Archiwum blogu

Zepsuli mi samochód

(zanim go kupiłam)

W zeszłą sobotę zrobiliśmy sobie z Tatą wyprawę moim autkiem pod Poznań celem obejrzenia paru samochodów (oba marki Toyota model Auris, automatyczna skrzynia biegów + kilka innych niezbędnych bajerów), wyszukanych w pocie czoła na otomoto. Dojechaliśmy do autohandlu i z dwóch samochodów do obejrzenia zrobił się jeden, bo drugi, wbrew treści ogłoszenia, nie miał tempomatu, a po latach jeżdżenia autem z tempomatem braku tempomatu nie uznaję w swoim aucie.

Drugie auto, nieco droższe od odrzuconego pierwszego, zostało obejrzane (tempomat stwierdzono), odprowadzone do stacji diagnostycznej i ostatecznie zaklepane. W tygodniu załatwiałam wszelkie formalności – kredyt mi przyznano, trzeba było jeszcze te cztery kółka zarejestrować i zaocznie ubezpieczyć. W międzyczasie kupiłam bilety na pociąg. Oprócz mnie i Taty zabierała się z nami moja Mama i Ł.

No to wczoraj pojechaliśmy samochód odebrać. Pobudka po trzeciej nad ranem, u celu byliśmy po 11. Wprawdzie było już właściwie po ptokach, ale Tata postanowił sprawdzić wszelkie bajery, które auto podobno ma, plus alarm.

No i po sprawdzeniu alarmu zrobił się problem. Auto ma odpalanie bezkluczykowe, znaczy musi być brelok w zasięgu anten, ale silnik uruchamia się guzikiem. I to uruchamianie guzikiem nie działało.

Pięciu facetów się kręciło dookoła. Tata miał minę nietęgą (w końcu to on ten alarm sprawdzał), panowie z autohandlu wpadali w coraz większą panikę (umowa jeszcze niepodpisana). Szukali, patrzyli, dzwonili po znajomych. („Słuchaj, pamiętasz Toyotę Auris, taka brązowa, beżowa, zresztą ch*j wie, co to za kolor…” – dzisiaj rano stwierdziliśmy, że jest koloru cappuccino. Na pewno będzie mniej widać, że brudna.) W końcu przyjechał jakiś młody gostek i zrobił to, co trzeba było zrobić już dawno.

Zajrzał do instrukcji (700 stron z okładem).

Auto chodzi.

(Swoją drogą mam coraz większe wątpliwości, że zepsuło się po sprawdzaniu działania alarmu. Prawdopodobnie ktoś coś później wcisnął nie tak, bo generalnie przestawienie tego na tryb jak sprzed sprawdzania było dziecinnie proste i można to zrobić nawet przypadkiem.)

Polecono nam auto oblać po dojechaniu do domu.

Większość trasy powrotnej (prawie 400 km, 6 godzin) prowadziłam ja, dzień wcześniej przejechawszy się autem Mamy z automatyczną skrzynią biegów. Mama pocieszyła mnie, że podczas próby poszło mi bardzo sprawnie, chociaż w trasie często miałam myśl, że przy wolnej jeździe trzeba zredukować bieg, ale ogólnie lewa noga – bezużyteczna w aucie z automatem – była używana z przyzwyczajenia tylko do wciskania hamulca przy odpalaniu silnika (przy skrzyni ręcznej przy uruchamianiu wciska się przecież sprzęgło).

Tata stwierdził, że jak będę je sprzedawać za 2 lata, to on zaklepuje (to duży komplement). Ja na to, że kredyt mam na 4 lata. „No to za cztery.”

Auriska ma kopa. 200 kg cięższa od Nissana, ma też 22 konie więcej. Jest nieco niższa i ma twardsze zawieszenie, ma też, niestety, nieco mniej miejsca – zwłaszcza na tylnej kanapie. Ale ja z pasażerami na tylnej kanapie jeżdżę bardzo rzadko, poza tym zmieściliśmy się w czwórkę (a liliputami nie jesteśmy). Poza tym jest wyładowana elektroniką i bajerami, których pewnie nie będę nawet używać ;).

Wysadzono mnie i Ł. pod moim mieszkaniem, Tata pojechał dalej Aurisem. Z Ł. poszliśmy zabrać rzeczy na przebranie, pojechaliśmy Nissanem do rodziców. Tam do 23 było oblewanie auta – kolejka na wszystkie cztery koła, potem automat, tempomat i czujniki parkowania. Kulturalnie wcięci poszliśmy spać.

Dzisiaj rano było dalsze poznawanie bajerów, przy okazji okazało się, że nie działają światła do jazdy dziennej, nie dostałam jednej instrukcji i otrzymałam w spadku po poprzednich właścicielach płytę Roda Stewarta. Ogólnie stwierdziłam, że dopóki nie ogarnę wszystkich bajerów, pewnie sporo rzeczy będzie mnie w tym aucie wkurzać.

