Archiwum blogu

Dialog rodzinny

Siedzimy przy komputerach, Mrówka usadziła mi się na kolanach i zagaduje.

Ł: Cicho.
M: Mru.
Ł: Cicho!
M: Mrru.
Ł: CICHO!
M: … Mrr.
k., tarmosząc Mrówkę: Jakby to miało zadziałać. Ona zawsze musi mieć ostatnie słowo.
M: … Mru.

k. walczy z nosem

Lato, gdzieś w połowie lat 90-tych. Rodzinka k. wybrała się na wczasy. Śpią w jednym domku, córki na jednej kanapie, rodzice na drugiej.

Nad ranem Rodziciel rzuca w przestrzeń, że ktoś w nocy ciężko oddycha. k., lat około 10 (nie pamięta dokładnie), prawdopodobnie się rumieni.

I tak sobie żyje z wiecznie przytkanym nosem. Dużo oddycha przez usta i obecnie zwala na to dość dziwny kształt jej górnego łuku zębowego. Musi myć twarz po każdym smyraniu przybrudzonego kota, rezydującego tymczasowo w pokoiku w piwnicy. Czasami ma mniejszy katar, czasami większy. Ma też awersję do kropli do nosa, bo jej Rodziciel używa ich od zawsze i podobno ma w przegrodzie nosowej wypaloną dziurę wielkości złotówki. Zwiększony katar nad ranem to skuteczna przypominajka, że trzeba zmienić pościel. Całymi latami ma jednak nadzieję, że to krzywa przegroda nosowa. W końcu w rodzinie jest dwóch „zatokowców”.

Jedna wizyta u laryngologa, pod koniec studiów, przynosi zaprzeczenie. Przegroda nosowa nie jest aż tak skrzywiona, żeby powodować takie problemy. Wydane wtedy skierowanie do alergologa traci ważność, niewykorzystane.

Drugie skierowanie do alergologa, wydane przy okazji wizyty u lekarza z innym problemem, też nie zostaje wykorzystane. Mijają jakieś 2 lata.

k. postanawia zostać krwiodawcą. Zawsze o tym marzyła – o tym poczuciu satysfakcji ze zrobienia czegoś dobrego dla ludzkości (jej codzienna praca też czasami jej to daje, ale k. popycha chęć nowości). Do tej pory spróbować się nie udało, bo albo była na lekach (dermatologicznych), albo w badaniu krwi wychodziła anemia. Może nie ma jakieś specjalnie rzadkiej grupy krwi, ale na stronie gdańskiego RCKiK jej 0 Rh+ świeci się na żółto albo czerwono, znaczy potrzebna. Kilka dni wcześniej robi ogólne badania krwi, które wychodzą bardzo dobrze. Którejś soboty stawia się zatem w centrum krwiodawstwa, wypełnia ankietę, wchodzi do gabinetu lekarskiego, gdzie spotyka lekarkę, z którą na studiach miała ćwiczenia na jakimś oddziale szpitalnym, tylko nie pamięta już, na jakim.

Tam wychodzi kwestia kataru. „To pewnie zatokowe!”. Niestety, krwi tego dnia nie oddaje, bo trzeba postawić jednoznaczną diagnozę.

Zebranie się do laryngologa trwa jednak kilka tygodni. W międzyczasie k. zaczyna łykać leki przeciwhistaminowe sprzedawane bez recepty, które, o zgrozo, pomagają. W końcu wybiera się na wizytę prywatną, bo jej się nie chce śmigać jeszcze do rodzinnego po skierowanie. Pan doktor oświadcza, że jej objawy są „na 200% alergiczne”. Tym samym kariera krwiodawcy poszła się bujać. Pociesza on jednak k., że w jej wieku jest jeszcze szansa na odczulanie.

Mając w perspektywie kolejnych kilkaset złotych wydanych na alergologa, k. postanawia skorzystać ze zwiększonej ilości wolnego czasu w pewnym czerwcowym tygodniu i załatwić to jednak przez NFZ. Ze zdumieniem odkrywa, że w przychodni, do której jakiś czas temu się zapisała, można się zapisać na wizytę u lekarza rodzinnego z dwudniowym wyprzedzeniem i na rano.

