostatnio zaczęłam „Sezon burz”, ale chwilowo ją odłożyłam na lepsze czasy.
    A Geralt w trzecim „Wiedźminie” to ciacho. Jacek Rozenek karmi moje uwielbienie dla męskich głosów (chociaż jako Geralt mówi niższym i bardziej chrapliwym głosem od swojego naturalnego).
  3. zawodowo bez zmian. „Dorabiam” w szkole dla higienistek stomatologicznych, niestety moje lenistwo coraz mniej się widzi w tej karierze.
  4. książki też nadal czytam. Podsumowanie Kącika Czytelniczego będzie tradycyjnie po przeczytaniu pierwszej książki w nowym roku.
  5. nadal noszę aparat ortodontyczny, jestem na finiszu (jeszcze jakieś dwa miesiące). Próbujemy ustawić w szeregu moją nieco wystającą do przodu prawą górną jedynkę. W rezultacie z położenia, którego nieprawidłowości nie było widać od frontu, zrobiła mi się diastema (niecały milimetr) i wyraźne wysunięcie do przodu (niecały milimetr) lewej jedynki. Się w przyszłym tygodniu dowiem, czy mam panikować, czy się po prostu nie uśmiechać szeroko przez najbliższy miesiąc (diastemę jeszcze bym przeżyła, ale ten jeden ząb wysunięty do przodu mnie znacznie bardziej mierzi. A tak nie lubię myśli, że ktoś mi przy siekaczach będzie grzebał).
    Od kilku miesięcy noszę też „wyciągi” między górnym a dolnym łukiem zębowym (gumki łączące zamki na górze i na dole), co żartobliwie nazywam kagańcem. Miałam cichą nadzieję, że dzięki temu schudnę, niestety, przyjmowane na drugie śniadanie jogurty pitne zawierają tyle cukru, że waga ani mi drgnęła (gumki oczywiście ściągam do jedzenia i zakładam później nowe, ale nie chce mi się tego robić za często, więc drugie śniadanie w pracy jest zwykle płynne).
  6. opcja „Tego dnia” na Facebooku jest świetnym narzędziem do uświadomienia sobie własnego ekshibicjonizmu. Czasami czytam, co zamieściłam 4-6 lat wcześniej i sobie myślę, „kogo to krówa obchodziło???”. Chociaż pewnie nadal tak jest, że jak zobaczę za kilka lat obecne wpisy, będę myśleć to samo.
  7. i przestroga zdrowotna: jeśli zdrowa, względnie trzeźwa osoba podczas rozmowy nagle zacznie bełkotać i dostanie niedowładu połowy twarzy, to nie sprawdzajcie objawów udaru w internecie, tylko od razu wzywajcie karetkę, nawet, jak się owej osobie chwilowo poprawi.

Zepsuli mi samochód

(zanim go kupiłam)

W zeszłą sobotę zrobiliśmy sobie z Tatą wyprawę moim autkiem pod Poznań celem obejrzenia paru samochodów (oba marki Toyota model Auris, automatyczna skrzynia biegów + kilka innych niezbędnych bajerów), wyszukanych w pocie czoła na otomoto. Dojechaliśmy do autohandlu i z dwóch samochodów do obejrzenia zrobił się jeden, bo drugi, wbrew treści ogłoszenia, nie miał tempomatu, a po latach jeżdżenia autem z tempomatem braku tempomatu nie uznaję w swoim aucie.

Drugie auto, nieco droższe od odrzuconego pierwszego, zostało obejrzane (tempomat stwierdzono), odprowadzone do stacji diagnostycznej i ostatecznie zaklepane. W tygodniu załatwiałam wszelkie formalności – kredyt mi przyznano, trzeba było jeszcze te cztery kółka zarejestrować i zaocznie ubezpieczyć. W międzyczasie kupiłam bilety na pociąg. Oprócz mnie i Taty zabierała się z nami moja Mama i Ł.