Na razie stoi u rodziców. Regularnie jeździć zacznę dopiero w poniedziałek po południu.

A Nissan zostanie odpicowany i, mam nadzieję, rozsądnie sprzedany, bo to w sumie fajne auto jest.

Urlop letni 2017

Urlop zaczęłam obmyśliwać już w styczniu-lutym. Padł pomysł na Bieszczady. Wstępny termin: przełom lipca i sierpnia.

Potem przyszło zaproszenie na ślub znajomych, który miał się odbyć 1 lipca. Para młoda mieszka w Warszawie, więc po otrzymaniu wstępnego zawiadomienia myślałam, że ślub będzie tam. Kiedy zaproszenie właściwe przyszło pocztą, okazało się, że całość będzie w ogólnie pojętych okolicach Zawiercia, znaczy w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Ponieważ stwierdziłam, że dwa razy w ciągu miesiąca na południe Polski tłuc się nie będę, połączyliśmy jedno z drugim – przyspieszyłam urlop. Całe szczęście nie miałam jeszcze zarezerwowanego noclegu.

Ruszyliśmy moim autem w piątek, 30 czerwca. Ja wyjechałam koło 14, Ł. dołączył do mnie w Gdańsku ok. 15:20. Pokonując korki na obwodnicy 3miasta i jedno ślimaczenie się autostradą (na której po drodze skończył mi się LPG, ale przecież mam jeszcze cały bak benzyny, prawda?), ok. 23 nieomal widzieliśmy szyld hotelu, gdzie mieliśmy spędzić weselny weekend.

No cóż. Auto w pewnym momencie po prostu straciło moc i zgasło. Po odpaleniu ujechało kilka kilometrów (całe szczęście wjechaliśmy w oświetlony teren zabudowany), po czym umarło i nie chciało ożyć.

O tym, gdzie dokładnie byliśmy, wiedziałam z ekranu nawigacji GPS.

Oczywiście musiałam się pożalić na Fejsie (uczyniłam to jakoś w trakcie szukania pomocy, kiedy czekaliśmy na czyjś telefon).

Mam ubezpieczenie z Assistance. Próbowałam się dodzwonić do okolicznych pomocy drogowych (wszyscy zajęci) i ubezpieczyciela. Do tego drugiego udało mi się za trzecim razem i po kilkunastu minutach czekania na połączenie. Przyjęto zgłoszenie, przy czym nasze perspektywy nie wyglądały dobrze: mogli nas zawieźć w tylko jedno miejsce (np. na parking warsztatu albo do hotelu: w drugie musielibyśmy sobie sami organizować dojazd). Po kilku minutach oddzwonił pan z pomocy drogowej ze Szczekocin, bo to on miał umowę z moim ubezpieczycielem na pomoc w ramach Assistance.

I w tym momencie bardzo panu dziękuję, bo zostaliśmy potraktowani naprawdę po ludzku i profesjonalnie. Przyjechał z lawetą jakiś jego znajomy, zaufany mechanik. Zaciągnął moje autko na lawetę. ODWIÓZŁ NAS I NASZE RZECZY DO HOTELU. Po czym zabrał samochód do warsztatu z zapowiedzią, że będzie o ósmej rano dzwonił z wynikami diagnostyki.

W łóżkach znaleźliśmy się ok. 1 w nocy.

Pan mechanik zadzwonił, zgodnie z obietnicą:

Kilka godzin później odezwał się również pan ze Szczekocin. Oczywiście trzeba było o tym napisać na fejsiku ;)

Po dalszej weryfikacji wyszło, że poszły prawdopodobnie wtryskiwacze. Pan ze Szczekocin przywiózł moje auto na lawecie, poinstruował mnie, jak je odpalić od razu na LPG w trybie awaryjnym (zazwyczaj po uruchomieniu silnika samochód chwilę chodzi na benzynie, po czym przełącza się na gaz), stwierdził, że dopóki jest ciepło, to można tak jeździć, trzeba tylko pilnować, żeby nie zabrakło LPG. Bardzo pomógł nam fakt, że nocleg mieliśmy w hotelu nad stacją benzynową, więc auto jeszcze na lawecie zostało zatankowane prawie pod korek.

Lokalsi nas nie oskubali.

1 lipca o 14 wyruszyliśmy na wesele wraz z niewielką grupą członków tzw. Bocznicy, czyli dziś już niestety nieistniejącej grupy dyskusyjnej, której członkami byłam m.in. ja, Ł. (dzięki tej grupie się poznaliśmy) i Pan Młody.

Sam ślub i wesele… Pogoda średnio dopisała. Co miało znaczenie, jako że ceremonia ślubna miała miejsce na świeżym powietrzu, ale chowaliśmy się pod parasolami i drzewami i nikt chyba specjalnie nie zmókł.

