Archiwum blogu

Raport

  1. Oprócz tego, że moja asystentka uprawia aktywną asystę, rozumiemy się świetnie też w innych kwestiach, jak choćby lenistwa.

    Czwartek. Praca podobno do 18. Asystentka obdzwania pacjentów, żeby potwierdzić, że przyjdą (nieprzychodzenie pacjentów jest zjawiskiem zdecydowanie zbyt powszechnym).

    A: Ostatni pacjent nie przyjdzie. Mam poszukać kogoś w to miej…
    Ja: Nie.
    A: [radosny wyszczerz]

  2. Poza tym, praca w sobotę nawet do 11 stwarza wrażenie, jakby mi ktoś ukradł pół weekendu. Całe szczęście, kolejna pracująca sobota dopiero 20 grudnia.
  3. SKOŃCZYŁAM REMONT!!! Dzisiaj dokonałam ostatnich poprawek, umyłam pochlapane farbą drzwi i podłogi (trochę się pochlapały, no), i polakierowałam krzesła po malowaniu bejcą. Przy okazji wniosek: najfajniej maluje się ściany. Do malowania mebli i sufitów się nie nadaję. Oba te elementy wyszły mi beznadziejnie i nie wiem, co zrobię, jak moi rodzice przyjadą w niedzielę, żeby podziwiać.

    Może jakiś dobry sernik upiekę (pierwszy raz w życiu), to odwrócę uwagę od nierówno pomalowanego sufitu i zacieków na krzesłach…

    Książki i filmy wróciły spod okna w sypialni na swoje miejsca na regałach w salonie, chociaż rozważam pożegnanie się z częścią książek…

  4. Ostatnio wyszło parę filmów na BR, na które się napalam. Drugi „Hobbit” w wersji rozszerzonej już kupiony, tylko nie mam z kim obejrzeć. Przed kinową premierą trzeciego filmu pewnie się za to zabiorę. „Strażnicy Galaktyki” wylądują u mnie na półce możliwie zaraz po premierze (czyli 3 albo 6 grudnia – na Mikołajki :) – bo wychodzą 2 grudnia, a ja we wtorki jestem cały dzień w pracy i jednak nie będzie mi się chciało po 19 jechać po jeden film), z „Jak wytresować smoka 2” zaczekam do Gwiazdki ;)
  5. Z randkowaniem idzie mi średnio. Niestety, znaleźć w okolicy osobę, która przynajmniej częściowo podziela moje zainteresowania (patrz wyżej) i osobowość (głęboko zakorzeniony introwertyzm), jest dość trudno…
  6. Najfajsiejsi są goście, którzy wysyłają wiadomości z szablonu, nie dodając nic od siebie, więc ich wiadomości dosłownie kończą się na „Mam na imię…” . Zostali zignorowani.
  7. Ech, życie towarzyskie… Po co to komu…

Kronika remontowa c.d.

Zaczęłam powolutku sprzątać. Znaczy, sprzątam od wtorku, ale idzie mi to bardzo powoli. W zeszłym tygodniu wreszcie rozłożyłam meble salonowe na mniej-więcej swoich miejscach, ale mam jeden fragment ściany do poprawki, więc regał na książki, który będzie musiał być później przesunięty, stoi na razie pusty.

W sobotę wieczorem, przez to całe przesuwanie mebli i podpinanie z powrotem zestawu kina domowego, zepsułam sobie internet. Kabelek wysunął się z gniazdka. ;) W niedzielę rano naprawiłam (po sugestii dyżurnego pana konserwatora) i jestem z siebie bardzo dumna.

Przy okazji stwierdziłam, że mam za mało znajomych i zapisałam się na portal randkowy.

