Archiwum blogu

Znak życia

Żyję.

Od początku czerwca mam nowego kota. Ma na imię Rysiek i przed chwilą wyglądał tak:

Syf na biureczku i koteczek

A chwilę później tak:

Nie powinno go tam być

Przywiozłam go z Olsztyna, jak miał 8 tygodni. Podobno to półkrwi Syberyjczyk. Fakt, ogon mu się robi coraz bardziej puchaty. Najpuchatszy z całego kota.

I stałe zęby mu rosną.

Rozrabia jak na kocie dziecko przystało (głównie biega po mieszkaniu i próbuje pobić kolejne rekordy wysokości. Pogryzł nam też jeden kabel od głośnika) i urodą nadrabia to swoje rozrabianie.

Poza tym byłam już na urlopie. W Bułgarii, w kurorcie Słoneczny Brzeg, 7,5 km od Nesebyru. Na wycieczkach były m.in. takie widoki:

Ogólnie miejsce fajne na totalne lenistwo, bo koło Słonecznego Brzegu nie ma nic ciekawego, poza samym Nesebyrem, który jest urokliwy, bardzo zabytkowy i pełen straganów. Większość czasu spędziliśmy nad hotelowym basenem, opalając się i pijąc drinki. W rezultacie tego drinkowania niemal totalnie straciłam ochotę na alkohol. Od powrotu chlapnęłam sobie kieliszek różanej nalewki, której reszta ostatecznie dostała się siostrze mojej jedynej, i kieliszek Krupniku Słony Karmel (siostra ma na mnie zły wpływ). Nie, żebym wcześniej piła dużo i regularnie, ale nawet piwka na koniec gorącego dnia się nie chciało.

Widoki powyżej to z wycieczki fakultatywnej do Bałcziku (piękne ogrody Marii, królowej rumuńskiej) i na półwysep Kaliakra (gdzie było zrobione powyższe zdjęcie). Bułgaria jest krajem z bardzo długą i ciekawą historią, ale jeśli ktoś chce mieć tanie wakacje, to Słoneczny Brzeg odpada, bo jak na kurort przystało jest drożej niż w Polsce.

Widok na pałacyk królowej Marii

Dla mnie dodatkową rozrywką był lot samolotem (leciałam pierwszy raz), który głównie utwierdził mnie w przekonaniu, że zwierzęciem jestem wybitnie lądowym. Widoki w drodze powrotnej mieliśmy wprawdzie fajne

Ujście Wisły, Mierzeja Wiślana

ale jakieś to dla mnie wszystko za kruche jest.

Wiem, jeden rzut oka na flightradar24.com i widać, jaki jest ruch w powietrzu i jak rzadko cokolwiek się dzieje, ale mimo wszystko. Jak coś się dzieje, to z przytupem.

I tak w przyszłym roku lecimy do Grecji, na Zante, albowiem moja siostra jedyna ma na mnie zły wpływ. Rodzice chcą mnie namawiać na Korfu na następny rok, ale ja już myślę o Chorwacji albo Hiszpanii. Czy innej Portugalii. Zobaczymy.

Ogólnie po dwóch tygodniach pracy po urlopie dochodzę do wniosku, że potrzebny mi kolejny wyjazd. Najlepiej do SPA. I nawet wiem, którego.

Albo jest to potrzeba zrobienia czegoś ze swoim życiem, najchętniej zawodowym. Jakieś podniesienie kwalifikacji czy coś, bo ostatnio kolega ze studiów się do mnie odezwał z propozycją pracy, na cztery ręce, mikroskop, a ja pomyślałam, że ja nie ta liga, ja prosty wiejski dentysta jestem. Trochę stoję w miejscu. Mam chrapkę na jedno szkolenie z protetyki na początku grudnia, ale, kurna, jakoś mnie nosi. Kopsnąć się gdzieś w sobotę, posłuchać czegoś pożytecznego, ciastek zjeść i darmowej kawy się napić.