W dniu wyznaczonej wizyty okazuje się, że podana godzina jest jedynie umowna, ale i tak udaje się tego dnia otrzymać odpowiednie skierowania. Niestety, najbliższy wolny termin do alergologa jest na początek września.

W okresie oczekiwania na wizytę k. nadał łyka leki przeciwhistaminowe.

Odstawia je na dwa tygodnie przed wizytą u alergologa. Znowu ma gorszy katar.

Na początku września ląduje u alergologa. Krótka rozmowa, krótkie badanie („Laryngolog nie powiedział, że ma pani skrzywioną przegrodę?”), potem testy skórne.

13 alergenów, próba kontrolna, próba z histaminą. k. podejrzała w kasetce z opisem alergenów, że nr 10 to sierść kocia.

I tak siedziała kilka minut, patrząc, jak rośnie jej bąbel pod histaminą. I bąbel przy numerze 10. Dwa jedyne bąble.

Z późniejszej wizyty u lekarza wychodzi z receptą, przykazem wyeliminowania alergenów i mokrymi oczami. Wsiadłszy do samochodu oświadcza płaczliwie, że „ku*wa, przecież się ich nie pozbędę”. Receptę postanawia wykupić dopiero następnego dnia, jak nie będzie zaryczana. Plany wzięcia na wiosnę trzeciego kota stają teraz pod znakiem zapytania.

Po powrocie do domu żali się znajomym na FB i szuka mniej alergizujących ras. Wymarzony Ragdoll odpada. Na tapetę wchodzi kot syberyjski (też ładny).

Może, kiedyś.

Dyskusja z kociarzami poprawia jej humor.

Uczulające Mrówka (ciemna sierść) i Kisiel (samiec) mogą się czuć bezpiecznie.

Z kariery krwiodawcy zdecydowanie nici.

Reinkarnacja

Mrówka

Mrówka

Zaczęłam się zastanawiać, kim była Mrówka w poprzednim wcieleniu.

Bo, jak Bozię kocham, tak „ludzkiego” kota nigdy nie widziałam.

Jestem jej karmicielką od dwóch lat, wcześniej karmy do miski dosypywała moja siostra. Jeszcze wcześniej była ratowana w domu tymczasowym w Toruniu i B(rz)ydgoszczy, a jeszcze wcześniej była kotem „działkowym”. Tyle wiemy.

Obecnie ma jakieś 8-9 lat.

Jest raczej nieduża, ma czarne futro z białymi plamami na szyi i w okolicach „bikini”. Ma dość krótki ogonek i wielkie, zielone oczy.

I świetnie rozwinięte z racji częstego używania struny głosowe. O ile koty mają coś takiego. Ale jakoś dźwięki z siebie wydają, nie? Mamy tu jakiegoś weterynarza?

I ma całkiem spory rozumek w małej, czarnej, kociej główce.

I ten rozumek jest chyba w niej najbardziej niesamowity.

Z Mrówką można pogadać. Można się pokłócić. Dobrze wie, co się do niej mówi.

Potrafi się obrazić, jak zabraniam jej wskoczyć do umywalki w łazience. Wyraźnie widać, jak przetwarza moje „nieeee…”, sprawdza kątem oka, czy na nią patrzę, przymierza się do skoku, po czym na moje zdecydowane „NIE!” odwraca się, odpyskowuje po kociemu, wychodzi z łazienki i siada tyłem do drzwi.

Jest pyskata, absorbująca, hałaśliwa, wymusza to, czego chce. Co rano muszę dosypać choć trochę świeżej karmy, choć w misce jest jeszcze żarcie. Po południu głośne miauczenie to informacja, że mam ją wpuścić na górną półkę szafy w korytarzu. Siedzi tam potem kilka godzin i jest spokój.

Przychodzi na kolana, komentuje głaskanie.

Protestuje na tarmoszenie, ale później i tak wraca.

Moja mama ostatnio opowiadała, jak Mrówka kiedyś ją poganiała do płaczącej, siostrowej córki.

Odpowiada, jak się do niej zagada.

Kim więc była w poprzednim wcieleniu? Inteligentnym człowiekiem, nielubiącym kotów, zamienionym w jednego za karę?

