Archiwum blogu

Koty

(taki wpis ku pamięci, ogólnie raczej smutny)

Jak się przeprowadzałam do obecnego mieszkania, mieszkały tu już dwa koty mojej siostry: rudo-biały pręgowany Kisiel (jako kociak miał koci katar…) i czarna Mrówka. Taki wynajem mieszkania z kotami w pakiecie.

Kisiel był duży, lekko głupawy, raczej nienakolankowy, ale nieagresywny i całkiem przytulaśny. Żył sobie ok. 13 lat, przez ostatnie dwa lata z przewlekłą niewydolnością nerek. Pożegnaliśmy go w majówkę 2018 po wykryciu u niego nowotworu – kilka tygodni wcześniej zauważyłam, że schudł, nie chciał jeść, nie pamiętam, co weterynarze wtedy zalecili, ale w końcu w USG wyszło coś przylegającego do ściany jelita. Dostał „głupiego Jasia”, zrobiono mu dokładniejsze badania, pobrano biopsję; wybudził się, zawiozłam go do domu, pochodził sobie pijany z kąta w kąt, kiedy ja dzwoniłam, konsultowałam i zastanawiałam się, co zrobić, bo operować się tego niespecjalnie dało, a czekać aż kot wyniszczeje jeszcze bardziej? Tamtego dnia to Kisiel podjął decyzję za mnie – znaleźliśmy go pod łóżkiem.

Została Mrówka. Nie pamiętam dokładnie, jak się wtedy zachowywała, ale dwa tygodnie później wypatrzyłam sobie kociaka – półdługowłosy miks zwykłego kota domowego i prawdopodobnie kota syberyjskiego. Na początku czerwca 2018 pojechaliśmy po niego z Ł. do Olsztyna – i tak dołączył do nas Rysiek (początkowo Rysio, a jak rozrabiał, to był Ryszard).

Rysiek był szalony jak na kociaka przystało. Mrówka początkowo średnio go akceptowała, zresztą nigdy nie było między nimi super miłości. Rysiek skakał jej na plecy, zaczepiał, ona mu zresztą też dzielnie oddawała, ganiały się po mieszkaniu, chociaż Rysiek chętniej ganiał sam: Mrówka już wtedy była stateczną starszą panią. Był też głośny, potrafił się dopominać o jedzenie w nocy i niestety z czasem ten zwyczaj przeszedł na Mrówkę. Popisowy numer Ryśka to było bieganie przez całe mieszkanie z hamowaniem ślizgiem na panelach – często kończącym się na ścianie albo drzwiach. Kontrola trakcji u niego wyraźnie szwankowała :). Z czasem doskonalił technikę.

Rano 15 lutego tego roku, dzień po moich świetnych Walentynkach, znaleźliśmy Ryśka martwego na podłodze w łazience. Miał niecałe dwa lata.

Nie mamy pojęcia, co się stało. Po zasięgnięciu licznych opinii podejrzewamy, że miał jakieś ukryte problemy z sercem, dostał zawału albo zatoru. Żadnych nowych roślin nie było, raczej się niczym nie zatruł. Poprzedniego wieczoru biegał jak zwykle.

Powinnam wspomnieć, że Mrówka jest głośna. Mrówka gada, jojczy, czasem wyje. Głośno oświadcza, że wyszła z kuwety. Potrafimy się pokłócić. Po odejściu Ryśka po kilku dniach zaczęło się jojczenie w nocy, które doprowadzało mnie i Ł. do szału. Szybko zaczęłam szukać dla niej towarzysza: Mrówka zawsze była z innym kotem, więc to było szukanie kota dla kota. Po wysłaniu zapytania do fundacji położonej spory kawał g*wnianymi drogami od Olsztyna i nieotrzymaniu odpowiedzi, zgłosiłam się do towarzystwa w moim mieście. Zapytać poszłam w piątek. Tego samego dnia Mrówka miała „przegląd techniczny” i podstawowe szczepienia. W sobotę rano 22.02.2020 odebrałam Lenę.

