Archiwum blogu

Grażyna Jagielska „Miłość z kamienia”

Obiecywałam sobie, że w 2015 roku książek recenzować nie będę. Nie umiem, nie znam się, czytam mało, niewiele osób to prawdopodobnie obchodzi. Tworząc listę „Do przeczytania” w Kąciku wiedziałam jednak, że będzie od tego postanowienia przynajmniej jeden wyjątek.

Może ktoś zauważył, że obecnie czytam dwie książki na raz – jedną w pracy, drugą w domu. Do pracy wożę lekturę lekką, niewymagającą większego skupienia. Dom – więcej czasu, cisza i ewentualnie kot na kolanach – jest zarezerwowany dla książek ciężkich: czy to ze względu na twardą oprawę lub gabaryty, czy tematykę.

Czułam, że Jagielskiej należy się szacunek. Że nie chcę tej książki podczytywać po kilka stron między pacjentami. Że będzie ona traktować o sprawach zbyt poważnych, by podejść do niej w inny sposób.

Milosc-z-kamienia_Grazyna-Jagielska,images_big,13,978-83-240-2118-5

Żona Wojciecha Jagielskiego, jednego z najlepszych polskich korespondentów wojennych, trafia do kliniki zdrowia psychicznego z powodu objawów zespołu stresu bojowego. Tam spotyka pacjenta, z którym wymienia się swoją historią, choć jemu ciężko uwierzyć, że ona może mieć zespół stresu bojowego, nie będąc nigdy na wojnie.

To jest stres jej męża. „Zawsze oddawał mi wszystkie swoje problemy.” Przyjeżdżał do domu z przestrzelonym plecakiem albo raną na głowie, opowiadał o ofiarach wojny i o wszelkich okropieństwach, które widział. Próbował ją wciągnąć do swojego świata – za jej zgodą, sama zdecydowała się raz z nim pojechać do Afganistanu.

Książka jest pisana prostymi słowami, bardzo zwyczajnym, ludzkim językiem, przez co czyta się ją błyskawicznie. Ale w tej prostocie jest przejmująca. Wręcz przerażająca. Chwyta za trzewia i nie chce puścić. Wciąga jak bagno i nie można przestać o niej myśleć. Do tego niepotrzebne są wielkie, trudne słowa. Ten język właśnie sprawia, że wiemy, że czytamy historię Człowieka.

Nie ma tu fajerwerków. Nie ma konkretnego momentu, zwrotu, łatwej do określenia chwili, kiedy problem pojawił się pierwszy raz. Jest powoli i spokojnie prowadzona opowieść o rozwoju choroby. Jest utrata panowania nad własnym życiem, zobojętnienie na wszystko, wyobcowanie i codzienne wyczekiwanie na telefon z redakcji, że mąż już nie wróci. Jest nieustający lęk. Są przygotowania na te wieści o śmierci, jak przygotowania na własną śmierć. Są lata zapomniane. I są słowa pełne miłości, które nie mają ostatecznie znaczenia.

Poraża ta książka. Z całego serca polecam.

Podsumowanie Kącika Czytelniczego 2014

Chyba jednak będę go prowadzić w 2015 roku (może z pominięciem pisania recenzji książek, bo nigdy nie czytam nowości, ale jeśli kogoś to bardzo interesuje, to może po prostu zaglądać), więc oto kopiuj-wklej z tego, co zdecydowałam się wpisać do Kącika w 2014 roku.

