Archiwum blogu

Narzekajki

Śnieg spadł.

Ojacie, śnieg w połowie lutego.

Narzekają, jęczą, smęcą, chcieliby wiosnę.

W połowie lutego?

Że niby druga zima przyszła.

Z tego, co pamiętam, pierwsza zima tego sezonu zaczęła się kalendarzowo gdzieś pod koniec grudnia i będzie trwała tak gdzieś do drugiej połowy marca, nie? Jedna i ta sama zima przełomu lat 2012 i 2013. Przedtem była jesień, potem będzie wiosna. I śnieg będzie padał, i deszcz, słonko może czasem zaświeci. Będzie wiało, dmuchało, zawiewało, mroziło. I to wszystko będzie normalne.

Bo w takim żyjemy klimacie. Jak ktoś chce mieć 30 stopni w cieniu w lutym, to niech się do Australii przeprowadzi, tylko niech na miejscu uważa na pająki, bo tam podobno spore i jadowite bydlęta mieszkają.

Chyba zaczęłam się wybijać z typowo polskiego zwyczaju narzekania na pogodę, jakakolwiek by ona nie była. Za zimno. Za gorąco. Śnieg. Plucha. Ślisko. Deszcz. Susza. Słońce za jasno świeci. Słońca dawno nie było. Wiatr za mocno wieje. Za słabo wieje.

A może moje motto „nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu” zaczęło obejmować też komentarze pogodowe? Albo ogarnia mnie zmęczenie przez narzekanie innych, co też jest możliwe, skoro narzekają wszyscy dookoła, nieprzerwanie.

Żeby nie było, ja też czasem narzekam i są rzeczy, które mnie wkurzają. Na przykład na początku każdego miesiąca wkurzam się na konieczność wyrzucenia w błoto ponad 1000 zł, które są podobno przeznaczane na moją emeryturę i świadczenia zdrowotne. Bardzo chętnie dołączyłabym do ekipy, która zebrałaby się celem zaorania ZUSu i przeznaczyła te same 1000 zł na ubezpieczenia, o których będę wiedziała, że to ja będę z nich korzystać i że rzeczywiście kiedyś te pieniądze znowu zobaczę. Podobno fajny system emerytalny ma Nowa Zelandia, której gospodarka wprawdzie zwalnia między premierami kolejnych filmów Petera Jacksona, ale za to osoby, którym się lepiej wiedzie w życiu, odkładają pieniądze na prywatne ubezpieczenia emerytalne – z którego to ubezpieczenia rzeczywiście później jest im wypłacana emerytura – a osoby, których na takie konta nie stać, mają przez państwo zapewnioną emeryturę, z której da się wyżyć. Ech.

Z bardziej pozytywnych stron życia, dzisiaj skończyłam czytać „Powrót króla” Tolkiena. Zostały mi tylko dodatki do trylogii. Wcale się nie dziwię, że na przykład taki Christopher Lee, Jacksonowy Saruman, wraca do „Władcy pierścieni” co rok. I że nie jest w tym jedyny. Ja może nie będę wszystkich trzech książek czytać co roku, ale może za którąś piątkową wypłatę zamiast w drobne AGD zaopatrzę się w nieco większe książki i będę do nich zaglądać, i zaznaczać miejsca, do których szczególnie lubiłabym wracać.

Druga praca

Przygodę zacznę 6- lub 12-godzinnym dyżurem w następną niedzielę (co będzie urocze, bo później poniedziałek i wtorek w całości spędzę w pracy nr 1 – witaj, ciężka praco, koniec opieprzania się). W perspektywie tyle samo czasu spędzonego w któryś dzień świąteczny. O moim nieodwołalnym urlopie w czerwcu na razie nie było mowy. Przyznam się pod koniec kwietnia.

Na razie w piątek telefon firmowy będzie prawie w centrum zainteresowania. Prawie, bo mam jeszcze życie osobiste ;). Dowiem się, który wariant jest aktualny. Wolałabym ten krótszy…

I może się czegoś w końcu z protetyki nauczę. Trza nabrać odwagi. Szefowa w pracy nr 2 chyba mnie na początku nie pogryzie…

Z innych wieści, dzisiaj chyba odwiedziła nas pani doktor, pod której skrzydłami miałam dwa tygodnie praktyk na internie po 3 roku studiów. Zrobiłam jej tylko przegląd, nie wiem, czy będzie chodzić dalej do mnie, czy do szefa. Ogólnie śmiesznie.