Sanktuarium Matki Bożej Skałkowej

Potem zawieziono nas do innego hotelu, a tam… były tańce i hulanki, i góra pysznego jedzenia, i przejażdżka wozem drabiniastym (dla wielu traumatyczne przeżycie, wsiadało się trzeźwym, wysiadało zachrypniętym i pijanym ;) ), moje prawie-szpilki okazały się całkiem wygodne i nie zdzierżyłam dopiero wchodzenia po schodach w naszym miejscu noclegowym, kiedy ok. 3 w nocy tam zlądowaliśmy.

W niedzielę 2 lipca ruszyliśmy w Bieszczady. Dojechaliśmy koło 17. Było deszczowo i mgliście. Zameldowaliśmy się w naszej bazie (Gościniec Horb w Strzebowiskach).

3 lipca ruszyliśmy zwiedzać. Na pierwszy ogień poszła Solina (Zalew Soliński; chcieliśmy zwiedzić elektrownię, ale w poniedziałki nie ma zwiedzania i bosko, że jest o tym gdziekolwiek napisane) i Lesko (miasteczko i kirkut).

Zalew Soliński

Kirkut w Lesku

4 lipca kopsnęliśmy się nieco dalej, bo do Sanoka. W Sanoku znajduje się największy skansen w Europie.

Rynek galicyjski w skansenie

Stworzyliśmy grupę wycieczkową z przypadkowo poznanymi przy kasie ludźmi i ruszyliśmy na ponad 2 godziny wędrówki z fajną przewodniczką. Ogólnie w tym skansenie można spędzić cały dzień, od przyszłego roku ułatwi to karczma, która się otworzy na terenie, a nie przed bramą. Polecam serdecznie. Ze skansenu ruszyliśmy do zamku, gdzie obejrzeliśmy m.in. największe zbiory twórczości Beksińskiego. Nie dało się wszystkiego obejrzeć (zabrakło sił i czasu), ale ogólnie z jego dzieł: fotografii, grafik czy najlepiej znanych obrazów wyziera niepokój i depresja, której podobno nie miał, ale „zaprzeczenie to silny mechanizm obronny”.

Ostatni obraz Beksińskiego

5 lipca to była trasa objazdowa. Zaliczyliśmy Wodospad Ostrowskich, Chmielowe Kaskady, próbowaliśmy zobaczyć żubry (ale się schowały), zrobiliśmy piwne zakupy w browarze Ursa Maior i serowe u Greka mieszkającego w Wańkowej, i w końcu udało się wejść do wnętrza Zapory Solińskiej.

Wodospad Ostrowskich

Chmielowe Kaskady

Odwrotne graffiti na ścianie zapory w Solinie

Widoczek z trasy

(Odwrotne graffiti to takie wymyte z brudu na ścianie myjką ciśnieniową)

Do domu wróciliśmy z lekka wypruci. Wieczorem zaczęłam się nudzić i uruchomiłam niedawno skończonego pierwszego „Wiedźmina” (grę). Pierwsze przejście trwało u mnie pół roku. Drugie, zaczęte na tych wakacjach, skończyłam już w domu, po 3,5 tygodnia. Drugiego „Wiedźmina” mój laptop nie jest w stanie normalnie pociągnąć (bo zamieniłam dwa rdzenie procesora i kartę graficzną na 12 GB RAM i 250 GB dysku SSD), co mnie zasmuciło jeszcze przed urlopem.

6 lipca postanowiliśmy odpocząć i nic nie robić, ale ok. 13 w pensjonacie wyłączyli nam internet, więc trzeba było wyjść z domu ;). Poszliśmy na nóżkach na obiad do pobliskiej knajpy, po drodze zadzwoniłam do kuzyna mojej mamy, który wedle wszelkich danych posiada w okolicy pensjonat. Okazało się, że ów pensjonat znajduje się w sąsiedniej wsi. Umówiliśmy się na wieczór. Tam sprowokowano naszą ambicję: jak to tak, jesteśmy w górach, a na żaden szczyt nie chcemy wejść? Na Połoninę Wetlińską ludzie wchodzą w klapkach! No to się wyklarowały plany na ostatni dzień naszego pobytu.

7 lipca, piątek. Planowana wyprawa wysokogórska (całe 1223 m n.p.m., podejście od 872 m). Na wyposażeniu aparat fotograficzny, kilka małych butelek wody i kije do nordic walkingu. Weszliśmy.

Widok ze szczytu Połoniny Wetlińskiej

Było ciężko. Może to nie było zimowe wejście na K2, ale a) bez kijów ani rusz. Dzień wcześniej wywaliłam się idąc po asfalcie, na kijach przynajmniej moja zaburzona równowaga dawała sobie radę; b) na szlaku spod Przełęczy Wyżnej nie radzę iść w klapkach, bo jest kamieniście na sporym odcinku; c) moja czasem ujawniająca się skłonność do spadków glukozy nakazuje brać coś słodkiego ze sobą na szlak. W drodze w dół poczułam się dziwnie, według Ł. zbladłam. Uratowała mnie Pepsi kupiona na szczycie, w schronisku. Poza tym d) czasy podane na oznakowaniu szlaków są mniej-więcej zgodne z tempem chodu osób bez kondycji (czyli naszym); e) widoczki są bombowe; f) miałam na sobie m.in. koszulkę z długimi rękawami, które w drodze podwinęłam. Ani się obejrzałam, a zrobiła mi się opalenizna do połowy przedramienia.