Przeczytane w 2014 roku (w sumie 13,5 książki):

  • Szymon Hołownia, Marcin Prokop „Wszystko w porządku” – zaczęta w 2013, skończona już w 2014. Panowie sprzątają pudełka – tematy, o których chcieliby napisać, ale które nie są wystarczająco „rozległe” na osobną książkę. Zbiór osobistych rankingów. Prokop pisze dużo o muzyce, Hołownia o świętych. Fajne.
  • Jeremy Clarkson „Moje lata w TopGear” (też zaczęte w 2013) – zbiór felietonów Clarksona do magazynu TopGear. Nie wszystko o samochodach. Styl – humor, teorie, częste zaprzeczanie samemu sobie – typowe dla Clarksona znanego z telewizji. Również szansa na poznanie kulisów kręcenia programu.
  • Ignacy Karpowicz „ości” (zaczęte w 2013). Obyczajowo o kręgu znajomych, zmagających się z trudnościami życia nie dla wszystkich codziennego. Trochę zagmatwane, momentami ciężkie, momentami śmieszne. Ostatnio doszłam do wniosku, że to książka o fasadach. O twarzach, które pokazuje się innym, wnętrze głęboko chowając. Bo każda z tych postaci ma taką swoją fasadę i swoje prawdziwe ja, które potrafi ujawniać się w niespotykany sposób.
  • Claudia Torres, Jacek Krawczyk „Chomik na widelcu” – recenzja tutaj.
  • Camilla Läckberg „Księżniczka z lodu” – recenzja tutaj.
  • Marcin Meller „Między wariatami” – recenzja tutaj.
  • Mirosław Tomaszewski „Marynarka” – recenzja tutaj.
  • Harlan Coben „Sześć lat później” – recenzja tutaj.
  • Camilla Läckberg „Kamieniarz” – dobry, zaskakujący kryminał. Autorka ma własny styl, którego się trzyma, co jest niby zaletą, ale z drugiej strony czyni tę książkę podobną do poprzedniej, czytanej przeze mnie. Wątki kilku, powiązanych ze sobą osób, plus opowieść „na boku”, która dopiero pod koniec ukazuje swój sens dla reszty fabuły. Klasa sama w sobie.
  • Franz Kafka „Zamek”. Doczytałam do połowy i się poddałam. „Wybitna” literatura jest zdecydowanie nie dla mnie. Ta książka to jedna wielka metafora, której nie rozumiem, postaci zachowujące się irracjonalnie, ciężki styl. Nienienie.
  • Camilla Läckberg „Niemiecki bękart” – recenzja tutaj.
  • Wojciech Cejrowski „Wyspa na prerii” – recenzja tutaj.
  • Nick Mason „Pink Floyd. Moje wspomnienia” – recenzja tutaj.
  • Greg Marinovich i João Silva „Bractwo Bang Bang” – o czteroosobowej grupie fotoreporterów wojennych u schyłku apartheidu w RPA. Uwaga, MOCNE.

Trochę tego mało mi się wydaje i chyba nie wszystko wkleiłam. Tak czy siak, na pewno przeczytałam więcej książek, niż jeszcze rok czy dwa lata wcześniej.

Nie biorę udziału w fejsbukowej akcji „52 książki w 2015” czy jak to się nazywa, bo wiem, że nie dam rady, ale moje zeszłoroczne postanowienie czytelnicze jest nadal aktualne, bo czytanie jest fajne i daje odpocząć od durnot w sieci i panów na Sympatii, z którymi tak w ogóle wcale nie mam ochoty dzisiaj rozmawiać i tym bardziej się spotkać.

Tym samym rok 2014 mogę z Kącika wyrzucić i zacząć tworzyć rok 2015…

Nick Mason „Pink Floyd. Moje wspomnienia”

PINK-FLOYD-Moje-wspomnienia_Nick-Mason,images_big,27,978-83-60157-45-9

Książkę tę daaaaawno temu kupiłam Tacie na urodziny. Tata Floydów bardzo lubi i zresztą mnie tą sympatią zaraził. Jakiś czas po zakupie książkę „ukradłam” i tak sobie ze mną przebywała przez kilka lat. W końcu udało mi się ją przeczytać.

Nick Mason był perkusistą Pink Floyd od początku do końca istnienia tego zespołu. Pozostał w jego składzie nawet po odejściu Rogera Watersa.

