Archiwum blogu

Opróżniam lodówkę

Od jakiegoś czasu gryzły mi sumienie zalegające w lodówce paluszki surimi. Siostra coś gdzieś wspomniała o sałatce z surimi. No to dziś zdecydowałam, że coś z nimi trzeba zrobić. Zerknęłam na przepisy w sieci i doszłam do wniosku, że można zaszaleć i wrzucać to, co po prostu siedzi w lodówce.

No to proszę, autorski przepis na sałatkę z paluszkami surimi, rozwijający się w miarę robienia (a wierzcie mi, to w moim wykonaniu ekstrawagancja. „Na oko” robię tylko jajecznicę i mielone, do pozostałych, wieloskładnikowych dań potrzebne są mi przepisy z podanymi dokładnymi ilościami składników, których to przepisów trzymam się niemal co do grama):

pół opakowania paluszków surimi (pozostałe pół poszło jakiś czas temu do sushi)
czerwona papryka (sztuk 1)
łyżka szczypiorku (zalegał w zamrażalniku)
trzy ogórki konserwowe (w przepisach zazwyczaj był jeden świeży, nie miałam na stanie, w nagrodę opróżniłam do końca otwarty słoik ogórków)
dwa jajka (ugotowane na twardo)
łyżka majonezu
łyżka kwaśnej śmietany (w wersji chudszej jogurt)
łyżeczka musztardy

W ilościach zależnych od gustu:
sól
pieprz
koperek suszony

Co trzeba pociachać w kostkę i wrzucić do miski. Do pociachanych rzeczy wrzucić to, czego ciachać nie trzeba. Porządnie wymieszać. Smacznego.

(właśnie jem. Bardzo dobre. Na ile niezdrowe to połączenie, dowiem się jutro.)

Źle przyszł.

Przyszedł pacjent. Podobno na usuwanie zębów. Kilka dni temu usunięte dwa ząbki (nie moją ręką). Pacjent pokazuje mi dwa dorodne, górne kły i mówi, żeby je usunąć, bo on będzie sobie protezę robił. I pokazuje też na równie dorodną dolną czwórkę i trójkę, też podobno do usunięcia. W dolnych zębach ubytki do zaklajstrowania. Górne zęby zdrowe jako te rydze z ogródka moich rodziców.

Owszem, zdarza mi się usuwać zęby ze wskazań protetycznych. Ale patrzałam na tych paru wskazywanych delikwentów, macałam, próbowałam poruszyć – no nic, zdrowe! Trójki i czwórki mają fajne, mocne korzenie i zawsze mi smutno, kiedy muszę je usunąć u jakiegoś pacjenta.

„A bo potem będą się psuły i tak trzeba je będzie usunąć”, próbował mnie przekonać pan. „Jak będzie pan chodził na kontrole, to się będzie je leczyć w miarę potrzeb; zadbać o nie i będą panu ładnie tę protezę trzymały!”

Po kilku minutach dyskusji (typu ja mówię, pacjent nie rejestruje) wytoczyłam ciężkie działo:

„Ja nie mam prawa panu usunąć zdrowych zębów!”

Na co usłyszałam „A, to źle przyszłem…”

No, źle pan przyszł. Trafił pan na lekarza, który od czasu do czasu jednak nie usuwa zębów, bo tak chce pacjent.

Dwa dolne zęby zostały zaklajstrowane. Górne zęby pozostały nietknięte. Na jak długo, tego nie wiem. Do mnie pewnie ten pan już nie przyjdzie.

Skoro jesteśmy już przy protezach, szczególnie ruchomych, to mam prośbę: jeśli ktoś z moich Czytelników musi już takie coś nosić, błagam, zabierajcie je ze sobą na wizyty do dentysty. Nawet, jeśli proteza ledwo się trzyma, a po planowanym usunięciu zęba nie będzie się trzymać wcale. Jeśli będzie zakładane wypełnienie, dostosowuje się je do istniejącej protezy. Jeśli ząb będzie usuwany, proteza pomoże przy opatrunku uciskowym.

PS. Z innej beczki: znajomy niedawno namówił mnie na spróbowanie pomelo. Ma toto grubą skórę i je się sam miąższ, bez błonki wokół segmentów. Całość (znaczy miąższ) jest duża (jeden owoc to ponad 500 g! U mnie to oznacza jedzenie w trzech turach), słodka z delikatną nutką goryczy, zawiera niecałe 40 kcal na 100 g ;). Wcześniej byłam przekonana, że to jakaś mieszanka genetyczna, typu grejpfrut z pomarańczą… A to pomelo, czyli pomarańcza olbrzymia, jest podstawą dla wielu lepiej nam znanych cytrusów (jak wspomnianych pomarańczy – pomelo z mandarynką – i grejpfrutów – pomelo z pomarańczą). Taka ciekawostka. Przynajmniej ja o tym nie wiedziałam :)

Urlopiątko

Sobotnim popołudniem zaczął mi się miniurlop. Byłam bardzo szczęśliwa z powodu tego faktu. Miało to być ładowanie baterii przed ciężkim październikiem.