Do lokum dotarliśmy żywi i raczej usatysfakcjonowani. Od morderczych zakwasów uratowały nas tabletki Asparginu, wzięte przed i po wyprawie. W rezultacie następnego dnia oboje byliśmy sztywnawi, ale byliśmy w stanie normalnie się poruszać (w sensie bez bólu).

8 lipca ok. 10 opuściliśmy nasze śliczne, przyjazne lokum. Do Piotrkowa Trybunalskiego jechaliśmy drogami gminnymi i powiatowymi, pod Piotrkowem (dokładnie w połowie drogi) mieliśmy wjechać na autostradę. Zrobiliśmy chwilę przerwy na stacji benzynowej. Po wyjeździe ze stacji, na nieco dziurawym odcinku, coś mi zaczęło niepokojąco stukać w jednym kole. Zjechaliśmy. Obejrzeliśmy wszystkie koła dookoła, myśląc, że złapałam kapcia. Ostrożnie ruszyliśmy dalej, było cicho. Już na autostradzie sytuacja się powtórzyła. Znowu zjazd. Jedno koło gorące. Szukam w sieci informacji, co to może być. Pierwsza diagnoza: poszło łożysko. Ale co zrobimy 400 km od domu? Nic. Ruszyliśmy powolutku i ostrożnie, mimo chęci znalezienia się w domu jechałam spokojne 100 km/h. Była cisza. Na następnym postoju na stacji stwierdziliśmy, że owo koło jest nieco cieplejsze od pozostałych, ale chyba możemy się bardziej rozpędzić. Ruszyliśmy dalej. Znowu stuka. Nici z rozpędzania, dalej suniemy 100 km/h (najbardziej waliło w przedziale 60-80 km/h, potem cichło, ale generalnie cały czas był słyszalny szum). W domu znaleźliśmy się o 23. Ł. po przejściu przez próg mieszkania ucałował podłogę.

W niedzielę jechaliśmy do moich rodziców, więc po drodze zostawiłam auto u mechanika. Dnia następnego dowiedziałam się, że poza pompą paliwową poszły klocki hamulcowe i jakieś prowadnice w owym rozgrzewającym się kole. Ogólnie mieliśmy szczęście, że się w ogóle doturlaliśmy do domu.

Wypróbowane miejsca, gdzie dają jeść za opłatą:

Restauracja „Niedźwiadek”, Ustrzyki Dolne, Dworcowa 5. Miejscówka polecona przez Krytykę Kulinarną (specjalnie tam jechaliśmy przez tę rekomendację). Jedzenie (rożki baranie dla Ł., gołąbki po bieszczadzku z kaszą i sosem borowikowym dla mnie) bardzo smaczne, tylko moje, no cóż, chłodnawe. Ale w sosie rzeczywiście były grzyby, nażarliśmy się pod korek.

Restauracja „Stary Kredens”, Sanok, pl. św. Michała 4. Tu, jak dla mnie, dużo większe wow. Dania bardziej wymyślne i skromniejsze ilościowo, ale wystarczające, żeby się najeść.

Bar „Na tarasie”, Solina. Ot, bar w drodze na koronę zapory od strony miejscowości Solina. Karta dań wybitnie uniwersalna i barowa, ale żarcie było zjadliwe, ciepłe i w dużych ilościach.

Karczma „Brzeziniak”, Przysłup. Restauracja najbliżej naszego pensjonatu (15 minut piechotką po nieczynnych torach kolejki wąskotorowej – właśnie wracając z niej inną trasą wywaliłam się na asfalcie, ale cóż, ta zupa grzybowa była naprawdę dobra ;) ), porcje wielkie, w „normalnych” cenach (20-35 zł za danie główne), pyszne.

Przy okazji bardzo, bardzo polecam Pensjonat Horb i dziękuję Czytelniczce za polecenie :). Położony na końcu wsi, w nocy tylko żaby grały, widoki z tarasu przepiękne, śniadania super (oprócz pieczywa, wędliny, sera i warzywnych dodatków zawsze dostawaliśmy coś ciepłego, do tego można sobie wziąć płatki czy jogurt, plus oczywiście kawa i herbata), pokoje wygodne i wyposażone we wszystko, co jest potrzebne (ręczniki w łazience, suszarka do włosów, lodówka, telewizor ;) ).

Widok z tarasu Horba

Widok na pensjonat (to białe)

Może kiedyś tam wrócimy, bo jeszcze kolejkę wąskotorową trzeba zaliczyć, do Przemyśla pojechać, Polańczyk zwiedzić albo na jakowąś wycieczkę stamtąd wyruszyć…

Dialog rodzinny

Siedzimy przy komputerach, Mrówka usadziła mi się na kolanach i zagaduje.