Lena była młodziutką trzykolorową koteczką, małą gadułą, przytulakiem i mruczakiem. Miała przy tym spokojny charakter i pijacko ochrypły miauk. Zakochałam się w ciągu pięciu minut. Zapoznanie z Mrówką też przebiegło pokojowo, bo Lena miała na wszystko, że tak powiem, wyrąbane, a ze strony Mrówki też się obyło bez syczenia. W kolejnym tygodniu dostałam zdjęcie, jak panienki leżą obok siebie na łóżku.

W sobotę 29.02. Lena przestała jeść, chociaż próbowałam ją podkarmiać smakołykami. W poniedziałek pojechałam z nią do weterynarza, dostała antybiotyki (zapalenie spojówek i gardła), po powrocie trochę zjadła, znowu zaczęła mruczeć, miałam jej podawać antybiotyki w domu (weci wiedzieli, że umiem to robić, bo wielokrotnie robiłam też Kisielowi kroplówki podskórnie; znacznie bardziej wolę kota kłuć niż wciskać mu tabletkę do pyska, czego i tak nie umiem robić). We wtorek znowu zjazd, niechęć do jedzenia, ospałość. W środę kolejna wizyta u weta, leki, kroplówki i pierwsze podejrzenia bezwysiękowego FIP. W czwartek wieczorem dokładniejsze badania, Lena wyraźnie już wychudła. W piątek miałam podjechać nieco wcześniej, żeby pobrać krew na badania w kierunku FIP (wirusowego zapalenia otrzewnej, choroby może i wyleczalnej, ale niestety koszty leczenia są cholernie wysokie i dostęp do leków jest mocno średni; poza tym FIP musi być potwierdzony wynikami badań krwi, a zaczęłam się zastanawiać, czy Lena w ogóle do nich dożyje). Lena zaczęła mieć problemy z oddychaniem.

W sobotę rano, 7.03.2020, dwa tygodnie od wzięcia jej do domu, zawiozłam Lenę do uśpienia, stwierdziwszy, że nie będę kota męczyć na siłę. W ten sposób straciłam dwa młode koty w 3 tygodnie.

FIP się potwierdził, wyniki otrzymałam w kolejnym tygodniu.

No i Mrówka znowu jojczy. Ze względu na zaraźliwość FIP radzi się odczekać przynajmniej dwa miesiące przed wzięciem kolejnego kota. Jest spore ryzyko, że Mrówka i tak jest nosicielką. Wzięłam z pracy trochę płynu do dezynfekcji powierzchni i umyłam wszystkie podłogi i kuwety. Weterynarze z gabinetu, w którym próbowałam leczyć Lenę, znają całą historię i próbują mnie namówić na kolejnego kota – pewnie się na to zgodzę, ale te dwa miesiące miną dopiero za trzy tygodnie, więc Mrówka na razie dostaje środki uspokajające na noc, żebyśmy mogli się wyspać. Nawet działają, ale rytuał wieczorny musi być: gasimy światła -> Mrówka leży na łóżku -> idzie napić się wody, zjeść i skorzystać z kuwety -> wychodzi i jojczy -> my ją uciszamy -> jojczy dalej (do pewnego czasu to jojczenie potrafiło trwać całą noc, więc można sobie wyobrazić, jak szczęśliwi byliśmy) -> w końcu wdrapuje się do budki na drapaku i się ucisza -> rano śpi między nami w łóżku i zaczyna jojczyć albo o 7 rano, albo jak zaczynamy się ruszać, co z racji obecnie trwającej samoizolacji albo bezrobocia zaczyna się ok. 8.

Więc po tym wszystkim bardzo chętnie miałabym już tylko jednego kota, Mrówkę „na dożycie”, chociaż jej diabeł nie ruszy i pewnie dożyje trzydziestki (obecnie ma 16 lat, kontrolowaną niewydolność nerek, nadwagę, z którą próbujemy walczyć, i zwyrodnienie stawów biodrowych…), ale niestety, znowu trzeba będzie poszukać kota dla kota i mam cholera nadzieję, że do trzech razy sztuka, bo dopiero teraz przestaję ryczeć na wspomnienie Ryśka i Leny.

