Archiwum blogu

Jedna z większych zalet nowej lokalizacji

Jak padający od czasu do czasu (ostatnio częściej :( ) akumulator w końcu odmówi posłuszeństwa, to się nie panikuje, tylko grzecznie drepta przez 10 minut na stację kolejki miejskiej i się ląduje w pracy z niewielkim opóźnieniem.

W poprzedniej lokalizacji dojazd do mojej pracy wymagał samochodu. Bez niego byłaby to podróż piechotą, autobusem (który jeździ co pół godziny), kolejką (która do pracowej miejscowości jeździ co dwie godziny) i piechotą. Szacowany czas dojazdu: strach pomyśleć, poniżej godziny na pewno nie.

Jutro niestety będzie pobudka przed szóstą. Pociąg mam o 7:03, ostatni sensowny powrotny o 19 (później o 21), co nie byłoby problemem, gdyby nie to, że na 18:30 mam pacjenta. Jutro będzie kombinowanie z grafikiem, bo całe szczęście zrobiła się luka i może uda się to wszystko jakoś poprzesuwać…

Mrówka uczy mnie pisania bez patrzenia w klawiaturę. Kocica uwielbia ustawiać się między mną a ekranem laptopa.

Złamas

Czwórka dolna po leczeniu endo, niedopełniona, boląca (kiedyś, po moich działaniach przestała), więc trzeba ją udrożnić. Zastosowałam ciężką artylerię w postaci udrażniaczy mechanicznych. Po usunięciu starego wypełnienia kanału (olejek eukaliptusowy rulez) udało się posunąć do przodu o 0,2 mm. Innych narzędzi niet, choć to wyraźnie jest już tępe. Mówię do asystentki, że trzeba takie zamówić, i to nie takie „Hodstremowe„, tylko ze skrętem jak pilniki K. Hodstremowych pilników (czyli pilników H) nie lubię, bo nie ufam narzędziom, które w teorii mogą się łatwo zaklinować i złamać.

W pewnym momencie udrażniania kątnica „wpada” mi z narzędziem do kanału. Znaczy a) albo przebiłam się do ozębnej, ale nie zgadza się to z endometrem i pacjent nie podskoczył, albo b) mam złamasa.

Oczywiście było to b.

W kątnicy zostało pół „części pracującej” narzędzia. Jeszcze spokojnie zerkam do zęba – widać narzędzie. Delikatnie pogmyrałam pilnikiem K przy odłamanym fragmencie (latał łatwo po kanale), w końcu udało się wyciągnąć go w całości pęsetą. Na tym zakończyłam tę wizytę, mam nadzieję, że do następnej nowe udrażniacze już będą dostępne…

A takie emocje mogły być, widzita. A wyszło samo ;).

Fani na FB wiedzą już, napiszę też tutaj: kupiłam sobie stół. Niniejszym meble w pokoju dziennym mam kolorystycznie każde z innej parafii, chociaż przodują w tym fronty szafek kuchennych, które, choć kupione w jednym kolorze, dzisiaj stanowią dość ciekawy widok. Z racji wniesienia rozebranego stołu i zeżarcia ptysia celem uczczenia tego faktu, notka jest, jak widać, ponownie nieskładna i na tym zakończę tę dzisiejszą opowieść.

Ups, dorosłość

Wczoraj wieczorem stanęłam dość bezradnie przed szafkami kuchennymi, czego przyczyną był napad świadomości, że karma dla kotów jest na wykończeniu i że w sumie to bym sobie jajecznicę zjadła, ale jajka wyszły w piątek. I chleba nie ma i nie mam go gdzie o tej porze kupić, ale jechać na zakupy gdzieś dalej wybitnie mi się nie chce po wojażach gdańsko-gdyńskich.

Całe szczęście okazało się, że chleb jeszcze był w zamrażalniku, a kotom tłuszczyku nie brakuje, więc jak dostaną ostatnią porcję karmy jutro rano i zaczekają do wieczora na mój powrót z pracy, od rodziców i z zakupów, to im się krzywda nie stanie. Mrówka najwyżej będzie się bardziej pałętać pod nogami i miauczeć z wyrzutem.