Dzisiaj z kolei pożyczyłam sąsiada z bloku obok, który przykręcił mi szafki łazienkowe z powrotem na swoje miejsca. Przy okazji okazało się, że przy szpachlowaniu zbędnych dziur w ścianach, przy jednej szafce zaszpachlowałam nie te dziury. Ale udało je się szybko zrobić na nowo (znaczy usunąć szpachlówkę). Mogę chociaż łazienkę ogarnąć…

Kuchnia też wróciła mniej-więcej do stanu pierwotnego. Zostały tylko regały w salonie. No i poprawki, ale to zrobię nie wiem, kiedy. Może w sobotę po pracy…

I jeszcze w planach może wieszanie nowego karnisza w salonie, bo obecny nie zostawia dużego pola manewru (wisi bardzo wysoko pod sufitem), a chcę zastąpić przybrudzone rolety rzymskie zasłonami…

Tak jakoś leci…

Dzisiaj cały dzień jestem zmęczona. Powinnam wyprasować trochę ciuchów, ale krzywię się na samą myśl. I literówki sadzę co chwilę.

Idę pod prysznic…

Kronika remontowa

[Wstęp napisany 17.10.2014, później wpis aktualizowany na bieżąco]
Mieszkam w obecnym mieszkaniu ponad 2 lata. To nie był mój wybór, by tu zamieszkać, w sensie to nie była swobodnie podjęta decyzja, tylko sytuacja wynikła z różnych wskazań życiowych. Tak czy siak, przez te dwa lata ze średnią akceptacją patrzałam na przybrudzone ściany w pokoju dziennym i wybitnie niepasujący mi, ciemny kolor tych fragmentów ścian łazienki, które nie są wyłożone białymi kaflami. Wynajmuję to mieszkanie, nie jest moje, często mi mówiono, że nie ma co inwestować w nie kasę i czas, bo nie wiadomo, jak długo w nim pomieszkam. Na razie zainwestowałam w rolety. I trochę mebli. I nic więcej.

2.10.2014 – dowiaduję się, że moja nadzieja na rychły powrót do domu rodzinnego raczej nie ma większych podstaw. Po kilku godzinach dochodzę do wniosku, że równie dobrze można się tu (w obecnie zajmowanym mieszkaniu) bliżej urządzić.

3.10.2014 – postanowienie malowania ścian w pokoju dziennym i łazience. Czytaj dalej »

Sytuacja się pogarsza.

Znaczy, z tego się robi uzależnienie…

woski

woski

Moja obecna kolekcja wosków + świeca o zapachu, w którym się zakochałam i który jest wycofywany. Na zdjęciu nie ma moich zapasów, czyli powtórek ;)

Na razie przerwa w kupowaniu. Będę się trzymać z dala od CH Riviera, bo znając życie, jeśli tam pojadę nawet na inne zakupy, to wrócę z kolejnymi woskami. Na razie zatem wystarczy. W Trójmieście i okolicach jest gdzie robić zakupy…

Smrodziciele.

Koleżanka czyta dużo książek i je recenzuje. Do pewnego stopnia zainspirowała moje książkowe wypociny, na których temat nikt się nie chce wypowiedzieć, chociaż wątpię, że brak zainteresowania by mnie powstrzymał przed pisaniem recenzji. Wszak to mój blogasek, o.

Rzeczona koleżanka (a nigdy się na oczy nie widziałyśmy) recenzuje nie tylko książki, ale też m.in. woski Yankee Candle. To takie coś, co się odkrusza, kawałki umieszcza w miseczce kominka, odpala się w nim podgrzewacz do herbaty i się czeka na aromat.

Ponieważ dzisiaj skończyłam wcześnie pracę, wróciłam do domu, wcześniej zaliczywszy obiad u mamy, stwierdziłam, że skoro nie mam za dużo sprzątania w planach i na sumieniu, będę się nudzić do 20 (środy bez komputera – od wyjścia do pracy do 20 – nadal są praktykowane, czasami rozszerzane na inne dni tygodnia). To pojechałam do Gdyni. A tam, na parterze Centrum Handlowego Riviera, stoisko Yankee Candle.