Książka, wiele lat temu bardzo „skrycie” reklamowana w programie TopGear, jest opasłym tomiszczem, zawierającym, jak dla mnie, wyczerpujący opis dziejów zespołu. Pełno jest w nim nazwisk, anegdot, zdradzonych sekretów zza kulis czy zdjęć. Historie momentami smutne, momentami gorzkie, czasami zabawne, z widocznym staraniem autora, aby były przedstawione w miarę neutralnie czy chociaż z opisem argumentów obu stron w przypadku sporu – a tych trochę w czasie 30 lat istnienia zespołu jednak było.

Z dyskografii Floydów bardziej lubię krążki z późniejszego okresu, kiedy odeszli od początkowej psychodeli (momentami niedającej się słuchać) w stronę rocka. Z książki się dowiedziałam, że owo przejście miało miejsce jakiś czas po odejściu z zespołu jednego z jego założycieli, kompozytora i twórcy tekstów: Syda Barretta (który na praktycznie wszystkich zdjęciach miał znacząco nieobecne spojrzenie)…

Dowiedziałam się, że spektakl, jakim od początku było The Wall (bo chyba każdy kojarzy kultowe, maszerujące młotki), wcale nie był wyjątkiem. Każdy ich koncert to był spektakl – zarówno do wcześniejszych, jak i późniejszych płyt. Panowie fascynowali się efektami dźwiękowymi i świetlnymi, i wykorzystywali je podczas całej kariery.

Ta książka pozwoliła mi poznać dokładnie historię jednego z moich ulubionych zespołów, zrozumieć konflikty, które doprowadzały do zmian składu… I nabrać ochoty na powtórkę tej lubianej przeze mnie części ich twórczości :)

Wojciech Cejrowski „Wyspa na prerii”

wyspa-na-prerii-b-iext25688916

Cejrowskiego lubię. Może nie za poglądy polityczne, ale za lekkie pióro. Od czasu do czasu trafiałam na jego programy w TV i też się je fajnie oglądało.

Nowa opowieść WC jest nieco inna od poprzednich. Pan podróżnik zmienia bowiem lokalizację: z Afryki czy Ameryki Południowej przenosi się na amerykańską (w sensie arizońską) prerię, gdzie ma swój domek, trochę ziemi, na tej ziemi krowy, wiatrak do pompy na wodę i „oswojonego” kojota bez łapy.

Opisuje życie codzienne swoje i innych mieszkańców prerii, ich poczucie humoru i praktyczne podejście do egzystencji w trudnym i suchym terenie gdzieś na końcu świata, niedaleko granicy z Meksykiem. Czyni to z typową dla siebie lekkością i humorem, szczerze opisując swoje liczne wpadki na początku pobytu. Jednocześnie wyraża swoje poparcie dla amerykańskiego systemu, w którym nazwę ulicy nadajesz sobie sam, podczas zgłoszenia narodzin dziecka urzędnik ma obowiązek wpisać takie imię, jakie wskaże rodzic, Walmart sprzeda Ci wszystko i tanio, a każdy ma prawo zastrzelić każdego, kto wejdzie na jego teren bez zaproszenia.

Trudny jest żywot na prerii, gdzie rządzi natura. Ale autor jest w stanie przedstawić je tak, że wszystko wydaje się magiczne. Trzeba tylko odpowiedniego podejścia – do życia, do własnych wpadek, do głupich żartów lokalnej społeczności, która z dziką chęcią wykorzysta naiwność nowicjusza, ale z drugiej strony pomoże w potrzebie i wyśle delegację, jeśli nagle znikniesz.

Fajna lektura.

Camilla Läckberg – „Niemiecki bękart”

niemiecki-bekart-b-iext21572669

 

Przed wyjazdem naiwnie myślałam, że w Pradze znajdę czas na czytanie. W drodze do nie sprzyjały okoliczności (noc i późniejsze zmęczenie z niewyspania), potem codziennie wracałam ze zwiedzania tak zmęczona, że miałam siły tylko na Facebooka… Za tę książkę wzięłam się dopiero ostatniego wieczoru pobytu i w autobusie.

