Archiwum blogu

Gdybym pisała książkę #2

„… Czasami miło było nie włączyć komputera zaraz po wstaniu z łóżka. Można było wtedy – zwłaszcza, jeśli był weekend – spokojnie zjeść śniadanie, wypić herbatę, dokończyć książkę, która od miesięcy leżała na półce niczym wyrzut sumienia. Można było posłuchać specyficznej ciszy w mieszkaniu. Niby cisza, a jednak szum samochodów na drodze krajowej, jakieś 100 metrów od okna, pomiaukiwanie kotów… Była to miła cisza. W domu rodzinnym nie do uzyskania. …”

Nope. Nic lepiej.

(miałam napisać więcej, ale wyleciało mi ze łba. Chodziłabym z dyktafonem, gdybym nie bała się potem usłyszeć własny głos.)

Gdybym pisała książkę…

„… środa zawsze była punktem „teraz to już z górki”. Krótka, spokojna, prywatna zmiana, potem pracowita popołudniówka w czwartek i praca do 22 w piątek, sobota jakimś cudem wolna. Po środzie czas do weekendu szybko mijał.

Wypiekany właśnie w maszynce do chleba chlebek był mile żółciutki i pachnący pizzą. Postanowiła przetestować nowy przepis i wrzuciła do formy składniki niekonwencjonalne w przypadku codziennego pieczywa, między innymi 400 mililitrów maślanki i łyżkę suszonej bazylii. Tak było w przepisie. Zawsze gotowała według przepisu, „na oko” robiła tylko jajecznicę i określała czas pieczenia w piekarniku. Gdyby w tym drugim wypadku trzymała się ściśle wskazówek, wszystko spaliłoby się na wiór.

Nie musiała dzisiaj sprzątać, chociaż środy były zazwyczaj dniem na porządki. Odkurzyła tylko i nastawiła jedno pranie.

Wróciła do książki, odłożonej kilka miesięcy temu. Trochę z obowiązku, bo przerwała czytanie ze względu na zmęczenie materiałem, ale szkoda tak „osierocić” książkę, skoro się jeszcze pamięta, o co w niej chodziło. Zdziwiła się, że powrót był tak lekki i przyjemny. Ciurkiem przeczytała ponad 50 stron, w rezultacie zostało jej nieco ponad 100 do końca 460-stronicowego tomiszcza. Pewnie doczyta przez weekend i zacznie coś nowego.

Żółciutki chlebek ze słodką papryką, oregano i bazylią stygł na kratce. Maszynka do chleba została pogłaskana z wdzięczności: z trudem wymęczyła prawie kilogram ciasta. K. przez chwilę zastanawiała się, czy nie będzie musiała jechać do marketu po nową, ale nie, nie tym razem.

K. ukroiła sobie dwie jeszcze ciepłe kromki. Jedną zjadła z posolonym nieco masłem, drugą z serkiem śmietankowym i kiełkami. Taka mała uczta, drobna przyjemność.

Włączyła sobie niedawno kupioną płytę One Republic. Jej ciche gniazdko wypełniły pełne optymizmu dźwięki…”

Dzięki Bogu nie piszę. Byłaby do kitu.