No to wczoraj pojechaliśmy samochód odebrać. Pobudka po trzeciej nad ranem, u celu byliśmy po 11. Wprawdzie było już właściwie po ptokach, ale Tata postanowił sprawdzić wszelkie bajery, które auto podobno ma, plus alarm.

No i po sprawdzeniu alarmu zrobił się problem. Auto ma odpalanie bezkluczykowe, znaczy musi być brelok w zasięgu anten, ale silnik uruchamia się guzikiem. I to uruchamianie guzikiem nie działało.

Pięciu facetów się kręciło dookoła. Tata miał minę nietęgą (w końcu to on ten alarm sprawdzał), panowie z autohandlu wpadali w coraz większą panikę (umowa jeszcze niepodpisana). Szukali, patrzyli, dzwonili po znajomych. („Słuchaj, pamiętasz Toyotę Auris, taka brązowa, beżowa, zresztą ch*j wie, co to za kolor…” – dzisiaj rano stwierdziliśmy, że jest koloru cappuccino. Na pewno będzie mniej widać, że brudna.) W końcu przyjechał jakiś młody gostek i zrobił to, co trzeba było zrobić już dawno.

Zajrzał do instrukcji (700 stron z okładem).

Auto chodzi.

(Swoją drogą mam coraz większe wątpliwości, że zepsuło się po sprawdzaniu działania alarmu. Prawdopodobnie ktoś coś później wcisnął nie tak, bo generalnie przestawienie tego na tryb jak sprzed sprawdzania było dziecinnie proste i można to zrobić nawet przypadkiem.)

Polecono nam auto oblać po dojechaniu do domu.

Większość trasy powrotnej (prawie 400 km, 6 godzin) prowadziłam ja, dzień wcześniej przejechawszy się autem Mamy z automatyczną skrzynią biegów. Mama pocieszyła mnie, że podczas próby poszło mi bardzo sprawnie, chociaż w trasie często miałam myśl, że przy wolnej jeździe trzeba zredukować bieg, ale ogólnie lewa noga – bezużyteczna w aucie z automatem – była używana z przyzwyczajenia tylko do wciskania hamulca przy odpalaniu silnika (przy skrzyni ręcznej przy uruchamianiu wciska się przecież sprzęgło).

Tata stwierdził, że jak będę je sprzedawać za 2 lata, to on zaklepuje (to duży komplement). Ja na to, że kredyt mam na 4 lata. „No to za cztery.”

Auriska ma kopa. 200 kg cięższa od Nissana, ma też 22 konie więcej. Jest nieco niższa i ma twardsze zawieszenie, ma też, niestety, nieco mniej miejsca – zwłaszcza na tylnej kanapie. Ale ja z pasażerami na tylnej kanapie jeżdżę bardzo rzadko, poza tym zmieściliśmy się w czwórkę (a liliputami nie jesteśmy). Poza tym jest wyładowana elektroniką i bajerami, których pewnie nie będę nawet używać ;).

Wysadzono mnie i Ł. pod moim mieszkaniem, Tata pojechał dalej Aurisem. Z Ł. poszliśmy zabrać rzeczy na przebranie, pojechaliśmy Nissanem do rodziców. Tam do 23 było oblewanie auta – kolejka na wszystkie cztery koła, potem automat, tempomat i czujniki parkowania. Kulturalnie wcięci poszliśmy spać.

Dzisiaj rano było dalsze poznawanie bajerów, przy okazji okazało się, że nie działają światła do jazdy dziennej, nie dostałam jednej instrukcji i otrzymałam w spadku po poprzednich właścicielach płytę Roda Stewarta. Ogólnie stwierdziłam, że dopóki nie ogarnę wszystkich bajerów, pewnie sporo rzeczy będzie mnie w tym aucie wkurzać.

Na razie stoi u rodziców. Regularnie jeździć zacznę dopiero w poniedziałek po południu.

A Nissan zostanie odpicowany i, mam nadzieję, rozsądnie sprzedany, bo to w sumie fajne auto jest.