Przeczytałam całość. W dwóch rzutach. Mi się to nie zdarza, chyba, że lektura jest wyjątkowo lekka.

Albo wyjątkowo wciągająca.

Tu się chyba zdarzyła ta druga sytuacja.

W piątej części serii kryminałów ponownie spotykamy te same postaci. Pisarkę Erikę, która tym razem znajduje na strychu domu jej rodziców stary, niemiecki medal i próbuje rozwikłać zagadkę jego pochodzenia; Patricka – uzależnionego od swojej pracy policjanta na urlopie ojcowskim, męża Eriki i ojca ich dziecka; grupkę śledczych z lokalnego posterunku i stały krąg znajomych oraz rodziny. Schemat budowy akcji ten sam. Trochę rozwoju charakteru. I kluczowe szczegóły śledztwa ujawnione dopiero na sam koniec, z satysfakcjonującym i dość zaskakującym (choć bez większego szoku, jak zwykle) rozwiązaniem.

Dlaczego zatem piszę o tej książce całą notkę, zamiast, jak „Kamieniarza”, potraktować ją krótkim opisem w Kąciku Czytelniczym?

Bo mnie zaskakująco wciągnęła. Po otwarciu ani się obejrzałam, byłam w połowie.

Ale dlaczego?

Sama nie wiem. To prawdopodobnie ostatnia książka Läckberg, jaką czytam – autorka wyrobiła sobie schemat, czego ja nie lubię – dlatego pożegnałam się z niegdyś ukochanym Frederickiem Forsythem (chociaż do „Negocjatora” nadal lubię wracać), nie skończyłam też nigdy serii o Harrym Potterze. Jej powieści są podobne do siebie. I może z czasem niektóre postaci doświadczają trochę rozwinięcia charakteru, robią się z irytujących akceptowalne, ale na inne reaguje się obojętnie, a po jakimś czasie od odłożenia książki nie pamięta się, o czym była i się rozważa oddanie tomiszcza w dobre ręce, bo blokuje miejsce na półce. Z „Niemieckim bękartem” będzie pewnie podobnie, ale z trzech powieści p. Camilli, które przeczytałam, ta, zgodnie zresztą z rekomendacją na okładce, była chyba najlepsza.

Po raz kolejny lekka lektura. Fanom polecam. Wahającym się może niekoniecznie.

Harlan Coben „Sześć lat później”

coben

Sześć lat temu Natalie, ukochana Jake’a, na swoim ślubie z innym mężczyzną, wymusiła na Jake’u obietnicę, że nie będzie się z nimi kontaktował. Sześć lat później Jake znajduje na stronie uczelni nekrolog męża Natalie. Postanawia odnaleźć swoją dawną ukochaną…

No dopsz. Pisałałam kiedyś, że Läckberg to lektura na plażę. Otóż, myliłam się. Coben to właściwy przykład czytadła.

Dawno nie trafiłam na książkę, którą tak błyskawicznie by mi się czytało. Owszem, literki duże, ale wcale nie poświęcałam na nie jakoś dużo czasu i przeczytałam toto w dwa dni!

A co to jest w ogóle? To kryminał, oczywiście. Dobrze zbudowany wykładowca z college’u nieco obsesyjnie poszukuje swojej dawnej ukochanej, co rusz wpadając w tarapaty z policją, mafią i innymi, uzbrojonymi i zdeterminowanymi ludźmi. To wszystko szybko, nieskomplikowanie i w pierwszej osobie (z częstym przełamywaniem czwartej ściany).

Kurczę, tak szybko to przeczytałam, że nie wiem, co napisać…

Naprawdę. Lektura na plażę. Klasę wyżej od Harlequina. Historia do połknięcia za jednym zamachem, bez postaci, do których byśmy się jakoś bardzo przywiązali, bez momentów pozostających na dłużej w pamięci. Chcecie się odmóżdżyć i lubicie lekkie kryminały? Oto lektura dla Was.