Dzisiaj się ode mnie oberwało telefonicznie matce pacjenta, który był umówiony na odbudowę zęba. 80 minut, możliwy zarobek: 300 zł. Pacjent oczywiście się nie stawił, słowem wcześniej nie pisnąwszy. Zresztą już wcześniej robił mi takie numery. Poprosiłam o przekazanie, że ma się zgłosić, jak się już zdecyduje na leczenie, bo nie szanuje mojego czasu. Trochę sobie pokwitłam, pasjanse porozwiązywałam…

Nie wiem, czemu jestem zmęczona, czego wyrazem jest taka sobie jakość notki. Nie doszłam do siebie po wczorajszym i dzisiaj też było trochę emocji?

PS.: Coś się stanie, jeśli się okaże, że wzięłam na fakturę coś, czego sobie nie mogę jednak wliczyć w koszty?

Znalazłam się w gronie szczęśliwców

wraz z Zuchem i wieloma innymi, świeżo upieczonymi przedsiębiorcami. Dziś otrzymałam pismo z warszawskiego Krajowego Rejestru Pracowników i Pracodawców z wezwaniem do zapłaty 115 zł w terminie do 16 marca. Nieprzekraczalnym, dodam.

Pismo, po komputerowym i dość chamskim, przyznacie, zamazaniu kluczowych dla mojej prywatności informacji, wygląda tak. Na dole urżnęłam ze skanu druczek do przelewu.

A ponieważ czytam Zucha, to zaśmiałam się wezwaniu w druk i teraz tylko myślę, co z tym zrobić: podrzeć czy pójść na policję.

Jak wielu innych, już świadomych adresatów tego pisma, zastanawiam się, ile osób dało się naciągnąć. Kilkudziesięciu naiwnych i czysty zysk idzie w tysiące. Jakiś miesiąc temu pewnie bym się zmartwiła, teraz mnie to śmieszy. Miesiąc temu byłam jeszcze roztrzęsiona zmianą statusu na rynku pracy i zapewne na tym korzysta wyłudzacz. Bo nie wszyscy przedsiębiorcy czytają Zucha czy docierają do informacji na ten temat. Nie wszyscy zatrudniają księgową, która martwi się przynajmniej połową Twoich zobowiązań. Nie wszyscy mają tak na dobrą sprawę szansę do spokojnego przemyślenia sprawy i sprawdzenia, że wymieniane ustawy nie istnieją albo traktują o czymś zupełnie innym, „Uchwała wew.” jest śmiechu warta pod względem mocy wykonawczej, zaś adres w nagłówku nie istnieje (i się podobno zmienia w zależności od druku).

Zatem przyszli przedsiębiorcy: beware!

Tak z innej beczki, dzisiaj miałam dzień pod znakiem filmów Marvela i niniejszym napalam się na „The Avengers” i przynajmniej jeden film z Jeremym Rennerem (powtórka „Mission” Impossible – Ghost Protocol” będzie tak swoją drogą). Nienienie, nie zmieniam idola. :P

Co do zdjęcia RTG, to go nie odzyskałam, bo jak zażyczyłam sobie opis, tak opisujący pan doktor wziął fotkę do siebie do domu i już jej nie oddał. Za tydzień się upomnę. Wiem tyle, że mam coś w rodzaju obustronnego podwichnięcia żuchwy, bo głowy żuchwy przy rozwarciu nie zatrzymują się na szczycie guzka stawowego, tylko przeskakują jeszcze bardziej do przodu, co zresztą tłumaczy esowaty tor zamykania ust. W sumie mam tak, odkąd pamiętam, więc chociaż fotkę stawów zrobiłam sobie po raz pierwszy, to niczego nowego się nie dowiedziałam. Czemu bolało: nie wiem. Jak się to leczy: nie mam pojęcia (kłania się edukacja z tego tematu na studiach. Jaka edukacja?).

I koleżanka ze studiów znalazła mi drugą pracę. Prywatnie, na razie dwie godziny, ale może będzie więcej…

W pierwszy miesiąc działalności

moja IPL zanotowała dużą stratę.

Zatem podatku nie zapłacę. Kredyt też mi się odsunie o dodatkowy miesiąc.

Nie było wiele trzeba. Dopisać już wcześniej posiadany samochód i komputer do środków trwałych (co musiałam zrobić, jeśli chciałam wpisać do tego rejestru też drukarkę, którą kupiłam na fakturę) – czyli ich cena została wpisana jako koszt (to jest tzw. amortyzacja środków trwałych) – do tego ZUS i już byłam na dużym minusie.