Na pocieszenie zdjęcia stada:

Mrówka z pluszową myszą na głowie

Nieśmiały Kisiel

Ryszardo

(koty bardzo lubią to miejsce – blat mojego biurka między laptopem a krawędzią – żeby zwrócić na siebie uwagę)

Mrówka i Rysiek

Zrelaksowana Lena dwie godziny po przywiezieniu jej do domu

(ten fotel jest Ł., który się bardzo cieszy widząc, jak koty go lubią ;) )

Lena i Mrówka

Taki dzień

W czwartek w pracy zabrakło w obsadzie jednej osoby (asystentka się rozchorowała), ale ogólnie praca przebiegała płynnie i gładko, co żeśmy z moją zastępczą asystentką zgodnie doceniły (werbalnie).

Dzisiaj w nocy po raz pierwszy od dawna pamiętałam swój sen. Miałam w nim małą stłuczkę, dwa auta wgniotły blachy w moim, bo wpadły w poślizg. Ostatnie, co pamiętam ze snu, to to, że jeden z uczestników zaczął winę zwalać na mnie, ale ponieważ od dwóch tygodni jeżdżę z kamerką, jakoś się tym specjalnie nie przejęłam.

Pamiętam, że dziś rano wyłączałam jeden budzik (nastawiam zawsze dwa, poza tym po pierwszym koty zaczynają wyrażać, jak bardzo są głodne).

Obudziłam się, bo ktoś mnie szturchał. Ł. powiedział, że jest 7:42.

– Aha. Od dziesięciu minut powinnam być w drodze do pracy.

Wstałam, ubrałam się, umyłam szybko zęby, wzięłam jabłko, pomarańczę i telefon, i ruszyłam do pracy, po drodze wysłałam smsa, że mogę się spóźnić.

Nie spóźniłam się. Przed przystąpieniem do pracy zdołałam zjeść jabłko i dwa ciastka owsiane.

W pracy przedweekendowy rzut pacjentów z bólem. Jeden z lekarzy powiedział, że na trasie, którą miałam zamiar jechać do Gdańska, był wypadek – ktoś dachował. Ogólnie zapowiadało się kiepsko. Miałam opóźnienie, czasu na drugie śniadanie zero, ogólnie wyszłam z pracy 10 minut po planowanym czasie (kończę o 12, bo pracuję w porządnej firmie ;) ). Ruszyłam do Gdańska. Google Maps pokierowało mnie inną trasą, również malowniczo kaszubską.

W CH Matarnia zawołały do mnie dwie pary butów. Jedne z nich, planowane na kolejny sezon zimowy, były przecenione z 240 zł – ostatecznie zapłaciłam ok. 85 zł. Drugie były nieco droższe, ale też z przeceny. Na obiad zjadłam zarąbiste pierogi. W IKEA dostałam to, co chciałam (poszłam po trzy pudła, wyszłam z trzema pudłami i torcikiem Daim).

W domu byłam po 16. Padam na dziup. Ale dzień był fajny.

Więc mam nadzieję, że ta wyśniona stłuczka to była tylko zapowiedź zaspania do pracy ;)

Obrazki z Grecji

Ponieważ mamy początek stycznia, humory coś nie te, laba się kończy i teraz będzie tylko zapierlod do Wielkanocy (dla mnie do przełomu marca i kwietnia, bo biorę tydzień urlopu, żeby dojść do siebie po miesiącu urlopu mojego szefa ;) ), to wklejam trzy fotki z Grecji.

Zatoka wraku. Morze ma naprawdę taki kolor.

 

Klify na zachodzie Zakynthos, najwyższe na wyspie.

Tak sobie można obiad zjeść w Laganas. Morze było ciepłe ;)

I niech Was te trzy zdjęcia dociągną do kolejnego urlopu.

