Archiwum blogu

Książki się czyta

Pochodzę z oczytanej rodziny. U mnie w domu zawsze było dużo książek, wszyscy domownicy lubią czytać. Ja też – do tego stopnia, że kiedyś mój sposób wysławiania się określano jako literacki – mam nieco pomieszany szyk słów w zdaniu :). Tak jakoś mi wyszło i się z tego nie wyleczyłam, co gorsza, przenoszę to również na język angielski, którego też czasem używam w piśmie. A angielski nie jest taki tolerancyjny pod tym względem.

No nic.

Rok temu Rodziciel na 60 urodziny dostał od nas (składka była) małego Kindle’a. Kindle (znaczy nabyty model, nie pamiętam oznaczenia) ma ekran niepodświetlany, ale to był pierwszy czytnik e-booków w rodzinie, więc nikt na to nie zwrócił uwagi. Rodziciel bardzo sobie prezent chwali, czytelnictwo mu skoczyło.

Kilka miesięcy temu na czytnik skusiła się Siostra. Wykupiła abonament w Legimi. I zaczęła kusić.

I się jej udało. Na początku września czytnik (inny) kupiłam też ja, również w Legimi. Czytanie z ekranu nigdy nie stanowiło dla mnie problemu, a tym bardziej z ekranu o nazwie e-ink. Nie męczy toto wzroku jak ekran komputera czy tabletu. Kto ciekawy, może zajrzeć do Kącika Czytelniczego i zobaczyć, jak się zakup odbił na ilości przeczytanych przeze mnie książek – wszystkie książki po zakupie czytałam na moim Pocketbooku.

Obie z siostrą mamy nie-Kindle, ale z podświetlanym ekranem. Rodziciel po cichu zazdrości. Mama też – jako jedyna w rodzinie jeszcze nie ma czytnika, na liście sugestii prezentowych pojawiła się i ta pozycja.

Co zaobserwowałam przez te półtora miesiąca czytania? Jakie wady i zalety czytnika dostrzegłam?

Plusy:

+ czytnik jest wielkości mniej-więcej niedużego tabletu, mój ma przekątną ekranu 6,6 cala. Zazwyczaj posiada ekran dotykowy, częsta jest karta Wi-Fi i slot na kartę pamięci. Z internetu się na tym korzysta średnio, ale przy rejestracji urządzenia na stronie producenta dostaje się indywidualny adres e-mail dla czytnika, potem na ten adres można wysyłać e-booki.

+ czytnik jest lepszy od książek papierowych do noszenia do pracy i podczytywania między pacjentami.

+ trzydzieści (albo więcej) książek na czytniku ma masę czytnika, a nie kilku kilogramów w wersji papierowej. W pamięci czytnika zmieści się ich pewnie kilkaset lub nawet tysiące. Małe rozmiary i masa czytnika ułatwiają również trzymanie go jedną ręką i na leżąco.

+ bardzo łatwo można znaleźć e-booki w sieci. Do piractwa nie namawiam, ale poza paroma brakami, na Legimi jest naprawdę co czytać (nie ma na przykład „Władcy pierścieni” Tolkiena. A powtórzyłabym sobie. W tłumaczeniu Skibniewskiej, oczywiście.)

+ mi się osobiście szybciej czyta na czytniku niż na papierze. Nie wiem, z czego to wynika.

+ Legimi ponadto mierzy szybkość czytania i czas spędzony danego dnia na czytaniu. O ile czyta się książkę z Legimi albo się wrzuci książkę z innego źródła w „chmurę”. Kindle jako takie chyba też posiada takie opcje.

+ nawet przy rozpoczęciu kilku książek na jednym urządzeniu, czytnik pamięta, gdzie się w każdej książce skończyło.

Minusy:

– książki na czytniku nie pachną. Dla mnie to nie ma znaczenia, bo nigdy nie wąchałam książek (się tuszu i papieru nawąchałam dorabiając w drukarni), ale dla niektórych może mieć.

– książkom papierowym nigdy nie rozładują się baterie (mój Pocketbook jest kiepskawy pod tym względem, ale może jednak powinnam wyłączyć Wi-Fi. Żre baterię nawet przy uśpionym (nie wyłączonym!) ekranie, trzeba go ładować co 3-4 dni, jeśli pamiętam go wyłączyć na noc).

– książkę w czytniku znacznie trudniej przekartkować. Czasami lubię wiedzieć, ile zostało stron do końca rozdziału, a tego mi czytnik nie pokazuje; albo wrócić do jakiegoś momentu.

– Pocketbook z Legimi nie posiada bezpośredniego dostępu do katalogu Legimi, co jest gupie i nikt mnie nie ostrzegł przed zakupem. Mogę sobie książkę pobrać na stronie na kompie albo w apce na telefonie, trafia ona na czytnik po synchronizacji. Poza tym brakuje mu kilku funkcji dostępnych na apce dla Androida (jak pokazywanie ilości stron do końca rozdziału). Lepiej chyba zainwestować w droższy InkBook albo w ogóle w Kindle’a.

– dla fanów maziania po książkach – nope, nie da rady. Notatkę można sobie zrobić i zakładkę też.

Nadal wychodzi na plus ;).

Czytanie dobre na wszystko ;)

Łojezu, co tu wczoraj był taki ruch? Ponad 100 wejść?

A w reklamy nie klikają…

;)

Anyway.

