Archiwum blogu

Podsumowanie kącika czytelniczego 2016

W tym roku udało mi się przeczytać dużo więcej książek. Niektóre lepsze, niektóre gorsze, dwie nawet po angielsku ;). Pocketbooka wreszcie udało się jakoś ogarnąć po aktualizacji oprogramowania. Nadal jest w nim kilka rzeczy, które mnie wkurzają, ale nie muszę co chwilę przywracać ustawień fabrycznych.

Do września:

  1. Zygmunt Miłoszewski „Gniew” (zaczęte w 2015) – ludność narzeka, że nie wiadomo, jak się skończyło. To ja ludności powiem, że ponieważ to podobno zdecydowanie ostatnia część losów Szackiego, skończyło się nijako. Gdyby miała wyjść czwarta, to bym na nią czekała. A co przez zakończeniem? Mroczny Olsztyn, makabryczne zbrodnie i jakoś tak z trochę mniejszym polotem niż poprzednie części. Tym razem nie narzekałam, że ja tak nie potrafię.
  2. Andy Weir „Marsjanin” (zaczęte w 2015) – jeśli ktoś widział najpierw film, to go fabuła książki absolutnie nie zaskoczy. W drugą stronę tak samo ;). Jedno trzeba autorowi przyznać: albo się świetne przygotował do pisania, albo umie przekonywająco wciskać naukowy kit. Fajne jest też to, że to nie jest sci-fi pokroju Star Wars. Czasy wyglądają na współczesne, tylko ludzkość dociera na Marsa. I jeden z jej przedstawicieli, uznany za zmarłego i pozostawiony przez resztę zespołu, musi sobie na nim po ludzku sam radzić. Pełna humoru, fajnie opracowana, bardzo szybko czytalna powieść. Jeden zgrzyt: cały problem Watney’a zaczął się od bardzo silnej burzy. Przez resztę książki wiele trudności wynikało z tego, jak rzadką atmosferę ma Mars, więc burza z początku podobno nie miała racji bytu. Cóż. I tak polecam :)
  3. Ks. Jan Kaczkowski, Piotr Żyłka „Życie na pełnej petardzie, czyli wiara, polędwica i miłość” – szczera opowieść „najbardziej lubianego księdza w Polsce” z niewyparzoną gębą. O rodzinie, o tym, jak znajdował swoje powołanie i co go trzyma w parciu naprzód. Może się we mnie odzywa lokalny patriotyzm (do Pucka niedaleko…), może jako zagubiona katoliczka szukam inspiracji – na razie tylko zazdroszczę niezachwianej wiary. A książkę polecam z całego serca, bo kto nie zna księdza Kaczkowskiego, powinien nadrobić zaległości.
  4. Ks. Jan Kaczkowski „Grunt pod nogami” – zbiór kazań, Droga Krzyżowa i „Spowiedź na krawędzi”. Raczej nie dla ultraateistów.
  5. Michał Rusinek „Nic zwyczajnego o Wisławie Szymborskiej” – z tej książki bije ciepło. Nie dosłownie, oczywiście, ale jest ona napisana właśnie ciepło i z głębokim szacunkiem dla Poetki. Serdecznie polecam nawet tym, którzy o Wisławie Szymborskiej tylko słyszeli, znają może jeden-dwa wiersze.
  6. Patrick O’Brian „Dowódca Sophie” – pierwsza część mojej niegdyś ukochanej serii przygodowej. W czasach wojen napoleońskich, oficer brytyjskiej marynarki wojennej Jack Aubrey i katalońsko-irlandzki lekarz na skraju bankructwa Stephen Maturin poznają się na Majorce i po otrzymaniu przez Aubrey’a pierwszego samodzielnego przywództwa na okręcie wojennym wyruszają na Morze Śródziemne narobić trochę bałaganu. Po latach (pierwszy raz czytałam tę książkę w liceum) zaczyna się zauważać wszelkie polityczne i społeczne niuanse, które to niuanse czynią lekturę jeszcze przyjemniejszą.