Co mnie wkrówia

  1. Stały pacjent, który mnie pyta, jak ma dać łapówkę pewnemu chirurgowi. Ile ma dać i kiedy? „Jeśli będzie potrzeba, u mnie z pieniędzmi nie ma problemu, nikomu nie powiem!” Jeden lekarz go wypierniczył po propozycji łapówki. Pac się zastanawia, czy za mało nie zaproponował.
  2. Pacjenci, którzy podczas rozmowy telefonicznej celem potwierdzenia wizyty powiedzą, że będą, po czym nie przychodzą. Muszę im z bomby przy najbliższej okazji dodawać do kosztów wizyty to, czego przez ich nieobecność nie zarobiłam (czyli jakieś 55-60 zł). Może się nauczą. Dzwonić z informacją albo przychodzić jak Bozia przykazała.
  3. A propos Bozi, wkrówiają mnie też ci wszyscy święci katole, którzy w dni powszednie i soboty plują, dogadują, rzucają kamieniami na sąsiada albo obcego, albo osobę o odmiennym kolorze skóry, albo niehetero, albo niepozostającego w świętym związku małżeńskim, albo w jakikolwiek sposób różniącego się od Normalnej Większości, a w niedzielę grzecznie drepczą na pierwszą możliwą Mszę św., łapki złożone do pobożnej modlitwy, regułki bezmyślnie wyrecytowane, pieśni na całe gardło z pamięci odśpiewane, pewien Sakrament przyjęty, sumienie czyste, miłuj swego bliźniego jak siebie samego, amen. Jak ja nienawidzę tego polskiego katolstwa, które z naukami Jezusa Chrystusa nie ma nic wspólnego. Jestem biała, hetero, cis (czyli nie trans, znaczy w akcie urodzenia mam płeć żeńską i z taką się identyfikuję), żyję na kocią łapę od kilku lat, nie mam dzieci, stara lambadziara, w kwestiach wiary uważam się za agnostyka-hipokrytę, moja świadomość jeśli chodzi o kwestie płci i orientacji seksualnych zaczęła się rozwijać dopiero niedawno, ale krówa mać, żyję i daję żyć innym. Czemu mi krówa ma przeszkadzać to, co inni nieszkodliwie dla siebie i ogółu społeczeństwa robią we własnej sypialni? Czemu dzieci mają się nie uczyć o tym, co jest naturalne, bo tak nas przecież Bozia stworzyła? Czemu mają odrzucać wszelkie odmienności, wytykać różnice palcami? Z internetu mają się uczyć, dlaczego dziewczyna woli dziewczyny, a nie chłopaków, albo dlaczego biologicznej dziewczynie wybitnie to ciało nie pasuje, wolałaby męskie? I jak się to wszystko nazywa, skąd się wzięło i że to wcale nie zboczenie, nie choroba?

Późno już. Idę spać, wkrówiona.

Co robię nie tak?

Tak sobie myślę, że mam tę swoją działalność gospodarczą od ponad 7 lat, ZUS się płaci (od początku pełny, bo na stażu była umowa o pracę), podatek się płaci, księgowej się płaci, rachunki się szefowi wystawia, faktury zbiera, szkolenia się wrzuca w koszty, cichcem się marzy o własnym gabinecie w rodzinnej wsi, czasem ukradkiem przemknie myśl „a może jednak kupimy z Ł. mieszkanie” (Ł. o tej myśli jeszcze nie wie, pewnie zaraz się dowie, bo narodziła mi się dziś, przelotem; minusem jest konieczność wzięcia kredytu – na pewno nie we frankach – i dość spore ograniczenia lokalizacyjne, jeśli miałoby mieć to sens dla nas obojga, bo on chce trochę bliżej 3miasta, a ja nie chcę zmieniać obecnego miejsca pracy, bo tam mi dobrze, a im bliżej 3miasta, tym będę miała dalej), się wkurwia na państwowe rozdawnictwo moich ciężko zarobionych pieniędzy i jakoś to leci bez większego stresu…

… a dla niektórych własna działalność to taki trochę ojej, czy ja podołam, wielka zmiana w życiu i co to będzie.