Za marzec będzie już ładniej na Urzędu Skarbowego, bo się skończyły rzeczy, z którymi można tak zrobić.

Swoją drogą, z laptopem może być problem. Mam go już ponad rok, a teraz musi mi posłużyć jeszcze kolejny. Czyli kicha z naciąganiem Euro na nowy sprzęt przed zakończeniem gwarancji w styczniu. Nie to, że mnie ten komputer wkurza czy coś, bo służy ładnie do tego, do czego jest mi potrzebny, ale po prostu padły niecne plany. ;)

Uwaga.

Do studentów stomatologii, potencjalnych przyszłych stażystów, potencjalnie po stażu pracujących na rzecz swojego stażowego pracodawcy:

Potencjalnie posiadanie działalności gospodarczej i kontraktu ze stażowym szefem może Wam się nie opłacać. W sensie chodzi o składki na ZUS. Prawo jest, oczywiście, niejednoznaczne i niniejszym dobrze mieć fajną księgową, która za odpowiednią opłatą oczywiście napisze odpowiednie wnioski, a ja potem poprzestawiam przecinki w dwóch miejscach.

Znaczy, walczymy o niskie składki.

W czym problem? W tym, że na stażu podpisuje się umowę o pracę z miejscem, gdzie się ten staż odbywa. Jeśli potem chce się przejść na samozatrudnienie (a nie miało się wcześniej założonej działalności gospodarczej) i pracować dalej na rzecz tego pracodawcy, pojawia się problem w postaci interpretacji prawa. Jedni twierdzą, że w takim razie powinno się płacić pełne składki, jako że dalej pracuje się dla tego samego pracodawcy, przed upływem bodajże dwóch lat od zakończenia umowy o pracę. Z drugiej strony obowiązki i odpowiedzialność na stażu są różne od tych na samozatrudnieniu, poza tym, to nie zakład pracy wypłaca nam pensję, tylko kasa jest przekazywana z Ministerstwa Zdrowia przez Urząd Marszałkowski. Na razie zatem oddajemy się w ręce gdańskiej centrali ZUS. Oddział na mojej wiosze chce więcej pieniążków.

Co do księgowej, to dziewczynie rzuciłam wyzwanie. Pisałam tu już, że nie obsługiwała wcześniej lekarzy? No właśnie. I teraz ma lekarza z ZUSową zagwozdką. Ciekawe, jaki mi rachunek wystawi na początek współpracy.

Wczoraj zjeździłam pół Trójmiasta w poszukiwaniu drukarki, a właściwie urządzenia wielofunkcyjnego. Model sobie upatrzyłam, poradziłam się Rodziciela, żeby znowu nie było pretensji, że zrobiłam wszystko po swojemu i źle na tym wyszłam, po czym ostatecznie i tak wróciłam z innym sprzętem. Urządzenie wielofunkcyjne, owszem: drukarka laserowa mono, skaner i kopiarka w jednym. Największy problem był z typem drukarki, bo ogólnie takich urządzeń jest na pęczki, tylko że z atramentową. Laserową doradził mi rodziciel. No i w sklepach ilość dostępnych takich urządzeń wynosiła przy dobrych wiatrach dwie sztuki. I żadne HP, tylko Samsungi. W Auchan był jeszcze doradzony mi przez znajomego Brother, ale kurna kombajn to taki, że zająłby mi pół pokoju, poza tym nie wyrobiłabym z budżetem. Żyję teraz na oszczędnościach i 1/3 pensji i wyjeżdżam na weekend, nie ma szastania kasą.

No i ostatecznie wylądowałam z Samsungiem, który był obecny w dwóch sklepach Euro, ale kupiłam go w tym, w którym wylądowałam na końcu i nie zostałam olana przez sprzedawcę, przykro mi bardzo. Zostałam mimowolnym wyznawcą tej marki, bo mam jeszcze laptopa i firmową komórkę od Samsunga. Ocena urządzenia na stronie Euro pozytywna (4,5/5 w 19 ocenach), na biurku zajęło resztę miejsca niezajmowanego przez laptopa, a nie pół pokoju, co mnie zresztą zaraz zmobilizuje do zrobienia czystek w najbliższej biurku szafce.

No. Było 13 linijek o pieczątce, teraz macie kilkanaście linijek o ZUS i drukarce Samsunga. Deal with it. ;P

Firmowo

Na po pracy miałam kupę rzeczy do odbędnienia. Najpierw zrobiłam wyskok do księgowej, gdzie się okazało, że jak źle pójdzie, to będę płacić ponad 1000 zł ZUSowi. Ale mam już z nią umowę, więc chociaż tyle udało się załatwić.