No sorry, Kasiek. Twoja wina. Kupiłam trzy woski.

Odkruszyłam troszeczkę. Odpaliłam świeczkę. Dwie minuty i poczułam moim wiecznie przytkanym nosem pierwsze sygnały, że wosk się topi.

Tak to wygląda:

swieczki

(to są moje trzy nabytki. Rodzajów wosków są generalnie dziesiątki)

Ta odrobina oderwanego wosku (widać, jakiej są wielkości w porównaniu ze świeczką w kominku) wystarczyła do rozniesienia słodkiego aromatu na moje całe, 43-metrowe mieszkanie.

Nie kupiłam Miękkiego Kocyka, choć korciło. Podobno produkt flagowy ;)

Fajowa sprawa, generalnie. Jak ktoś lubi sobie smrodzić w mieszkaniu, już teraz mogę polecić :).

Ale recenzować ich nie będę. Wystarczy tych inspiracji. Poza tym, nie mam do tego nosa ;)

Ofiara krwi

Na urodzinki od Rodzinki dostałam pikną mikrofalówkę! Piknie pasującą do reszty mojego inoxowego, mniej lub bardziej drobnego AGD w kuchni. Wprawdzie początkowo obsługa mnie nieco przerosła, ale ją rozpracuję!

I pewnie będę jej używać raz na tydzień, jak starą kuchenkę (około dwudziestoletnią. Firmy Goldstar. Nadal działa – znaczy daje się ją naprawić, bo jeszcze – odpukać – nie zepsuła się na amen), którą chce zabrać Rodzeństwo. ;) Ale mikrofalówka musi być!

Kiedy już w końcu rozkminiliśmy, jak ją umieścić we wnęce w szafkach kuchennych, Rodziciel zaciął się w palec przy przenoszeniu :(. Jakaś ostra krawędź obudowy :(. Ofiara z krwi… Ale szyć raczej nie trzeba, wystarczył plasterek.

Mam tylko pytanie, jeśli producent twierdzi, że mikrofalówka ma termoobieg i jest w stanie się rozgrzać do 190 stopni, to czy mogę piec ciasta w niej, zamiast w szalonym piekarniku z prawdopodobnie zepsutym termostatem?

Pół roku

… wczoraj minęło. Pół roku mieszkania poza domem rodzinnym.

Nie umarłam z głodu. Nie zaginęłam pod górą śmieci. Koty mnie nie zjadły. W ciuchach chodzę czystych, choć niekoniecznie dobrze wyprasowanych (liczy się wysiłek…). Odżywiam się chyba nienajgorzej, skoro powolutku chudnę.

[Piję właśnie kawę o posmaku i zapachu kawy z bananem. Mam szok tlenowy, bo odprowadziłam MM na pociąg.]

Nie ukręciłam kotom tych ich głupich łebków. Koty też się raczej dobrze trzymają, chociaż jeden nadal nie jest odrobaczony i zaszczepiony.

Nie popadłam w długi. Nie dałam się namówić na karty kredytowe. Wyrabiam się finansowo.

Nadal nie umiem gotować.

Jakoś to leci… Lepiej u mnie, niż w domu, który pół roku temu opuściłam. Myślę, że nadal mogłabym do niego wrócić… Do jakiejś odseparowanej od reszty domowników części…

Zarobiona jestem

Weekendów mi ubyło, buu. W sensie się skróciły. Z trzech do ustawowo przewidzianych dwóch dni.