Urlop letni 2017

Urlop zaczęłam obmyśliwać już w styczniu-lutym. Padł pomysł na Bieszczady. Wstępny termin: przełom lipca i sierpnia.

Potem przyszło zaproszenie na ślub znajomych, który miał się odbyć 1 lipca. Para młoda mieszka w Warszawie, więc po otrzymaniu wstępnego zawiadomienia myślałam, że ślub będzie tam. Kiedy zaproszenie właściwe przyszło pocztą, okazało się, że całość będzie w ogólnie pojętych okolicach Zawiercia, znaczy w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Ponieważ stwierdziłam, że dwa razy w ciągu miesiąca na południe Polski tłuc się nie będę, połączyliśmy jedno z drugim – przyspieszyłam urlop. Całe szczęście nie miałam jeszcze zarezerwowanego noclegu.

Ruszyliśmy moim autem w piątek, 30 czerwca. Ja wyjechałam koło 14, Ł. dołączył do mnie w Gdańsku ok. 15:20. Pokonując korki na obwodnicy 3miasta i jedno ślimaczenie się autostradą (na której po drodze skończył mi się LPG, ale przecież mam jeszcze cały bak benzyny, prawda?), ok. 23 nieomal widzieliśmy szyld hotelu, gdzie mieliśmy spędzić weselny weekend.

No cóż. Auto w pewnym momencie po prostu straciło moc i zgasło. Po odpaleniu ujechało kilka kilometrów (całe szczęście wjechaliśmy w oświetlony teren zabudowany), po czym umarło i nie chciało ożyć.

O tym, gdzie dokładnie byliśmy, wiedziałam z ekranu nawigacji GPS.

Oczywiście musiałam się pożalić na Fejsie (uczyniłam to jakoś w trakcie szukania pomocy, kiedy czekaliśmy na czyjś telefon).

Mam ubezpieczenie z Assistance. Próbowałam się dodzwonić do okolicznych pomocy drogowych (wszyscy zajęci) i ubezpieczyciela. Do tego drugiego udało mi się za trzecim razem i po kilkunastu minutach czekania na połączenie. Przyjęto zgłoszenie, przy czym nasze perspektywy nie wyglądały dobrze: mogli nas zawieźć w tylko jedno miejsce (np. na parking warsztatu albo do hotelu: w drugie musielibyśmy sobie sami organizować dojazd). Po kilku minutach oddzwonił pan z pomocy drogowej ze Szczekocin, bo to on miał umowę z moim ubezpieczycielem na pomoc w ramach Assistance.

I w tym momencie bardzo panu dziękuję, bo zostaliśmy potraktowani naprawdę po ludzku i profesjonalnie. Przyjechał z lawetą jakiś jego znajomy, zaufany mechanik. Zaciągnął moje autko na lawetę. ODWIÓZŁ NAS I NASZE RZECZY DO HOTELU. Po czym zabrał samochód do warsztatu z zapowiedzią, że będzie o ósmej rano dzwonił z wynikami diagnostyki.

W łóżkach znaleźliśmy się ok. 1 w nocy.

Pan mechanik zadzwonił, zgodnie z obietnicą:

Kilka godzin później odezwał się również pan ze Szczekocin. Oczywiście trzeba było o tym napisać na fejsiku ;)

Po dalszej weryfikacji wyszło, że poszły prawdopodobnie wtryskiwacze. Pan ze Szczekocin przywiózł moje auto na lawecie, poinstruował mnie, jak je odpalić od razu na LPG w trybie awaryjnym (zazwyczaj po uruchomieniu silnika samochód chwilę chodzi na benzynie, po czym przełącza się na gaz), stwierdził, że dopóki jest ciepło, to można tak jeździć, trzeba tylko pilnować, żeby nie zabrakło LPG. Bardzo pomógł nam fakt, że nocleg mieliśmy w hotelu nad stacją benzynową, więc auto jeszcze na lawecie zostało zatankowane prawie pod korek.

Lokalsi nas nie oskubali.