Ł: Cicho.
M: Mru.
Ł: Cicho!
M: Mrru.
Ł: CICHO!
M: … Mrr.
k., tarmosząc Mrówkę: Jakby to miało zadziałać. Ona zawsze musi mieć ostatnie słowo.
M: … Mru.

Uroki sezonu przedurlopowego

Przedpołudniem ostatniego dnia pracy przed urlopem, na 7 pacjentów, 6 jest zapisanych z leczeniem kanałowym. Jeden mleczak, chyba 2 wypełnienia kanałów, reszta pierwsza wizyta po dewitalizacji/wstępnym oczyszczeniu.

Już raz było podobnie. Ciekawe, czy nam narzędzi starczy.

Dobrze, że po południu tylko jeden „kanał”, może dożyję…

(Ł. wczoraj wieczorem zaczął snuć plany. Wyjeżdżamy w piątek po południu, odbieram go z pracy.
Ł.: To w piątek wychodzę z domu i jest duża szansa, że nie wrócę. Pakujemy się, rzucamy wszystko w pi*du i jedziemy w Bieszczady.)

Łikęd

Po pierwsze, dzisiaj znowu byłam u pani Agnieszki. O homeopatii ani słowa, ale w nagrodę boli mnie tyłek (a konkretnie okolice kości ogonowej). Rozmasowany został. A raczej wmasowany w stół. Będą siniaki. Poza tym moje biodra są w stanie najwyraźniej strasznym. W karku też chrupało.

Po drugie, zaczynam się zastanawiać, po kiego nakupowałam gier na PS4, skoro w obsłudze pada jestem absolutnym beztalenciem. Ćwiczenie czyni mistrza, tak? Mam nadzieję. Zrobiłam podejście do Horizon Zero Dawn. Grafika boska, sprawne sterowanie na razie poza moim zasięgiem. Trzeci Wiesiek i Assassins’ Creed: Black Flag sobie jeszcze poleżą na półeczce.

Po trzecie, serdeczne pozdrowienia dla higienistów stomatologicznych-praktykantów, którym nieopatrznie zdradziłam adres tego bloga. Proszę go zachować dla siebie, a przynajmniej nie zdradzać mojej tożsamości. Miłej lektury. :)

Po czwarte, od poniedziałku K. i mój szef będą na urlopie i już się cieszę na samą myśl o najbliższych dwóch tygodniach. Jakoś przeżyjemy, ostatnie 6 sezonów urlopowych też przeżyliśmy. Ciekawe, czy reszta obsady się tak przejmuje, jak mnie nie ma tydzień czy dwa.

Po piąte, spóźnione, „Wonder Woman” jest filmem fajnym, ale nie jestem feministką na tyle, by piszczeć z zachwytu na sam fakt, że wyreżyserowała go kobieta. Pozostaję fanką seksistowskiego Marvela.

Poza tym szykuje się leniwy weekend. Dobrej pogody wszystkim życzę :).

Poświąteczny zapitolnik

Dzisiaj rano miałam przemożną ochotę znalezienia sobie wymówki, żeby nie pójść do pracy. W planie ponad 10 godzin w przychodni (jakieś 8,5 przy fotelu), która była zamknięta od piątku włącznie.

Wymówka by się znalazła. Jak chociaż prawdopodobnie rozkwitające zapalenie gardła, do rodzinnego można by pójść. Potem sobie przypomniałam, że rano będę jedynym pracującym lekarzem. To się wzięłam i pojechałam do pracy.

8 zapisanych pacjentów, całe szczęście właściwie same zachowawcze. Przyjętych pacjentów dodatkowych: 10.

W czasie zmieściłam się głównie dzięki temu, że pacjentów mam zapisanych co 40 minut. W tej chwili mało który zajmuje tyle czasu, nawet z wizytą pośrednią w leczeniu kanałowym trzonowca mieszczę się w pół godziny. Leczenie zachowawcze zajmuje mi jeszcze mniej czasu – to, co się nadrobi z tych 40 minut, zostaje na pacjentów z bólem. W rezultacie tych 18 pacjentów przyjęłam w 4 godziny 40 minut.

Oczywiście były pretensje do asystentki. Że czemu czekają tyle czasu. Bo się lekarz nie rozdwoi. Ale to mała dziewczynka. Dziewczynka się bawiła przez godzinkę czekania, potem się okazało, że jej wypełnienie z mleczaka wypadło i wcale nie była cierpiąca. Dlaczego ja muszę czekać, skoro płacę. Bo jest pan dodatkowo, poza tym NFZ twierdzi, że nie jest pan ubezpieczony. Jak nie jestem, mam ubezpieczenie w Niemczech. To się proszę w Niemczech leczyć, a nie za każdym razem mieć pretensje do systemu, na który nie mamy wpływu.