Wczoraj prawie udało mi się rozpakować drugi (z dwóch) duży karton z ciuchami. Codzienne ubrania ładowałam do szafy, która wczoraj dorobiła się drążka (śledzący wydarzenia na FB wiedzą, o co chodzi ;) ), pozostałe do mojej starej szafy narożnej. Przerzucam też rzeczy mojego Rodzeństwa z szaf do biura/graciarni, zajmując swoimi drobiazgami w ten sposób zwolnione miejsce. Muszę zacząć składać kartony i wyrzucać te, które nie będą mi już potrzebne (czyli nie są po moim sprzęcie), wtedy zrobi się więcej miejsca. Kiedy skończę to rozpakowywanie – nie wiadomo, zwłaszcza, że wszystko niezbędne do życia jest już dostępne pod ręką, a nie w pudle. To nie wróży za dobrze postępowi prac.

Dzisiaj zaopatrzyłam się w proszki do prania i przywiozłam z domu swoją ukochaną tablicę korkową, ale z racji też innych zakupów to ostatnie zostało w samochodzie i wniosę ją dopiero jutro po pracy, bo kilkukrotne drałowanie na trzecie piętro w stanie twarzopadu przyjemne nie jest.

Koniec urlopu, który dla mnie zleciał jak bardzo intensywny weekend (mimo czwartku praktycznie w całości przespanego z powodu słabej grypki-jednodniówki). Jutro do pracy 8:00-18:30. We wtorek to samo. W środę po pracy do nie-wiem-której załatwiam dwie opony zimowe i chyba miałam zrobić coś jeszcze, ale nie pamiętam, co. Prawdopodobnie kupić sobie stół, ale nie będzie miał go kto wnieść na wspomniane trzecie piętro. Łóżko kupię też cholera wie, kiedy, pewnie skończy się na jakiejś tańszej ramie z BRW i pal licho póki co bladą kolorystykę sypialni. Prowizorka jest najtrwalsza.

IKEA

Jutro w planach. Na 10 jadę na kurs do Gdańska, po raz pierwszy śmignę tak daleko autkiem, brr. MM dojedzie komunikacją miejską i razem pojedziemy do IKEA, gdzie będę polować na łóżko i ławę z podnoszonym blatem (o ile mają. Jeśli nie będą mieli, to ja wiem, gdzie są takie). I na parę innych drobiazgów, typu noże do obierania warzyw, bo szanowne moje Rodzeństwo toleruje tylko obieraczki i małych noży w tym mieszkaniu niet. Chyba, że mi zabrało.

Rodziciel wysłał mi linka do sprzedawcy na Allegro, który wystawia materace jakoś tak o połowę tańsze niż zwykle można dostać. Sam sobie kupił i chyba poleca.

Poza tym jak sobie dzisiaj zdałam sprawę, ile jest różnych opcji na zrobienie obiadu (średnio szybka – jeśli chce się ją na mięsku – zupka z mrożonki, danie z mrożonki, słoiki, porcjowane mięso, fixy itp.), to mi się mój kucharski humor nieco poprawił. Co nie zmienia faktu, że następną okazję do gotowania obiadu będę miała dopiero w środę.

Szwy z wycinanek zdjęte, teraz działam tylko na „stripach”. Będę z nimi chodzić kolejne 2-3 tygodnie (dostałam na zapas), żeby się rana nie rozlazła.

To tyle z kronikarskiego obowiązku ;)

Koci przełom

Mieszkanie wynajęłam z dwoma kotami w pakiecie. Zamieniłam szarego, głuchego, mimo to hałaśliwego Syberyjczyka i łaciatą (białą w czarne łaty), wredną zołzę na dużego, biało-rudego kocura i czarną, drobną, gadatliwą koteczkę. Kocur jest głupiutki i tchórzliwy, kotka po kociemu inteligentna i towarzyska. Kocur najpierw chował się na szafach, potem przede mną uciekał, kotka… nie miała nic przeciwko mnie. Spały nie wiem, gdzie, na pewno nie ze mną.

Poprzedniej nocy kotka (Mrówka) po przewróceniu czegoś w sąsiednim pokoju przyszła do mnie do łóżka się pocieszyć. Tej nocy oba stwory obudziły mnie koło czwartej swoją bitwą, którą przerwały po moich głośnych sykach, po czym pocieszenia wymagał kocur (Kisiel). Potem miałam, oczywiście, problemy z zaśnięciem, ale jakoś się udało i obudziłam się znowu 2 minuty przed budzikiem.

Oba koty leżały ze mną w łóżku.