    A na początku września kupiłam czytnik e-booków – wszystkie kolejne książki czytałam na nim:
  7. Piotr C. „Pokolenie IKEA” – przyciągnięta popularnością fanpejdża na Facebooku ściągnęłam w ramach testowania czytnika. I cieszę się, że nie wydałam na to kasy, bo ta książka to jeden z licznych dowodów, że wystarczy być popularnym, żeby wydać książkę. Albo to nie mój klimat, albo toto jest nieco po grafomańsku napisane i seksistowskie.
  8. Teresa Torańska „Smoleńsk”. Rozmowy z rodzinami, znajomymi i innymi osobami powiązanymi z katastrofą prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Różne punkty widzenia, różne podejście do tamtych wydarzeń. Bardzo dobra książka.
  9. Terry Goodkind „Debt of bones”. To nie jest tak, że ja w ciągu roku czytam tylko kilka rzeczy. Ja po prostu większość czasu czytam fanfiction po angielsku ;). Toto nie jest fanfiction, ale jest po angielsku. Powiedzmy, że też się liczy.
  10. Eliza Sarnacka-Mahoney „Zbędnik inteligenta”. Kolejny zbiór ciekawostek z różnych dziedzin. Można się dowiedzieć m.in., że pijane mrówki zawsze przewracają się na prawą stronę, a wszystkie misie polarne są leworęczne.
  11. Sławomir Koper „Afery i skandale II Rzeczypospolitej”. Historycznie. Całkiem fajnie, tylko ponieważ większość przedstawionych afer kręciła się wokół Piłsudskiego i jego ludzi, dobrze by było sobie przypomnieć, o co chodziło z tym przewrotem majowym ;)
  12. Evžen Boček „Ostatnia arystokratka”. Amerykańska rodzina z czeskimi, szlacheckimi korzeniami odzyskuje od państwa posiadłość rodzinną. W Czechach. Pierwszy problem: jak samolotem przewieźć prochy 12 przodków, nie będąc puszczonym z torbami? W woreczkach po orzeszkach solonych. Siostra moja ulubiona, przez którą kupiłam czytnik i zabrałam się też za tę książkę, smarkała ze śmiechu. Ja od dawna twierdzę, że nie mam poczucia humoru, bo przyznaję, że książka śmieszna jest, ale przeczytałam ją bez tak skrajnych emocji. Ot, uśmiechnęłam się. Smarkania nie było. Smutas jestem.
  13. Marta Abramowicz „Zakonnice odchodzą po cichu”. Smutna to książka, bardzo szybko się czytająca, o zderzeniu powołania zakonnego z surową, skostniałą dyscypliną żeńskich zakonów. Polecam.
  14. Terry Goodkind „Wizard’s first rule” – książka jest dostępna po polsku („Pierwsze prawo magii”), ale po angielsku lepiej mi się ją czytało. Richard Cypher, szukający winnych brutalnego zabójstwa swojego ojca, spotyka w lesie kobietę, Kahlan, pochodzącą z krainy magii. Razem wyruszają przez magiczną granicę, by pokonać okrutnego tyrana. Na motywach z tej książki (pierwszej z serii kilkunastu) w 2008 powstał serial, którego produkcja niestety skończyła się po dwóch sezonach z powodu upadłości wytwórni. Serial ogląda się fajnie, dlatego wzięłam się za książkę. I jak to w gatunku fantasy bywa, przeczytałam o świecie znacznie bardziej rozbudowanym i brutalnym od tego przedstawionego w serialu. Będę czytać (i oglądać) dalej :)