Medal się należy. ;)

Dzisiaj też zbliżyła się do końca historia mojego zepsutego czytnika. W sobotę wysłałam do supportu Legimi mejla z wieścią, że racji braku wieści co do mojej rękojmi od ponad 14 dni kalendarzowych od zgłoszenia, Kodeks Cywilny (wrzuciłam nawet odpowiedni artykuł – prawne ściągi w sieci to dobra rzecz ;) ) każe taką rękojmię uznać za rozpatrzoną. Dzisiaj rano otrzymałam odpowiedź przepraszającą za zwłokę i informującą, że wyślą nowy czytnik. Tylko kolor będzie inny, bo mogłam dostać biały od razu (czyli za dwa dni) albo szary najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu. Mi tam już w sumie wsio. Byle działał. Przynajmniej będę pewna, że tego starego mi nie odeślą ;).

W weekend moje autko znowu powędruje do mechanika. Autko generalnie fajne, miło mi się nim jeździ od tych trzech lat i 40 000 kilometrów, ale najwyraźniej silnik nie lubi LPG. Kafelek pewnie trzaśnie. Już się cieszę.

Medal się należy

Środa wieczór. Z okazji świąt brak zajęć w szkole. Gardło zaczyna pobolewać. Siadam do kompa po pracy. Robi mi się zimno. W łóżku ląduję koło 19, opatulona kołderką i kocykiem. Kawka zbożowa na mleku + miód. Solidne dreszcze. Pomiar temperatury – pod pachą 35,5 stopnia (co mi się dość często zdarza), w jamie ustnej 37,3. Normalnie choruję jak mężczyzna, lekkie odchylenie od normy w stronę dowolną (sama już nie jestem pewna tych norm…), a ja umieram.

Pożaliłam się na Fejsie, że mną trzęsie. Jakiś czas temu złamałam swoją zasadę niezapraszania współpracowników (lekarzy, asysty) do znajomych. Asystentka K. (która jest jedynym wyjątkiem w tej zasadzie, jako chyba najmniej plotkująca z całej firmy ;) ), z którą miałam pracować dnia następnego, uczynnie wstawiła smutną buźkę. Oświadczyłam, że mam zamiar pójść w czwartek do pracy (start o 11:30, do 17:40). Chętnie bym sobie darowała, ale na pierwszy rzut był zapisany zatruty mleczak* dziecka sąsiadki, a kolejny wolny termin najwcześniej za trzy tygodnie. Trzeba spiąć poślady i dojść do siebie.

Po jako-takim umyciu się znowu trafiłam do łóżka pod kołderkę i kocyk. Telepie dalej. Gdzieś w środku nocy odchylenie od normy temperatury ciała odpuszcza i czuję się w miarę normalnie. W zamian zaczyna boleć głowa.

Rano apetytu brak. Korzystam z faktu posiadania płatków śniadaniowych, zakupionych właśnie na takie okazje (oraz na okazję pt. wymiana łuku/założenie łańcuszka = nie ma mowy o żuciu czegokolwiek przez 2-3 dni). Z wahaniem zbieram się do pracy, „najwyżej wrócę wcześniej”. Buteleczka z Apapem do torebki i jazda. Dwie tabletki wzięte przed podejściem do fotela. „Ojeeeej”, stwierdza ze współczuciem K., widząc te tabletki.

Mleczak wyleczony. Bierzemy następnych.

Dwóch ostatnich pacjentów się wypisuje. Oficjalny czas zakończenia pracy kurczy się z ok. 17:40 do 16:20. Nie mam nic przeciwko temu, pacjenci bólowi i tak mogą przychodzić do 14:30, mi nie płacą za godziny, więc zrobię, co muszę i jadę do domu.

K. w pewnym momencie oświadcza, że powinniśmy dostać medal za poświęcenie dla pracy. Ja z upływem czasu czuję się coraz lepiej, chociaż właściwie nie mam pojęcia, jak źle wyglądam.

Przyjętych 19 pacjentów, w tym jedna usunięta górna ósemka mimo braku RTG (mam obecnie wątpliwości przed usuwaniem górnych bocznych zębów po tym, jak mi się dwa razy w krótkim czasie zdarzyły tzw. puz-y – połączenia ustno-zatokowe. Dzięki wszelkim bóstwom za chirurgów stomatologicznych, gotowych przygarnąć takowe owieczki w ciągu kilku godzin**). Gardło boli coraz bardziej. Aż się cieszę na myśl o piątkowych zakupach z samego rana***.

Medal się należy za te wyleczone mleczaki, usunięte ósemki i narażanie pacjentów na zapalenie gardła. Podobno wirus jakiś krąży czy coś. Co złego to nie ja.