Czy ja coś robię nie tak? Czy ja o czymś nie wiem? Czy jakiś urząd się właśnie nie szykuje, żeby zrzucić mi na łeb konsekwencje czegoś, co powinnam od tych 7 lat robić, a nie robię, bo nie wiem, że powinnam?

(jakby co, to tfuuuu! żeby nie zapeszyć.)

Chcelista

W mojej rodzinie mamy taki pożyteczny zwyczaj, że przed wszelkimi świętami związanymi z kupnem prezentów, wysyłamy sobie chcelisty. Czyli co byśmy chętnie zobaczyli pod choinką (najczęściej).

Może ciężko w to uwierzyć, dzieci, ale nadchodzi taki czas w życiu pewnych szczęściarzy, że nie mają oni pojęcia, co chcą dostać, bo wszystko potrzebne już mają, a na niepotrzebne rzeczy brakuje im miejsca i czasu na odkurzanie.

Ja tak miałam w te Święta. Rodzina mojej chcelisty nie dostała. I tak dostałam fajne prezenty, ale!

Tak sobie siedzę na moim krześle komputerowym, które się rozsypuje od kilkunastu lat (serio, post na Fejsie o tym, że krzesło dogorywa, pisałam jakieś 7 lat temu), przetarte siedzisko przykryte dywanikiem, strach je podnieść wyżej, z drugiej strony i tak siedzę zgarbiona, laptop jest niezdrowy dla pleców.

I tak sobie marzę o nowym krzesełku, ale ilekroć wchodzę do sklepu z meblami i widzę ewentualnych następców, to mi się mózg wyłącza.

Bo chociażby podnoszone podłokietniki, podobno fajna sprawa. We wszystkich dostępnych modelach w Jysku wyglądały na gówniane.

A te, które nie wyglądały, były częścią krzesła za 400 zł. Albo bardzo dużego krzesła, a my nie mamy dużo miejsca. Pewnie gdyby zrobić czystki, byłoby łatwiej, ale do tego potrzeba mobilizacji.

Na brak kasy nie narzekam, ale jak coś do mnie nie zawoła albo nie zrobię solidnego riserczu z wymienianiem cech w tabelce w Excelu z traktowaniem Ctrl+B głównych zalet (dwa laptopy tak kupiłam. Nie jednocześnie! Z półtorarocznym odstępem czasowym, zalety za każdym razem były inne), nie wydam ot tak 400 zł.

Jak zawoła, to i owszem. Po riserczu w sumie też.

No. To ja poproszę krzesło komputerowe na urodziny. Żebym to nie ja musiała robić ten risercz.

(do sierpnia jeszcze troszkę)

Motywację też poproszę, ale to jest bardziej skomplikowana sprawa. Mnie by trzeba było zmobilizować do wielu rzeczy, bez terapeuty się nie obędzie, a do niego też trzeba pojechać i przejść przez ten żmudny proces terapeutyczny, a ja się boję, co jest chyba normalne.

I tak od krzesła komputerowego przeszliśmy do problemów psychicznych.

Z innej beczki: aktywnie acz z przerwami, od kilku lat, piszę fanfiction. Ostatnio również po angielsku. Nie, to nie jest domena wyłącznie gimnazjalistek. Zaczęłam pisać dopiero w klasie maturalnej i jest to proces równie kreatywny co tworzenie własnych historii. Co z tego, że postaci już mamy podane na tacy. Pisze się tag AU (Alternative Universe) albo OOC (Out of Character) i można popuścić wodze fantazji.

Howgh.

(to był tzw. rant w moim wykonaniu.)