W szkole już nie pracuję. Raz do mnie zadzwonili, tydzień przed rozpoczęciem roku szkolnego, nie mogłam odebrać, nie oddzwoniłam, od tamtej pory cisza. Chyba wreszcie muszę definitywnie zamknąć tamten rozdział.

Nie przeszkadza?

Czasem mam ochotę zapytać niektórych moich pacjentów, czy im naprawdę nie przeszkadza ta wielka czarna dziura, jaką sobie wyhodowali w przednich zębach. Zwłaszcza nastolatków przed studniówkami/balami gimnazjalistów itp. Strach przed dentystą czy nie, ale naprawdę lepiej narazić się na drwiny kolegów (chyba najlepszy argument) niż pozbyć się tego wątpliwego ozdobnika? W XXI wieku, dobie znieczuleń i świetnych materiałów do wypełnień estetycznych?

Najlepsze są takie dziury u wypacykowanych na paszczy dziuń. Też się zdarza.

Albo czy nie czują, że od wczorajszego obiadu mają strzępki kurczaka między zębami. Wygrzebuję to potem zgłębnikiem i żartuję o zapasach na zimę.

Mnie osobiście żarcie między zębami wkurza niemożebnie, a mam ze dwie przestrzenie międzyzębowe, które gromadzą mięsko na potęgę. Znaczy gromadziłyby, gdyby nie nitka dentystyczna. Przy jednej przestrzeni jest wypełnienie do wymiany, przy drugiej też, ale ząb do zrobienia jest jakieś 21 lat po leczeniu kanałowym (właśnie poczułam się staro) i trochę strach go ruszać. Nastawiam się na wkład k-k i koronę.

A co do przednich zębów, fiksacja na temat moich sporawych górnych siekaczy kazałaby mi biegać do dentysty na pierwsze podejrzenie, że coś się z nimi dzieje. W rezultacie u mnie jedyne zęby nietknięte do tej pory próchnicą to właśnie fronty, od trójki do trójki (jakaś czwórka też się znajdzie). Pozostałe połatane, ale trzymają się kupy.

Czasem mam wrażenie, że zęby są traktowane jako nie do końca udany dodatek do reszty ciała. Się wyrwie i zrobi protezę. Mleczaki nie mają korzeni i i tak wypadną, a synek lat 6 nie chce myć zębów, no co mamusia zrobi? Krówa, zmusi. Ręce myje, buzię myje, tyłek po siku i kupie wyciera, to niech myje też zęby, to podstawowy element codziennej higieny. Mamusia na bilanse dziecko zaciągnie, czasem nawet zaszczepi, to niech zaprowadzi raz na pół roku do dentysty. Mamy wolny rynek i internet, jeden dentysta nie będzie odpowiadał, to się znajdzie innego.

* * *

Z innych wieści, Mrówka nadal jest jedynaczką. Myślę o wzięciu drugiego kota, ale a) zabieram się za to jak pies do jeża, b) dobrze by było, żebym wzięła drugiego sierściucha w momencie, w którym spędzę chociaż kilka dni w domu, a tego się chyba do listopada nie uświadczy, bo wszelkie moje długie weekendy i urlopy są związane z wyjazdami, c) zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle jakaś certyfikowana w międzynarodowych stowarzyszeniach hodowla sprzeda mi kota syberyjskiego do mojego 43-metrowego mieszkania bez możliwości wybiegu. Dlaczego syberyjskiego? Bo są puchate i nie uczulają, ale podobno bywają wysokogórskie, a ja wolałabym kota przypodłogowego. Zaczęłam myśleć, że może pal licho alergię, pomęczę się kolejne kilkanaście lat, a może wziąć w takim razie wymarzonego ragdolla? Z drugiej strony, kotów normalnie uczulających jest na pęczki w schroniskach i to za darmo, nie za 1500-2000 zł.

Excuses, excuses.

Także ten. Do drugiego kota jeszcze daleko.

Smutny element posiadania zwierzaka

Mam dwa koty, oba w wieku ok. 14 lat.