* tak, wiem, do zębów są przytwierdzeni pacjenci. Określanie przyczyny, z którą przyszli, jest jednak o tyle prostsze…
** puza trzeba odpowiednio zaszyć. A ja nie umieju, więc po puzie zazwyczaj jest dzwonienie po okolicznych chirurgach i wysłanie pacjenta z odpowiednią karteczką. Niniejszym macham rączką i kłaniam się z wdzięcznością do wszystkich chirurgów, którzy są gotowi wcisnąć ofiarę mojego powikłania pomiędzy swoich pacjentów.
*** polecam patent na małe kolejki przed świętami – pójść do marketu tuż po otwarciu. Niedaleko mam Auchan, w którym „hala” otwiera się o 8, a reszta sklepów o 9. Zakupy na „hali” przed 9 to niemal gwarancja krótkich kolejek (a potem można się przebiec po już otwartych sklepach dookoła). Tylko brokułów nie mieli. Jak to możliwe, że nie było brokułów.

Łamanie kości

Się wybrałam do pani Agnieszki, która regularnie nastawia moją siostrę. Się dowiedziałam, że mam jedną nogę krótszą (to chyba u nas rodzinne), i że tragedii nie ma i będę żyć.

Bioderka i barki miałam okręcone dookoła, szyję zresztą też, aż chrupnęło. Był wdech i wydech i wciskanie kręgosłupa w podłoże (też chrupało). Dzisiaj żyję i jest dobrze. Powtórka w czerwcu albo za pół roku.

Jednym pani Agnieszka zaplusowała znacznie. Mianowicie stwierdziła, że wystarczy, jak będę ćwiczyć raz w tygodniu ;). Tzw. kije (nordic), basen albo joga. Na basen zbieram się od sierpnia (od kiedy mam wolne piątki. Nie byłam ani razu, nie licząc weekendu w SPA). Kije wezmę w Bieszczady, po okolicy zacznę chodzić, jak się zrobi cieplej. Kupiłam książkę do jogi i sobie poczytałam. Informacje o odnowie duchowej potraktowałam wybiórczo (tak jak rewelacje, że kogoś z ciężkich objawów alergii wyprowadził homeopata – jako osoba ze skrótem lek. w dyplomie jestem zobowiązana na stosowania udowodnionych medycznie technik leczenia), ale jeśli spokojne, nieobciążające ćwiczenia mają mi poprawić kręgosłup i do tego jeszcze odchudzić, to się może zmobilizuję na te pół godzinki dziennie przez zaśnięciem. Albo chociaż trzy razy w tygodniu. Podobno wytwarzanie nowego nawyku trwa średnio około dwóch tygodni.

Zobaczymy. Kciuków nie trzymajcie, bo znając mnie, szanse powodzenia są nikłe.

PS. Co do homeopatii, ktoś z moich znajomych niedawno wrzucił linka do ulotki leku homeopatycznego. Cytuję, „Homeopatyczny produkt leczniczy bez wskazań leczniczych.” i „Ten sam lek można stosować w leczeniu różnych chorób, a jego wskazania terapeutyczne są bardzo szerokie, dlatego też do leku nie dołącza się ulotki informacyjnej i nie umieszcza się na opakowaniu informacji dotyczących sposobu dawkowania.” Powtarzam, „bez wskazań leczniczych” i „nie dołącza się ulotki informacyjnej i nie umieszcza się na opakowaniu informacji dotyczących sposobu dawkowania”.

Nicnierobienie

Mój tygodniowy urlop na nicnierobienie dobiega niniejszym końca. Pierwsze cztery (a właściwie 5, bo razem z niedzielą) minęły mi na właśnie nicnierobieniu z przerwami na podstawowe sprzątanie i zakupy. A nicnierobienie w moim wypadku to przesiadywanie w Internecie, na łóżku z książką albo granie w „Wiedźmina”.

Weekend od piątku do dziś był wyjazdowy. Jakoś udało mi się przekonać Ł. do wypadu do mojego ulubionego hotelu ze SPA. Poprzedni nasz pobyt w hotelu był związany z moją konferencją, lokalizacja była średnio przyjazna (posiłki wieczorem były wydawane za każdym razem w innym miejscu, poza tym Ł. się najzwyczajniej w świecie wynudził jak mops), więc nasz wypad do Andersa w Starych Jabłonkach był okupiony ryzykiem, że padnie „nigdy więcej!” i później jeździć będę sama albo wcale. Oba wyjścia niefajne, bo ja Andersa bardzo lubię, a jeździć w pojedynkę, jak się jest w związku, też tak trochę nie bardzo.

Podeszłam do tego metodycznie. Mianowicie jakieś 15 minut drogi od Andersa leży Gietrzwałd i Karczma Warmińska. W Karczmie kiedyś już byłam, opinie mają bardzo dobre. Więc  najpierw pojechaliśmy na obiad. I to był bardzo dobry pomysł, bo żarcia było dużo, było pyszne (czernina spełniła oczekiwania Ł., choć ja osobiście nie mam nawet odwagi spróbować), podane szybko i przez miłą obsługę. Więc udało się trochę przykryć wątpliwości ;).