Wiem, że moją fascynacją Mrówką krzywdzę trochę Kisiela. Ale Kisiel to jest, niestety, trochę przygłupawy, duży rudzielec. Aż tak się nie angażuje. Trzyma się bardziej z boku. Lubi drapanie za uchem. Wieczorem, kiedy leżę w łóżku, podchodzi i robi bęc! i trzeba go pomiziać. Tulenie (a fajnie się go tuli) już jest ble, długo nie wytrzyma. Na kolana też nie przychodzi.

Głosik ma z rodzaju „ostatni kastrat”, czasami jego miauki wychodzą bezgłośne. Za to bardzo głośno mruczy.

Jest wybredny, podczas gdy Mrówka żebrze. Nie wiem, co gorsze. Z drugiej strony to Kisiel ma lepiej rozwinięty instynkt łowiecki: poluje na większość owadów w mieszkaniu i na świetlne zajączki. Potrafi biegać po ścianach ;).

Nie kuma idei drapaka, drapie wszystko (znaczy moje łóżko, fotel komputerowy, kanapę, uszczelkę uchylonych drzwi balkonowych, ścianę z kartongipsu…), tylko nie drapak. Nie zawsze wychodzą mu skoki na odległość. Bardzo łatwo go przestraszyć.

Więc jest to kot tak jakby z drugiego bieguna.

Też się cieszę, że go mam. Tak się często kocha. Inaczej, ale równie mocno :)

Kisiel

Kisiel

Poranne bredzenie

Żeby się nie pomyliło (mi czasem próbuje):

prostownicaTo jest prostownica do włosów.

prostownikTo jest prostownik.

tx-8B-500x500A to prostnica stomatologiczna (typ wiertarki. Na zębach się tego nie używa, raczej na protezach i wyjmowanych aparatach ortodontycznych).


Siedzę przy kompie, słyszę, że w kuchni piszczy płyta grzewcza – coś wlazło na nią i siedzi na guziczkach. Ponieważ przed chwilą smażyłam sobie jajecznicę, jeden „palnik” (kuchenkę mam elektryczną) jest pewnie wciąż ciepły. Wciąż siedząc w pokoju, krzyczę:

– Jak sobie przysmażysz łapy, to nie będę cię ratować.

Rozlega się odgłos kocich łapek lądujących na podłodze i Mrówkowe „miauuu!”.


Dzień dobry, zaczynam Majówkę :)

 

Pańskie gardziełka

Moje dwa przejęte z mieszkaniem sierściuchy nie są karmione Whiskasem, tylko Puriną. Od czasu do czasu dostaje im się jakiś „smakołyk”, typu przeraźliwie droga puszka z mokrym żarciem, z zawartością mięsa większą, niż typowe dla tanich karm 4%.

Dzisiaj dostała im się karma „premium”. Po otwarciu puszki moim oczom ukazały się dwie połówki małego jajka, otoczone obiecaną rybą. Ja pierniczę, w życiu jajek przepiórczych nie jadłam, a wrzuca się je do kociej karmy.

Kisiel jest stworem wybrednym. Mrówka nie. Nie zje może wszystkiego, ale lubi żebrać i nie pogardzi chrząstką z gotowanej nóżki kurczaka. Na kurczaczku zazwyczaj robię sobie zupę.

Jajeczkiem jaśniepaństwo wzgardziło zgodnie. Mrówka wyjadła samo żółtko, białko wyrzuciwszy z miski na podłogę, Kisiel w ogóle olał to dziwne coś. Wylizał z miski najpierw sos, potem zjadł rybę, jajko zostało.

Tak to z kotami bywa. Można kupować puszki Animondy (jedne z lepszych karm), ale kotom najbardziej będą się uszy trzęsły na nieszczęsnym Whiskasie. Jak u ludzi. Przecież niezdrowy fastfood wchodzi najłatwiej.

(z mniej smacznych szczegółów: jedno dobre, że zjadły swój „smakołyk” powoli. Wciągnięta hurtem zawartość miski często wraca na światło dzienne tą samą drogą)

PS.: Zimno mi. Biurko pod oknem to momentami średni pomysł.

Kocia psychologia

Kiedy pierwszy raz pojechałam z Mrówką do weta nieco ponad tydzień temu, przy próbie zmierzenia jej temperatury zostałam podrapana.