Osobiście uważam to za przełom :). Z tej okazji może im kupię dzisiaj jakiś smakołyk ;) (i tak mają ze mną dobrze, bo nie dostają Whiskasa, tylko karmę wartościową odżywczo)

Tak poza tym, muszę się przyzwyczaić do większego hałasu w nocy. Kilkadziesiąt metrów od moich okien przebiega ruchliwa, krajowa droga, więc coś szumi praktycznie cały czas. Zegar w kuchni (a raczej aneksie) hałasuje. Koty się tłuką. W domu miałam tylko chrapanie Rodziciela za ścianą.

Zbieram siły i odwagę na kupienie łóżka (na razie śpię na wersalce w „salonie”) – chyba zamówię transport, bo wczoraj szafkę pod telewizor (tak, wiem, zakupy! :P) udało mi się przewieźć tylko po rozłożeniu kanapy w autku. Kartony z łóżkiem raczej się w nim nie zmieszczą. No i materac, który też będzie mnie sporo kosztował. Potem czeka mnie zbieranie jakichś 10 tys. zł na kuchnię. Wolałabym nie kupować na kredyt. Nie muszę mieć wszystkiego „na wypasie”: zlew, kuchenka, lodówka, mikrofalówka, kilka szafek. I powolutku do przodu. Na razie wszystko mam. Potem to wszystko wywędruje do Rodzeństwa.

Start w dorosłość.

Nie było czekoladowych :(

Ale śmietankowy świderek też jest bardzo dobry :).

Moje wygodnictwo w wożeniu się do Gdyni autkiem odbija się negatywnie na i tak mikroskopijnych ilościach wypijanego przeze mnie piwa. Nie jest tak, że piwo lubię (najwyżej smakowe albo zwykłe z sokiem), ale czasem chciałoby się chlapnąć sobie trochę. Matula jednak słusznie stwierdziła, że nie ma korzystania z liczydła promili, jak się jedzie, to ma być zero. Może to sobie odbiję w Krakowie i Warszawie.

Co do Krakowa, to z ośmiu planowanych tam dni mam już potencjalnie zapełnione dwa. Jeden to wyjazd do Oświęcimia (chociaż drugiej blogowej znajomości z tego niestety nie będzie :( ), drugi to popołudnie z dwiema adminkami forum, na którym udzielam się od czasu do czasu. Ten drugi (data już w sumie ustalona) to będzie niezła okazja na spożycie, zwłaszcza, że akurat tego dnia wypada rocznica ukończenia przeze mnie studiów :).

Wczoraj spotkałam w przychodni pierwszą… właściwie drugą znajomą osobę – koleżankę z liceum. Ciekawe, czy pójdzie fama po wsi ;).

A wczorajsze, czerwcowe piwko (w moim wykonaniu kawka i ciasteczko) z długoletnim przyjacielem pieszczotliwie zwanym Cucu zakończyło się ustaleniami co do przynajmniej dwóch tradycyjnych już maratonów filmowych. On ma wielki telewizor, kino domowe i filmy w HD, ja mam projektor, ekran 90″ i takoż kino domowe. I tak w ramach wolnej chaty u mnie lub u niego się spotykamy i on mnie ukulturalnia.

Swoją drogą, taki projektor to fajna rzecz jest. Uparcie twierdzę, że we własnym mieszkaniu nie będę mieć telewizora, ale jedna biała ściana, kilka głośników i odpowiednio nakierowany projektor nad kanapą w salonie to nie jest taki zły pomysł. Wychodząc z założenia, że będzie mnie stać na wydawanie kasy na rzeczy niekoniecznie niezbędne do życia. A ile radochy sprawię rodzicielowi prosząc o poradę przy zakupie ;)).

Idealnie…

34 metry kwadratowe, rynek wtórny, parter, 2 pokoje, urządzona kuchnia (z „półwyspem”! Marzy mi się taki!), lokalizacja dużego osiedla na dalekim końcu świata (pod lasem, jest bezpośrednie połączenie autobudowe z resztą miasta, gdyby samochód mi padł), 165 tysięcy złotych.

32 metry, parter, ogródek, aneks kuchenny, od dewelopera, dziwny układ (mieszkanie podłużne), po prostym pomnożeniu 32*3750 zł, które proponują, wychodzi ok. 130 tys. zł.

