Archiwum blogu

Śniadaniowy dialog

Dziś rano otworzyłam szafki kuchenne, próbując zdecydować, co zjeść na śniadanie. Miałam zamiar zrobić sobie kanapki, ale poczułam, że może jednak mam ochotę na coś innego. Niezdecydowana zwróciłam się do małego, czarnego kota siedzącego na podłodze za mną.

Ja: Mrówka, powiedz mi, co ja mam zjeść na śniadanie.
Mrówka: Miau.
Ja: Płatki?
Mrówka: Miau.
Ja: Czy kanapki?
Mrówka: [cisza]
Ja: Czyli płatki. A nie, może jednak kanapki.
Mrówka: Miau.

Podobno to normalne, że niezdecydowane osoby ostatecznie robią odwrotnie w stosunku do tego, co im radzą inni. A może Mrówa zaprzeczyła przy płatkach? Nie wiadomo. Tak czy siak można sobie z nią pogadać. Bądź co bądź, pomogła mi wybrać ;).

Spóźniony Mikołaj przyniósł mi wagę kuchenną. Zaopatrzyłam się jeszcze w stolnicę i jutrzejsza sobota wolna od wszelkich wypadów i gości być może zostanie poświęcona na eksperymenty ciasteczkowo-pierogowe (poza prasowaniem, odkurzaniem i siedzeniem przy kompie, ofkors).

Wycinanki – rozwinięcie

Wczoraj ściągnęłam duży plaster, który pokrywał szwy po wycinankach. Spodziewałam się trzycentymetrowej dziary, tymczasem całość ma… centymetr długości. Nie, że to źle, wręcz przeciwnie. Mam tylko nadzieję, że dwa „stripy” (małe, wąskie plasterki zbliżające brzegi rany) wytrzymają do piątku. I tak mam problem z braniem prysznica…

Dzisiaj wąsate, miauczące dziady nie obudziły mnie w nocy. W zamian poszłam późno spać i wcześnie wstałam, więc wyszło na to samo. Znowu obudziłam się z nimi w łóżku.

Koci przełom

Mieszkanie wynajęłam z dwoma kotami w pakiecie. Zamieniłam szarego, głuchego, mimo to hałaśliwego Syberyjczyka i łaciatą (białą w czarne łaty), wredną zołzę na dużego, biało-rudego kocura i czarną, drobną, gadatliwą koteczkę. Kocur jest głupiutki i tchórzliwy, kotka po kociemu inteligentna i towarzyska. Kocur najpierw chował się na szafach, potem przede mną uciekał, kotka… nie miała nic przeciwko mnie. Spały nie wiem, gdzie, na pewno nie ze mną.

Poprzedniej nocy kotka (Mrówka) po przewróceniu czegoś w sąsiednim pokoju przyszła do mnie do łóżka się pocieszyć. Tej nocy oba stwory obudziły mnie koło czwartej swoją bitwą, którą przerwały po moich głośnych sykach, po czym pocieszenia wymagał kocur (Kisiel). Potem miałam, oczywiście, problemy z zaśnięciem, ale jakoś się udało i obudziłam się znowu 2 minuty przed budzikiem.

Oba koty leżały ze mną w łóżku.

Osobiście uważam to za przełom :). Z tej okazji może im kupię dzisiaj jakiś smakołyk ;) (i tak mają ze mną dobrze, bo nie dostają Whiskasa, tylko karmę wartościową odżywczo)

Tak poza tym, muszę się przyzwyczaić do większego hałasu w nocy. Kilkadziesiąt metrów od moich okien przebiega ruchliwa, krajowa droga, więc coś szumi praktycznie cały czas. Zegar w kuchni (a raczej aneksie) hałasuje. Koty się tłuką. W domu miałam tylko chrapanie Rodziciela za ścianą.

Zbieram siły i odwagę na kupienie łóżka (na razie śpię na wersalce w „salonie”) – chyba zamówię transport, bo wczoraj szafkę pod telewizor (tak, wiem, zakupy! :P) udało mi się przewieźć tylko po rozłożeniu kanapy w autku. Kartony z łóżkiem raczej się w nim nie zmieszczą. No i materac, który też będzie mnie sporo kosztował. Potem czeka mnie zbieranie jakichś 10 tys. zł na kuchnię. Wolałabym nie kupować na kredyt. Nie muszę mieć wszystkiego „na wypasie”: zlew, kuchenka, lodówka, mikrofalówka, kilka szafek. I powolutku do przodu. Na razie wszystko mam. Potem to wszystko wywędruje do Rodzeństwa.

Start w dorosłość.

Strażnicy grawitacji

Jeden z moich (tak jakby) kotów ma zwyczaj zrzucania rzeczy z półek. Ponieważ jest głuchy, nie słyszy huku. Słyszą za to właściciele i okazują odpowiednie zainteresowanie. Przyzwyczaił swoich poprzednich opiekunów, że jak coś zrzuci, to dostanie jeść.

Potrafił ich budzić w ten sposób w środku nocy.