Potem pojechałam do Starostwa Powiatowego, gdzie poczyniłam pierwsze kroki w celu dopisania się do dowodu rejestracyjnego mojego rumaka (właścicielem jest Rodziciel). Drugie kroki w piątek.

Następnie wybrałam się do T-Mobile, gdzie mimo braku podstawowych dokumentów (zaświadczenie o wpisie do CEIDG, oryginał nadania NIP i REGON) pani założyła mi firmowy telefon (internet rulez, a potrzebne druczki co najwyżej jej doniosę). Niniejszym zaliczyłam wszelkie możliwe typy telefonów i większość znaczących marek, bo komórkowanie zaczęłam od klasycznego Siemensa, przeskoczyłam bodajże na 2 klasyczne Nokie (w tym ostatnio znowu popularną, niezniszczalną 3310, która została mi ukradziona), przez chwilę miałam Motorolę z klapką, potem długo cieszyłam się Sony Ericssonem W300i (z klapką, mam jeszcze w szufladzie :) ), przeskoczyłam na LG Cookie, z Ciacha na SE Xperia X8, którą mam nadal, zaś jako telefon firmowy wybrałam Samsunga E2550 (slide). A do użytku prywatnego marzy mi się jakiś smartfon z klawiaturą qwerty. I jak będę sławna i bogata, to sobie kupię jakiś wypasiony Dual-SIM (w sensie telefon na dwie karty SIM) i będzie wygodniej. ;)

Chciałam sobie jeszcze pieczątkę firmową wyrobić, ale ostatecznie sobie darowałam (załatwię to w piątek). W rezultacie zapomniałam kupić bilety na pociąg na weekendowy wyjazd (następny weekend). To też się załatwi w piątek. Ogólnie mózgownica paruje.

Co do pracy, to spędzenie w niej dwóch dni po prawie 11 godzin pod rząd lekko mnie wymiętoliło, ale ogólnie dziś dojechałam i byłam w całkiem niezłej formie. Wszystko mi opadło po kilkuletnim histeryku. Potem usiadła moja mama i się okazało, że to nie mój dentysta spierniczył jej kanałówkę, niedopełniając kanał, tylko prawdopodobnie to ja dobiłam jej ząb, wypełniając poza… szparę złamania korzenia, której na pierwszym zdjęciu nie było widać (i nie wiem też, jak możliwe może być poziome złamanie korzenia podniebiennego w górnym trzonowcu?). Ogólnie z odbudowy na wkładzie chyba nici, a ząb, jeśli będzie trzeba go usunąć, da chirurgowi w kość. Fotka została w przychodni, popytam jeszcze szefa i koleżankę, co z tym zrobić. Czy po prostu załatać, jak jest teraz, i modlić się, żeby ząb się nie odzywał?

Poza tym, ostatnio fajnej, stałej pacjentce lat 7 musiałam wymyślić program motywacyjny do mycia zębów (bo dziecię stwierdziło, że jej się nie chce). Zaproponowałam naklejanie do zeszytu naklejek (przez dziecię pod okiem rodziców, żeby oszukiwania nie było) po każdym myciu i potem, na wizycie kontrolnej, w zależności od ilości naklejek będzie nagroda. Chyba będę musiała się pożywić trochę Kinder Niespodziankami, bo nam giftów zabraknie (kolorowanki to standard, dziecięciu się oczy zaświeciły na widok Kinderkowych zabawek) . A że lubię Kinder czekoladę, to nie mam nic przeciwko.

A jutro będzie pracowy zapitolnik i nawet się nie wyśpię, buu.

Z ostatniej chwili

Z powodu głupio zredagowanej umowy o pracę, którą miałam na stażu, prawdopodobnie będę płacić wyższe składki ZUS. Wyższe, czyli zamiast 400 zł z kawałkiem będzie tego ok. 1200 zł. Cudnie. Nie będę zarabiać tyle, żeby mi było wsio jedno, więc jak źle pójdzie, to znacząco zbiednieję.

I tyle mi z tego było.

Punkt 1 z poprzedniej notki zaliczony.

W czwartek wyraziłam chęć podpisania z szefem umowy ZANIM pojedzie on na urlop. Szefowi było wyraźnie wszystko jedno. Umowę miałam bezterminową, więc w gruncie rzeczy jemu było wsio rybka, ale ja się nastawiłam na oficjalny start 1 lutego. Mięśnie twarzy mam sprawne, więc chyba dało się dostrzec moje niezadowolenie na szefowe „możemy po moim powrocie”. Tak więc dzisiaj otrzymałam kilkustronicową „umowę o świadczenie usług medycznych” (tym razem terminową, ale tak to jest z kontraktem), przeczytałam, zadowolona z wykazanych procentów podpisałam.