1 lipca o 14 wyruszyliśmy na wesele wraz z niewielką grupą członków tzw. Bocznicy, czyli dziś już niestety nieistniejącej grupy dyskusyjnej, której członkami byłam m.in. ja, Ł. (dzięki tej grupie się poznaliśmy) i Pan Młody.

Sam ślub i wesele… Pogoda średnio dopisała. Co miało znaczenie, jako że ceremonia ślubna miała miejsce na świeżym powietrzu, ale chowaliśmy się pod parasolami i drzewami i nikt chyba specjalnie nie zmókł.

Sanktuarium Matki Bożej Skałkowej

Potem zawieziono nas do innego hotelu, a tam… były tańce i hulanki, i góra pysznego jedzenia, i przejażdżka wozem drabiniastym (dla wielu traumatyczne przeżycie, wsiadało się trzeźwym, wysiadało zachrypniętym i pijanym ;) ), moje prawie-szpilki okazały się całkiem wygodne i nie zdzierżyłam dopiero wchodzenia po schodach w naszym miejscu noclegowym, kiedy ok. 3 w nocy tam zlądowaliśmy.

W niedzielę 2 lipca ruszyliśmy w Bieszczady. Dojechaliśmy koło 17. Było deszczowo i mgliście. Zameldowaliśmy się w naszej bazie (Gościniec Horb w Strzebowiskach).

3 lipca ruszyliśmy zwiedzać. Na pierwszy ogień poszła Solina (Zalew Soliński; chcieliśmy zwiedzić elektrownię, ale w poniedziałki nie ma zwiedzania i bosko, że jest o tym gdziekolwiek napisane) i Lesko (miasteczko i kirkut).

Zalew Soliński

Kirkut w Lesku

4 lipca kopsnęliśmy się nieco dalej, bo do Sanoka. W Sanoku znajduje się największy skansen w Europie.

Rynek galicyjski w skansenie

Stworzyliśmy grupę wycieczkową z przypadkowo poznanymi przy kasie ludźmi i ruszyliśmy na ponad 2 godziny wędrówki z fajną przewodniczką. Ogólnie w tym skansenie można spędzić cały dzień, od przyszłego roku ułatwi to karczma, która się otworzy na terenie, a nie przed bramą. Polecam serdecznie. Ze skansenu ruszyliśmy do zamku, gdzie obejrzeliśmy m.in. największe zbiory twórczości Beksińskiego. Nie dało się wszystkiego obejrzeć (zabrakło sił i czasu), ale ogólnie z jego dzieł: fotografii, grafik czy najlepiej znanych obrazów wyziera niepokój i depresja, której podobno nie miał, ale „zaprzeczenie to silny mechanizm obronny”.

Ostatni obraz Beksińskiego

5 lipca to była trasa objazdowa. Zaliczyliśmy Wodospad Ostrowskich, Chmielowe Kaskady, próbowaliśmy zobaczyć żubry (ale się schowały), zrobiliśmy piwne zakupy w browarze Ursa Maior i serowe u Greka mieszkającego w Wańkowej, i w końcu udało się wejść do wnętrza Zapory Solińskiej.

Wodospad Ostrowskich

Chmielowe Kaskady

Odwrotne graffiti na ścianie zapory w Solinie

Widoczek z trasy

(Odwrotne graffiti to takie wymyte z brudu na ścianie myjką ciśnieniową)

Do domu wróciliśmy z lekka wypruci. Wieczorem zaczęłam się nudzić i uruchomiłam niedawno skończonego pierwszego „Wiedźmina” (grę). Pierwsze przejście trwało u mnie pół roku. Drugie, zaczęte na tych wakacjach, skończyłam już w domu, po 3,5 tygodnia. Drugiego „Wiedźmina” mój laptop nie jest w stanie normalnie pociągnąć (bo zamieniłam dwa rdzenie procesora i kartę graficzną na 12 GB RAM i 250 GB dysku SSD), co mnie zasmuciło jeszcze przed urlopem.