Ale za to przybyło mi pieniążków i teraz co sobotę (bo w trzeciej pracy pracuję w piątki i zabieram zarobioną gotówkę na bieżąco) robię od dawna odkładane, sprzętowe zakupy. Po zeszłotygodniowym polowaniu na pilnie potrzebny odkurzacz (dostałam to, co chciałam, ale za to przysięgłam sobie, że nigdy więcej nie kupię nic w Euro RTV AGD), wczoraj w Media Expercie zaopatrzyłam się w żelazko (siostra chce mi zabrać swoje) i w Media Markt najprawdopodobniej przepłaciłam za radioodtwarzacz z CD (i gniazdem USB). Wypłata za kolejny piątek upłynni się najprawdopodobniej w IKEA, do której znów się wybieram. Zanim piątkowe wypłaty zaczną lądować na koncie albo w skarpecie, trochę wody w Wiśle upłynie, bo potrzeby z racji okazji trochę się rozrosły. ;)

Mam tylko nadzieję, że szefowa za szybko się na mnie nie obrazi. Cały czas mam wrażenie, że coś robię nie tak, ale czasami ciężko w ciągu jednego dnia zaadaptować zwyczaje jakiegoś gabinetu na własny użytek, zaś to, co ja czasami robię, choć nie jest niezgodne ze sztuką lekarską, moje asystentki potrafi zdziwić.

W pierwszej pracy z kolei znowu mam darmowe konwersacje z native speakerem ;). I ja się cieszę, że sobie pogadam po angielsku, i pan się cieszy, że się dogada (po polsku mówi tylko trochę, bo nie ma jakoś motywacji do uczenia się, a leczenie kanałowe to nie takie hop siup i ciężko zakumać, o co chodzi, jak się nie zna języka), zaś praktykantki mają atrakcję, bo takie rzeczy tylko w Erze (pacjent siedział już na fotelu, kiedy moja nieznająca angielskiego asystentka upewniła się, że to leczenie kanałowe. „Root canal therapy”, rzekłam do niej, na co pacjent się roześmiał).

W drugiej pracy po udanych drugich zajęciach trzecie poszły nam już zdecydowanie średnio – a wina leżała po obu stronach. Teraz są ferie, więc mam czas przygotować się do kolejnych, mam nadzieję, że z niego skorzystam. Na razie mi się nie chce. Na razie czytam „Powrót króla”.

I żywot mam tak monotonny, cichy i spokojny, że aż nie ma o czym pisać.

Wiernych fanów…

informuję, iż żyję.

Dzisiaj przyszło wszystko to, co zamówiłam, czyli regał, łóżko i materac. Jestem na etapie opróżniania kartonów z sypialni (do czego był mi potrzebny regał) i zastanawiam się, czy złożyć łóżko już dzisiaj, czy jednak zaczekać z tym do jutra albo środy.

Ciekawe, jak jutro będzie wyglądał mój lewy kciuk, bo przy składaniu regału było trochę wbijania gwoździków (i związanych z tym omsknięć się młotka). Ale poradziłam sobie sama (chociaż nie bez zgrzytów)! I jestem z siebie szalenie dumna. W weekend będzie tu już wyglądało bardziej „docelowo”.

Rozpakowywanie idzie mi bezstresowo, bo z myślą, że skoro rozkładam rzeczy w graciarni, to z definicji ma być w niej bałagan. I tak na razie większy burdel jest wszędzie indziej w tym mieszkaniu.

Czekam na upieczenie się chlebka (niestety za późno nastawiłam maszynę i ucztę z gorącym chlebem będę miała dopiero przed 21) i wracam do rozpakowywania pudeł.

Jutro rano przy wyjściu do pracy będę musiała wynieść w końcu na śmietnik kilka kartonów, bo wszystkie zalegają mi po kątach, a zostać mogą tylko te po sprzęcie elektronicznym.

Ot, proza życia :)

Nie chce mi się

Łojezu jak mi się nie chce.

Powinnam zrobić małe prasowanie. Wymiana żwirku w kociej kuwecie mnie nie ominie. Prasowanie zostanie na jutro.

I nie mam ochoty już spać na mojej cudownie twardej wersalce, chcę swoje łóżko. To nic, że właśnie zdałam sobie sprawę, że materaca jeszcze nie zamówiłam…

Co chyba zaraz nadrobię.