Archiwum blogu

Smutna prawda

Dentysta nie jest najulubieńszą osobą w społeczeństwie.

Przynajmniej nie w naszym, w dużym stopniu cierpiącym na syndrom dentystki z podstawówki, co to rwała mleczaki bez znieczulenia, krzyczała i wyciągała dzieci z lekcji celem dokonywania tortur.

Tak mi się dzisiaj pomyślało, kiedy załatwiałam sprawę w banku. Sprawa się nieco przedłużała, ale wszystkich zainteresowanych moją osobą informowałam z uśmiechem, że mam czas. Najpierw obsługiwała mnie miła pani, potem przejął mnie na chwilę miły pan o równie miłym głosie. Coś tam wpisywał do systemu i celem zabicia ciszy zapytał mnie, czym się zajmuję.

– Jestem dentystką – odparłam nieśmiało, wiedząc, jaka będzie reakcja.
– Jak miiiiło… – usłyszałam w odpowiedzi. Nie patrzyłam panu w oczy, więc nie wiem, czy próbował przestać pokazywać zęby w uśmiechu (nie wiem, jakie miał zęby). Jak w końcu na niego zerknęłam, wyglądał na nieco przestraszonego, mimo mojego wcześniejszego spokojnego podejścia do ich problemów technicznych. Więc to nie mnie się bał. Tylko zawodu, jaki uprawiam.

Więc, niestety, studenci stomatologii. Pacjenci mogą was lubić, możecie być mili, możecie nie komentować uzębienia osób spotykanych na ulicy, możecie w miarę cierpliwie odpowiadać na wszelkie pytania („a bo ja mam taką sprawę…”), ale tak czy siak Syndrom Dentystki z Podstawówki was prędzej czy później dopadnie. I niewiele będziecie w stanie na to poradzić.

Coś się nie zgadza…

Pacjent (rozedrgany do granicy paniki): „Ja się boję dentysty, ale dbam o zęby…”

Znalazłam jakieś 6-7 ubytków. 2 czy 3 zęby usunięte kiedyś (nie ósemki). Jeden ząb pobolewa od niedawna, raczej tylko reaguje, nie jest to ból samoistny.

„Nie będziemy leczyć, od razu do usunięcia…” – Ten sam pacjent, dwie minuty po wygłoszeniu pierwszego zdania, na temat wspomnianego zęba.

Znowu musiałam wytoczyć ciężkie działo w postaci „w obecnym stanie ten ząb nie kwalifikuje się do usunięcia”.

Dbasz o zęby? Naprawdę? A chcesz się ich pozbyć pod byle pretekstem?

(Pacjent został znieczulony, ubytek we wspomnianym zębie, średniej głębokości, został wypełniony na stałe. Happy end.)

Leczenie zębów zalicza się do dbania o nie. Nie chodzisz do dentysty na kontrole i nie chcesz leczyć zębów, to nie dbasz o nie tak, jak mówisz, że dbasz.

Kuźwa, czasy się zmieniają. Są skuteczne znieczulenia. Wiertarki nie mają już napędu typu pompowany przez lekarza pedał-> pas. Nie ma też obowiązku chodzić do sadysty, dentysta jest na co drugim rogu. Dentystów obowiązują prawa rynkowe (poza prawem do reklamy) w takim sensie, że pacjent – klient – ma wybór. Nie podoba Ci się jakiś dentysta, słuchasz opinii (lub nie) i idziesz do innego. W porządku, masz prawo się bać, dostosuję się do tego i postaram się Ciebie przekonać do leczenia. Tylko błagam, nie pieprz głupot.

Dzień strachliwych

Pewnego dnia w Drugiej Pracy był Nalot Strachliwych. Z 6 czy 7 pacjentów trzech w stanie dygotu przyznało się przy samym wejściu do gabinetu, że się boi.

Nie jestem dużą osobą. Wzrostu jestem raczej średniego, budowy też zdecydowanie Medium. Asystentka jest nieco niższa ode mnie. Ogólnie dwie dość drobne babki.

– Nas się pan/i boi? – z uśmiechem spytała asystentka.

Na takie pytanie pacjenci nie wiedzą, co odpowiedzieć. Czego właściwie się boją?

Swój strach uzasadniają różnie. W 80% przypadków to trauma z dzieciństwa. Znane wyciąganie z lekcji, wiertarki zasilane systemem napędu nożnego (pamiętam taki u mojej ortodontki, całe szczęście, nie traktowała nim zębów, tylko aparaty :) ), leczenie bez znieczulenia, w porywach do krzyku (ze strony dentysty). Mnie to jakoś ominęło, o co zadbali rodzice.