Poza tym dostałam zeszłoroczny PIT-11 i prawie udało mi się na jego podstawie wypełnić PIT-37. Nie, żebym miała jakieś problemy, program z e-deklaracje.gov.pl dużo robi za wypełniającego, ale po prostu chcę sobie dać kilka dni na sprawdzenie, czy wszystko jest OK. Na razie wykazuje mi nadpłatę. Nie mam nic przeciwko. No i w końcu będę mogła przekazać 1% podatku. Pójdzie na jakieś schronisko dla zwierzaków czy coś. Niby tylko dycha, ale trochę karmy z tego będzie.

Luty, pieczątka i telefon nadejdą za dwa dni.

Do „Rzeczpospolitej” dodawano program do małej księgowości. Z księgowej nie zrezygnuję, ale jakoś muszę rachunki wystawiać. Podobno można ręcznie. Phi! Rzekła dentystka z pokolenia Internetu, która lubi ograniczać myślenie poza prowadzeniem samochodu i leczeniem ludziów. ;)

Dość ciężkie dwa dni w pracy. Z drugiej strony dobrze jest się przekonać, czy zdzierżę przy fotelu tyle czasu pod rząd. Tyle razy pisałam o szukaniu drugiej pracy, że w końcu eksperymenty czas zacząć. ;)

Praktyka zgłoszona w Izbie Lekarskiej.

Do odbębnienia w drodze do zawodowej samodzielności został:

1. kontrakt z szefem (coś mi się wydaje, że jednak znowu będę pracować dwa tygodnie bez umowy)

2. telefon firmowy do założenia

3. pieczątka firmowa do wyrobienia (jakiś numer telefonu trzeba na niej zamieścić, a osobistego na pewno nie udostępnię)

4. nadejście lutego ;)

5. recepty. Miałam się o nie dziś zapytać w Izbie. Oczywiście zapomniałam.

W ogóle kogoś ciekawi droga do działalności gospodarczej? Bo w sierpniu zacznę smęcić o kredycie na mieszkanie/wykończenie domu (czeka nas poważna rozmowa w gronie rodzinnym)… W sumie pytam o to trochę po ptokach…

Dzisiaj. Jest. Wtorek.

Mam bolesną skłonność do zapominania o tym fakcie. Przyczyną zapominalstwa jest przeprowadzona jakiś czas temu zmiana grafiku: kiedyś siedziałam w pracy całą środę, teraz jest to wtorek (i tak raczej pozostanie). Zatem często mi się wydaje, że mimo wtorku jest środa i stąd też dziwny i dość oczywisty dla postronnych tytuł notki. Większe jaja będą w przyszłym tygodniu, bo będę siedzieć w pracy cały (8-19) poniedziałek I wtorek. Trzeba zacząć się przyzwyczajać, a nie, że pracuję 25 godzin tygodniowo i zarabiam więcej, niż wynosi średnia krajowa.

Swój numer REGON poznałam już w sobotę rano, sprawdzając zawartość odpowiedniej strony www. Z tej okazji wczoraj udało mi się podpisać umowę na ubezpieczenie OC z miłym panem z PZU. Poczuwszy się jak przedsiębiorca, w dniu dzisiejszym po raz pierwszy od studiów kupiłam sobie terminarz. Taki tyci, żeby nie zajmował dużo miejsca w torebce. Z założeniem telefonu muszę zaczekać do lutego. Jutro wręczę szefowi karteczkę z danymi mojej „firmy” i będę czekać na umowę. Oby tylko do 13-14-tej, bo potem a) jadę do Izby Lekarskiej zarejestrować swoją praktykę i b) szefa zobaczę dopiero w drugim tygodniu lutego. Jeszcze muszę dopisać się jako współwłaściciel samochodu, wyrobić firmową pieczątkę i wyżebrać recepty z NFZ (co powinnam była zrobić już w październiku, ale nie wiedziałam – i zresztą nadal nie wiem – jak się za to zabrać), resztą problemów zajmie się księgowa.

Poza tym mam toksyczną fazę na pisanie po angielsku (kto poszuka, ten mnie znajdzie ;) ), przy okazji uprawiam fangirling, co stanowi razem bardzo poważny powód spadku aktywności tutaj.

Trzymta się ciepło, Czytelnicy. Zima podobno idzie.