Kiedy pojechałam drugi raz, w sobotę, podczas badania jej przez weta miałam założone rękawice ochronne. Mrówka w pewnym momencie wtuliła się we mnie, wyraźnie nieszczęśliwa z powodu wstępnego przerobienia na żyrandol.

W niedzielę przy zastrzykach nie próbowała się wyrywać.

Wczoraj i dzisiaj, badana, kłuta i macana w okolicy nacięcia na policzku, siedziała w dolnej części rozkładanego transporterka zupełnie spokojnie. Nie próbowała uciec ani drapać. Owszem, miauczała, ale kto by nie protestował przeciw dość przedmiotowemu traktowaniu.

Dla mnie jest to fascynujące. Wizyty u weta nie należą do przyjemnych. Tyłek ma pokłuty. Dzisiaj miała wtykaną w nacięcie końcówkę strzykawki z maścią. Zdecydowanie mogła bardziej protestować.

Najważniejsze jest to, że się na mnie nie obraziła – nieżyjący już kot moich rodziców potrafił siadać do nas tyłem i udawać, że nie istniejemy. Mrówka każdą noc spędza przy mnie (dzisiaj w nocy mlaskała, co bardzo ułatwiało mi sen), nie ucieka.

Na długo przed jej obecną chorobą było wiadomo, że to inteligentny kot. Ma silny charakter, nie daje sobie w kaszę dmuchać. Niegdyś osiedlowa włóczęga, od ludzi zaznała zarówno dużo złego, jak i dobrego. Kilka lat temu wpadła do smoły albo została do niej wrzucona. Inni ludzie uratowali jej życie, dali tymczasowy dom, z którego odebrała ją moja siostra – jej nowa opiekunka.

Tak sobie myślę, że kota rozumie, że to, co robimy, jest dla jej własnego dobra i dlatego pozwala nam na to.

Biorąc pod uwagę znacznie mniej poddańcze podejście do opiekunów przez kota niż przez psa, takie zachowanie – chociaż nie widać w nim dozgonnej wdzięczności, tylko zrozumienie – jest dla mnie tym bardziej znaczące i doceniane.

Sprawy przybrały krwawy obrót

A dokładniej krwisto-ropny.

Nieświadoma zagrożenia oddałam Mrówkę w ręce jej byłej opiekunki – mojej siostry. Znaczy siostra miała dzisiaj zabrać kotę do weta na, jak mi się wydawało, kolejną porcję zastrzyków.

Byłam już w pracy, kiedy siostra zadzwoniła z pytaniem, czy Mrówka coś jadła rano, bo chcą podać jej narkozę. Trochę mi szczęka opadła. Niestety nie znałam odpowiedzi na pytanie, bo miska z jedzeniem cały czas stoi na podłodze, łatwo dostępna.

Ogólnie z oględzin koty pod „głupim Jasiem” wyszła diagnoza – ropień policzka, który uciskał kanaliki łzowe, dlatego Mrówka łzawiła. Ropień dodatkowo podrażniał po sąsiedzku oko, stąd też sobotnio-niedzielne rewolucje. Ropień został nacięty, kota (niestety po śniadaniu – więc wymiotująca) odwieziona do domu.

Kiedy wieczorem wróciłam z pracy, zastałam brudną podłogę i Kisiela, który bardziej niż zwykle chciał się wyrwać na wolność. Mrówka jeszcze powoli, często siadając i filozofując w ciszy, kręciła się po mieszkaniu. Oko wyglądało już prawie normalnie – nacięcie ropnia rzeczywiście pomogło. Jedną z pierwszych czynności było moje zwilżenie szmatki i wytarcie jej brudnego futra. Potem właściwie nie wiedziałam, za co się zabrać: pranie zabrudzonej narzuty na łóżko, skarpetek (skończyły mi się), odkurzanie mieszkania, mycie kuwety (chwała rękawiczkom nitrylowym, pozostawionym po pracy w pogotowiu stomatologicznym) czy podłogi? W końcu jakoś udało mi się wszystko ogarnąć.

Ogólnie nie wiadomo, skąd się ten ropień wziął. Nie zauważyłam wcześniej żadnego zadrapania policzka ani nic w tym rodzaju, weci podczas oględzin gęby koty też nie znaleźli nic, co mogło być przyczyną takiego stanu zapalnego.