Czarną Mrówkę, która swoim gadulstwem, zwłaszcza w nocy, doprowadza nas czasem do szału, ale nadrabia tym, że włazi na kolana i ma spory rozumek, oraz rudego pręgowanego kocura Kisiela, który wprawdzie żyje raczej obok nas, ale jest mniej upierdliwy.

Kisiel od kilku lat chorował na przewlekłą niewydolność nerek. Dostawał specjalistyczną karmę, odpowiednie suplementy i sobie żył po staremu.

Jakiś miesiąc temu zauważyłam, że schudł. Zwróciłam uwagę, że jadł dużo mniej, niechętnie pił, ale poza tym zachowywał się normalnie. Podczas wizyty u weta okazało się, że zjechał z prawie 7 kg wagi na 5,5. Podejrzewano zapalenie gardła, bo wyniki badań krwi wyszły po staremu, nerki w miarę działały, nie było gorzej. Dostał antybiotyki, został odrobaczony, zmieniłam karmę, zaczął jeść trochę więcej. Kontrola miała być po dwóch tygodniach, z zastrzeżeniem, że może na czczo, to się zrobi USG.

Pojechałam wczoraj. Waga zjechała do 5 kg. Na wstępnym USG wyszedł guz w brzuchu, niedaleko ściany jelita, rozmiar 4×3 cm. Kot został w przychodni na cały dzień – dostał „Głupiego Jasia”, został przebadany dokładniej, od razu zrobiono biopsję i podano kroplówkę dożylnie.

Szczerze powiedziawszy, diagnoza mnie nie zdziwiła, biorąc pod uwagę wyniki krwi. Zasmuciła, ale brałam ją pod uwagę.

Podano mi opcje. Można było zostawić go w spokoju i czekać, aż mu się pogorszy. Tego robić niespecjalnie chciałam, bo żal było na niego patrzeć, jak chudł. Można było zrobić operację, otworzyć go, zobaczyć, czy dałoby się toto wyciąć, a jeśli nie, to po prostu go nie wybudzać. Miałam czekać na wyniki biopsji, chciałam się skonsultować też z innym wetem.

Niestety, wieczorem decyzja sama się podjęła. Kisiel leżał pod moim łóżkiem, doczłapawszy się tam na chwiejnych nogach kilka godzin wcześniej, i nie oddychał.

Mogę się tylko pocieszać, że nie zdążył się nacierpieć.

Dialog rodzinny

Siedzimy przy komputerach, Mrówka usadziła mi się na kolanach i zagaduje.

Ł: Cicho.
M: Mru.
Ł: Cicho!
M: Mrru.
Ł: CICHO!
M: … Mrr.
k., tarmosząc Mrówkę: Jakby to miało zadziałać. Ona zawsze musi mieć ostatnie słowo.
M: … Mru.

k. walczy z nosem

Lato, gdzieś w połowie lat 90-tych. Rodzinka k. wybrała się na wczasy. Śpią w jednym domku, córki na jednej kanapie, rodzice na drugiej.

Nad ranem Rodziciel rzuca w przestrzeń, że ktoś w nocy ciężko oddycha. k., lat około 10 (nie pamięta dokładnie), prawdopodobnie się rumieni.

I tak sobie żyje z wiecznie przytkanym nosem. Dużo oddycha przez usta i obecnie zwala na to dość dziwny kształt jej górnego łuku zębowego. Musi myć twarz po każdym smyraniu przybrudzonego kota, rezydującego tymczasowo w pokoiku w piwnicy. Czasami ma mniejszy katar, czasami większy. Ma też awersję do kropli do nosa, bo jej Rodziciel używa ich od zawsze i podobno ma w przegrodzie nosowej wypaloną dziurę wielkości złotówki. Zwiększony katar nad ranem to skuteczna przypominajka, że trzeba zmienić pościel. Całymi latami ma jednak nadzieję, że to krzywa przegroda nosowa. W końcu w rodzinie jest dwóch „zatokowców”.