  15. Baptiste Beaulieu „Pacjentka z sali nr 7” – młody lekarz stażysta spisuje historie pacjentów i kolegów, żeby później opowiedzieć je tytułowej pacjentce z sali nr 7. Sala znajduje się na onkologii, pacjentka jest śmiertelnie chora i czeka na syna. Piękna to książka, czasem gorzka, czasem śmieszna, ironiczna, poruszająca. Opowiada o stosunku do życia i podejściu do śmierci. Warto.
  16. Maciej Stuhr „W krzywym zwierciadle” – felietony Młodego Stuhra dla miesięcznika „Zwierciadło”. Z humorem, czasem poważnie, fajne.
  17. Zygmunt Miłoszewski „Bezcenny” – zespół złożony ze szwedzkiej złodziejki sztuki, marszanda, szefowej komórki rządowej zajmującej się odzyskiwaniem utraconych przez Polskę dzieł sztuki i polskiego odpowiednika Jamesa Bonda dostaje zadanie nielegalnego pozyskania zaginionego od czasów II WŚ obrazu Rafaela. Oczywiście wplątują się w coś dużo większego. Dzieło pokroju trylogii Szackiego to nie jest, nie ma w tym tak wyrazistych postaci, ale cała historia jest bardzo „filmowa” i fajna na odmóżdżenie.
  18. Elizabeth Kolbert „Szóste wymieranie”. Recenzja tutaj.
  19. Baptiste Beaulieu „Już nigdy Pan nie będzie smutny” – Lekarz, Który Postanawia Umrzeć spotyka za kierownicą taksówki pewną Damę. Dama wymusza na nim tydzień ze swojego życia, podczas którego podejmuje liczne, często absurdalne próby wyszukania w Doktorze chęci do życia. Książka chyba bardziej poruszająca od „Pacjentki z sali numer 7”.
  20. Artur Andrus „Każdy szczyt ma swój Czubaszek” – wywiad-rzeka ze stawiającą opór przed wspomnieniami Marią Czubaszek. Z humorem i szczerze.
  21. Paula Hawkins „Dziewczyna z pociągu” – must-read pokroju „50 twarzy Grey’a”, tylko to przynajmniej daje się czytać. Nawet całkiem nieźle się czyta, tylko na początku bałam się, że nie będę w stanie strawić pierwszoosobowej narracji w wykonaniu m.in. porzuconej alkoholiczki. Strawiłam, przeczytałam w 3 dni. (w przeciwieństwie do Grey’a, którego nawet w oryginale czytać się nie da – dałam radę jeden akapit.)
  22. Paweł Reszka „Chciwość. Jak nas oszukują wielkie firmy” – o działaniu systemu bankowego i dlaczego doradcy finansowi wciskali bądź nadal wciskają kredyty frankowe i polisolokaty mimo ryzyka i praktycznie zerowej szansy na zysk. Ku przestrodze.
  23. Jurgen Thorwald „Ginekolodzy” – bardzo ciekawa opowieść o rozwoju ginekologii na świecie, od przejścia od badania wyłącznie palpacyjnego „bez patrzenia” i rodzenia w ubraniu, przez pierwsze środki antykoncepcyjne i leczenie nowotworów, do rodzenia bez bólu. Nie dla osób o słabych żołądkach, zwłaszcza na początku.
  24. Katarzyna Bonda „Polskie morderczynie” – czternaście historii kobiet skazanych za zabójstwo. Ich motywacje, przeszłość i sposoby radzenia sobie z rzeczywistością.
  25. Remigiusz Mróz „Immunitet” – świeżo wybrany sędzia TK zgłasza się do swojej koleżanki, by wybroniła go przed utratą immunitetu w związku z zapowiadanym oskarżeniem o zabójstwo. Klimaty momentami jak u Miłoszewskiego, czyta się szybko, ale generalnie jakieś wiekopomne dzieło toto nie jest.

