Archiwum blogu

Zorganizowana grupa przestępcza zwana NFZ…

Dzisiaj czytałam artykuł, który traktował o tym, że wprowadzenie wymogu skierowania od lekarza rodzinnego do dermatologa czy okulisty owszem, spowodowało, że w przychodniach specjalistycznych jest mniej pacjentów, ale owi pacjenci wcale nie zaczęli oblegać lekarzy rodzinnych, tylko w ogóle zrezygnowali z wizyty lub poszli leczyć się prywatnie. (już sobie wyobrażam te dyskusje pod gabinetami lekarzy rodzinnych: „ja tylko po skierowanie!”, „ja też i czekam w kolejce!”. Pytanie, czy lekarze rodzinni są bardziej chętni, żeby te skierowania wydawać?)

Znajoma pani psychoonkolog ponadto podała ostatnio, że obecnie do postawienia diagnozy onkologicznej już nie wystarczy sam onkolog i lista wyników badań, tylko musi się zebrać całe konsylium, z psychologiem, chirurgiem, radiologiem i radioterapeutą w składzie. I onkologiem zapewne również. Na pewno bardzo to przyspieszy rozpoznanie i wdrożenie leczenia. Mnie na pewno za parę lat zmotywuje do usunięcia mojej drugiej, rosnącej powoli, niezłośliwej jeszcze-nie-„śliwki”. Jak pomyślę, ile będzie trzeba zachodu, by się owej „śliwki” pozbyć, pewnie dam sobie spokój. Bardzo rozsądnie, prawda?

A młodzi lekarze opuszczają uczelnie i już nie mają spadochronu w postaci stażu. Materiał, który już w ciągu sześciu lat był ciężki do ogarnięcia, teraz ma być ogarnięty w pięć lat, bo ostatni rok to podobno mają być głównie ćwiczenia kliniczne, które zastąpią staż.

A miejsc specjalizacyjnych chyba wcale nie ma więcej.

Tyle w temacie zmniejszania kolejek do specjalistów.

Utrudniajmy do nich dostęp, to ludziom nie będzie się chciało do nich chodzić!

Życzę powodzenia.

Tak w ogóle to chciałam pisać o czym innym. Miałam napisać jedno zdanie, które przyszło mi dziś do głowy podczas wymiany u jednego pacjenta dwóch wypełnień na powierzchniach stycznych dwóch różnych zębów.

Owo zdanie to:

„Wkurwiające jest, kiedy podczas wypełniania ubytków w II klasie Blacka NFZ daje mi do wyboru materiał, który za dwa lata trzeba będzie wymienić, bo się częściowo wypłucze, lub materiał, który za dwa lata trzeba będzie wymienić, bo będzie chciał wypaść.”

Sektor prywatny służby zdrowia zaciera łapki. Problem w tym, że stosunkowo niewiele osób stać na leczenie prywatne. Ja bym bardzo chętnie temu pacjentowi założyła w tych zębach materiał światłoutwardzalny, który się ani nie wypłucze, ani nie wypadnie, tylko kto za to zapłaci? Pacjenta nie stać. Plomba takiej wielkości wg NFZ kosztuje do 50 zł, prywatnie ok. 120. Kiedyś były tzw. dopłaty, teraz nich nie ma. Z własnej kieszeni mam te 70 zł dać?

Aha, jeszcze jedno pytanie:

czy Sanepid bierze udział w akcjach sadzenia drzew w zamian na ilość druków, jakich wymaga od przychodni w trakcie kontroli?

(PS. Tekst z tytułu notki nie ja wymyśliłam, tylko jakiś wykładowca na kursie. Dentysta pracujący wyłącznie prywatnie.

I domyślam się, że sporo z powyższych pretensji powinno wędrować do Ministerstwa Zdrowia, które to wszystko wymyśla, a NFZ podobno płaci.)

Blue Monday

Coś w tym chyba jest.

Dzisiaj jest podobno najbardziej depresyjny dzień w roku. Szkoda, że to tydzień po trzynastym, ale jednak. Dwa poniedziałki pod rząd przynajmniej częściowo do dupy. Tamten się przynajmniej miło skończył.

Prawie zaspałam do pracy. Po drodze zawiozłam do niej jedną z moich współpracownic, której samochód nie ruszył.

W pracy było spokojnie. Fałszywy sygnał.