Jedna wizyta u laryngologa, pod koniec studiów, przynosi zaprzeczenie. Przegroda nosowa nie jest aż tak skrzywiona, żeby powodować takie problemy. Wydane wtedy skierowanie do alergologa traci ważność, niewykorzystane.

Drugie skierowanie do alergologa, wydane przy okazji wizyty u lekarza z innym problemem, też nie zostaje wykorzystane. Mijają jakieś 2 lata.

k. postanawia zostać krwiodawcą. Zawsze o tym marzyła – o tym poczuciu satysfakcji ze zrobienia czegoś dobrego dla ludzkości (jej codzienna praca też czasami jej to daje, ale k. popycha chęć nowości). Do tej pory spróbować się nie udało, bo albo była na lekach (dermatologicznych), albo w badaniu krwi wychodziła anemia. Może nie ma jakieś specjalnie rzadkiej grupy krwi, ale na stronie gdańskiego RCKiK jej 0 Rh+ świeci się na żółto albo czerwono, znaczy potrzebna. Kilka dni wcześniej robi ogólne badania krwi, które wychodzą bardzo dobrze. Którejś soboty stawia się zatem w centrum krwiodawstwa, wypełnia ankietę, wchodzi do gabinetu lekarskiego, gdzie spotyka lekarkę, z którą na studiach miała ćwiczenia na jakimś oddziale szpitalnym, tylko nie pamięta już, na jakim.

Tam wychodzi kwestia kataru. „To pewnie zatokowe!”. Niestety, krwi tego dnia nie oddaje, bo trzeba postawić jednoznaczną diagnozę.

Zebranie się do laryngologa trwa jednak kilka tygodni. W międzyczasie k. zaczyna łykać leki przeciwhistaminowe sprzedawane bez recepty, które, o zgrozo, pomagają. W końcu wybiera się na wizytę prywatną, bo jej się nie chce śmigać jeszcze do rodzinnego po skierowanie. Pan doktor oświadcza, że jej objawy są „na 200% alergiczne”. Tym samym kariera krwiodawcy poszła się bujać. Pociesza on jednak k., że w jej wieku jest jeszcze szansa na odczulanie.

Mając w perspektywie kolejnych kilkaset złotych wydanych na alergologa, k. postanawia skorzystać ze zwiększonej ilości wolnego czasu w pewnym czerwcowym tygodniu i załatwić to jednak przez NFZ. Ze zdumieniem odkrywa, że w przychodni, do której jakiś czas temu się zapisała, można się zapisać na wizytę u lekarza rodzinnego z dwudniowym wyprzedzeniem i na rano.

W dniu wyznaczonej wizyty okazuje się, że podana godzina jest jedynie umowna, ale i tak udaje się tego dnia otrzymać odpowiednie skierowania. Niestety, najbliższy wolny termin do alergologa jest na początek września.

W okresie oczekiwania na wizytę k. nadał łyka leki przeciwhistaminowe.

Odstawia je na dwa tygodnie przed wizytą u alergologa. Znowu ma gorszy katar.

Na początku września ląduje u alergologa. Krótka rozmowa, krótkie badanie („Laryngolog nie powiedział, że ma pani skrzywioną przegrodę?”), potem testy skórne.

13 alergenów, próba kontrolna, próba z histaminą. k. podejrzała w kasetce z opisem alergenów, że nr 10 to sierść kocia.

I tak siedziała kilka minut, patrząc, jak rośnie jej bąbel pod histaminą. I bąbel przy numerze 10. Dwa jedyne bąble.

Z późniejszej wizyty u lekarza wychodzi z receptą, przykazem wyeliminowania alergenów i mokrymi oczami. Wsiadłszy do samochodu oświadcza płaczliwie, że „ku*wa, przecież się ich nie pozbędę”. Receptę postanawia wykupić dopiero następnego dnia, jak nie będzie zaryczana. Plany wzięcia na wiosnę trzeciego kota stają teraz pod znakiem zapytania.

