Archiwum blogu

Nie chce mi się

Łojezu jak mi się nie chce.

Powinnam zrobić małe prasowanie. Wymiana żwirku w kociej kuwecie mnie nie ominie. Prasowanie zostanie na jutro.

I nie mam ochoty już spać na mojej cudownie twardej wersalce, chcę swoje łóżko. To nic, że właśnie zdałam sobie sprawę, że materaca jeszcze nie zamówiłam…

Co chyba zaraz nadrobię.

Ups, dorosłość

Wczoraj wieczorem stanęłam dość bezradnie przed szafkami kuchennymi, czego przyczyną był napad świadomości, że karma dla kotów jest na wykończeniu i że w sumie to bym sobie jajecznicę zjadła, ale jajka wyszły w piątek. I chleba nie ma i nie mam go gdzie o tej porze kupić, ale jechać na zakupy gdzieś dalej wybitnie mi się nie chce po wojażach gdańsko-gdyńskich.

Całe szczęście okazało się, że chleb jeszcze był w zamrażalniku, a kotom tłuszczyku nie brakuje, więc jak dostaną ostatnią porcję karmy jutro rano i zaczekają do wieczora na mój powrót z pracy, od rodziców i z zakupów, to im się krzywda nie stanie. Mrówka najwyżej będzie się bardziej pałętać pod nogami i miauczeć z wyrzutem.

Wczoraj prawie udało mi się rozpakować drugi (z dwóch) duży karton z ciuchami. Codzienne ubrania ładowałam do szafy, która wczoraj dorobiła się drążka (śledzący wydarzenia na FB wiedzą, o co chodzi ;) ), pozostałe do mojej starej szafy narożnej. Przerzucam też rzeczy mojego Rodzeństwa z szaf do biura/graciarni, zajmując swoimi drobiazgami w ten sposób zwolnione miejsce. Muszę zacząć składać kartony i wyrzucać te, które nie będą mi już potrzebne (czyli nie są po moim sprzęcie), wtedy zrobi się więcej miejsca. Kiedy skończę to rozpakowywanie – nie wiadomo, zwłaszcza, że wszystko niezbędne do życia jest już dostępne pod ręką, a nie w pudle. To nie wróży za dobrze postępowi prac.

Dzisiaj zaopatrzyłam się w proszki do prania i przywiozłam z domu swoją ukochaną tablicę korkową, ale z racji też innych zakupów to ostatnie zostało w samochodzie i wniosę ją dopiero jutro po pracy, bo kilkukrotne drałowanie na trzecie piętro w stanie twarzopadu przyjemne nie jest.

Koniec urlopu, który dla mnie zleciał jak bardzo intensywny weekend (mimo czwartku praktycznie w całości przespanego z powodu słabej grypki-jednodniówki). Jutro do pracy 8:00-18:30. We wtorek to samo. W środę po pracy do nie-wiem-której załatwiam dwie opony zimowe i chyba miałam zrobić coś jeszcze, ale nie pamiętam, co. Prawdopodobnie kupić sobie stół, ale nie będzie miał go kto wnieść na wspomniane trzecie piętro. Łóżko kupię też cholera wie, kiedy, pewnie skończy się na jakiejś tańszej ramie z BRW i pal licho póki co bladą kolorystykę sypialni. Prowizorka jest najtrwalsza.