Ostatnio znowu na FB miałam dyskusję na temat wyższości kupowania mieszkania na kredyt nad jego wynajmowaniem. Osobnik po drugiej stronie optuje za tym drugim. Ja to traktuję jako wyjście awaryjne, na początek, jeśli banki nie będą chciały dać mi kredytu mieszkaniowego. Moje Rodzeństwo też najpierw wynajmowało sobie lokum, dopiero po jakimś czasie nabyło je (chociaż inne, co zrozumiałe) na kredyt.

Chciałabym już za rok choć wstępnie się cieszyć.

Fiksacji mieszkaniowej ciąg dalszy. :)

Chętka na własne mieszkanie…

… wzmaga się u mnie wprost proporcjonalnie do częstości wyganiania mnie z łazienki przez rodziców. W rezultacie mogę w niej spokojnie przesiadywać (a potrafię godzinaaaami) tylko w dwóch sytuacjach: kiedy rodzice a) są poza domem i wracają dopiero następnego dnia, b) poszli już spać, czyli po 22. Przy czym ten drugi przypadek jest ograniczony moją własną sennością.

A łazienkę chcę mieć jasną, kiczowatą, w błękitach, o. I porządną lampą nad dużym lustrem!

PS.: Jeśli ktoś tego jeszcze nie zrobił, niech wypełni ankietę.

Jeszcze tyle czasu…

… do spełnienia tego marzenia, że aż mi z tym źle.

Rok? Dwa? Trzy?

Czemu aż tyle?

Ludzie pytają „a co, źle ci?”, „z kim będziesz tam mieszkać?”.

Tak, czasem mi źle, choć nie muszę spłacać kredytów (poza rodzicielskim na samochód), płacić rachunków i wykańczać pokoi.

Sama będę mieszkać. Sorry, z kotem. Mamy XXI wiek.

Mam chyba za dużo czasu na myślenie…

Moje miejsce na ziemi

Miejscowość, w której mieszkam, jest mała, położona w rozległej dolinie o zalesionych zboczach. W drodze do pracy przez chwilę jadę prosto w kierunku jednego ze zboczy.

Któregoś dnia, gdyby nie to, że się spieszyłam, zatrzymałabym się na poboczu i zrobiła zdjęcie.

Piękny, mieszany las z ciemnozielonymi sosnami i rudziejącymi drzewami liściastymi. Piękna mozaika kolorów, jak dar od natury, przeprosiny za niepewną pogodę: choć na razie Pani Jesień jest dla nas łaskawa. Pomyślałam wtedy, że lat spędzonych w tym miejscu, wspomnień, tych widoków, nikt nigdy mi nie odbierze.

Warszawska znajoma mojej mamy twierdzi, że matuli byłoby lepiej w mieście. Może czasami tak, ale przyzwyczajeni do ciszy i spokoju woleliśmy zapuścić korzenie w tym miejscu. Każde ma własny samochód, więc póki sił starczy – a rodziców mam sprawnych – możemy się śmiało przemieszczać.

Kiedy powiedziałam mamie o moim zachwycie nad widokiem lasu, stwierdziła, że może trzeba podzielić nasz dom na dwa mieszkania, żebym została jednak z nimi.

Ale ja powiedziałam „Nie”. Nie od razu. Może za kilka lat.

„Bo chcę…”, zaczęłam.

„Nauczyć się żyć samodzielnie”, dokończyła mama.

„Tak”, odparłam.

MARZĘ o swoim własnym mieszkaniu.

W mieście.

Własnym, tylko moim.

Gdzie mogłabym żyć po swojemu, bez oglądania się na innych.

CHCĘ mieć to swoje M2.

Martwię się już na wieści o tym, jak ciężko jest dostać kredyt, że mieszkania może będą drożeć, ile w ogóle kosztowałoby własne gniazdko.

Coraz bardziej żyję tą myślę i nie mogę się doczekać.

A co do widoków… Raczej nie wyprowadzę się na koniec świata. Do sąsiedniego miasta. Albo do trochę dalszego. Gdzie mnie wyniesie pogoń za pracą. Gdzie dostanę pensję 3000 zł netto, bo podobno tyle jest potrzebne, żeby w miarę wygodnie żyć. Będę pewnie często wracać do tej zielonozłotej doliny i pstrykać zdjęcia.

We środę, o ile będę pamiętać, może się zatrzymam i zrobię fotkę, i tu pokażę.