Po powrocie do domu żali się znajomym na FB i szuka mniej alergizujących ras. Wymarzony Ragdoll odpada. Na tapetę wchodzi kot syberyjski (też ładny).

Może, kiedyś.

Dyskusja z kociarzami poprawia jej humor.

Uczulające Mrówka (ciemna sierść) i Kisiel (samiec) mogą się czuć bezpiecznie.

Z kariery krwiodawcy zdecydowanie nici.

Reinkarnacja

Mrówka

Mrówka

Zaczęłam się zastanawiać, kim była Mrówka w poprzednim wcieleniu.

Bo, jak Bozię kocham, tak „ludzkiego” kota nigdy nie widziałam.

Jestem jej karmicielką od dwóch lat, wcześniej karmy do miski dosypywała moja siostra. Jeszcze wcześniej była ratowana w domu tymczasowym w Toruniu i B(rz)ydgoszczy, a jeszcze wcześniej była kotem „działkowym”. Tyle wiemy.

Obecnie ma jakieś 8-9 lat.

Jest raczej nieduża, ma czarne futro z białymi plamami na szyi i w okolicach „bikini”. Ma dość krótki ogonek i wielkie, zielone oczy.

I świetnie rozwinięte z racji częstego używania struny głosowe. O ile koty mają coś takiego. Ale jakoś dźwięki z siebie wydają, nie? Mamy tu jakiegoś weterynarza?

I ma całkiem spory rozumek w małej, czarnej, kociej główce.

I ten rozumek jest chyba w niej najbardziej niesamowity.

Z Mrówką można pogadać. Można się pokłócić. Dobrze wie, co się do niej mówi.

Potrafi się obrazić, jak zabraniam jej wskoczyć do umywalki w łazience. Wyraźnie widać, jak przetwarza moje „nieeee…”, sprawdza kątem oka, czy na nią patrzę, przymierza się do skoku, po czym na moje zdecydowane „NIE!” odwraca się, odpyskowuje po kociemu, wychodzi z łazienki i siada tyłem do drzwi.

Jest pyskata, absorbująca, hałaśliwa, wymusza to, czego chce. Co rano muszę dosypać choć trochę świeżej karmy, choć w misce jest jeszcze żarcie. Po południu głośne miauczenie to informacja, że mam ją wpuścić na górną półkę szafy w korytarzu. Siedzi tam potem kilka godzin i jest spokój.

Przychodzi na kolana, komentuje głaskanie.

Protestuje na tarmoszenie, ale później i tak wraca.

Moja mama ostatnio opowiadała, jak Mrówka kiedyś ją poganiała do płaczącej, siostrowej córki.

Odpowiada, jak się do niej zagada.

Kim więc była w poprzednim wcieleniu? Inteligentnym człowiekiem, nielubiącym kotów, zamienionym w jednego za karę?

Wiem, że moją fascynacją Mrówką krzywdzę trochę Kisiela. Ale Kisiel to jest, niestety, trochę przygłupawy, duży rudzielec. Aż tak się nie angażuje. Trzyma się bardziej z boku. Lubi drapanie za uchem. Wieczorem, kiedy leżę w łóżku, podchodzi i robi bęc! i trzeba go pomiziać. Tulenie (a fajnie się go tuli) już jest ble, długo nie wytrzyma. Na kolana też nie przychodzi.

Głosik ma z rodzaju „ostatni kastrat”, czasami jego miauki wychodzą bezgłośne. Za to bardzo głośno mruczy.

Jest wybredny, podczas gdy Mrówka żebrze. Nie wiem, co gorsze. Z drugiej strony to Kisiel ma lepiej rozwinięty instynkt łowiecki: poluje na większość owadów w mieszkaniu i na świetlne zajączki. Potrafi biegać po ścianach ;).

Nie kuma idei drapaka, drapie wszystko (znaczy moje łóżko, fotel komputerowy, kanapę, uszczelkę uchylonych drzwi balkonowych, ścianę z kartongipsu…), tylko nie drapak. Nie zawsze wychodzą mu skoki na odległość. Bardzo łatwo go przestraszyć.

