Archiwum blogu

Śniadaniowy dialog

Dziś rano otworzyłam szafki kuchenne, próbując zdecydować, co zjeść na śniadanie. Miałam zamiar zrobić sobie kanapki, ale poczułam, że może jednak mam ochotę na coś innego. Niezdecydowana zwróciłam się do małego, czarnego kota siedzącego na podłodze za mną.

Ja: Mrówka, powiedz mi, co ja mam zjeść na śniadanie.
Mrówka: Miau.
Ja: Płatki?
Mrówka: Miau.
Ja: Czy kanapki?
Mrówka: [cisza]
Ja: Czyli płatki. A nie, może jednak kanapki.
Mrówka: Miau.

Podobno to normalne, że niezdecydowane osoby ostatecznie robią odwrotnie w stosunku do tego, co im radzą inni. A może Mrówa zaprzeczyła przy płatkach? Nie wiadomo. Tak czy siak można sobie z nią pogadać. Bądź co bądź, pomogła mi wybrać ;).

Spóźniony Mikołaj przyniósł mi wagę kuchenną. Zaopatrzyłam się jeszcze w stolnicę i jutrzejsza sobota wolna od wszelkich wypadów i gości być może zostanie poświęcona na eksperymenty ciasteczkowo-pierogowe (poza prasowaniem, odkurzaniem i siedzeniem przy kompie, ofkors).

Będzie się działo!

1. Od jutra czeka mnie ostatni pozaprzychodniowy etap stażu, czyli kursowanie karetkami. Pacjenci z Gdańska – BEWARE!

2. Rodziciel wrócił z urlopu. Zrobiłam mu na jutro obiad (wychodzę z domu ok. 6, wracam ok. 22, nie będę miała żadnej pary na gotowanie), ale od wtorku będzie kombinowanie. Nie znoszę gotować dla kogoś, a dla rodziciela to już w ogóle. Poprzeczka wysoko i tak dalej. Będziemy żyć na zupach i fixach z paczki. Ostatnio nauczyłam się smażyć naleśniki, więc może z głodu nie umrzemy. ;)

3. Jednocześnie nie mogę zbyt intensywnie wykazywać się zdolnościami kulinarnymi. Na mój średnio udany blok czekoladowy rzeczony rodziciel jeszcze się załapał (jestem słodyczożerna, ale zjeść robioną we wtorek porcję czekolady wielkości 1/3 formy keksówki nawet ja nie potrafię), ale muszę uważać na ilość przeprowadzonych eksperymentów kulinarnych, bo jeszcze każą mi piec ciasta na jakieś oficjalne wizyty, brr.

4. Ostatnio pierwszy raz w życiu wygrałam coś w Lotto. Całe 20 zł.

5. Boję się tych karetek… Będę w załodze P, nie R, ale mimo wszystko…

Wczoraj napisałam…

… dwie notki, wkleiłam jedną, druga była zaplanowana na dziś, ale może będzie jutro, bo jest uniwersalna, choć pracowa, a nie informacyjna. ;)

Wczorajsze kuchenne eksperymenty (pół popołudnia piekłam ciasteczka kawowe) doprowadziły do wzmożonej ochoty na blok czekoladowy. Miałam zamiar wykorzystać przepis z tej samej strony, czyli Moje Wypieki. Dzisiaj w pracy zapytałam jedną z tuteszych pań, czy dostanę w okolicy pełne mleko w proszku. „Takie do czekolady?” – spytała pani. Oj, przejrzała mnie.

6 godzin w pracy i na koniec padałam na dziób. Przedostatni pacjent został obsłużony w 25 minut, w tym licząc czekanie na zadziałanie znieczulenia, a zrobiłam dwa zęby. Ulubiony ubytek dentystów – próchnica średnia w dolnym trzonowcu na żującej. A że były dwie takie sztuki obok siebie… Ostatni pacjent był nieco bardziej problematyczny, bo do odbudowania miałam ubytek okrężny – właściwie nieco ponad pół obwodu korony (chociaż plomba na środku dalej siedziała na swoim miejscu) się odłamało, w dodatku ząb był nieco niżej w stosunku do sąsiedniego. Była zabawa z odbudowywaniem ubytku na dwie raty, z użyciem „paska z brzuszkiem” (to określenie strasznie się podobało mojemu rodzicielowi, jak był u mnie ostatnio i też musiałam użyć tego ustrojstwa) i nitki retrakcyjnej (do odsuwania dziąsła od zęba), ale raczej się udało. Ludziom może się wydawać, że to prosta robota, a czasem trzeba się nakombinować!