W niedzielę wieczorem poczułam, że coś mnie bierze. Cały poniedziałek czułam się rozbita, bolała mnie głowa i gardło, mam wrażenie, że mam gorączkę; poszłam wcześniej spać, pod kołderką miałam jeszcze kocyk. We wtorek rano było mi już lepiej, ale nie idealnie. Był to też dzień, który z dumą przebimbałam, siedząc przed kompem i czytając. Jedyne, co udało mi się zrobić, to pojechać na zakupy.

Wczoraj postanowiłam się trzymać mojej zasady Środy Bez Komputera. Sprzęt zatem po porannym przeglądzie „prasy” (Facebook, Twitter, Tumblr ;) ) został wyłączony, około 10. Znowu pojechałam na zakupy, bo zabrakło mi kilku rzeczy (dziwne, po zmianie samochodu na większy, szybszy, bezpieczniejszy i cichszy jazda zaczęła sprawiać mi autentyczną przyjemność!), zrobiłam pyszny obiad (dorsz z pomidorami i szczypiorkiem wg przepisu z kwestiasmaku.com. Opróżniałam zamrażalnik z zaległości, pozbyłam się nie tylko dorsza, ale też otwartego opakowania ziemniaczków do pieczenia) i ogarnęłam trzeci pokój, tzw. graciarnię, która była istotnie składowiskiem, że tak powiem, „czystych śmieci”, czyli przepłukanych i posegregowanych opakowań plastikowych i szklanych, makulatury, kartonów po paczkach i starych ciuchów, dawno temu przeznaczonych do wywalenia. Po ogarnięciu wszystkiego śmieci w workach powędrowały do… korytarza, skąd je powoli wynoszę na śmietnik. Mieszkam na 3 piętrze, nie chce mi się wynosić wszystkiego od razu. Porządku idealnego nie ma i nie będzie, ale na pewno jest lepiej, niż było.

Miałam jeszcze zamiar wypucować łazienkę, ale mi nie wyszło.

Dzisiaj z kolei zabrałam się za zalegające na półkach w graciarni papiery. Wzięłam trzy segregatory i stosik koszulek na dokumenty, co się dało, to poukładałam, co można było, to wywaliłam. Męczyło mnie to też od dłuższego czasu i wreszcie się udało.

Poza tym, dobrałam się do kupionej wczoraj dyni hokkaido (która ma tę zaletę, że nie trzeba jej obierać) i zrobiłam z niej PRZEPYSZNĄ zupę z dodatkiem soku pomarańczowego, imbiru i serka philadelphia (również z kwestiasmaku.com – to przynajmniej trzeci wypróbowany przeze mnie przepis z tej strony i mogę ją z czystym sumieniem polecić). Ma ładny kolor, podana z płatkami migdałów wygląda tak (jeden z końcowych etapów przygotowania wymaga użycia blendera):

Zupka

Zupka, jakby ktoś miał jeszcze wątpliwości

Ponieważ zostało mi jeszcze ponad pół kilo dyni (bez miąższu i pestek – w przypadku pestek się zastanawiam, czy je wywalić, czy uprażyć, bo generalnie pestek dyni nie jadam. Z drugiej strony dynia do tej pory w ogóle nie gościła na moim stole – w domu rodzinnym też nie – więc może powinna zacząć), to z reszty zrobiłam puree (kawałki dyni w przykrytym naczyniu żaroodpornym podpiekłam w piekarniku przez godzinę, do miękkości, ostudzone przepuściłam przez blender), podzieliłam na porcje po 100 g, każdą porcję wrzuciłam do kubeczka plastikowego i do zamrażalnika. Na jakiejś stronie radzą po pewnym czasie rozciąć kubeczek, wydobyć puree, przełożyć do woreczka na mrożonki i tak ostatecznie przechowywać w zamrażalniku. Pewnie wykorzystam do ciastek na Halloween ;).

Nadal nie posprzątałam łazienki. Może w weekend się uda.

A jutro na 14 do pracy. Weekend wolny. Nadal nie czuję się idealnie, chciałam sobie dzisiaj pojechać na molo do Orłowa, ale stwierdziłam, że to się może źle skończyć. Mam nadzieję, że niedługo dojdę w pełni do siebie …

Zatem pięć bonusowych dni wolnego było bardzo satysfakcjonujące pod względem kulinarno-porządkowym. ;)

Kolejny przypływ luzu, choć nie tak długi – w listopadzie. W tym wypad do Warszawy na koncert, squee! Potem w grudniu, na Święta. A potem się zobaczy.

Komu deserek?

2013-12-29 16.42.18

Ciastka francuskie na ciepło (kupione mrożone, wypieczone w piekarniku) z nadzieniem czekoladowym plus kawa z proszku.

Smacznego. :)