Archiwum blogu

Doktor będzie krzyczeć

Albo „będzie pani w szoku”.

Czasami słyszę coś takiego na wejściu. Wchodzi pacjent po kilku latach od ostatniej wizyty albo w ogóle u nas pierwszorazowy. Najczęściej mówią to pacjenci z bólem.

Nie krzyczę, spokojnie. A co do szoku, mnie ciężko już zaskoczyć.

Wbrew pozorom osoby w średnim wieku, na pierwszy rzut oka zaniedbane, nie wywołują u mnie szczękopadu bez względu na stan ich zębów. Jak widzę kilka „zgniłków” do usunięcia, to się zabieram do roboty i już.

Najbardziej trzepią mnie gruzowiska u młodych ludzi. Młodych, czyli młodszych ode mnie (nie, żebym czuła się staro, to nadejdzie za niecałe półtora roku ;) ). Nastolatki i dwudziestolatki.

17 zębów do ekstrakcji, osobnik lat 23.

16 zębów do leczenia, osobnik lat późne naście.

Wtedy też nie krzyczę. Ale jestem w szoku. Wyrażam swój szok, mówię, co trzeba zrobić. Zapisuję od razu na kolejną wizytę na NFZ, choć teoretycznie nie powinnam (obowiązuje nas tzw. lista oczekujących, czas oczekiwania na wizytę: około 3 miesięcy).

Ostatnio przyszedł pacjent. Troszkę młodszy ode mnie. Mówi, że zęby mu latają, bolą i żeby je usunąć. Patrzę na panoramę: cudowny, książkowy obraz agresywnego zapalenia przyzębia. Każę pacjentowi usiąść na fotel. Spoglądam w paszczę. Wszystko mi opada.

Kamieniołom niemożebny, pokrywający przynajmniej 50% koron zębów i nachodzący na dziąsła. Dziąsła zaczerwienione, rozpulchnione. Na tym wszystkim świeża warstwa płytki nazębnej. Aż miałam ochotę zrobić wielkie „AAAAAA, RATUNKU!!!”. Nadal nie nakrzyczałam, mimo wszystko. Ale zdecydowanie powiedziałam, co o tym myślę – że jest strasznie, że trzeba się za to zabrać, że jeszcze jest szansa, żeby te zęby uratować, tylko trzeba się zmobilizować.

Co mogłam zrobić, mając 20 minut do kolejnego pacjenta? Złapałam skaler (zresztą naprawiony dzień wcześniej), usunęłam tyle kamienia, ile się dało, odesłałam z odpowiednimi kwitkami w odpowiednie miejsca. Napisałam karteczkę, co i jak robić pod względem higieny, wytłumaczyłam to trzy razy.

Kiedy pacjent wyszedł, byłam zwyczajnie zmęczona. Zdruzgotana takim obrazem. Miałam poczucie, że zrobiłam to, co się w tych okolicznościach dało. Zdawałam sobie jednocześnie sprawę, że być może na tym leczenie u tego pana się skończyło. Nie skorzysta z kwitków, bo nie będzie miał czasu albo chęci. Albo pójdzie on do innego dentysty, który wymyślać nie będzie, pójdzie na łatwiznę i mu te wszystkie rozchwiane, a poza tym nawet nie tak bardzo zniszczone trzonowce usunie.

Więc nie, szanowni ponad czterdziestoletni państwo z głębokiej wsi, trafiający do dentysty tylko wtedy, gdy boli i nie ma kowala pod ręką. Nie będę krzyczeć i nie będę w szoku. Bo mnie po 4,5 roku pracy po studiach naprawdę ciężko już ruszyć.