Takie tam

Trochę mi przeszedł smutek na brak Fejsbunia. Najprawdopodobniej tam wrócę, ale pierwszą rzeczą będzie ponowne klikanie „Lubię to!” celem oczyszczenia ścianki z rzeczy, które nie są mi do szczęścia potrzebne. Fejsik się nie poddaje, dostaję na email powiadomienia o zdjęciach wrzuconych przez matulę oraz o tęsknocie moich fanów na fajpejdżu blogaska. Ale spokojnie, jeszcze jakieś 2-3 tygodnie. Nie odliczam, patrzę tak teraz na kalendarz wiszący mi nad biurkiem ;).

Przez cały luty nie tknęłam książki. Znaczy kryzysu ciąg dalszy. Szamałek nadal pokrzywdzony.

Mam zapitolnik w pracy, bo często wszyscy pacjenci z bólem spadają na mnie. Niestety, muszę ograniczać ich ilość, bo zwyczajnie nie daję rady przyjąć wszystkich. W niesprzyjających okolicznościach osoby przybyłe do przychodni po 9 wychodzą z niej przed 13, bo paców dodatkowych przyjmujemy między pacjentami już zapisanymi. Absencje pacjentów to ogólnie czasami dar bóstw, zwłaszcza na początku zmiany.

Blox ogłosił zamykanie się. Dostałam powiadomienia o blogach, o których w sumie zapomniałam. Oczywiście ściągnęłam zawartość wszystkich trzech ( ;) ), ale raczej nie będę ich już nigdzie wrzucać. Trochę szkoda, bo na jednym z nich (z czasów studenckich) ostatnio posypały się komentarze. Najlepsze były te z życzeniami powodzenia pod notkami o egzaminach. Z, powiedzmy, 2009 roku.

Zastanawiam się też nad zmianą wyglądu tego bloga. Chyba muszę pogrzebać w skórkach na WordPressie i może w jakąś zainwestować. Znowu będzie grzebanie w CSSie.

Kakałko wypite, czas na ząbki, prysznic i spać.

Odwyk

Wylogowałam się z Fejsa dziś rano.

Założenie: zaloguję się najwcześniej za miesiąc. Jeśli w ogóle.

Oczywiście nie oznacza to, że w ogóle zniknę z mediów społecznościowych. Na Instagramie od ogłoszenia odwyku doszło mi 5 śledzących. Pszypadeg? Nie sądzę. Te blogi, które lubię, mogę sobie śledzić gdzie indziej. Ogólnie raczej nie będę spędzać w sieci mniej czasu.

A może jednak? Jak nie będę karmić swojego FOMO, to jednak może się uda spełnić tegoroczne postanowienie przeczytania średnio trzech książek w miesiącu? Zaczęłam dobrze, z końcem stycznia utknęłam na, uwaga, dobrze ocenianym kryminale napisanym przez scenarzystę „Wiedźmina 3”! No heloł! Coś jest nie tak! To trzeba leczyć, skoro się nie ma motywacji do czytania Szamałka!

Już fakt, że miałam konkretną reakcję emocjonalną (smutek, uczucie straty) na samo postanowienie wylogowania się, sugeruje, że jest mi to potrzebne. Mam podszepty, żeby zerknąć tylko na minutkę, sprawdzić reakcje, może jednak ktoś będzie tęsknił? A może sprawdzić „Wspomnienia”, które pokazują, co za durnoty wypisywałam w poprzednich latach. Niejednokrotnie pytałam siebie, po co o tym pisałam? kogo to obchodziło?

Rodzicielka zareagowała emotką „Haha!”. Chyba we mnie nie wierzy. Albo tak ją rozbawiła lista innych portali, na których można mnie znaleźć.

Fejs karmi nasz narcyzm. Pozwala się chwalić sobą, patrzcie i podziwiajcie, dawajcie lajki. A potem osoba z tysiącem znajomych i tak nie ma z kim pójść na piwo wieczorem. To już chyba lepiej zrobić coś wartościowego.

Kaszelek i urlop

Tydzień do urlopu. Od tygodnia kaszlę męcząco, nawet poszłam do lekarza, lekarz stwierdził zakażenie wirusowe, dostałam na wyciszenie sterydy w dwóch postaciach i syropek. Te sterydy jakoś do mnie nie przemawiają. Zawsze byłam kiepska (nawet bardzo) z farmakologii, ale sterydy przy infekcji to chyba średnio? Miałam się zgłosić ponownie, gdyby syropek po trzech dniach nadal nie pomógł.