A Anders jak Anders – ładne pokoje, wygodne łóżko, basen i sauna w cenie noclegu, posiłki w formie szwedzkiego stołu (pierogi z rybą na kolację w piątek rozwiały chyba resztę wątpliwości). Na sobotę miałam zaplanowane zabiegi w SPA, do tego dokupiliśmy godzinkę na torze do bowlingu, była też zaplanowana bardziej romantyczna kolacja. Po śniadaniu poszliśmy też na basen. Rezultatem naszych sobotnich aktywności jest to, że dzisiaj ja się ledwo ruszam, a Ł. też jest nieco zesztywniały.

Ogólnie ten wyjazd minął nam pod znakiem pysznego żarcia. Trzeba się przeprosić wreszcie ze sprzętem do fitnessu i pożegnać słodycze.

Wnioski z soboty: w bowling jestem niezmiennie beznadziejna; nie wiedziałam, ile tracę, nie korzystając wcześniej z sauny; jak już zabierać laptopa i dysk przenośny, dobrze zabrać jeszcze kabel HDMI, bo hotelowe telewizory nie trawią plików .mkv.

Najważniejszy wniosek padł jednak przed powrotem do domu: następnym razem, jak tam pojedziemy, to na dzień dłużej. Byłam w ciężkim szoku, jak to usłyszałam ;).

Recepcjonistka nie patrzyła dziwnie.

Pogoda była do kitu, nawet nie było kiedy pójść na spacer.

I zaklepałam nam miejscówkę na urlop letni. Bardzo dziękuję „dentystce z Lublina”, która pod poprzednią notką podrzuciła namiary – z jednego z nich skorzystaliśmy :). Urlop jednak odbędzie się w pierwszej połowie lipca. Przynajmniej taką mamy nadzieję, bo zadatek na lokum wpłacony, tylko szefostwo jeszcze o naszych planach nie wie.

Kolejne lenistwo za półtora miesiąca. Majóweczka :)

Tydzień dla zdrowia i urody

Przyszły tydzień mam wolny. Wszyscy dookoła mi zazdroszczą, jakby nie można było pójść do szefostwa i albo wykorzystać należne dni wolne (to dla szczęściarzy na umowie o pracę), albo pogodzić się ze zmniejszonym przychodem i pozwolić sobie na lenistwo i rozrywki (opcja dla pozostałych pracowników). Czasem trzeba. Moje plecy wołają o pomoc*.

No to w poniedziałek jadę do ortodontki. Ząbek, który miał się od ostatniej wizyty obrócić, się nie obrócił, a miejsce w łuku jest – tyle że trzy zęby dalej. Zobaczymy, co z tego będzie. Na razie wiem tyle, że z pudrowego różu ligaturek przejdę na jadowity fiolet. A co. Zabroni mi ktoś?

Potem planuję pojechać kupić sobie nowy stanik, o. Miałam to zrobić w Dzień Kobiet, ale pracowałam wtedy od 8 do 20, więc mi się nie chciało.

Wtorek będzie leniwy, planów brak. Może lokum ogarnę. Książkę poczytam, kryzys mam. W „Wiedźmina” pogram, golem na bagnach czeka na pokonanie ;) (wtajemniczeni będą pewnie pamiętać, o co chodzi).

Środa to będzie przedsmak weekendu. Najpierw na 10 kosmetyczka. Potem na 13 fryzjer. A później zakupy. I na koniec kino.

Czwartek znowu leniwie. Może uda mi się znaleźć jakieś lokum na urlop letni, na razie celujemy w Bieszczady. Warunek: przystępna cena, dobra baza wypadowa (w sensie w promieniu 100 km jest co obejrzeć/gdzie pochodzić), wygodne łóżko, swobodny dostęp do wyposażonej kuchni, ładna łazienka. Jako bonus dostęp do internetu ;). Jeśli ktoś zna jakieś przystępne lokacje**, proszę dać znać ;).

A w piątek do SPA :). Do niedzieli :). Trochę się śmieję, bo moi rodzice byli w tym samym hotelu w ten weekend. Ciekawe, czy recepcjonist(k)a będzie się na mnie dziwnie patrzeć, jako że nazwisko mam dość charakterystyczne ;).

A od kolejnego poniedziałku dalej praca. Do maja, długa majówka będzie :>. Urlop letni na przełomie lipca i sierpnia. Jednak takie odpuszczenie sobie jest mi potrzebne raz na 3-4 miesiące.

Tak jeszcze a’propo zdrowia, wstęp miałam w piątek. Byłam na cytologii. Dla osób, które nigdy nie miały, a mogą mieć (ja przez długi czas nie mogłam, chodziłam tylko na USG) – badanie nie boli, trwa dosłownie minutkę, a warto.

* Łamanie kości u tej samej pani, co regularnie nastawia moją siostrę, jest zaplanowane na 27 marca. Pewnie się podzielę wrażeniami, bo podczas rozmowy telefonicznej padło stwierdzenie, że „robi się lordoza kręgosłupa szyjnego, trzeba to najpierw nastawić”. Na moje pytanie, czy będę w stanie pracować dzień później, usłyszałam „a ma pani wybór?”. Stay tuned ;)

** BTW, lokacje. Widać, że się zabrałam za gry komputerowe…