Pozostałe przypadki to pośpiech i/lub brak informacji udzielonej przez dentystę, co, jak i dlaczego. Jeden dentysta zatruł zęba i wypuścił pacjenta w świat, według pacjenta (który trafił po jakimś czasie do mnie) nie informując, że leczenie trzeba kontynuować. Nie wiem, może pracuję za krótko, ale jakoś nie potrafię zrozumieć, jaki to wysiłek powiedzieć trzy zdania: „Ząb został zatruty. Leczenie należy kontynuować w ciągu dwóch tygodni u pani/pana dentysty. W przypadku pozostawienia w obecnym stanie, dolegliwości mogą się znowu pojawić.” Inny pacjent obraził się na lekarza, bo ten zostawił ząb otwarty. Lekarz najwyraźniej nie wytłumaczył, dlaczego – tak się czasem po prostu robi. Te dwa przypadki, mam nadzieję, to przykład braku zrozumienia i niepamięci związanej ze stresem – pacjent nie zapamiętał, co mówił dentysta. Jeśli rzeczywiście odpowiednia informacja nie została udzielona, to mi smutno. Pacjenci często nie wiedzą i nie rozumieją, co dentysta robił i co dalej ewentualnie trzeba z zębem zrobić.

W jeszcze innym wypadku lekarz po podaniu znieczulenia nie zaczekał, aż zacznie ono działać i zabrał się od razu do usuwania zęba.

Jeśli o mnie chodzi, jeśli widzę, że pacjent może nie zarejestrować tego, co do niego mówię, piszę to na kartce albo daję wcześniej przygotowany druczek. Robię to szczególnie w sytuacji, kiedy wydaję receptę na kilka leków (antybiotyk, przeciwbólowy, probiotyk) lub po ekstrakcji zęba.

Na oświadczenie pacjenta o strachu przed bólem z uśmiechem oświadczam, że sama jestem jednym z pacjentów, którzy od wejścia wołają o znieczulenie i nigdy go pacjentom nie żałuję (chyba, że wiem, że nie zadziała, ale wtedy też mówię, co, jak i dlaczego). Zazwyczaj działa. Asystentka też mocno się udziela w rozluźnieniu atmosfery i uspokojeniu pacjenta.

Tamtego dnia, podczas Nalotu Strachliwych, od jednego Strachliwego usłyszałyśmy na koniec, że jesteśmy aniołami. Od innego, że jesteśmy the best i jeszcze tu wróci.

Czasami radą na strach przed dentystą jest zmiana lekarza. Pod warunkiem, że się dobrze trafi.

Tamci Strachliwi pewnie jeszcze parę razy usiądą z dygotem na fotelu. Ale wrócą na leczenie, zgłoszą się potem na kontrolę. A ja na ich widok będę od razu przygotowywać Ciepły Uśmiech #2 i karpulę do znieczulenia.

Dziecięcia mądrzejsze od rodziców

Dziecię płci męskiej, lat 8. Opuchło. Podobno pierwszy raz na fotelu (jak słyszę coś takiego, to mi się lampka ostrzegająca przed gruzem włącza).

Mamusia zadbana, dobrze ubrana, ładny makijaż. Dziecię też zadbane, z wyjątkiem tej nieco późnej inicjacji dentystycznej.

Dzieci generalnie leczyć nie lubię ze względu na ich nieprzewidywalność. Zazwyczaj zaczynam tak samo, dziecię siada, ja siadam, zakładam rękawiczki i maseczkę, podnoszę fotel. Włączam lampę, chwytam lusterko, pokazuję dziecięciu, informuję, że obejrzę sobie ząbki. Często ten etap jest wyznacznikiem dalszej współpracy – jeśli pacjent od razu zacznie protestować, to lekko nie będzie. Ale nie zawsze, pozory mylą. Tym razem uzyskuję pełen widok mieszanego – mleczno-stałego – garnituru uzębienia.

Znajduję sprawcę opuchlizny. Mleczak z dziurą. Chwytam badyla (zgłębnik), grzebię trochę w dziurze, pytam, czy dokuczam. Nie dokuczam. Wypływa trochę ropy. Opisując czynności montuję wiertło na turbinie, informuję, że będzie „piszczeć, dmuchać, lać wodą i wyganiać brudy z zęba”, prezentuję owo piszczenie i lanie wodą, pokazuję ślinociąg, który tę powódź z buzi będzie wyciągał, proszę o szerokie otwarcie paszczy.

Poszerzenie dziury przebiega bez zbędnych efektów dźwiękowych i innych specjalnych. Wypływa trochę więcej ropy. Na pytanie asystentki dziecię potwierdza, że jest lepiej. Umawiamy się na ekstrakcję za kilka dni.

Na koniec wizyty okazuje się, że to dziecię chciało przyjść do dentysty. Mamusia by sobie darowała, skoro ropa zaczęła schodzić.

Mamusia wyraźnie bardziej spanikowana od dziecięcia, który podszedł do całej sprawy z dziecięcą ciekawością i niczym więcej. Owszem, mama musiała być blisko, ale nie trzeba go było nawet za rękę trzymać.

Zalecenia dostali oboje – mama ode mnie, dziecię od asystentki. Podobno do kwestii wydłubywania sobie z dziury resztek jedzenia podeszło bardzo poważnie.

Wszystko przebiegło fajnie, bez problemu, chociaż postawa mamuśki z łatwością mogła spowodować, że miałybyśmy zdarte bębenki bez względu na to, co bym dziecięciu robiła. No bo jak mama się boi, to pewnie jest strasznie. A nie było.

I mam nadzieję, że nie będzie.