Pojechałam do Gdyni (25 km w jedną stronę) celem kontynuacji odzyskiwania swojej kasy z funduszu oszczędnościowego (raz już byłam, dostałam długi formularz do wypełnienia). Rodziciel niedawno przeżył prawdziwą mękę, usiłując dokonać tego samego. W infolinii firmy prowadzącej fundusz niegdyś polecono mi udać się do oddziału banku, w którym mam konto, do którego ów fundusz był „przypięty”. No to poszłam. Dzisiaj – kiedy miałam oddać do wysyłki otrzymany formularz – kazano mi przyjść za godzinę. Po godzinie kazano mi pójść do innego oddziału, bo oni nie mogą tego wysłać i czemu dostałam tak długi formularz? W drugim oddziale mi powiedziano, że mogę to załatwić w dwie minuty przez internet. W domu się okazało, że wcale nie mogę i muszę iść do oddziału.

Co oznacza kolejną wyprawę do Gdyni, bo w oddziale w moim mieście zamieszkania nikt tego nawet kijaszkiem z daleka nie chce dotknąć.

Niniejszym zaraz trafi mnie szlag.

Jutro cały dzień w pracy.

Żałuję, że nie mam wanny.

To chyba boli.

[A/N: notka ma gorzki wydźwięk i zawiera jedno chyba brzydkie słowo na p.]

Jeden niewielki ruch palcami lewej ręki, w górę albo w dół. W wielu przypadkach na spokojnie, stojąc na czerwonym świetle. Jest czas, żeby to zrobić, nie wykonuje się gwałtownych manewrów. To idzie tak automatycznie jak zmiana biegu. Jedna mała wajcha, w górę albo w dół. Nawet często sama odskakuje.

A może to jakiś protest przeciwko zwiększaniu bezpieczeństwa na drodze? Bo przecież ja wiem, dokąd jadę. Czemu kierowca w samochodzie za mną lub obok musi to też wiedzieć? Stać mnie na blacharkę, jeśli ktoś we mnie wjedzie, to będzie jego wina, bo nie zachował odstępu. Czemu mam usprawniać ruch na skrzyżowaniu, czemu kierowca za mną miałby przejechać szybciej przez skrzyżowanie wiedząc, że ja skręcam w lewo, więc on może mnie ominąć z prawej i pojechać prosto?

Poważnie, czy używanie pieprzonego kierunkowskazu jest takie trudne?!

Mam pecha do wtorków

[uwaga, notka może zawierać wulgaryzmy]

Jak matulę kocham, jak już mam gówniany dzień

[Errata: uwaga, notka zawiera wulgaryzmy, chociaż nic gorszego od tego, co się czasem słyszy od uczniów podstawówki – prawdopodobnie „gówniany” nie kwalifikuje się już jako wulgaryzm]

to zawsze jest to wtorek. A raczej wrotkowa popołudniówka.

[A/N.: Wiem, że w poprzednim zdaniu coś się nie zgadza, ale mnie ta „wrotkowa” popołudniówka rozczuliła, dlatego zostaje]

Nic nie zapowiadało katastrofy. Pacjenci na NFZ jak zwykle grzecznie przyszli, dzieci nie robiły histerii, dorośli się nie ślinili, dużo pacjentów z bólem też nie było, ale w sumie ogólna ilość wyrobionych punktów imponująca nie była. Zrobiłyśmy swoje.

Pierwszy pacjent przyszedł punktualnie. Było trochę zabawy z jedynką, która miała duży ubytek, przy okazji przysłonięty źle ustawioną w łuku dwójką. OK, jakoś udało się to ogarnąć.

Drugi pacjent miał przyjść na dużą odbudowę na wkładzie standardowym. Zarezerwowane prawie półtorej godziny, planowany zarobek: 300 zł. Brak numeru telefonu w karcie.

Nie przyszedł.

U kolejnego pacjenta kończyłam leczenie kanałowe. Wszystko fajnie.

Ostatni pacjent upierał się, że coś mu się dzieje z jedynką. Dziąsła ogólnie zaczerwienione, pulchne, odchodzące od zęba w trakcie przedmuchiwania. Na dolnych siekaczach pokłady kamienia.

I jedzenie między zębami.

Nie wyspałam się. Pseudo obiad był bardzo dawno temu. Więc w tym momencie wszystko mi opadło.

Pacjent zapytał, skąd się bierze taki osad. Ja na to, że od niemycia zębów. Ale on przecież wieczorem szoruje. „A rano?”, pytam, jako że czasem udaje mi się uczepić jakiegoś słówka. „Często nie ma czasu,” odpowiada pacjent ze wzruszem ramion.