Poddałam się:

  1. Zygmunt Miłoszewski „Domofon” – horrory nie. Nie-e.
  2. J.K. Rowling „Harry Potter i Zakon Feniksa” – tak jakoś oglądanie przerwałam, a tłumaczenie książki było amatorskie i podejrzane.

Elizabeth Kolbert „Szóste wymieranie”

Fakt 1: żyjemy w antropocenie. Gatunek ludzki dokonał tylu zmian w obrazie geologicznym Ziemi, że zasłużył na własną epokę geologiczną. Trwa ona od jakichś 200 lat.

Fakt 2: w historii geologicznej Ziemi zapisało się 5 tzw. wielkich wymierań gatunków. Jakiś czas temu naukowcy doszli do wniosku, że jesteśmy świadkami szóstego, ściśle związanego z rozwojem i ekspansją człowieka.

kolbertsz-stewymieranie

Jest to książka popularnonaukowa, nie pisana przez kogoś z zadatkami na ekoterrorystę. Autorka zwraca się do specjalistów, podróżuje po całym świecie, jest osobiście świadkiem skutków ludzkiej działalności. Opisuje kilkanaście historii o zniknięciu lub postępującym znikaniu gatunków z powierzchni ziemi, podaje ich przyczyny i związek z naszym gatunkiem. I nie chodzi tylko o bezpośrednie tępienie poprzez polowania, ale też ekspansję gatunków inwazyjnych, wypierających rodzime gatunki, o przenoszone choroby, redukcję siedlisk czy emisję dwutlenku węgla.

Nie ma tu podanych rozwiązań. Jest po prostu opis sytuacji i chwila refleksji. Człowiek ma wpływ na klimat na całej planecie, jako jedyny gatunek ewolucyjnie wykształcił w sobie taką możliwość. Ale też jako jedyny jest w stanie wyciągnąć wnioski.

Dobrze się to czyta w tym sensie, że książka nie jest przeładowana suchymi faktami. Ale jednocześnie smutek ogarnia świadomego czytelnika, bo przyszłość bioróżnorodności na Ziemi nie wygląda zbyt dobrze. Masowo wymierają nietoperze i płazy. Za naszych czasów wyginęła megafauna na wszystkich kontynentach. Rafy koralowe tracą możliwość odbudowywania się. Ostatecznie to szóste wymieranie może dotknąć też nas.

A z mojego osiedla zniknęły pojemniki do segregacji śmieci.

Książki się czyta

Pochodzę z oczytanej rodziny. U mnie w domu zawsze było dużo książek, wszyscy domownicy lubią czytać. Ja też – do tego stopnia, że kiedyś mój sposób wysławiania się określano jako literacki – mam nieco pomieszany szyk słów w zdaniu :). Tak jakoś mi wyszło i się z tego nie wyleczyłam, co gorsza, przenoszę to również na język angielski, którego też czasem używam w piśmie. A angielski nie jest taki tolerancyjny pod tym względem.

No nic.

Rok temu Rodziciel na 60 urodziny dostał od nas (składka była) małego Kindle’a. Kindle (znaczy nabyty model, nie pamiętam oznaczenia) ma ekran niepodświetlany, ale to był pierwszy czytnik e-booków w rodzinie, więc nikt na to nie zwrócił uwagi. Rodziciel bardzo sobie prezent chwali, czytelnictwo mu skoczyło.

Kilka miesięcy temu na czytnik skusiła się Siostra. Wykupiła abonament w Legimi. I zaczęła kusić.

I się jej udało. Na początku września czytnik (inny) kupiłam też ja, również w Legimi. Czytanie z ekranu nigdy nie stanowiło dla mnie problemu, a tym bardziej z ekranu o nazwie e-ink. Nie męczy toto wzroku jak ekran komputera czy tabletu. Kto ciekawy, może zajrzeć do Kącika Czytelniczego i zobaczyć, jak się zakup odbił na ilości przeczytanych przeze mnie książek – wszystkie książki po zakupie czytałam na moim Pocketbooku.

Obie z siostrą mamy nie-Kindle, ale z podświetlanym ekranem. Rodziciel po cichu zazdrości. Mama też – jako jedyna w rodzinie jeszcze nie ma czytnika, na liście sugestii prezentowych pojawiła się i ta pozycja.

Co zaobserwowałam przez te półtora miesiąca czytania? Jakie wady i zalety czytnika dostrzegłam?

Plusy:

+ czytnik jest wielkości mniej-więcej niedużego tabletu, mój ma przekątną ekranu 6,6 cala. Zazwyczaj posiada ekran dotykowy, częsta jest karta Wi-Fi i slot na kartę pamięci. Z internetu się na tym korzysta średnio, ale przy rejestracji urządzenia na stronie producenta dostaje się indywidualny adres e-mail dla czytnika, potem na ten adres można wysyłać e-booki.