PS. Nie wiem, co robi ta pani na okładce. Wygląda na topielicę. Topielców w książce nie stwierdzono…

Mirosław Tomaszewski „Marynarka”

To będzie tak-jakby recenzja. Przynajmniej dwa akapity będą w niej zupełnie zbędne. Ale ja ogólnie lubię lać wodę.

Marynarka_Miroslaw-Tomaszewski,images_big,5,978-83-7747-974-2

Moja rodzina z Gdyni nie pochodzi, ale jest z nią blisko związana. Rodzice długo tam mieszkali, tata nadal tam pracuje. W Gdyni urodziła się moja siostra. Mieszka w niej dwóch moich wujków z rodzinami i jeden dziadek. Zawarłam w tym mieście wiele bliskich i do tej pory trwających znajomości. Kiedy byłam na pierwszym czy drugim roku studiów i zimą łapałam doła, wsiadałam do „kolejki” (pociągu Szybkiej Kolei Miejskiej) na stacji SKM Gdańsk Wrzeszcz (bo do niej miałam najbliżej ze stancji) i zamiast do pięknego, zabytkowego centrum Gdańska jechałam do szklano-betonowej, kilkudziesięcioletniej Gdyni, na bulwar nadmorski. Wracałam opita przesłodką kawą, zasłodzona dobrym ciastem i ze znacznie poprawionym humorem.

Może to sugerować, że nie będę do końca obiektywna wobec książki. No cóż, trochę racji w tym będzie. Bo nie dość, że jestem emocjonalnie związania z miastem, gdzie dzieje się większość wydarzeń w książce (książek polskich autorów czytam bardzo mało, ale jeśli już, to ulice są zazwyczaj warszawskie, więc czytanie znajomych nazw i kojarzenie, jak tamte okolice wyglądają, to dla mnie nowe doświadczenie), to jeszcze autor jest kolegą mojego taty ze szkolnych lat, do tej pory utrzymują kontakt, a w mieszkaniu jego syna w Krakowie trzy lata temu przez kilka dni miałam bazę ;).

…Witek, cyniczny zięć Karola Jarczewskiego, bogatego biznesmena z Gdyni, wyraźnie chce przejąć jego firmę. Pewnego dnia zleca redaktorowi naczelnemu trójmiejskiej gazety napisanie książki o wydarzeniach z 17 grudnia 1970 roku. Naczelny zleca to swojej dziennikarce, która spotyka Adama – przebrzmiałego punka, który ma osobiste wspomnienia z tamtego dnia…

Do książki podeszłam z pobudek nieco osobistych, ale przy czytaniu nie miało to znaczenia. Zostałam potraktowana sprawnie prowadzoną opowieścią, z raczej jednoznacznymi postaciami. Do paru z nich można czuć antypatię, uparcie buntownicze zachowania innej czasami są nie do końca zrozumiałe, kolejną niby się lubi, ale później już nie wiadomo, co o niej myśleć… W jakiejś recenzji ktoś zauważył, że na budowę postaci mogło mieć wpływ doświadczenie autora w pisaniu scenariuszy serialowych. Może i tak, nie przeszkadzało mi to.

Jednym z głównych pytań, które trzymało mnie przy lekturze, były motywy bohaterów. Dlaczego Witek chce wydać książkę o Grudniu 1970? Dlaczego jego teść zakłada Agencję PDP i zatrudnia w niej Adama, chociaż ten nie ma żadnych zdolności biznesowych? Na każde z tych pytań otrzymałam prostą, satysfakcjonującą odpowiedź.

Całość zaczyna się jak kryminał, kończy też jak kryminał, pomiędzy mamy ludzi, na których życie nadal mają wpływ wydarzenia z 17 grudnia 1970 (główna akcja dzieje się w 2005). Czyta się sprawnie i przyjemnie (o niczym nie świadczy to, że czytanie zajęło mi dwa tygodnie, to dla mnie standard ;) ), dla mnie osobiście tym przyjemniej, że kojarzyłam, jak wyglądają przedstawione miejsca. Jest to lekka lektura, niewymagająca zbyt dużego skupienia, intrygująca, z fabułą toczącą się do przodu w nienużącym tempie, napisana prostym, „ludzkim” językiem (jak mnie „ości” Karpowicza momentami męczyły! No tak, ale to „ości” są nominowane do Nike… ;) ).