U nas coś takiego nie działa. Wszystkie rzeczy tłukące się zostały schowane, więc jedynym przedmiotem, który może zrzucać, jest… miska na jedzenie. Stoi na szafce w korytarzu (żeby psy nie wyjadły karmy). Dźwięk metalowej miski lądującej na kaflach jest wyraźnym znakiem, że Dyziek jest głodny.

Napisałam o tym na Facebooku. Po chwili odezwał się mój znajomy, zwariowany (pozytywnie) kociarz, który walką o życie i zdrowie niepełnosprawnego sierściucha zarobił u mnie wielkiego plusa (nie znałam go z tej strony wcześniej). Napisał coś bardzo słusznego:

„Koty to strażnicy grawitacji. Często muszą sprawdzać, czy działa.”

No więc, Dyziaczku, nie ma żebrania. Od teraz będzie to po prostu testowanie grawitacji.

Przyznaję się

Jestem kociarą.

Chodzę z podrapaną, wcześniej podrażnioną alergią prawą ręką, mój wieczny katar prawdopodobnie wiąże się z uczuleniem na sierść, ale koło kotka nie potrafię przejść obojętnie. Muszę zagadać, pogłaskać, wziąć na ręce i poddusić ;). Przyznałam, że w wymarzonym mieszkaniu będę mieć kota. Ale nie musi być rasowy. Pewnie będę swojej sztuki szukać na kocim forum dyskusyjnym. Już widzę swoje przyszłe ogłoszenie: „Poszukiwany łagodny, samodzielny, przytulasty kocurek w wieku do 5 lat. Nie musi być kompletny. I tak nie będzie wychodzić z mieszkania”.

Psy akceptuję (muszę, skoro w domu oprócz mnie, rodziców i dwóch kotów żyją jeszcze dwa psy), ale mam skłonność do denerwowania się na nie. Poza tym bywają kłopotliwe. Kota się zostawi na weekend z czystą kuwetą, miskami z wodą i jedzeniem i nic mu nie będzie, a psy po czymś takim będą ledwo zipać, zaś cały dom będzie się nadawać do remontu.

Skąd te wyznania? Znowu przez skojarzenia. Podczas pracy dorywczej robię mały powrót do muzyki uwielbianej kiedyś. Po licealnym szale na elektronikę (m.in Aya RL, ale późniejsze albumy, jak „Change in form”) przyszedł czas na podstawówkowy szał na… Ich Troje.

A na płycie „Intro” taka kocia piosenka.

Przyznaję, to NIE jest dzieło wysokich lotów ;)

Dalej na playliście mam Madonnę „Confessions on a dancefloor” i Queen „Innuendo”, zaś całość zamykają 4 krążki Archive, dla równowagi. ;)

Skuteczność gróźb wobec kota

Mam na podłodze w pokoju rozłożone materiały do wspomnianej, dorywczej pracy. Materiały leżą na papierze pakowym, w którym do mnie przyjechały. Do pokoju wchodzi kot. Słyszę szelest papieru. Patrzę: kot wchodzi na materiały, a nie powinien.

Na moje zdecydowane „Kocie, zastrzelę cię!” rzeczony kot zszedł z materiałów, zrobił w tył zwrot i wyszedł wolnym krokiem. Niezastrzelony.

Podobnie, choć nieco szybciej, zareagował na długie syknięcie, którym powstrzymałam kolejną próbę zbadania, co też leży na tej podłodze i szeleści.

Koty są fajne… O ile słyszą. Tak-jakby-mój drugi futrzak jest głuchy. Żeby go powstrzymać, trzeba się bardziej zaangażować… Ale to nie czyni go niefajnym. Jest po prostu odrobinkę bardziej kłopotliwy w obsłudze. ;)

Szybki wpisik

Rezultat skojarzenia.

Mówi się, że kocia skórka jest świetna na reumatyzm czy bóle w kręgosłupie.

Jedno zastrzeżenie: w skórce nadal musi się znajdować żywy kot.

Howgh.

Kocie pytanie

Czy wszystkie koty z umaszczeniem typu „krówka” (białe w czarne łaty) mają czarne ogony?

Pytanie swe opieram na czterech przykładach:

1. nieznajomy, działkowy (?) Bolek z tej notki na tym blogu (ach, szczęśliwi ci, co posiadają Main Coona – tzw. miaukuna. Mojej matuli się marzy, ale hodowcy biorą ze 2 tysiące);

2. znajoma, niestety już za Tęczowym Mostem Milka zwana przeze mnie Kurczaczkiem (właścicielka dobrze karmiła, nie żadnym Whiskasem, więc Kurczaczek miał sierść jak… no cóż. Jak pióra kurczaczka :) );

3. znajoma Milusia zwana Wredną Miaupą;

4. znajomy kociak o imieniu Mietek zwany Terkotkiem, na tym zdjęciu z burą siostrą, Helenką (Terkotką), tutaj sam od frontu.

Ogólnie koty uwielbiam (bardziej od psów) i jak wyfrunę na swoje, wezmę sobie jakiegoś. Nie musi być rasowy czy biały w czarne łaty…