Więc jest to kot tak jakby z drugiego bieguna.

Też się cieszę, że go mam. Tak się często kocha. Inaczej, ale równie mocno :)

Kisiel

Kisiel

Poranne bredzenie

Żeby się nie pomyliło (mi czasem próbuje):

prostownicaTo jest prostownica do włosów.

prostownikTo jest prostownik.

tx-8B-500x500A to prostnica stomatologiczna (typ wiertarki. Na zębach się tego nie używa, raczej na protezach i wyjmowanych aparatach ortodontycznych).


Siedzę przy kompie, słyszę, że w kuchni piszczy płyta grzewcza – coś wlazło na nią i siedzi na guziczkach. Ponieważ przed chwilą smażyłam sobie jajecznicę, jeden „palnik” (kuchenkę mam elektryczną) jest pewnie wciąż ciepły. Wciąż siedząc w pokoju, krzyczę:

– Jak sobie przysmażysz łapy, to nie będę cię ratować.

Rozlega się odgłos kocich łapek lądujących na podłodze i Mrówkowe „miauuu!”.


Dzień dobry, zaczynam Majówkę :)

 

Pańskie gardziełka

Moje dwa przejęte z mieszkaniem sierściuchy nie są karmione Whiskasem, tylko Puriną. Od czasu do czasu dostaje im się jakiś „smakołyk”, typu przeraźliwie droga puszka z mokrym żarciem, z zawartością mięsa większą, niż typowe dla tanich karm 4%.

Dzisiaj dostała im się karma „premium”. Po otwarciu puszki moim oczom ukazały się dwie połówki małego jajka, otoczone obiecaną rybą. Ja pierniczę, w życiu jajek przepiórczych nie jadłam, a wrzuca się je do kociej karmy.

Kisiel jest stworem wybrednym. Mrówka nie. Nie zje może wszystkiego, ale lubi żebrać i nie pogardzi chrząstką z gotowanej nóżki kurczaka. Na kurczaczku zazwyczaj robię sobie zupę.

Jajeczkiem jaśniepaństwo wzgardziło zgodnie. Mrówka wyjadła samo żółtko, białko wyrzuciwszy z miski na podłogę, Kisiel w ogóle olał to dziwne coś. Wylizał z miski najpierw sos, potem zjadł rybę, jajko zostało.

Tak to z kotami bywa. Można kupować puszki Animondy (jedne z lepszych karm), ale kotom najbardziej będą się uszy trzęsły na nieszczęsnym Whiskasie. Jak u ludzi. Przecież niezdrowy fastfood wchodzi najłatwiej.

(z mniej smacznych szczegółów: jedno dobre, że zjadły swój „smakołyk” powoli. Wciągnięta hurtem zawartość miski często wraca na światło dzienne tą samą drogą)

PS.: Zimno mi. Biurko pod oknem to momentami średni pomysł.

Kocia psychologia

Kiedy pierwszy raz pojechałam z Mrówką do weta nieco ponad tydzień temu, przy próbie zmierzenia jej temperatury zostałam podrapana.

Kiedy pojechałam drugi raz, w sobotę, podczas badania jej przez weta miałam założone rękawice ochronne. Mrówka w pewnym momencie wtuliła się we mnie, wyraźnie nieszczęśliwa z powodu wstępnego przerobienia na żyrandol.

W niedzielę przy zastrzykach nie próbowała się wyrywać.

Wczoraj i dzisiaj, badana, kłuta i macana w okolicy nacięcia na policzku, siedziała w dolnej części rozkładanego transporterka zupełnie spokojnie. Nie próbowała uciec ani drapać. Owszem, miauczała, ale kto by nie protestował przeciw dość przedmiotowemu traktowaniu.

Dla mnie jest to fascynujące. Wizyty u weta nie należą do przyjemnych. Tyłek ma pokłuty. Dzisiaj miała wtykaną w nacięcie końcówkę strzykawki z maścią. Zdecydowanie mogła bardziej protestować.

