Archiwum blogu

Rozjeżdżanie

Siostra niedawno pisała, że prawie rozjechała samochodem rowerzystę. Miał czarne ubranie, nieoświetlony rower i jechał po przejściu dla pieszych.

Ja dzisiaj prawie rozjechałam pieszego. Miał ciemne ubranie i chciał przejść po nieoświetlonym przejściu dla pieszych. Wylazł mi prawie pod koła samochodu. Znaczy, byłaby to moja wina.

Jako pacholę byłam przekonana, że skoro ja widzę światła zmierzającego w moją stronę samochodu, to i samochód (znaczy kierowca) widzi mnie. Odblaski nosiłam bardzo rzadko.

Przeżyłam. Nikt mnie nigdy nawet nie drasnął. Może dlatego, że zawsze schodziłam na pobocze.

Obecnie, kiedy przechodzę nocą po przejściu dla pieszych i jestem ubrana na czarno (bądź ogólnie w ciemne kolory, co mi się często zdarza), to zachowuję szczególną ostrożność. Nie włażę nikomu pod koła. Aż tak mi się nie spieszy.

Ale to nie zmienia faktu, że nie, kierowca nie widzi pieszego w momencie, kiedy pieszy widzi samochód. Zauważa go bardzo, bardzo późno. Często pewnie za późno.

Ja wiem, że wielu osobom, jak muszą się przemieszczać na własnych nogach, wyłącza się instynkt samozachowawczy. Tak, wiem, masz pierwszeństwo na przejściu, ale cholera jasna, weź pomyśl przed wpakowaniem się na nie tuż przed nadjeżdżającym samochodem. Ja ci chętnie ustąpię. Tylko pomyśl i nie daj się przejechać.