6 lipca postanowiliśmy odpocząć i nic nie robić, ale ok. 13 w pensjonacie wyłączyli nam internet, więc trzeba było wyjść z domu ;). Poszliśmy na nóżkach na obiad do pobliskiej knajpy, po drodze zadzwoniłam do kuzyna mojej mamy, który wedle wszelkich danych posiada w okolicy pensjonat. Okazało się, że ów pensjonat znajduje się w sąsiedniej wsi. Umówiliśmy się na wieczór. Tam sprowokowano naszą ambicję: jak to tak, jesteśmy w górach, a na żaden szczyt nie chcemy wejść? Na Połoninę Wetlińską ludzie wchodzą w klapkach! No to się wyklarowały plany na ostatni dzień naszego pobytu.

7 lipca, piątek. Planowana wyprawa wysokogórska (całe 1223 m n.p.m., podejście od 872 m). Na wyposażeniu aparat fotograficzny, kilka małych butelek wody i kije do nordic walkingu. Weszliśmy.

Widok ze szczytu Połoniny Wetlińskiej

Było ciężko. Może to nie było zimowe wejście na K2, ale a) bez kijów ani rusz. Dzień wcześniej wywaliłam się idąc po asfalcie, na kijach przynajmniej moja zaburzona równowaga dawała sobie radę; b) na szlaku spod Przełęczy Wyżnej nie radzę iść w klapkach, bo jest kamieniście na sporym odcinku; c) moja czasem ujawniająca się skłonność do spadków glukozy nakazuje brać coś słodkiego ze sobą na szlak. W drodze w dół poczułam się dziwnie, według Ł. zbladłam. Uratowała mnie Pepsi kupiona na szczycie, w schronisku. Poza tym d) czasy podane na oznakowaniu szlaków są mniej-więcej zgodne z tempem chodu osób bez kondycji (czyli naszym); e) widoczki są bombowe; f) miałam na sobie m.in. koszulkę z długimi rękawami, które w drodze podwinęłam. Ani się obejrzałam, a zrobiła mi się opalenizna do połowy przedramienia.

Do lokum dotarliśmy żywi i raczej usatysfakcjonowani. Od morderczych zakwasów uratowały nas tabletki Asparginu, wzięte przed i po wyprawie. W rezultacie następnego dnia oboje byliśmy sztywnawi, ale byliśmy w stanie normalnie się poruszać (w sensie bez bólu).

8 lipca ok. 10 opuściliśmy nasze śliczne, przyjazne lokum. Do Piotrkowa Trybunalskiego jechaliśmy drogami gminnymi i powiatowymi, pod Piotrkowem (dokładnie w połowie drogi) mieliśmy wjechać na autostradę. Zrobiliśmy chwilę przerwy na stacji benzynowej. Po wyjeździe ze stacji, na nieco dziurawym odcinku, coś mi zaczęło niepokojąco stukać w jednym kole. Zjechaliśmy. Obejrzeliśmy wszystkie koła dookoła, myśląc, że złapałam kapcia. Ostrożnie ruszyliśmy dalej, było cicho. Już na autostradzie sytuacja się powtórzyła. Znowu zjazd. Jedno koło gorące. Szukam w sieci informacji, co to może być. Pierwsza diagnoza: poszło łożysko. Ale co zrobimy 400 km od domu? Nic. Ruszyliśmy powolutku i ostrożnie, mimo chęci znalezienia się w domu jechałam spokojne 100 km/h. Była cisza. Na następnym postoju na stacji stwierdziliśmy, że owo koło jest nieco cieplejsze od pozostałych, ale chyba możemy się bardziej rozpędzić. Ruszyliśmy dalej. Znowu stuka. Nici z rozpędzania, dalej suniemy 100 km/h (najbardziej waliło w przedziale 60-80 km/h, potem cichło, ale generalnie cały czas był słyszalny szum). W domu znaleźliśmy się o 23. Ł. po przejściu przez próg mieszkania ucałował podłogę.