+ czytnik jest lepszy od książek papierowych do noszenia do pracy i podczytywania między pacjentami.

+ trzydzieści (albo więcej) książek na czytniku ma masę czytnika, a nie kilku kilogramów w wersji papierowej. W pamięci czytnika zmieści się ich pewnie kilkaset lub nawet tysiące. Małe rozmiary i masa czytnika ułatwiają również trzymanie go jedną ręką i na leżąco.

+ bardzo łatwo można znaleźć e-booki w sieci. Do piractwa nie namawiam, ale poza paroma brakami, na Legimi jest naprawdę co czytać (nie ma na przykład „Władcy pierścieni” Tolkiena. A powtórzyłabym sobie. W tłumaczeniu Skibniewskiej, oczywiście.)

+ mi się osobiście szybciej czyta na czytniku niż na papierze. Nie wiem, z czego to wynika.

+ Legimi ponadto mierzy szybkość czytania i czas spędzony danego dnia na czytaniu. O ile czyta się książkę z Legimi albo się wrzuci książkę z innego źródła w „chmurę”. Kindle jako takie chyba też posiada takie opcje.

+ nawet przy rozpoczęciu kilku książek na jednym urządzeniu, czytnik pamięta, gdzie się w każdej książce skończyło.

Minusy:

– książki na czytniku nie pachną. Dla mnie to nie ma znaczenia, bo nigdy nie wąchałam książek (się tuszu i papieru nawąchałam dorabiając w drukarni), ale dla niektórych może mieć.

– książkom papierowym nigdy nie rozładują się baterie (mój Pocketbook jest kiepskawy pod tym względem, ale może jednak powinnam wyłączyć Wi-Fi. Żre baterię nawet przy uśpionym (nie wyłączonym!) ekranie, trzeba go ładować co 3-4 dni, jeśli pamiętam go wyłączyć na noc).

– książkę w czytniku znacznie trudniej przekartkować. Czasami lubię wiedzieć, ile zostało stron do końca rozdziału, a tego mi czytnik nie pokazuje; albo wrócić do jakiegoś momentu.

– Pocketbook z Legimi nie posiada bezpośredniego dostępu do katalogu Legimi, co jest gupie i nikt mnie nie ostrzegł przed zakupem. Mogę sobie książkę pobrać na stronie na kompie albo w apce na telefonie, trafia ona na czytnik po synchronizacji. Poza tym brakuje mu kilku funkcji dostępnych na apce dla Androida (jak pokazywanie ilości stron do końca rozdziału). Lepiej chyba zainwestować w droższy InkBook albo w ogóle w Kindle’a.

– dla fanów maziania po książkach – nope, nie da rady. Notatkę można sobie zrobić i zakładkę też.

Nadal wychodzi na plus ;).

Podsumowanie Kącika Czytelniczego 2015

Przeczytane w 2015 roku:

  1. Jeremy Clarkson „Przecież nie proszę o wiele” (zaczęte w 2014 r.). Kolejny tom z felietonami o wszystkim. Duża doza trzeźwości życiowej i poczucia humoru.
  2. Jo Nesbø „Syn” (zaczęte w 2014) – solidny warsztat, akcja posuwająca się do przodu w jednostajnym, nienużącym tempie, wywołująca ciekawość, co będzie dalej. Aczkolwiek od pewnego momentu zaczęłam się domyślać, kogo konkretnie poszukuje tytułowy Syn i miałam rację. Nic przesadnie skomplikowanego, chociaż nie przelatuje się przez to, jak przez Cobena. Trochę w stylu Camilli Lackberg.
    Ta książka nie należy do tworzonej przez Nesbø serii kryminalnej o Harrym Jak-mu-tam.
  3. Simon Flynn „Naukowa lista przebojów”. Ciężko tę książkę opisać, ale jest to zbiór rzadko ze sobą powiązanych ciekawostek ze świata nauki (najczęściej fizyki). Czytałam ją w pracy i do tego nadaje się najlepiej – po jednej-dwie historyjki między pacjentami. Dla osób szczególnie zainteresowanych tematyką. Nie zmęczyło mnie to, ale jak tylko znajdę sposób na pozbycie się z szacunkiem książek, których już raczej czytać nie będę, to ta poleci w nowe ręce w pierwszej kolejności.
    (EDIT: może zacznę zwierzątka do adopcji tu wymieniać? Bo książka powędrowała w nowe ręce właśnie dzięki Kącikowi :) )
  4. Karolina Korwin-Piotrowska „Ćwiartka raz”. Podzielone na lata (1989-2014), subiektywne podsumowanie ćwierćwiecza wolności w mediach i kulturze. W większych dawkach dość ciężkie (dosłownie – bo ma toto prawie 800 stron ;) – i w przenośni, bo trochę trudno mi czytać roczniki ciągiem, za dużo informacji na raz), ale generalnie ciekawe. Jak ktoś nie ma alergii na KKP, która ostatnio jest wszędzie (przynajmniej na mojej „ściance” na fejsbuku), i jest ciekaw, co było popularne i co się działo w danym roku, może się zapoznać.
  5. Zygmunt Miłoszewski „Ziarno prawdy”. Kolejny bardzo sprawnie napisany kryminał. Porównując z filmem, scenariusz to niewiele zmieniona (najwięcej zmian pojawia się od momentu, jak całe towarzystwo wybiera się do podziemi, ale owe zmiany nie mają wpływu na sens fabuły i rozwiązanie zagadki), skrócona wersja książki. Sama książka czyta się bardzo fajnie, na tyle fajnie, że wpadam w kompleksy i odechciewa mi się pisać, bo ja tak nie umiem, a bardzo bym chciała.
  6. Maciej ‚Zuch’ Mazurek „Król biurowej klasy średniej”. Rysujący Zuch wydał fabularną opowieść o perypetiach grafika w agencji reklamowej. Dla fanów Zucha pozycja zapewne obowiązkowa. Książka na raz (dwie godzinki i przeczytane), zdecydowanie nie jest to dzieło wysokich lotów. Śmieszne i lekkie.
  7.  Carlos Ruiz Zafon „Pałac północy”. Zafon zaczynał karierę od książek dla młodzieży. Tu mamy przykład powieści z pogranicza horroru. Nie jestem targetem. Do zapomnienia.
  8. Grażyna Jagielska „Miłość z kamienia”. Recenzja tutaj.
  9. Katarzyna Puzyńska „Motylek”. W połowie prawie darowałam sobie dalsze czytanie, bo większość postaci działała mi na nerwy. Później jakoś się to rozmyło i ostatecznie dokończyłam. Trochę przypominało mi to książki Camilli Lackberg (mnogość wątków, historia z przeszłości). W sumie poza irytacją na postaci całkiem fajnie napisane, z trudnym do przewidzenia finałem. Na kolejne książki tej pani nie mam jednak ochoty.
  10. Zygmunt Miłoszewski „Uwikłanie”. Kolejny majstersztyk. Będzie mi smutno, jak skończę „Gniew” i nadejdzie świadomość, że to koniec Szackiego.
  11. Michaił Bułhakow „Mistrz i Małgorzata”. Klasyk, którego męczyłam bardzo długo, choć sama nie wiem, dlaczego, bo czyta się bardzo fajnie.
  12. Randall Munroe „What if? A co, gdyby? Naukowe odpowiedzi na absurdalne i hipotetyczne pytania” – koncepcją to skrzyżowanie „Naukowej listy przebojów” (poz. 3) i „Pogromców mitów”. Czyli ktoś zadaje hipotetyczne pytanie, autor na nie odpowiada najpierw podchodząc do tego naukowo, potem próbuje teoretycznie doprowadzić do sytuacji, o którą zapytano. Wszystko okraszone fajnymi obrazkami. Kolejna książka na rozluźnienie.
  13. Grażyna Jagielska „Anioły jedzą trzy razy dziennie” – mój osobisty rekord, książka została zaczęta po 8 rano w pracy, skończona 5 minut po północy, z przerwami na życie. Książka, jak jej poprzedniczka, jest napisana tym samym, prostym, szczerym do bólu językiem.
  14. Dariusz Kortko, Judyta Watoła „Religa” – biografia najsłynniejszego polskiego kardiochirurga. Może być ;)