Jeśli chodzi o moją obecność w internecie, niedługo będziecie się bali otworzyć lodówkę (o ile będzie podłączona do sieci ;) ), bo jestem prawie wszędzie i dość intensywnie się udzielam. W sensie uzewnętrzniam. Jednocześnie od niedawna ograniczam sobie czas spędzony przed ekranem komputera.

Pomysł niechcący zainspirował mój Mężczyzna. Nie byłabym jednak w stanie wytłumaczyć, jak konkretnie, więc będzie teraz chłopak siedział i się zastanawiał, o co chodzi, a ja mu nie pomogę. Pomysł jest taki, że w momencie zauważenia, że się przed owym ekranem nudzę, to wyłączam komputer i siadam do książki.

Zaczęłam to uprawiać w niedzielę wieczorem, w rezultacie skończyłam wreszcie „Księgę wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa”, której ostatnie 80 stron czekało na przeczytanie od kilku miesięcy. Dzisiaj dobrałam się do prezentu urodzinowego od mojego Mężczyzny, książki Geralda Scarfe o tworzeniu animacji dla Pink Floyd, z naciskiem na „The Wall”. Jest to właściwie album dość dużego formatu, jest dużo obrazków, ale też jest co czytać. Przez dzisiejsze popołudnie (chyba dwie godziny czytania z przerwami na jedzenie) dojechałam do 90 strony. Po czym musiałam włączyć kompa i zapuścić muzykę z „The Wall”. Książka i obrazki tak samo psychodeliczne, jak film, o którym traktują. A muzykę kocham.

A na co jest dobre takie czytelnictwo?

Chociażby na spadek wyrzutów sumienia. Kiedyś czytałam bardzo dużo, ale potem wpadłam w sidła komputera i internetu, co prawie się dla mnie skończyło powtarzaniem roku studiów (bądź też w ogóle rezygnacji ze stomy, bo moich rodziców nie stać na opłacanie rocznie kilkunastu tysięcy czesnego). Nigdy nie byłam fanką tzw. „ambitnej” literatury. Mam kilka książek Fredericka Forsytha, na półce stoi prawie cała seria przygodowych powieści o Tomku Wilmowskim (do tej pory czasem do nich wracam), ogólnie moje zainteresowania krążą wokół sensacji i przygody. Ale i tak to wszystko ma większą wartość od ton anglojęzycznych fanfiction, które czekają na przeczytanie w przeglądarkowych Zakładkach. Nadal będę podziwiać osoby biorące udział w akcji „52 książki w rok”, ale nie mam zamiaru z nikim się ścigać. Mam zamiar znowu poczuć radość z chłonięcia słowa pisanego w ciężkich książkach.

Spać też chodzę wcześniej, o ile nie wyczyniam rzeczy typu „jeszcze jedno opowiadanie do końca książki!”. Czytam w rozłożonym łóżku, więc o 22 wystarczy odłożyć książkę na stół, zdmuchnąć świeczki, zgasić lampkę i zasnąć. Przed kompem o 22 włączałam 9gag.com i traciłam duszę ;).

Dobrze mi z tym.

Tak samo dobrze, jak z dzisiejszym kupieniem w dwie minuty idealnych butów na zimę (wpad do sklepu, rzut oka po półkach, dostrzeżenie Idealnych Butów, pogodzenie się z ceną, przymierzenie, zakup niepotrzebnie odroczony przeglądem oferty innych sklepów) czy nagłym wzrostem zainteresowania częściami mojego starego kompa, który zalegał mi w pokoju, nieużywany, od kilku lat.

Dobry dzień. Ciekawe, jaki będzie jutro. :)

Przełącznik zmienił położenie.

Jeszcze niedawno (w okresie LDEPowym głównie) potrafiłam siedzieć przy kompie do północy. Ostatnie dwie godziny spędzałam właściwie już w łóżku – kupiłam sobie specjalny stolik pod laptopa, więc mogłam śmigać. Czytałam fanfiction, siedziałam na czacie znajomego forum. Z powodu przesiadywania przed ekranem do łazienki chodziłam jako ostatnia, po 22. Jedyną większą aktywnością fizyczną była cotygodniowa godzinka na basenie.

Jakoś mi się tego „komputerowania” odechciało.

Tak zupełnie nagle. Coś się zaczęło dziać już po LDEPie. Czat stracił na atrakcyjności, folder w Firefoksie zatytułowany „Fiki do przeczytania” tylko obrasta w linki, z którymi nic się potem nie dzieje. Powróciłam do mojej „Księgi wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa” – jednej z czterech książek, która patrzy na mnie smutną okładką i prosi o przeczytanie. Został mi jeszcze jeden zbiór i mogę się wziąć za pożyczonego od Kogoś „Wrońca” Dukaja. Przedwczoraj przeprosiłam się z domową siłownią i zaczęłam ćwiczyć na Orbitreku – na razie niewiele, po 5 minut rozgrzewki i potem szybko do zmęczenia. Czasy tej drugiej części ćwiczeń imponujące nie są, bo za pierwszym razem było 3,5 minuty z jedną, trzysekundową przerwą, wczoraj były 4 z dwiema przerwami. Zakwasów po tym nie ma, ale czuję, że uda pracują. Dobrze, na pracy ud mi najbardziej zależy.

Czy ta zmiana na pewno była po LDEPie i uwolnieniu się od jednego, dużego obowiązku? Czy to raczej po „zmianie statusu związku” endorfiny po kryjomu robią swoje? Zwłaszcza, że z tą zmianą coraz lepiej i swobodniej się czuję?

Hmmm. To drugie wyjaśnienie bardzo mi odpowiada. :)