Zatem za tę wycieczkę na znajome, gdyńskie ulice bardzo Panu, Panie Mirku, dziękuję. Dałam się zaprosić i nie żałuję.

(zdjęcie okładki ukradzione ze strony merlin.pl)

(Blog autora)

Marcin Meller „Między wariatami”

miedzy-wariatami-390

Wielką fanką pana Mellera nie jestem. Nie oglądam Dzień Dobry TVN, właściwie prawie wcale telewizji nie oglądam. Moja główna styczność z tym panem to czytanie jego felietionów w sporadycznie kupowanym „Newsweeku”. Nie do końca zatem pamiętam, dlaczego kupiłam jego książkę. No ale kupiłam. I nie żałuję.

To zbiór reportaży i felietonów z prawie 20 lat dziennikarskiej kariery p. Mellera. Zaczyna się mocnym kopem w zadek, mianowicie reportażami z wojen – w Serbii, Afryce (Zair, Uganda) i na Kaukazie. To opisy szalonego świata, który nie rządzi się żadnymi regułami. To opisy biurokracji, bałaganu. I często bratobójczej walki. Nie ma tu osobistych opinii. Autor – zapewne zgodnie z uprawianym gatunkiem twórczości – pozostaje niezmiennie neutralny. Nie wyjaśnia, o co chodzi. Nie pisze, kto jego zdaniem ma rację. Zwykle nie musi, bo uczestnicy konfliktów sami już chyba nie pamiętają, od czego się zaczęło.

Później jest kilka sztuk felietonów historycznych o radosnych czasach PRL. Te „radosne” czasy, całe szczęście, mnie ominęły, więc niektóre teksty czytałam z pogłębiającym się szczękopadem.

Felietony – w nieco innym klimacie. Lżejsze. Czasem kąśliwe. Często dowcipne.

Całość jest zakończona jeszcze jednym reportażem – „Serce zdrajcy”. O Burze (Afrykanerze), potomku pierwszych białych osadników na terenie dzisiejszej RPA. Widział on krzywdy wyrządzane Czarnym i był po ich stronie… dopóki nie zaczęło się obalanie apartheidu. Dopóki nie okazało się, że nieważne, po czyjej byłeś stronie. Skoro jesteś Biały, nawet, jeśli pomagałeś Czarnym, to i tak zostaniesz wykorzystany i skrzywdzony, twoje zasługi zostaną zapomniane.

Lubię. Podobało mi się. Serdecznie polecam.

Camilla Läckberg „Księżniczka z lodu”

ksiezniczka-z-lodu-b-iext18542115

W wannie, w domu z zepsutym piecem, w małym, szwedzkim miasteczku zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Motywy jej śmierci są niejasne. Zagadkę z pomocą lokalnego policjanta próbuje rozwikłać pisarka, dawna przyjaciółka z dzieciństwa ofiary. W czasie śledztwa wychodzą na jaw liczne rodzinne tajemnice, od lat ukrywane przed sąsiadami.

To pierwsze moje spotkanie z tą autorką. Sięgnęłam po nią trochę na fali popularności szwedzkich kryminałów – przy czym ciężko mi porównać ją do innych autorów, jako że z tego gatunku zaliczyłam tylko trylogię „Millenium” Stiega Larssona ;). Jest to na pewno lektura lżejsza od Larssona. Czyta się ją bardzo sprawnie i szybko, a przy okazji postaci są niejednoznaczne i fajnie zarysowane. To typowy kryminał ze śledztwem policyjnym. Akcja posuwa się do przodu, co chwilę dostajemy jakieś nowe szczegóły śledztwa, ale są one tak dawkowane (często zapowiadane poprzez reakcję odkrywcy – sam trop ujawnia się czytelnikowi nieco później, ale za to zawsze i konsekwentnie – trzeba przyznać pani Läckberg dbałość o niegubienie wątków), że sprawca i motyw ujawniają się dopiero na sam koniec. Ja na to zareagowałam cichym „a-ha”.