Poddałam się:

  1. John Le Carre „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”. Trzy razy podchodziłam do tej książki. Mój najlepszy wynik to dotarcie do połowy. To jeden z nielicznych przypadków, kiedy eksperyment „skoro obejrzałam film, to przeczytam książkę” się nie powiódł. Film z 2011 roku obejrzałam ze względu na obsadę. Książka źródłowa musi mnie wciągnąć, żebym ją skończyła mimo znajomości fabuły. „Druciarzowi…” się to nie udało. Ogólnie Le Carre, chociaż ma na koncie wiele ekranizacji, jakoś mi nie podchodzi („Krawca z Panamy” też dawno temu próbowałam przeczytać, ale mi nie wyszło).

Przemyślenia książkowe

Wczoraj dokończyłam czytanie „Dzieci Hurina” JRR Tolkiena. Pożyczyłam z biblioteki, bo akurat nie mieli „Zamku z piasku, który runął” Stiega Larssona.

Łojezu, ale to była smutna książka. Zero nadziei, mordercze czyny w szale i rozpaczy, pod koniec właściwie czytałam ją, żeby wreszcie skończyć. Może nie wpadłam w depresję i nie popłakałam się, ale naprawdę mnie to zmęczyło.

Parę ciekawych twistów pod koniec „Dziewczyny, która igrała z ogniem” Larssona pobudziło z kolei moje zainteresowanie tym, co wymyślił do „Zamku z piasku…”. Te książki to zdecydowanie lżejsza lektura, chociaż niekoniecznie objętościowo ;)

A tak piszę o moich walkach czytelniczych, bo ostatnio doszłam do wniosku, że to smutne, że w dzisiejszych czasach do zarobienia milionów wystarczy słabo napisać i wydać książkę o związku sadomasochistycznym, który jest właściwie niezdrowy (bo niezgodny z trzema podstawowymi zasadami „zdrowej” relacji BDSM: safe, sane, consensual. Długo by tłumaczyć, skąd to wiem ;) ).

Przyznam się szczerze: czytam dużo fanfiction. Czytam głównie fanfiction, co było jednym z powodów ustalenia Śród Bez Komputera, bo jest to czasożerne i poza powiększaniem zasobów mojego potocznego angielskiego niezbyt pożyteczne. Fanfiction piszą zazwyczaj amatorzy. Niektóre czyta się świetnie, inne po kilku akapitach czy rozdziałach porzucam, bo ostatecznie przestają sprawiać mi przyjemność czytania (z różnych powodów).

„Pięćdziesiąt twarzy Grey’a” powstało podobno jako fanfiction z wampirem w głównej roli. Ostatecznie zostało tym, czym jest. Bardzo słabo napisaną powieścią porno. Nie będę się nad nią rozwlekać, bo nie mam specjalnie takiego prawa, skoro przeczytałam tylko kilka zdań. Styl pisania mnie odrzucił. Myślałam, że to wina tłumaczenia, ale podobno w oryginale wcale nie jest lepiej.

Co może być zatem receptą na wydawniczy sukces? Wywołać kontrowersje. Pobudzić ciekawość, czym to ludzie się tak ekscytują lub czym burzą. Kilka lat temu Kościół Katolicki zrobił darmową reklamę Danowi Brownowi, przeklinając jego „Kod Leonarda DaVinci”. Przeczytałam, fajne było. Nawet poszłam później do kina na „Anioły i demony”. Analizy książek Browna wyrastały potem jak grzyby po deszczu. Teraz pojawiają się co chwilę parodie/analizy/lepsze wersje „… Grey’a”. Autorce należy pogratulować sukcesu, do którego przyczyniła się zapewne w niewielkim stopniu – gdyby nie PR, o tej książce – czy nawet serii – mało kto pewnie by wiedział.