Nie miałam siły mu tłumaczyć. Powiedziałam tylko tyle, że zęby trzeba myć przynajmniej dwa razy dziennie. Uparcie (mimo powtarzających się pytań o jedynkę, której poza lekko nawisającym wypełnieniem nic nie dolegało) zabrałam się za jakiegoś trzonowca, udało mi się opracować ubytek całkowicie, bez wchodzenia do komory zęba. Na koniec usunęłam panu kamień nazębny. Pan ma przyjść do mnie za tydzień, więc może będę miała siłę, żeby mu powiedzieć szczerze, co myślę o jego higienie jamy ustnej.

Wróciłam do domu w stanie frustracji (śpiewając wraz z radiem piosenkę z dużą ilością „fuck(ed)” w treści) powoli przeradzającej się we wkurwa na cały świat. Oczywiście zastawiono mi miejsce parkingowe samochodem dostawczym (rodzice kupili drzwi), potem nie dano mi w spokoju zjeść obiadu, bo samochód został wyprowadzony i miałam zaparkować swój na typowym miejscu, potem przyszła mama i chciała pogadać, a ja nie mam ochoty do nikogo otwierać ust i nawet wchodzić w jakiekolwiek formy interakcji ze społeczeństwem, więc wtorkowo

Dajcie mi wszyscy święty spokój.

Wróciłam.

Z urlopu. Tak właściwie to już cztery razy byłam w pracy. Jednej i drugiej.

Po opalaniu w zeszły poniedziałek zdążyła już mi zejść skóra z ramion. Ogólnie rozleniwiłam się strasznie i w sumie nie wiem, o czym mam pisać, tyle tego było.

Nie pokąpałam się jeziorku. To był jedyny minus tego wyjazdu. Nogi zamoczyłam i tyle.

Ale trochę sobie z Moim Mężczyzną pojeździliśmy po Kaszubach. Część widoków już znałam. Dla MM, pochodzącego z płaskich Kujaw, góry i doliny na nieodpowiednim końcu Polski były nowością ;). Dom celowo ustawiony na (swoim) dachu takoż. Chyba mu się podobało.

Odwiedziłam też wiochę, na której spędziłam pierwsze półtora roku swojego życia. Taki mały powrót do korzeni. Do miasta, w którym się urodziłam, już nie dotarłam, bo było za daleko.

Ogólnie dwa tygodnie nicnierobienia były bardzo przyjemne. Domek świetny, dobrze wyposażony, właściciele niewidoczni, a jeśli już, to pomocni i bezproblemowi. Lokalizacja też była na tyle dogodna, że mieszkając w małej wiosce letniskowej mieliśmy idealną bazę wypadową, chociaż bez samochodu byłoby ciężko. Jezioro też piękne, byłoby bardzo zachęcające do kąpieli, gdyby temperatura wody była bliższa 20 niż 10 stopniom.

Następnym razem taki wyjazd na nicnierobienie urządzę sobie w lipcu albo sierpniu. ;)

Co do pracy… Miałam ostatnio dość częsty i frustrujący obrazek w postaci uroczej nastolatki o buzi zdecydowanie gładszej od mojej (będzie powtórka z dermatologicznej rozrywki, ale to od października), a z chyba czterema zębami po dewitalizacji pół roku temu lub na jakimkolwiek innym, acz początkowym etapie leczenia kanałowego. W takich sytuacjach nie wiadomo, co zrobić: czy dłubać w kanałach, czy ratować coś, co takiego leczenia póki co nie wymaga. Kilka razy zdarzyło mi się wybrać drugą opcję. Dziewczę zostało przeze mnie łagodnie zjechane (obdarowało mnie uśmiechem na moje „zęby masz zaniedbane”). Jest to jedna z wielu osób, dla których najchętniej zaklepałabym miesiąc w grafiku, żeby w miarę szybko zaprowadzić porządek w ustach, ale z zastrzeżeniem, że jeśli się choć raz nie stawi na wizycie (w przypadku osób z udowodnionym bardzo swobodnym stosunkiem do konieczności regularnych wizyt u dentysty), to będzie musiała się ustawić w kolejce na miejsce w grafiku – za trzy miesiące.

Tak. Te dwa tygodnie się przydały. Do wypalenia zawodowego jeszcze daleka droga, ale zabijać się za cudze zęby nie mam zamiaru. I może nawet uda mi się w miarę bezboleśnie przeżyć lipiec na połowie wypłaty.