I nie, nie mam nic przeciwko decyzji wetów i siostrzanej zgody na ten zabieg, skoro Mrówie zdecydowanie pomogło. Moje zaskoczenie wzięło się stąd, że wcześniej w ogóle o takiej możliwości nie wspomniano.

A teraz Kisielowi się nudzi i biega po meblach. Ponieważ jest pierdołą, nieudane lądowanie na parapecie okna w graciarni przypłacił nieomalże lądowaniem na moim kompie.

Pani kota jest chora

Całą poprzednią niedzielę (13 stycznia) Mrówka przespała. Siedziałam cały dzień w domu, nie zauważyłam, żeby coś zjadła. W dodatku zaczęło jej lekko łzawić prawe oko.

Do weterynarza wybrałam się dopiero w środę, kiedy już Mrówka czuła się lepiej. Oko dalej nieco łzawiło, ale jadła i gadała po staremu – ogólnie szło ku lepszemu. Dostała krople antybiotykowe do oczu, Biostyminę, tabletkę na odrobaczenie i Rutinoscorbin. Z tego wszystkiego tylko ostatniego nie udało się zaaplikować. Chyba sama zjem.

W piątek wieczorem zauważyłam, że z tym łzawiącym okiem dzieje się coś niedobrego – zaczęło puchnąć. W sobotę rano obrzęk był już tak duży, że zaczekałam na dotarcie MM i razem pojechaliśmy do weta.

Dostała inne krople i kołnierz ochronny, bo podejrzewano, że podrażniła sobie oko łapą. Dokupiłam obróżkę (czarną w kwiatki i z dzwonkiem, innej, mniej obciachowej, nie było). W domu zamieniliśmy biedną kotę w żyrandol.

Początkowo była kompletnie skołowana. Zahaczała kołnierzem o meble, próbowała wyjść tyłem z tego ustrojstwa. Dzwonek był dodatkowo pognębiający. Ogólnie początkowo nie mogliśmy przestać się z niej śmiać (okrutnicy). Do wieczora Mrówka pogodziła się z losem i poruszała się już nieco sprawniej, ja zaś odcięłam dzwonek od obróżki.

W niedzielę całe prawe oko zaszło jej dodatkowo opuchniętą trzecią powieką. Kiedy po południu próbowałam pojechać znowu do weta, okazało się, że w samochodzie siadło mi sprzęgło. W stanie rozpaczy zadzwoniłam na pierwszą linię obrony, czyli do rodziców. Przyjechała mama i zawiozła mnie i Mrówkę do weta. Tam kota została potraktowana trzema zastrzykami w tyłek. Wizyty, niestety, trzeba powtarzać.

Dzisiaj rano jednak oko było zupełnie odsłonięte, więc moja czarna rozpacz nieco zszarzała ;).

Z powodu choroby kota i awarii samochodu zmienił mi się plan dnia – musiałam odwołać wszystkich trzech pacjentów z prywatnej popołudniówki i ostatniego pacjenta z porannej zmiany na NFZ, bo z wiochy, gdzie pracuję, ciężko jest się wydostać komunikacją miejską. Na pociągi i autobusy będę skazana przynajmniej do czwartku. Jutro kotę do lekarza zawiezie była właścicielka Mrówki (moja siostra), zastanawiam się jeszcze, jak urządzić środę i czwartek. W środę po południu będzie holowanie auta do warsztatu (ale między pracą i tą operacją powinno mi się udać pojechać do weta), w czwartek rano – mam nadzieję – odbiór. Ogólnie praca przeszkadza w ratowaniu zwierza.

Dzisiaj zaczynam zajęcia w studium medycznym. Będzie beznadziejnie, ale może później uda się z tego zrobić coś sensownego.

Tak w ogóle

To mam jeszcze jednego kota, ale z nim się słabiej dyskutuje.

Mrówka i Kisiel

Jest rudo-biały i ma na imię Kisiel (nie ja wymyślałam tym kotom imiona).

Do tarmoszenia też jest nieco gorszy, bo to jakieś siedem kilo dobrze karmionego kota. Mrówka jest bardziej poręczna. ;)

Zdjęcie znowu sprzed kilku lat, niemoje. Widok z okna też nieaktualny.

Idę spać…

Na życzenie

Mrówka. Zdjęcie zrobione kilka lat temu, nie przeze mnie.

;)