A ja dalej będę polować na „Zamek z piasku…”, a jeśli ktoś może mi polecić bardziej pozytywne opowieści autorstwa Tolkiena (do „Silmarillionu” boję się podejść, proponowanie „Władcy pierścieni” i „Hobbita” skwituję szyderczym hahaha), to ładnie proszę. Po tym wszystkim po raz trzeci podejdę do „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” leCarre’a i może w końcu uda mi się to skończyć.

W międzyczasie układając puzzle.

Narzekajki

Śnieg spadł.

Ojacie, śnieg w połowie lutego.

Narzekają, jęczą, smęcą, chcieliby wiosnę.

W połowie lutego?

Że niby druga zima przyszła.

Z tego, co pamiętam, pierwsza zima tego sezonu zaczęła się kalendarzowo gdzieś pod koniec grudnia i będzie trwała tak gdzieś do drugiej połowy marca, nie? Jedna i ta sama zima przełomu lat 2012 i 2013. Przedtem była jesień, potem będzie wiosna. I śnieg będzie padał, i deszcz, słonko może czasem zaświeci. Będzie wiało, dmuchało, zawiewało, mroziło. I to wszystko będzie normalne.

Bo w takim żyjemy klimacie. Jak ktoś chce mieć 30 stopni w cieniu w lutym, to niech się do Australii przeprowadzi, tylko niech na miejscu uważa na pająki, bo tam podobno spore i jadowite bydlęta mieszkają.

Chyba zaczęłam się wybijać z typowo polskiego zwyczaju narzekania na pogodę, jakakolwiek by ona nie była. Za zimno. Za gorąco. Śnieg. Plucha. Ślisko. Deszcz. Susza. Słońce za jasno świeci. Słońca dawno nie było. Wiatr za mocno wieje. Za słabo wieje.

A może moje motto „nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu” zaczęło obejmować też komentarze pogodowe? Albo ogarnia mnie zmęczenie przez narzekanie innych, co też jest możliwe, skoro narzekają wszyscy dookoła, nieprzerwanie.

Żeby nie było, ja też czasem narzekam i są rzeczy, które mnie wkurzają. Na przykład na początku każdego miesiąca wkurzam się na konieczność wyrzucenia w błoto ponad 1000 zł, które są podobno przeznaczane na moją emeryturę i świadczenia zdrowotne. Bardzo chętnie dołączyłabym do ekipy, która zebrałaby się celem zaorania ZUSu i przeznaczyła te same 1000 zł na ubezpieczenia, o których będę wiedziała, że to ja będę z nich korzystać i że rzeczywiście kiedyś te pieniądze znowu zobaczę. Podobno fajny system emerytalny ma Nowa Zelandia, której gospodarka wprawdzie zwalnia między premierami kolejnych filmów Petera Jacksona, ale za to osoby, którym się lepiej wiedzie w życiu, odkładają pieniądze na prywatne ubezpieczenia emerytalne – z którego to ubezpieczenia rzeczywiście później jest im wypłacana emerytura – a osoby, których na takie konta nie stać, mają przez państwo zapewnioną emeryturę, z której da się wyżyć. Ech.

Z bardziej pozytywnych stron życia, dzisiaj skończyłam czytać „Powrót króla” Tolkiena. Zostały mi tylko dodatki do trylogii. Wcale się nie dziwię, że na przykład taki Christopher Lee, Jacksonowy Saruman, wraca do „Władcy pierścieni” co rok. I że nie jest w tym jedyny. Ja może nie będę wszystkich trzech książek czytać co roku, ale może za którąś piątkową wypłatę zamiast w drobne AGD zaopatrzę się w nieco większe książki i będę do nich zaglądać, i zaznaczać miejsca, do których szczególnie lubiłabym wracać.