Najważniejsze jest to, że się na mnie nie obraziła – nieżyjący już kot moich rodziców potrafił siadać do nas tyłem i udawać, że nie istniejemy. Mrówka każdą noc spędza przy mnie (dzisiaj w nocy mlaskała, co bardzo ułatwiało mi sen), nie ucieka.

Na długo przed jej obecną chorobą było wiadomo, że to inteligentny kot. Ma silny charakter, nie daje sobie w kaszę dmuchać. Niegdyś osiedlowa włóczęga, od ludzi zaznała zarówno dużo złego, jak i dobrego. Kilka lat temu wpadła do smoły albo została do niej wrzucona. Inni ludzie uratowali jej życie, dali tymczasowy dom, z którego odebrała ją moja siostra – jej nowa opiekunka.

Tak sobie myślę, że kota rozumie, że to, co robimy, jest dla jej własnego dobra i dlatego pozwala nam na to.

Biorąc pod uwagę znacznie mniej poddańcze podejście do opiekunów przez kota niż przez psa, takie zachowanie – chociaż nie widać w nim dozgonnej wdzięczności, tylko zrozumienie – jest dla mnie tym bardziej znaczące i doceniane.

Sprawy przybrały krwawy obrót

A dokładniej krwisto-ropny.

Nieświadoma zagrożenia oddałam Mrówkę w ręce jej byłej opiekunki – mojej siostry. Znaczy siostra miała dzisiaj zabrać kotę do weta na, jak mi się wydawało, kolejną porcję zastrzyków.

Byłam już w pracy, kiedy siostra zadzwoniła z pytaniem, czy Mrówka coś jadła rano, bo chcą podać jej narkozę. Trochę mi szczęka opadła. Niestety nie znałam odpowiedzi na pytanie, bo miska z jedzeniem cały czas stoi na podłodze, łatwo dostępna.

Ogólnie z oględzin koty pod „głupim Jasiem” wyszła diagnoza – ropień policzka, który uciskał kanaliki łzowe, dlatego Mrówka łzawiła. Ropień dodatkowo podrażniał po sąsiedzku oko, stąd też sobotnio-niedzielne rewolucje. Ropień został nacięty, kota (niestety po śniadaniu – więc wymiotująca) odwieziona do domu.

Kiedy wieczorem wróciłam z pracy, zastałam brudną podłogę i Kisiela, który bardziej niż zwykle chciał się wyrwać na wolność. Mrówka jeszcze powoli, często siadając i filozofując w ciszy, kręciła się po mieszkaniu. Oko wyglądało już prawie normalnie – nacięcie ropnia rzeczywiście pomogło. Jedną z pierwszych czynności było moje zwilżenie szmatki i wytarcie jej brudnego futra. Potem właściwie nie wiedziałam, za co się zabrać: pranie zabrudzonej narzuty na łóżko, skarpetek (skończyły mi się), odkurzanie mieszkania, mycie kuwety (chwała rękawiczkom nitrylowym, pozostawionym po pracy w pogotowiu stomatologicznym) czy podłogi? W końcu jakoś udało mi się wszystko ogarnąć.

Ogólnie nie wiadomo, skąd się ten ropień wziął. Nie zauważyłam wcześniej żadnego zadrapania policzka ani nic w tym rodzaju, weci podczas oględzin gęby koty też nie znaleźli nic, co mogło być przyczyną takiego stanu zapalnego.

I nie, nie mam nic przeciwko decyzji wetów i siostrzanej zgody na ten zabieg, skoro Mrówie zdecydowanie pomogło. Moje zaskoczenie wzięło się stąd, że wcześniej w ogóle o takiej możliwości nie wspomniano.

A teraz Kisielowi się nudzi i biega po meblach. Ponieważ jest pierdołą, nieudane lądowanie na parapecie okna w graciarni przypłacił nieomalże lądowaniem na moim kompie.