Poza tym okazałam zainteresowanie dwiema procedurami: odbudową zęba na wkładzie z włókna szklanego i znieczuleniem za pomocą urządzenia Wand. Z opowieści szefa (w sumie staż mi się powoli kończy, to ostatni dzwonek, żeby się nauczyć w sumie dość podstawowych procedur, a na studiach tego nie robiłam) na temat tego pierwszego mam nawet notatki i hehe! Będę się bawić. ;) Co do Wanda, to niestety muszę to dokładnie obejrzeć na żywo bądź na filmie instruktażowym. Trochę wstyd nie wiedzieć, ale jak się nauczę teraz, to potem problemu nie będzie…

Przy okazji opchnęłam jednej z asystentek swój stary telefon. Ulżyło mi przy tym, bo nie musiałam go wystawiać na Allegro, choć zmieniłam aparat już kilka miesięcy temu, więc ten nieużywany tracił na wartości. Ja nie jestem słynnym sprzedawcą Fiesty (którego znam osobiście! Można mnie dotknąć!), więc szans na wielki sukces aukcji raczej nie miałam. Zresztą to już drugie urządzenie elektroniczne, które przeszło w ręce koleżanki z pracy. Najpierw pozbyłam się starego laptopa. Skarg nie było, więc chyba działa…

No i po owej ciężkiej odbudowie połowy obwodu zęba wcale nie spieszyło mi się do domu. Usiadłam nawet na kilka minut, bo ostatnich pacjentów obsługiwałam na stojąco. Po pracy pojechałam zapolować na mleko w proszku.

Mleko dostałam – ostatnią paczkę na półce. Dokupiłam jeszcze mieszankę studencką. Dopiero w domu okazało się, że mam za mało masła w stosunku do przepisu. Ale od czego jest podstawowa matematyka! Proporcjami wyliczyłam ilość pozostałych składników :). Przy okazji zrobiłam mniej bałaganu, niż przy wczorajszych ciasteczkach. Blok sobie stygnie w lodówce, wstępnie oceniłam go na smakujący podobnie do tego, który robi matula. Mam nadzieję, że obecność prawdopodobnie solonych orzeszków ziemnych nie odbije się zbyt negatywnie na smaku całości ;).

Jutro testowanie smakowe. ;)

Ogólnie notka do kitu, jak każda pisana w stanie zmęczenia.

Do przeczytania najprawdopodobniej jutro.

PS.: Ktoś stwierdził, że przy ilości wejść na bloga, wynoszącej ok. 40-60/dzień już opłacałoby mi się zamieścić jakieś reklamy… No nie wiem. Sprzedać się? ;)

Debiut cukierniczy

Moje umiejętności w kuchni pozwalają mi na utrzymanie się przy życiu. Nic ponad podstawy (w tym obiadowe) nie robię, głównie dlatego, że w kuchni rządzi moja rodzicielka. No i mi się nie chce. No i nie mam motywacji. Matula od wielu lat grozi, że zrobi mi intensywny kurs gotowania, ale nic z tego nie wychodzi.

I w sumie nie przeszkadza mi to.

Eksperymenty wolę przeprowadzać w samotności, a rzadko kiedy się zdarza, że mi się zachce i w dodatku mamy nie ma w domu. Podejrzewam, że moje umiejętności rozrosną się przy okazji dorwania się do WŁASNEJ kuchni, czyli za parę lat. ;)

Ostatnio rodzeństwo zrobiło mi apetyt na bloga mojewypieki.blox.pl [obecnie mojewypieki.com – przyp.aut.2015]. A tam przepis na najprostsze ciasteczka maślane. Matula pojechała się dokształcać, a ja kupiłam w sklepie porządne masło i zabrałam się do roboty.

Ogólnie proces twórczy trwał jakieś pół godziny, łącznie z pieczeniem. Wyszło to.

Kruche, ale nie bardzo suche. Dodany aromat migdałowy (chciałam waniliowy, ale nie było w domu) dodaje im delikatnego smaczku. Mimo braku papieru do pieczenia (piekłam na blasze wysmarowanej olejem) wyszły pychotne.

Dumna z siebie jestem przestraszliwie. Ciekawe, jak długo przetrwają, bo sama zeżarłam przynajmniej 1/3, a rodziciel (porównywalny ze mną, jeśli nie większy łakomczuch) już się o nich dowiedział.

Już mam ochotę upiec jutro 2x większą porcję. Chyba trzeba będzie się przebiec do sklepu po masło…