W niedzielę jechaliśmy do moich rodziców, więc po drodze zostawiłam auto u mechanika. Dnia następnego dowiedziałam się, że poza pompą paliwową poszły klocki hamulcowe i jakieś prowadnice w owym rozgrzewającym się kole. Ogólnie mieliśmy szczęście, że się w ogóle doturlaliśmy do domu.

Wypróbowane miejsca, gdzie dają jeść za opłatą:

Restauracja „Niedźwiadek”, Ustrzyki Dolne, Dworcowa 5. Miejscówka polecona przez Krytykę Kulinarną (specjalnie tam jechaliśmy przez tę rekomendację). Jedzenie (rożki baranie dla Ł., gołąbki po bieszczadzku z kaszą i sosem borowikowym dla mnie) bardzo smaczne, tylko moje, no cóż, chłodnawe. Ale w sosie rzeczywiście były grzyby, nażarliśmy się pod korek.

Restauracja „Stary Kredens”, Sanok, pl. św. Michała 4. Tu, jak dla mnie, dużo większe wow. Dania bardziej wymyślne i skromniejsze ilościowo, ale wystarczające, żeby się najeść.

Bar „Na tarasie”, Solina. Ot, bar w drodze na koronę zapory od strony miejscowości Solina. Karta dań wybitnie uniwersalna i barowa, ale żarcie było zjadliwe, ciepłe i w dużych ilościach.

Karczma „Brzeziniak”, Przysłup. Restauracja najbliżej naszego pensjonatu (15 minut piechotką po nieczynnych torach kolejki wąskotorowej – właśnie wracając z niej inną trasą wywaliłam się na asfalcie, ale cóż, ta zupa grzybowa była naprawdę dobra ;) ), porcje wielkie, w „normalnych” cenach (20-35 zł za danie główne), pyszne.

Przy okazji bardzo, bardzo polecam Pensjonat Horb i dziękuję Czytelniczce za polecenie :). Położony na końcu wsi, w nocy tylko żaby grały, widoki z tarasu przepiękne, śniadania super (oprócz pieczywa, wędliny, sera i warzywnych dodatków zawsze dostawaliśmy coś ciepłego, do tego można sobie wziąć płatki czy jogurt, plus oczywiście kawa i herbata), pokoje wygodne i wyposażone we wszystko, co jest potrzebne (ręczniki w łazience, suszarka do włosów, lodówka, telewizor ;) ).

Widok z tarasu Horba

Widok na pensjonat (to białe)

Może kiedyś tam wrócimy, bo jeszcze kolejkę wąskotorową trzeba zaliczyć, do Przemyśla pojechać, Polańczyk zwiedzić albo na jakowąś wycieczkę stamtąd wyruszyć…

Dialog rodzinny

Siedzimy przy komputerach, Mrówka usadziła mi się na kolanach i zagaduje.

Ł: Cicho.
M: Mru.
Ł: Cicho!
M: Mrru.
Ł: CICHO!
M: … Mrr.
k., tarmosząc Mrówkę: Jakby to miało zadziałać. Ona zawsze musi mieć ostatnie słowo.
M: … Mru.

Uroki sezonu przedurlopowego

Przedpołudniem ostatniego dnia pracy przed urlopem, na 7 pacjentów, 6 jest zapisanych z leczeniem kanałowym. Jeden mleczak, chyba 2 wypełnienia kanałów, reszta pierwsza wizyta po dewitalizacji/wstępnym oczyszczeniu.

Już raz było podobnie. Ciekawe, czy nam narzędzi starczy.

Dobrze, że po południu tylko jeden „kanał”, może dożyję…

(Ł. wczoraj wieczorem zaczął snuć plany. Wyjeżdżamy w piątek po południu, odbieram go z pracy.
Ł.: To w piątek wychodzę z domu i jest duża szansa, że nie wrócę. Pakujemy się, rzucamy wszystko w pi*du i jedziemy w Bieszczady.)