To zdecydowanie lekka lektura, taka na lato, na plażę, mimo panującej w powieści zimy. Nie intryguje szczególnie, nie czyta się jej, obgryzając paznokcie jak przy dobrym filmie. Moje czytelnicze postanowienie nie trzyma się najlepiej, bo przerwałam czytanie gdzieś w połowie, ale jak już wróciłam po kilku tygodniach i miałam więcej czasu, to tę drugą połowę dokończyłam w dwa dni, nie mając żadnego problemu ze zorientowaniem się ponownie, o co chodziło.

Zatem przeczytać jak najbardziej można. Wybitna lektura to nie jest, ot, dla zabicia czasu. Mam jeszcze jedną jej książkę i pewnie ją przeczytam, ale polować w księgarniach na kolejne tomy raczej nie będę.

(fotka ukradziona z empik.com)

„Chomik na widelcu” Claudia Torres, Jacek Krawczyk

chomik

Jestem fanką „prostej” literatury. Moje półki  z książkami są okupowane głównie przez thrillery, kryminały i książki przygodowe. Nie jest to literatura, z której można wyciągać jakieś mądre cytaty. Znamienne jest też to, że moje Środy Bez Komputera zostały wymuszone przez godziny, jakie spędzam na czytaniu fanfiction (amatorskich opowiadań opartych na książkach, filmach, grach komputerowych itp.) po angielsku, wśród których, nie ukrywajmy, trudno o arcydzieło. Czasami się zdarzy coś takiego znaleźć, ale tak czy siak, zazwyczaj sięgam po literaturę wybitnie rozrywkową.

„Chomika…” kupiłam w promocji, w Matrasie. Niecałą dychę mnie kosztował. Okładka i tytuł mnie zaintrygowały, stwierdziłam, że czemu nie, skoro chcę wrócić do czytania.

Psycholog policyjny śni o chomiku nabitym na widelec. Deserowy. Zawsze miał ten sen, kiedy dochodziło do jakiejś intrygującej śmierci. Śmierć dziewczyny w klubie nie wydawała się taka intrygująca, ot, przyczyny naturalne, była chora na serce. Ale okoliczności i osoby związane z tą śmiercią już takie oczywiste nie były…

Książka ma dwóch autorów: urodzoną w Łodzi córkę znanego, meksykańskiego pisarza i reżysera, oraz psychologa. Wpływ tego drugiego autora jest wyraźny: sprawa kryminalna jest jakby tłem dla opisów i rozwoju licznych, związanych z ofiarą postaci. Każda postać ma swoją historię, każda intryguje, każda wzbudza zainteresowanie, powoduje, że czekamy na jakieś nowe szczegóły z ich życia. Nie są to postaci budzące jakąś szczególną sympatię, ale nie jest to z powodu sposobu, w jaki są zbudowane, tylko raczej z braku czasu. Powieść jest stosunkowo krótka – 230 stron. I chociaż sprawa kryminalna rozwija się powoli, to jednak całość czyta się świetnie i szybko – poświęciłam na nią może 6-8 godzin.

To jest właśnie przykład takiej prawie idealnej, „lekkiej” lektury. Chciałabym poświęcić tym postaciom więcej czasu, bardziej je polubić, ale przy czytaniu odpoczęłam po „ościach” Ignacego Karpowicza, które mimo wszystko – bo to dobrze napisana książka i na pewno są osoby, którym się spodoba – mnie trochę zmęczyły (i których z powodu przerwy w czytaniu recenzować nie będę – powieści obyczajowe jednak nie są dla mnie).

I taki ten „Chomik…” jest. Żeby odpocząć. Następnego dnia można się wziąć znowu za coś cięższego. Może za Lackberg?