I chyba się zgłoszę w poniedziałek.

Tak po prawdzie, to nie wiem, czy zdzierżę ten tydzień w pracy. Jestem chyba niemożebnie wręcz zmęczona, muszę mieć chociaż tydzień nicnierobienia. Jeszcze chętniej dwa. Nie chce mi się jeździć do pracy i kręcić kolejnych kanałów. Rzygam już tymi Kerrami i podchlorynem sodu. Jeden pacjent czeka na odbiór protezy; najbliższe terminy do mnie są za miesiąc, a gdzieś trzeba by było ewentualnie powciskać paców w przypadku nieplanowanej nieobecności. Tylko to mnie powstrzymało przed odpowiedzią twierdzącą na pytanie lekarza: „Zwolnienie?”. Dzisiaj żałuję.

Wypalenie zawodowe mi się włącza? Czy to naprawdę tylko kwestia tego, że od lipca nie miałam pełnego tygodnia wolnego, bo pracowałam nawet 27 i 28 grudnia?

Damska torebka

Na mojej trasie do pracy jest kawałek zwany podjazdem na Górkę. W tym miejscu droga rozszerza się na dwa pasy dla osób jadących w górę, w dół jest jeden pas (do pracy korzystam z dwupasmówki). Na górnym końcu owego podjazdu, który jest długości około kilometra, droga się zwęża do jednego pasa, jest skrzyżowanie i przejście dla pieszych. Nie ma tam świateł, jest zebra, niedaleko jest przystanek autobusowy. Ogólnie skrzyżowanie dość paskudne, bo ze względu na duży ruch bardzo trudny jest tam skręt w lewo, ograniczenie prędkości jest do 90 km/h, przejście dla pieszych nie jest jakoś szczególnie oświetlone i z dołu jest kiepska widoczność. Ogólnie koszmar.

Jechałam dzisiaj rano do pracy. Ze względu na dość meandrujący charakter drogi, jak zbliżałam się do początku podjazdu, widziałam na szczycie migające, policyjne światła. I jakoż na dolnym początku zaczął się korek. Domyśliłam się, że wypadek. Wyjechałam na lewy pas, do czego zresztą mam chyba pełne prawo?

Na owym kilometrowym odcinku widziałam pięć przykładów drogowego buractwa.

Trzech szeryfowało. Szkoda, że nie jechałam bezpośrednio za jednym z nich, zrobiłabym zdjątko i wysłała gdzie trzeba. Szeryfowanie, czyli blokowanie lewego pasa, żeby nie jechał szybciej niż prawy, jest nielegalne, z tego, co wiem.

Jeden się wkurzył na to szeryfowanie i pojechał po podwójnej ciągłej, wyprzedził szeryfów i pognał dalej. Dobrze, że służby na szczycie robiły chyba ruch wahadłowy, bo w dół o tej porze jest masakryczny korek. Byłyby dwa wypadki.

W końcu przed przewężeniem chciałam zjechać na prawy pas. Po mojej prawej było teoretycznie pusto, bo samochód na prawym, za mną, nieco zwolnił. Zawsze patrzę przez ramię, nie polegam tylko na lusterkach. Włączyłam kierunkowskaz. Zaczynam zmianę pasa. Za mną auto daje po garach i prawie we mnie wjeżdża, nie wpuszcza na pas. Zjeżdżam za nim, patrzę na markę wozu.

BMW. Wcale mnie to nie zdziwiło. Z całym szacunkiem.

Na tym trudnym skrzyżowaniu na szczycie podjazdu, z boku stoi osobówka. Z drugiej strony karetka, straż pożarna i policja. A na środku leży damska torebka i brązowa peruka.

To drugi wypadek ze skutkiem śmiertelnym, który widziałam na tamtym przejściu.

Podobno mają tam zrobić światła.